www.wolnyswiat.pl  

 

[Ostatnia aktualizacja: 11.2009 r.]

 

 

EKONOMIA RACJONALNA/ZUS – TAK CZY NIE?

 

 

„NOWA TRYBUNA OPOLSKA” nr 89, 14.04.2006 r.

ODŁOŻYŁEŚ I PRZEPADŁO

PROGNOZY ZAPOWIADAJĄ, ŻE PIENIĘDZY BĘDZIE BRAKOWAŁO W LATACH 2015-2025

Co miesiąc ZUS-owi brakuje 2,5 mld złotych na wypłaty emerytur.

Prognozy zapowiadają, że pieniędzy będzie brakowało coraz bardziej. W tej chwili składki, które płacimy na ubezpieczenie społeczne, wystarczają na wypłatę 60 procent emerytur. Zakład Ubezpieczeń Społecznych łata dziurę, zaciągając kredyty i ciągnąc dotacje z budżetu państwa. Na dodatek ZUS nie wpłaca na bieżąco części naszych składek do Otwartych Funduszy Emerytalnych. Te niedobory pokrywa państwo za pomocą obligacji skarbowych. Różnice między wydatkami i przychodami pokazują, jak system jest niewydolny. A ma być jeszcze gorzej.

Czy za pięć, dziesięć albo dwadzieścia lat emeryci mogą pewnego dnia nie dostać emerytur? Teoretycznie nie, bo są to tzw. świadczenia gwarantowane, co oznacza, że państwo, choćby spod ziemi, musi zdobyć na nie pieniądze. Ale praktycznie - tak, bo brakuje tych, od których można ściągać składki na wypłatę emerytur, rośnie zaś liczba tych, którym te emerytury się należą. Że nie są to "strachy na Lachy”, potwierdziła już w 2002 roku NIK, która alarmowała rząd, że emerytury ze zreformowanego systemu będą niskie i niepewne.

Według prognoz ZUS-u w 2050 roku osób pracujących ubędzie o jedną czwartą. Ale kłopoty zaczną się piętrzyć już za trzy lata, kiedy na emeryturę zaczną przechodzić osoby z powojennego wyżu demograficznego.

- Niedobór w funduszu emerytalnym zarysuje się najostrzej w latach 2015-25 - mówi Przemysław Przybylski, rzecznik ZUS. - Jako zabezpieczenie mamy Fundusz Rezerwy Demograficznej, który po 2009 roku ma pokrywać lukę wynikającą z demografii.

Z tym tylko, że fundusz dysponuje w tej chwili kwotą 1,7 mld zł.

 

Filar się chwieje

Założenia większości systemów emerytalnych funkcjonujących na świecie były takie, że ci, którzy pracują, odpalają część pieniędzy na tych, którzy już pracować nie mogą z powodu zaawansowanego wieku (tzw. system bismarckowski). Natomiast pracujący obecnie, gdy się zestarzeją, mogą liczyć na podobne wspomaganie ze strony przyszłych pokoleń.

W Polsce zreformowano nieco ten system, wprowadzając tzw. drugi filar, czyli inwestowanie części składki emerytalnej w papiery wartościowe. Po siedmiu latach funkcjonowania tego zmodyfikowanego systemu okazało się, że nie jest on remedium wystarczającym na problemy, które stwarza demografia (starzenie się społeczeństwa i wydłużenie życia). Takie same problemy ma cała zachodnia Europa. Ale w Polsce nasze kłopoty zwielokratnia fakt, że połowa ludzi w wieku produkcyjnym nie "zrzuca się” na wypłaty dla seniorów, bo albo nie ma pracy, albo zarabia w szarej strefie. Na dodatek pęd do edukacji zaowocował tym, że wielu ludzi coraz dłużej się kształci, przez co czas aktywności zawodowej w stosunku do długości życia znacznie się skrócił. Tort do podziału jest coraz mniejszy, a głodnych, którzy mają zagwarantowaną porcję tego tortu, jest coraz więcej. Idea solidaryzmu społecznego, przy najszlachetniejszych nawet założeniach, nie sprawdza się. Nie tylko u nas.

Prof. Marek Góra, główny architekt reformy systemu emerytalnego z roku 1999, broni swego dzieła:

- Jakiekolwiek problemy w systemie emerytalnym są jedynie skutkiem nieefektywnego działania starego systemu - mówi autor zmian. - Te problemy będą nam się jeszcze długo odbijały czkawką. Nie możemy wybrać się w przeszłość i naprawić starego systemu, powiedzmy w roku 1980. Problemy, które wtedy zostały wygenerowane, rodzą skutki dzisiaj i będą je rodziły jeszcze w kolejnych latach. Na to nie ma rady. Nowy system zatrzymał narastanie tych problemów - w pełni zastąpił stary, nieefektywny ekonomicznie i społecznie system.

Reformy naszego systemu, chwalonego ponoć na Zachodzie, jak dotąd żaden kraj nie zdecydował się skopiować. Autorzy reformy chcieli dobrze, ale wyszło średnio. System filarowy ma trzy zasadnicze wady: powoduje ubytek pieniędzy na bieżące wypłaty emerytur (7,3 proc. tego, co wpłynie do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych idzie do OFE), obiecuje świadczenia na znacznie niższym poziomie niż stary system (63 proc. w stosunku do ostatnich poborów w przypadku mężczyzn i 37 proc. w relacji do zarobków kobiet, podczas gdy system oparty tylko na ZUS dawał 68 proc. bez względu na płeć) i po trzecie: wielka niewiadoma, związana z tym, jaką cenę uzyskają OFE za zainwestowane walory, gdy przyjdzie do wypłaty świadczeń z drugiego filara i trzeba będzie je spieniężyć. Gdy na rynku nastąpi duża podaż zgromadzonych papierów przez fundusze, ich wartość może znacząco spaść. Dlatego przewidywanie wysokości wypłaty na podstawie dzisiaj osiąganej rentowności OFE nie jest miarodajne.

 

Pracuj dalej, emerycie

Większość państw, także Polska, remedium znajduje w podwyższeniu wieku emerytalnego. Z tym, że przy złych tendencjach demograficznych (coraz więcej emerytów, mało ubezpieczonych i coraz mniej rodzących się ludzi) wiek ten należałoby wydłużać do granicy zdrowego rozsądku. Brytyjczycy zaproponowali wydłużenie tego wieku do 69 lat, a Niemcy do 67 lat. Wyobraźmy sobie 70-letniego operatora koparki albo nauczyciela czy pilota. To czysty absurd. W Polsce nadto mamy problem z nadmiarem rąk do pracy. Kto więc zechce zatrudniać ludzi zbliżających się do siedemdziesiątki? Założę się, że nikt.

Jedynym krajem, który zdecydował się na zrezygnowanie z systemu bismarckowskiego, była Nowa Zelandia. W końcówce lat osiemdziesiątych władza przyznała się, że państwo nie jest w stanie zapewnić trzech dekad luksusowego życia każdemu obywatelowi.

- Nowozelandczycy uznali, że system dotychczasowy jest fikcją i że państwo jest w stanie wspierać emerytów tylko niewielką sumą na przeżycie, a o resztę każdy musi zatroszczyć się sam - mówi Anna Szreter-Morys z Centrum im. Adama Smitha. - A ma się za co troszczyć, bo państwo przestało obywatelom zabierać, jak było dotąd, połowę zarobionych pieniędzy na składki emerytalne. Dzięki temu przez cały okres aktywności zawodowej Nowozelandczyk ma dużą możliwość prawdziwego inwestowania, a nie takiego, jakie daje ZUS czy OFE. Państwo natomiast, swoją drogą, zbiera pieniądze przy pomocy podatków, które wystarczają na niskie, socjalne emerytury.

Oczywiście, zaraz ktoś powie, że większość Polaków zarabia za mało, by cokolwiek odłożyć. To prawda, zarabiają mało, bo w Polsce jest bardzo wysokie obciążenie pracy różnymi daninami: na każde 1000 zł, które pracownik bierze na rękę, istnieje 800 zł różnych danin publicznych, tj. PIT i składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Gdyby państwo nie zabierało nam aż tyle, w kieszeni zostałoby nam sporo na odłożenie pieniędzy na stare lata.

Firma brokerska Expander wyliczyła, że odkładając (przymusowo) pieniądze w ZUS i OFE "zaoszczędzamy” przez 42 lata pracy około 660 tysięcy zł (przy dochodzie 2 tys. brutto). Na dodatek zaoszczędzamy wirtualnie, bo nigdy tych pieniędzy nie zobaczymy (część ZUS-owska składki nie jest w ogóle inwestowana i jest tylko zapisem księgowym).

- Gdybyśmy pieniądze przekazywane ZUS-owi odkładali sami, inwestując je na przykład w fundusze inwestycyjne, moglibyśmy uzyskać 1,95 mln złotych! - przekonuje Maciej Kossowski z Expandera.

Kwota jest zawrotna, ale to nie są mrzonki. Weźmy pod lupę mniejsze kwoty i krótszy czas oszczędzania: inwestując przez 30 lat po 50 zł miesięcznie, zbierzemy na koniec 42 tysiące zł (przy założeniu, że stopa zwrotu z tej inwestycji wyniesie tylko 5 procent). A przecież ZUS zabiera nam znacznie więcej. Przyjrzyjmy się uważnie naszym paskom ze składnikami pensji.

Rząd jak dotąd nie ma pomysłu na to, skąd wziąć pieniądze na emerytury.

- Państwo jest gotowe dźwigać ciężary związane z ubezpieczeniem społecznym - zapewnia Andrzej Zybała, rzecznik Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. - Przecież gdyby zabrakło na emerytury, to państwo przestałoby istnieć.

To wszystko prawda, tyle że ciężarów związanych z ubezpieczeniem społecznym nie ponosi państwo, tylko my wszyscy: pieniądze państwa to pieniądze nasze, które aparat skarbowy i ZUS ściągnął z naszych poborów albo z VAT-u, który płacimy przy zakupie każdego towaru i usługi. Tak więc za emerytury w tym systemie płacimy podwójnie: raz jako ubezpieczeni odprowadzający składki ZUS-owi, drugi raz jako podatnicy, płacąc odsetki od kredytów i obligacji, które ZUS zaciąga na wypłatę bieżących świadczeń i wpłaty do OFE.

Dlatego jeśli każdy z nas nie zacznie odkładać na starość, to przejście na emeryturę będzie dla większości Polaków finansowym szokiem.

 

 

"WPROST" nr 50(1202), 2005 r.

KŁAMSTWO EMERYTALNE

DZISIEJSZE DWUDZIESTO-, TRZYDZIESTOLATKI ZAMIAST EMERYTUR DOSTANĄ OD PAŃSTWA ZASIŁEK SOCJALNY

Bez reform amerykański system emerytalny zbankrutuje do 2047 r. - przyznał ostatnio prezydent USA George W. Bush. Kłopoty czekają nie tylko Amerykanów (ich system należy do najbardziej liberalnych na świecie), ale także mieszkańców wszystkich krajów, w których obowiązuje tzw. bismarckowski system emerytalny. Zasada solidarności pokoleń (obecnie pracujący płacą na tych, którzy pracowali wcześniej) na naszych oczach przestaje funkcjonować. Ludzie żyją na emeryturze 20-30 lat i kolejnym rządom zaczyna brakować pieniędzy na wypłacanie świadczeń. Brytyjczycy chcą podwyższenia wieku emerytalnego do 69 lat, Niemcy - do 67 lat. Na skraju wypłacalności są także systemy emerytalne Włoch i Belgii, gdzie prawo do emerytury przysługuje w wieku odpowiednio 60 lat i 58 lat. Tam jednak lewicowe partie i związki zawodowe nie dopuściły nawet do dyskusji o podwyższeniu wieku emerytalnego. Wydłużenie obowiązku pracy przy utrzymaniu obecnego systemu ubezpieczeń emerytalnych odwleka tylko katastrofę w czasie

 

Pierwsza nadchodzący krach systemu emerytalnego przewidziała Nowa Zelandia, gdzie pod koniec lat 80. emeryturę zastąpiono zasiłkiem wypłacanym z budżetu obywatelom, którzy ukończyli 68 lat. Państwo zrezygnowało z opodatkowania pracy obowiązkowym ubezpieczeniem emerytalnym, zostawiając troskę o własną przyszłość obywatelom. Krach czeka też polski system emerytalny. W najbliższym pięcioleciu podatnicy dopłacą 150 mld zł do wypłacanych przez ZUS świadczeń. Wraz z upływem lat nie będzie miał kto dopłacać. Oszczędzanie w drugim filarze równolegle z płaceniem składek ZUS nie uchroni nas przed skutkami nadchodzącej katastrofy demograficznej. - Czas najwyższy, by państwo przestało podtrzymywać iluzję, że dzisiejsze trzydziestolatki otrzymają emeryturę - uważa Anna Szreter-Morys, ekspert Centrum im. Adama Smitha. Likwidacja składek na ubezpieczenie emerytalne umożliwiłaby zmniejszenie bezrobocia (dzięki spadkowi kosztów pracy) oraz pozwoliłaby pracującym odłożyć pieniądze na starość.

 

SKOK NA SKŁADKI

Jak państwo kradnie nasze pieniądze

Sąd ostateczny

Co się stanie, gdy za kilkadziesiąt lat zabraknie pieniędzy na emerytury? Państwo znacjonalizuje nasze składki w imię "dobra publicznego". To nie dywagacje futurystów, ale realna groźba. 24 października 2005 r. Trybunał Konstytucyjny znacjonalizował składki emerytalne, tłumacząc, że przestrzeganie Konstytucji "naruszyłoby równowagę budżetową", ponieważ kosztowałoby 1,8 mld zł rocznie. Spór dotyczył osób, które płaciły składki większe niż 250 proc. średniej krajowej płacy, a potem nie mogły otrzymać emerytury większej niż 250 proc. przeciętnej płacy. To oznacza, że osoby, które od 1991 r. do 1997 r. (w tym roku zmieniono wadliwe prawo) zarabiały na przykład 500 proc. średniej krajowej i od całej kwoty płaciły składki, dostaną emerytury nie wyższe niż 250 proc. średniej krajowej. Orzeczenie TK oznacza, że jeżeli politykom będzie w przyszłości brakować pieniędzy, obniżą nam emerytury do maksymalnie 200 proc. średniej krajowej, potem 150 proc., 100 proc. itd., aż system emerytalny ogłosi bankructwo. - Nie mamy żadnej pewności, że wysokość emerytur nie zostanie w przyszłości obniżona - przyznaje prof. Marek Góra, twórca polskiej reformy emerytalnej. Analiza podstawowych faktów dowodzi, że będą zapadać właśnie takie nacjonalizujące nasze oszczędności "prospołeczne decyzje", bo system państwowej kontroli nad emeryturami jest nieefektywny.

 

CYWILIZACJA EMERYTÓW

Liczba osób w wieku produkcyjnym przypadająca na jednego emeryta

Piramidalna głupota

Emerytura w czasach kanclerza Bismarcka była swoistym ubezpieczeniem od długowieczności. Niewielu dożywało wówczas 65 lat, ustawowego wieku emerytalnego. Dziś w państwach rozwiniętych przeciętna długość życia przekracza 80 lat i nadal rośnie. Jednocześnie spada przyrost naturalny. Dziś system emerytalny Bismarcka można porównać do walącej się piramidy finansowej: wpłacasz i liczysz na to, że znajdą się frajerzy, którzy sfinansują twoją wypłatę. Piramida chwieje się coraz bardziej, ponieważ jej podstawa (płacący składki) jest coraz węższa, a wierzchołek (pobierający świadczenia) - coraz większy.

Dziś na jednego Europejczyka w wieku emerytalnym przypada czterech w wieku produkcyjnym, w Polsce podobnie. Prawdziwe kłopoty zaczną się za 15 lat, kiedy na emerytury będą przechodzić osoby urodzone w drugiej połowie XX wieku (na świat przychodziło wówczas prawie 800 tys. dzieci rocznie), a ich miejsce zastąpi pokolenie o połowę mniej liczne. Potem będzie jeszcze gorzej. ONZ prognozuje, że do 2050 r. ludność Łotwy zmniejszy się o 52 proc., Bułgarii - o 36 proc., Ukrainy - o 35 proc., Rosji - o 30 proc., Włoch - o 22 proc., Polski - o 15 proc. a Słowacji - o 8 proc. W 2052 r. na Polaka w wieku produkcyjnym będzie przypadać dwóch emerytów. Ta dysproporcja zakończy żywot bismarckowskiego systemu emerytalnego.

Między nadchodzącą katastrofą demograficzną a istnieniem obecnego systemu emerytalnego zachodzi bezpośredni związek. Jak zauważyli autorzy opublikowanego w 2004 r. raportu czeskiego Ministerstwa Pracy i Spraw Społecznych, winne obecnej sytuacji są państwowe systemy emerytalne, które sprawiły, że posiadanie dzieci przestało być konieczne do tego, by mieć środki do życia na starość. "Dzieci przestały być inwestycją rodziców, a stały się dobrem luksusowym, którego zadaniem jest zaspokajanie ich potrzeb emocjonalnych. Ponieważ ludzie chcą zaspokajać swoje potrzeby jak najmniejszym kosztem, wraz ze spadkiem liczby rodzących się dzieci rośnie liczba psów i kotów w gospodarstwach domowych, które zaspokajają potrzeby emocjonalne ludzi i są tańsze do utrzymania"- piszą autorzy raportu.

 

Półtora miliona złotych w błoto

Państwo, które obdziera nas ze skóry, każąc płacić horrendalne składki emerytalne, nie umie zarządzać pieniędzmi. Wszystkie są od razu wydawane na bieżące potrzeby budżetu. Ponad 40 proc. wpływów do budżetu państwa pochodzi z opodatkowania pracy, przedsiębiorczości i... świadczeń społecznych. Firma Expander wyliczyła, że na haraczu pobieranym przez państwo statystyczny Polak traci przez całe życie prawie półtora miliona złotych! Oszczędzając w ZUS i OFE, zgromadzimy około 662 tys. zł, a odkładając na własną rękę, możemy liczyć na 1,95 mln zł! Gdybyśmy pieniądze zabierane przez państwo wpłacali na fundusze inwestycyjne, emerytura, na którą moglibyśmy przejść po 42 latach pracy, wynosiłaby... 200 proc. naszych zarobków. Te wyliczenia dotyczą osób zarabiających 2 tys. brutto - mniej, niż wynosi średnia krajowa! To, co zabiera nam państwo jako składki na ZUS, nie jest inwestowane, lecz jedynie waloryzowane o 0,75 wskaźnika tempa wzrostu płac.

Przykład Nowej Zelandii pokazuje, jak duże korzyści daje odejście od bismarckowskiego systemu. 1 kwietnia 2007 r. wchodzi tam w życie dobrowolny system emerytalny. Każdy, kto rozpoczyna pracę, będzie mógł do niego przystąpić. Co miesiąc od 4 proc. do 8 proc. jego pensji przejmie nowozelandzki urząd skarbowy (jak widać, taka instytucja jak ZUS nie jest potrzebna!). Państwo nie gwarantuje stopy zwrotu z inwestycji i nie rekompensuje ewentualnych strat. Przed upływem 65. roku życia pieniądze będzie można pobrać, jeśli ktoś popadnie w tarapaty finansowe, będzie chciał wyemigrować lub zbudować dom. Zdaniem Micheala Cullena, ministra finansów Nowej Zelandii, dzięki temu programowi co roku 3 tys. nowozelandzkich rodzin wybuduje sobie własny dom.

 

Politycznie poprawna głupota

W Europie rzeczowe argumenty o konieczności odejścia od systemu powodującego katastrofę demograficzną, finansową i gospodarczą są zagłuszane przez wrzaski związkowców i lewicowych polityków. Argumenty o dramatycznym stanie finansów publicznych trafiają w próżnię. Jedna trzecia (80 mld euro) niemieckiego budżetu federalnego przeznaczana jest na dopłaty do emerytur. Rząd Angeli Merkel, chcąc się ratować przed bankructwem, planuje podwyższyć wiek emerytalny z 65 lat do 67 lat i zamrozić wysokość emerytur do 2009 r. Ale na takie działanie, przyrównywane przez publicystów do robienia sztucznego oddychania nieboszczykowi, nie zgadza się SPD, koalicyjny partner w rządzie Merkel. Wycofać się z planów radykalnej reformy pod groźbą największego od 80 lat strajku musieli także Brytyjczycy. W budżecie Wielkiej Brytanii na 2006 r. na dopłaty do emerytur brakuje 57 mld funtów. Zdaniem komisji ds. reformy brytyjskiego systemu emerytalnego, uchronić przed katastrofą może podwyższenie do 69 lat wieku przechodzenia na emeryturę.

Podobne protesty będą towarzyszyły zmianom w Polsce. W 2004 r. z hukiem upadł pomysł podwyższenia wieku emerytalnego kobiet do 65 lat. O tym, by ograniczyć rolę państwa w systemie emerytalnym, nikt głośno nie mówi. Uzasadnienie jest proste: ludzie zostawieni sami sobie na pewno wydadzą nie wszystkie pieniądze, a państwo i tak będzie musiało ich utrzymywać. Hipokryzję takiego twierdzenia pokazują dane dotyczące bezrobotnych (80 proc. z 3 mln osób bez pracy nie dostaje zasiłku i umie sobie poradzić). Co dziesiąty emeryt i rencista ma 370 zł dochodu i trudno uwierzyć, aby mógł się za te pieniądze utrzymać.

Zmiana obecnego systemu emerytalnego zostanie przeprowadzona zarówno w Europie Zachodniej, jak i w Polsce. Opór przed zmianami jest tak silny, że będzie musiała je poprzedzić spektakularna plajta któregoś z europejskich państw. Na szczęście kryzys systemów emerytalnych krajów zachodnich nastąpi mniej więcej 10 lat przed załamaniem się naszego. Skutki utrzymywania obecnego systemu będą takie, że obecne trzydziestolatki nie będą miały emerytury, tylko zasiłek socjalny.

 

Zakład Utylizacji Szmalu 

Korty tenisowe z przezroczystym dachem buduje oddział ZUS w Szczecinie na dachu swojego nowego budynku. Zdaniem władz ZUS, budowa zadaszonego kortu była konieczna, ponieważ deszcz mógł uniemożliwić urzędnikom oraz ich dzieciom grę na korcie koło Międzyzdrojów. W Zakopanem z budynku przy ul. Gimnazjalnej ZUS wyeksmitował przychodnię ginekologiczną, by urządzić tam luksusowy ośrodek wypoczynkowy dla swoich pracowników. Z kolei nowa siedziba ZUS w Kielcach ma kosztować aż 20 mln zł. W ZUS pracuje 50 tys. osób, niewiele mniej niż w urzędach skarbowych (66 tys.). O przerostach zatrudnienia w tej instytucji świadczą chociażby różnice w efektywności poszczególnych oddziałów. Na przykład w filii ZUS w Sosnowcu na każdego zatrudnionego pracownika przypada 241 emerytów i rencistów, podczas gdy w Gorzowie Wielkopolskim - tylko 109.

Aleksander Piński, Jan Piński

Współpraca Małgorzata Zdziechowska

 

 

"FAKTY I MITY" nr 19, 17,05.2007 r.

BANKRUCTWO KREZUSA

Politycy, z obecnie rządzącymi na czele, robią przyszłym emerytom wodę z mózgów – ostrzega przewodniczący Rady Nadzorczej ZUS, reprezentujący w tym organie rząd. W „Liście otwartym do ubezpieczonych” ujawnił ponadto, że „w ZUS-ie nie ma żadnych pieniędzy. Nie ma ich też w Otwartych Funduszach Emerytalnych”...

Prawo i Sprawiedliwość chyba oczadziało, powierzając – decyzją ichniego premiera – kierowanie Radą Nadzorczą Zakładu Ubezpieczeń Społecznych Robertowi Gwiazdowskiemu. Ten znany prawnik i ekonomista posiada tyle pożytecznych tudzież dochodowych umiejętności, że może sobie pozwolić na odwagę w wyrażaniu opinii bardzo bolesnych dla władzy.

Oto w „Liście otwartym do ubezpieczonych” Gwiazdowski sieje defetyzm, przestrzegając adresatów, żeby wreszcie oprzytomnieli i „przestali liczyć na emerytury z ZUS”. Wyjaśnia też – dlaczego:

„Politykom udało się wam wmówić, że jesteście »ubezpieczeni«, płacicie »składki« i w ten sposób »oszczędzacie« na własne emerytury. Tymczasem Wasze pieniążki, które co miesiąc pod przymusem i groźbą kary pozbawienia wolności są Wam pobierane pod mylącą nazwą »składki ubezpieczeniowej«, są po prostu ordynarnym podatkiem celowym, przeznaczanym prawie w całości nie na Wasze przyszłe emerytury, tylko na wypłatę świadczeń dla aktualnie je otrzymujących emerytów i rencistów. W związku z tym w ZUS-ie nie ma w ogóle żadnych pieniędzy. Nie ma ich też w Otwartych Funduszach Emerytalnych” – czytamy w liście.

Istota problemu wynika nie tylko z absurdalnych przepisów, które np. obu tym instytucjom nie pozwalają inwestować za granicą (OFE mogą tam lokować zaledwie 5 proc. składek) ani też handlować w Polsce nieruchomościami, podczas gdy na ich galopującym wzroście cen zarabiają krocie emeryci holenderscy i niemieccy, których fundusze emerytalne takich głupich barier nie mają.

Dramat – ujawnia Gwiazdowski – polega na istniejącej w naszym kraju takiej oto praktyce:

¤ pieniądze wpływające od podatników wydawane są przez ZUS na bieżące wypłaty świadczeń emerytalno-rentowych oraz składki odprowadzane do Otwartych Funduszy Emerytalnych (tzw. II filar). Ale nawet na to jedno i drugie nie wystarcza, więc państwo wspomaga ubezpieczyciela dotacjami budżetowymi;

¤ wobec braku żywej gotówki na owe dotacje, państwo wypuszcza na rynek bezpieczne i dobrze oprocentowane obligacje skarbowe, które skupują m.in. Otwarte Fundusze Emerytalne;

¤ OFE lokują w obligacjach 60 proc. otrzymanych z ZUS-u środków. Oznacza to, że większość przekazanych OFE składek wraca do Skarbu Państwa, by w formie dotacji z powrotem trafić do ZUS-u;

¤ część „odzyskanych” tym sposobem środków otrzymają emeryci i renciści, część – jako należne składki II filaru – zostanie ponownie oddana OFE, które 60 proc. środków znowu przeznaczy na obligacje wyemitowane przez państwo z myślą o dokarmieniu ZUS-u, którym to sposobem koło obłędu się nie zamyka...

Niestety, pieniędzy tych wraca zbyt mało, podobnie jak mało wpływa składek podatników, więc ZUS zaciąga kredyty komercyjne w bankach na pokrycie deficytu w obsługiwanym przez siebie Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), z którego wypłaca renty i emerytury. Kiedyś jednak długi (ok. 3,4 mld zł w grudniu 2006 r., z kosztem obsługi rzędu 250 mln zł) trzeba będzie spłacić, a obligacje skarbowe od OFE wykupić... Niestety, są to już kwoty astronomiczne. Kto weźmie na siebie ten ciężar?

– Wy zapłacicie, moi drodzy ubezpieczeni, i wasze dziatki, o ile oczywiście zdecydujecie się je spłodzić. Zapłacicie w postaci wyższych podatków w przyszłości. Nie ma innej możliwości, bo skąd biedny i jeszcze bardziej zadłużony Skarb Państwa weźmie pieniądze na wykup tych „dobrze oprocentowanych” obligacji i na kolejną dotację do ZUS celem spłaty zaciągniętych kredytów? Od „ubezpieczonych” podatników je weźmie. Zapłacicie więc potężne odsetki od swoich własnych pieniędzy, które dziś są Wam odbierane na „ubezpieczenie” – nie szczędzi gorzkiej prawdy Gwiazdowski.

Podkreśla, że aktualny system państwowych ubezpieczeń emerytalnych przypomina oszukańczy „łańcuszek świętego Antoniego”, bowiem płacimy dziś na emerytury naszych dziadków i rodziców w nadziei, że nasze dzieci i wnuki też się kiedyś odwzajemnią...

– Problem tylko w tym, że dzieci robimy coraz mniej – no bo przecież na swoje emerytury właśnie „oszczędzamy” w ZUS i w OFE. Więc po co nam dzieci? Nie mamy zresztą za dużo pieniędzy na ich utrzymanie, bo przecież połowę wynagrodzenia zabiera nam... ZUS!

A te, które w przypływie nierozwagi spłodziliśmy, posłuchały zdaje się rady pana prezydenta i „spieprzają” do Londynu.

Co będzie, gdy po roku 2015 zacznie przechodzić na emerytury powojenny wyż demograficzny?

– Będzie dokładnie tak samo, tyle że emerytów będzie więcej, a płacących składki mniej. Jedynym z takiej sytuacji wyjściem będzie podwyższenie składek ubezpieczeniowych, jak to się stało w latach 1991–1994 – twierdzi szef Rady Nadzorczej ZUS.

Zwraca uwagę, że w owym zamierzchłym okresie młodzi ludzie nie mogli „spieprzyć” do Londynu. Wielce jest zatem prawdopodobne, że podwyższenie podatku – dla niepoznaki zwanego składką emerytalną – wygoni z kraju kolejne setki tysięcy czynnych zawodowo obywateli. Tylko że z pewnością nie będzie to już problem PiS-u, który ma dzisiaj na głowie rozliczenia z przeszłością – lustrację, pomniki radzieckie i „szarą sieć”, czyli sprawy o wiele ważniejsze niż naprawa systemu emerytalno-rentowego obywateli...

Tymczasem:

¤ w pierwszym kwartale bieżącego roku OFE po raz pierwszy w swojej 8-letniej historii kupiły więcej obligacji skarbowych niż polskie banki i inwestorzy zagraniczni razem wzięci. Innymi słowy: ok. 9 miliardów złotych pochodzących ze składek emerytalnych Polaków (OFE zebrały w 2006 r. ok. 15 mld zł) pójdzie na bieżące wydatki tzw. „taniego państwa”;

¤ analitycy ZUS prognozują, że w latach 2008–2012 niedobór funduszu emerytalnego może wynieść – w zależności od stanu gospodarki – od 18 do 39 mld zł rocznie (dla porównania: 30 mld zł to zaplanowany w ustawie budżetowej na rok 2007 oficjalny deficyt w finansach całego państwa)!!!

 

W lutym weszła w życie nowelizacja ustawy o działach administracji rządowej, powodująca, że nadzór nad ZUS-em – sprawowany dotychczas przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej – przejął premier. Jarosław Kaczyński opowiadał, że wszelkie reformy emerytalno-rentowe ruszą teraz z kopyta, bo zajmie się nimi w jego imieniu genialny Ludwik Dorn, stojący na czele międzyresortowego zespołu grupującego m.in. przedstawicieli resortu pracy i polityki społecznej, spraw wewnętrznych i administracji, zdrowia, finansów oraz reprezentantów ZUS-u.

Pan Ludwik zdawał się nawet przejąć tę rolę, bo już pod koniec kwietnia pierwsze wersje niektórych rządowych projektów (m.in. systemu wypłat emerytur z OFE od 2009 r.) trafiły do konsultacji społecznych. Okazało się jednak, że pomyślność społeczno-gospodarcza kraju może poczekać, bo PiS-owi potrzebny był swój człowiek na stołku marszałka Sejmu.

Po odwołaniu Dorna z funkcji wicepremiera prace międzyresortowego zespołu zawieszono w oczekiwaniu na nowego szefa. Został nim właśnie Przemysław Edgar Gosiewski – nadzieja mieszkańców Włoszczowy i okolic na specjalne przywileje emerytalne...

Wicepremier Gosiewski będzie zapewne potrzebował pół roku na zaznajomienie się z problematyką i wyrobienie poglądu, czy w nieodległej przyszłości ktoś w ogóle wypłaci Polakom emerytury ze środków gromadzonych w OFE!

„Niedługo w końcu trzeba będzie wyjść i powiedzieć: drodzy ludzie, w 2009 roku, kiedy mają być wypłacane pierwsze emerytury z OFE, nie dostaniecie żadnych pieniędzy, bo nie wiemy, komu, ile i na jakich zasadach wypłacić” – ostrzegła Aleksandra Wiktorow, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, a 25 kwietnia podał się nieoczekiwanie do dymisji wiceprezes Ireneusz Fąfara, który przez ponad sześć lat kierował w tej firmie pionem ekonomiczno-finansowym. No bo kto chciałby zostać kapitanem Titanica?

Dominika Nagel

 

 

"WPROST" nr 2(1205), 15.01.2006 r.

ZUSstan

ZAKŁAD UBEZPIECZEŃ SPOŁECZNYCH JEST JEDNĄ Z NAJBARDZIEJ ROZRZUTNYCH FIRM W EUROPIE

To wydumany problem, w przeliczeniu na klienta ZUS to tylko trzy grosze" - oświadczyła prezes ZUS Aleksandra Wiktorow po wydaniu w czerwcu 2004 r. pół miliona złotych na bankiet dla uczestników konferencji Międzynarodowego Stowarzyszenia Zabezpieczenia Społecznego w hotelu Sheraton w Krakowie i w kopalni soli w Wieliczce. Sponsorem "światowego życia" pracowników ZUS było 13 mln płacących składki Polaków. ZUS wyrzuca w błoto miliony złotych rocznie; na przykład kupuje i buduje siedziby, zamiast je wynajmować, rozbudowuje własne ośrodki wypoczynkowe, tworzy etaty dla pracowników potrzebnych okazjonalnie, zamawia zbędne ekspertyzy itp.

Ta największa instytucja finansowa w Polsce, przez którą przechodzi co roku ponad 150 mld zł (jedna szósta polskiego PKB), wypłacająca emerytury i renty 7,5 mln Polaków, jest biurokratycznym molochem. ZUS wykorzystuje status monopolisty, aby się nie rozliczać z otrzymywanych publicznych pieniędzy, nie kontrolować wydatków, a nawet wydawać otrzymywane fundusze niezgodnie z przeznaczeniem. Jak dowiedział się "Wprost", kilka tygodni temu władze ZUS zażądały na posiedzeniu sejmowej Komisji Finansów Publicznych dotacji dla zakładu w wysokości miliarda złotych, w ogóle tego nie uzasadniając. Koszty działalności ZUS wynoszą już prawie 3 proc. wartości powierzonych tej instytucji pieniędzy. Dla porównania: amerykańskie urzędy skarbowe na koszty swojej działalności pobierają 1 proc. Wiceprezes ZUS Ireneusz Fąfara nie potrafił wytłumaczyć posłom, jakie nowe zadania, które wymagałyby wzrostu dotacji o 5 punktów procentowych powyżej inflacji, otrzymała w 2006 r. jego instytucja. W ostatnich pięciu latach koszty działalności ZUS wzrosły o ponad 50 proc., z 2,5 mld zł do 4 mld zł. - Władze ZUS traktują publiczne pieniądze jako coś, co im się należy. To nadużywanie pozycji monopolistycznej - komentuje Maria Wiśniewska, poseł Platformy Obywatelskiej, członek sejmowej Komisji Finansów Publicznych.

Sytuacja w ZUS przypomina motywy z filmów Stanisława Barei, który dokumentował absurdy PRL. Jedna trzecia kosztów działalności ZUS (1,3 mld zł) jest przeznaczana na ściganie pracodawców, którzy zalegają z płaceniem składek za pracowników. Największym dłużnikiem ZUS są zaś państwowe zakłady, takie jak służba zdrowia czy kopalnie. To oznacza, że państwowy ZUS za państwowe pieniądze ściga zarządzane przez państwo firmy. Czyli państwo ściga samo siebie, wydając na to pieniądze podatników.

 

ZUS, czyli PRL wiecznie żywy

W ZUS panują zasady obowiązujące w Polsce w okresie budowy realnego socjalizmu. W ubiegłym miesiącu po serii krytycznych dla ZUS artykułów prasowych kierownictwo zakładu zainicjowało akcję (formalnie dobrowolną, faktycznie obowiązkową) pisemnego wyrażenia poparcia pracowników zakładu dla polityki zarządu. Takich podobieństw jest więcej. O ile w Polsce Ludowej należało chronić tajemnice przedsiębiorstw przed czyhającymi na nie imperialistami, tak dziś ZUS stara się jak najmniej informować o swoich działaniach (proste dane, o które prosiliśmy, otrzymaliśmy po tygodniu, wraz z informacją, że należy je publikować z właściwym komentarzem). Dzięki temu kontrola zakładu jest praktycznie niemożliwa. Posłowie, których zadaniem jest kontrola wydatków publicznych, nie mogli się zapoznać z rozliczeniem pieniędzy wydanych przez ZUS w ostatnich dwóch latach. Wiceprezes Fąfara powiedział pytającym go posłom, że informacje na ten temat są ogólnodostępne, jednak ostatnie udostępnione na stronie internetowej sprawozdanie finansowe dotyczy roku 2003. Brak rozliczeń za lata 2004 i 2005 nie przeszkadza władzom ZUS żądać większych dotacji w roku 2006. Dla porównania: spółki notowane na warszawskiej giełdzie publikują sprawozdania trzy miesiące po zakończeniu roku obrachunkowego.

ZUS również w innych sprawach traktowany jest jak święta krowa. Przedawnienie długów okresowych następuje zasadniczo po trzech latach, urzędy skarbowe mają zaś pięć lat na odzyskanie długu. Tymczasem zaległości wobec ZUS przedawniają się dopiero po nie spotykanym w żadnym cywilizowanym państwie okresie 10 lat (to oznacza, że ZUS ma prawo upomnieć się o zaległości pod koniec dziesięcioletniego okresu, doliczając odsetki ustawowe za ten czas - obecnie 11,5 proc. rocznie).

 

ZUS nie wybiera

O ile w wypadku osób wyłudzających renty ZUS wykazuje znaczną bierność, o tyle jeśli chodzi o przedsiębiorców, aktywność zakładu jest nadmierna. Na początku grudnia Izba Pracodawców Polskich oskarżyła ZUS przed Komisją Europejską o blokowanie wysyłania polskich pracowników do krajów UE. Legalną pracę na Zachodzie straci kilkanaście tysięcy osób, bo biurokraci z ZUS zaostrzyli kryteria wydawania dla pracodawcy zaświadczenia informującego, że składki pracowników są opłacane w Polsce.

ZUS przegrywa co trzecią rozprawę sądową, w której kwestionowane są decyzje zakładu. Najczęściej chodzi o bezprawne żądanie przez ZUS pieniędzy. Tak było w wypadku Adriany Kubisiak, doradcy podatkowego z Grudziądza. Zdaniem ZUS, Kubisiak, prowadząc działalność gospodarczą i pracując na etacie, powinna płacić składki emerytalne, będąc na urlopie macierzyńskim. Przepisy jasno mówiły, że składki muszą płacić tylko pracodawcy. Mimo to sprawę o zapłatę zaległych składek i odsetek Kubisiak wygrała dopiero przed Sądem Najwyższym po wieloletnim procesie. Michał Patelski z Piły zawiesił prowadzoną działalność gospodarczą, uzgadniając to z pracownikami ZUS. Bez problemu otrzymywał zaświadczenia o niezaleganiu ze składkami. W 2003 r. ZUS zmienił interpretację przepisów i podczas kontroli zażądał zaległych składek wraz z odsetkami (ponad 60 tys. zł) za okres, w którym zawieszono działalność. W podobnej sytuacji znalazło się kilkadziesiąt tysięcy przedsiębiorców w całej Polsce, dla większości z nich spełnienie żądań ZUS będzie oznaczać bankructwo i przejście na utrzymanie państwa. Urzędnicy nie ponoszą odpowiedzialności za wprowadzanie petentów w błąd, bo w siedzibach ZUS wywieszono kartki informujące, że za ustne wypowiedzi pracowników urząd nie ponosi odpowiedzialności. Interpretacje przepisów przez urzędników ZUS są czasem wręcz absurdalne. Zgodnie z najnowszym ich pomysłem, właściciele jednoosobowych firm (takich w Polsce jest najwięcej), aby mieć pewność, że otrzymają emerytury, muszą przechowywać dokumenty wpłat przez 50 lat.

 

Odporni na rynek

Nieliczenie się z kosztami, a także właściwa dla bronionych przez państwo monopolistów pogarda dla klientów to cechy charakterystyczne ZUS. Podczas gdy prywatne firmy, aby oszczędzić, płacą za wszystkie usługi nie związane z ich główną działalnością firmom zewnętrznym (tzw. outsourcing), ZUS tworzy specjalne etaty w firmie. Oznacza to, że opłaca stale pracowników, którzy są mu potrzebni okazjonalnie. Na przykład projekty budynków ZUS wykonują etatowi architekci, a nie firmy wybrane w przetargu. ZUS wznosi nie tylko pałace. Oddział ZUS w Szczecinie buduje dla pracowników i ich dzieci boisko z przezroczystym dachem, by można było grać podczas deszczu. W Zakopanem ZUS wyeksmitował przychodnię ginekologiczną, żeby urządzić tam ośrodek wypoczynkowy dla swoich pracowników. Aż 113 mln zł ZUS chce wydać na swoją nową siedzibę na warszawskim Żoliborzu. Z kolei nowa siedziba ZUS w Kielcach ma kosztować 20 mln zł. Zdaniem dyrekcji kieleckiego ZUS, wydatek 20 mln zł jest konieczny, by zaoszczędzić rocznie milion złotych płaconych obecnie za wynajem biur przez zakład w Kielcach. - W prywatnych instytucjach finansowych nie inwestuje się w nieruchomości przeznaczone na biura, ponieważ ich wynajem umożliwia szybsze oraz łatwiejsze zmniejszanie kosztów działalności firmy w przyszłości i jest tańszy - tłumaczy Maria Wiśniewska. To oznacza, że jeżeli na przykład za kilka lat liczba emerytów i rencistów w Kielcach się zmniejszy, to ZUS mógłby zwolnić niepotrzebnych pracowników i zaoszczędzić na opłatach za wynajem biura. Bezsens tej inwestycji pokazuje proste wyliczenie. ZUS, inwestując 20 mln zł nawet w najbezpieczniejsze na rynku obligacje skarbu państwa, będzie miał milion złotych zysku rocznie, czyli tyle, ile wydaje obecnie na wynajem biur, zachowując przez cały czas na koncie gotówkę (obligacje można w każdej chwili sprzedać).

NIK zauważyła także inne przykłady marnotrawstwa i niegospodarności panującej w ZUS. Zakład zamówił na przykład siedem prac naukowo-badawczych za 807 tys. zł. Wśród nich jest "Opracowanie zasad i wytycznych dotyczących programu zapobiegania poważnym awariom w Zakładach Azotowych w Tarnowie Mościcach". Zdaniem ekspertów powołanych przez sam ZUS, jest to "atrakcyjne intelektualnie opracowanie, ale na wysokim stopniu uogólnienia", czyli przekładając na polski - po prostu bezużyteczne.

 

ZUS-okracja

W ostatniej dekadzie liczba pracowników ZUS wzrosła o ponad 50 proc., do 50 tys. w 2005 r. W tym czasie w ZUS przeprowadzono informatyzację, co w teorii powinno oznaczać znaczne zwiększenie efektywności. O przerostach zatrudnienia w tej instytucji świadczą chociażby różnice w efektywności poszczególnych oddziałów. Na przykład w filii w Sosnowcu na pracownika przypada 241 emerytów i rencistów, podczas gdy w Gorzowie Wielkopolskim - tylko 109. Sprzyja temu system wynagradzania pracowników ZUS, taki jak w PRL. Płaca zależy tylko od nazwy stanowiska, a nie od efektów pracy pracownika (z wyjątkiem kwartalnej premii uzależnionej od subiektywnej oceny pracy przez przełożonego). Na wynagrodzenie nie ma żadnego wpływu to, ilu petentów obsłuży pracownik ZUS czy liczba płatników, którymi będzie się zajmował. Dlatego obecnie w ZUS są działy, w których kierownik kieruje tylko jednym pracownikiem (stanowisko kierownika automatycznie oznacza wyższą pensję). Płace zatrudnionych w ZUS są co roku waloryzowane, niezależnie od sytuacji gospodarczej. Pensję rady nadzorczej ZUS kosztują nas milion złotych rocznie. Kierowca zarządu zarabia 6 tys. zł miesięcznie.

ZUS troszczy się nie tylko o swoich pracowników i ich dzieci, dla których buduje z naszych pieniędzy ośrodki rekreacyjno-wypoczynkowe, ale także dofinansowuje swoich emerytów - w sumie armię 100 tys. osób. Tylko na pożyczki mieszkaniowe dla byłych i obecnych pracowników, a także dopłaty do ich urlopów, ZUS wydał w 2003 r. 55 mln zł. Ile wydał w 2004 r. i 2005 r. - nie wiadomo, bo ZUS nie opublikował jeszcze tych sprawozdań.

"Systemy administracji publicznej, do której należy Zakład Ubezpieczeń Społecznych, ewoluują bardzo powoli. (...) Wszelkie rewolucyjne zmiany mogą odbić się na efektywności działania, a co za tym idzie na pogorszeniu poziomu obsługi klientów" - przekonują autorzy strategii ZUS na lata 2004-2005. ZUS nie tyle "ewoluuje bardzo powoli", ile wręcz zatrzymał się w epoce PRL. Jest to najdroższe muzeum świata, na które łożymy z własnej kieszeni.

 

    *  113 mln zł będzie kosztować nowa ogólnopolska centrala ZUS na warszawskim Żoliborzu

    * 21 mln zł to cena, za jaką kupiono siedzibę ZUS w Łodzi

    * 20 mln zł zapłaci ZUS za nową siedzibę w Kielcach

    * 17 mln zł kosztowała budowa biurowca ZUS w Białymstoku przy ul. Młynowej (ukończono ją w 2002 r.)

    * 15 mln zł zapłacili podatnicy za oddaną do użytku w maju 2005 r. koszalińską siedzibę ZUS

    * 14 mln zł kosztował nowy budynek ZUS przy ul. Litomskiej we Wrocławiu

    * 13 mln zł zapłacono za oddany do użytku w czerwcu 2005 r. budynek ZUS w Poznaniu

    * 10 mln zł będzie kosztować planowana na lata 2006-2007 budowa nowej siedziby ZUS w Wałbrzychu

    * 10 mln zł wydano na adaptację nowej siedziby ZUS w Częstochowie. Do budynku po nie ukończonym szpitalu ZUS wprowadził się w 2004 r.

    * 5 mln zł zapłacili podatnicy za nowy budynek ZUS w Sanoku (oddany do użytkowania w sierpniu 2005 r.)

    * 4,1 mln zł zapłacono za budowę inspektoratu ZUS w Stalowej Woli

    * 2 mln zł zapłacą podatnicy za nową siedzibę oddziału ZUS w Olsztynie (planowany termin odbioru budynku - lipiec 2006 r.)

 

ALEKSANDRA WIKTOROW

Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych

ZUS to instytucja finansowa o najniższych kosztach działalności w Polsce. Nasze koszty administracyjne wynoszą 2,78 proc. pieniędzy, którymi zarządzamy. To niewiele więcej niż podobna, a mająca zacznie węższy zakres obowiązków instytucja w Niemczech (niemiecki odpowiednik ZUS zajmuje się tylko wypłacaniem świadczeń i pobiera na swoje potrzeby prawie 2 proc. pieniędzy, a wypłata świadczeń jest mniej kosztowna niż pobór, rozliczanie i ewidencjonowanie składek). Koszty działalności zakładu w ostatnich latach wzrastały kwotowo, lecz nie zmieniały się w proporcji do wydatków. Każdy wzrost zatrudnienia w ZUS jest związany z nowymi obowiązkami zakładu. Wszystkie inwestycje budowlane ZUS poprzedzają analizy ich opłacalności. Nieopublikowanie sprawozdania finansowego zakładu za rok 2004 wynikał z przyczyn niezależnych od ZUS (trwała procedura przetargowa na wybór audytora). Audytor sprawozdanie już zatwierdził i zostało ono skierowane do publikacji. Dodatkowo w maju 2005 r. pozytywną opinię o wykonaniu budżetu przez ZUS wydała NIK, a wcześniej Komisja Polityki Społecznej, Komisja Finansów Publicznych Sejmu i Senat.

Aleksander Piński, Jan Piński, współpraca Małgorzata Zdziechowska

 

 

 www.wp.pl | Poniedziałek, 27.10.2008

SKŁADKI WPŁACONE DO PTE REALNIE STRACIŁY NA WARTOŚCI

Płacimy na ZUS, niech nas lepiej obsługuje

Trzeba z tego wyciągnąć wnioski i jak najszybciej wprowadzić radykalne zmiany. Konkurencja na rynku PTE nie działa. Nie obniżają opłat, by pozyskać klientów. Ryzyko inwestowania w akcje jest duże.

 

Trzeba więc uchwalić ustawę, która jak najszybciej, np. od 1 stycznia 2009 r. lub 1 marca 2009 r., przeniesie aktywa obowiązkowo ubezpieczonych z powszechnych towarzystw emerytalnych do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wraz z zapisami na indywidualnych kontach emerytalnych i zakazać ZUS-owi inwestowania pieniędzy ubezpieczonych w akcje i inne ryzykowane papiery. Obowiązkowe składki powinny być lokowane w bankach lub inwestowane w skarbowe papiery wartościowe.

 

Choć uważam, że najtańsze i najbardziej efektywne dla naszego społeczeństwa byłoby przeniesienie wszystkich aktywów z indywidualnych kont emerytalnych w PTE na indywidualne konta emerytalne w ZUS, dopuszczam wprowadzenie wyjątków od tej zasady.

 

Nasze społeczeństwo przy koncepcji z samym ZUS nie musiałoby ponosić kosztów utrzymania PTE. A przecież szkoda każdego miliarda w ciągu następnych 20-30 lat na ich funkcjonowanie.

 

Ale skoro PTE już są i mają spore zasługi w rozreklamowaniu reformy emerytalnej oraz pobierają mniejsze niż TFI opłaty za zarządzanie, to mogłyby dalej funkcjonować w obowiązkowym systemie emerytalnym. Ich klientami zostaliby świadomi ryzyka ubezpieczeni, którzy decydowaliby się na zostanie w PTE.

 

Trzeba wprowadzić zasadę, że aktywa z indywidualnych kont emerytalnych w PTE są przenoszone na indywidualne konta emerytalne w ZUS, z wyjątkiem aktywów osób, które zdecydują się pozostać w PTE. Osoby takie powinny wysłać w tej sprawie pisemne oświadczenie listem poleconym do ZUS. Miałyby na to np. 3 miesiące. Gdyby takie oświadczenie do ZUS nie płynęło, środki z PTE zabierane byłyby na konta w ZUS.

 

Nowi ubezpieczeni z zasady otrzymywaliby indywidualne konta emerytalne w ZUS, chyba że wysłaliby pisemne oświadczenie listem poleconym do ZUS, że chcą, by ich składki były przelewne do wybranego PTE.

Skończyłoby się losowanie do PTE dla osób, które żadnego nie wybrały.

 

Takie działania zwiększyłyby konkurencję na rynku PTE. ZUS zacząłby pełnić rolę jednego z PTE i zakładów emerytalnych.

 

ZUS nie pobierałby żadnych opłat. Inne PTE i zakłady emerytalne musiałyby na to odpowiedzieć i obniżyć opłaty, bo inaczej traciłyby klientów.

 

Takie rozwiązanie jest dla naszego społeczeństwa droższe niż koncepcja z samym ZUS, ale dzięki temu można zachować więcej zasad rynkowych.

 

Dla tych zasad być może warto poświęcić trochę pieniędzy na opłaty dla PTE i prywatne zakłady emerytalne.

 

Warto wprowadzić pięcioletnie moratorium na sprzedaż akcji, które byłyby przejęte przez ZUS z otwartymi funduszami emerytalnymi, co będzie mniej szkodliwe dla giełdy niż ich szybka wyprzedaż.

Właściciele PTE już wystarczająco dużo zarobili

 

Właściciele PTE nie będą zadowoleni ze zmian. Część może domagać się odszkodowań, a to najpotężniejsze w Polsce grupy bankowo-ubezpieczeniowe. Wystarczająco dużo jednak już zdarli z przyszłych emerytów - 10 mld zł. To kilka razy więcej niż wyłożyli na utworzenie PTE i ich kampanie reklamowe.

 

Państwo ma wystarczająco dużo instrumentów, by nie wystraszyć się reakcji właścicieli PTE, którzy wiedzieli, że biorą udział w politycznym przedsięwzięciu, jakim była reforma emerytalna, że w przyszłości politycy mogą z niej się wycofać. To ryzyko polityczne pewnie uwzględnili w wysokości pobieranych opłat. Nie należą się im żadne odszkodowania.

 

Suweren (polskie społeczeństwo) za pośrednictwem Sejmu, Senatu i prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, zmieni przepisy i trzeba będzie je respektować.

 

Teraz jest właściwy czas na wnioski z doświadczeń. Po 10 latach okazało się, że PTE dla przyszłych emerytów nie zarobiły ani grosza, a dla siebie zgarnęły 10 mld zł opłat. Części elementów reformy emerytalnej trzeba więc zmienić.

 

Jeżeli zapiszemy w ustawie, że ZUS prowadzi indywidualne konta emerytalne, a pieniądze na nie wpływające inwestuje bez pobierania żadnych dodatkowych opłat w polskie skarbowe papiery dłużne lub lokuje w bankach, stworzymy znacznie lepszą sytuację niż obecnie.

 

Długoterminowe zyski z akcji są niepewne. Zdarza się, że nawet przez kilkadziesiąt lat ich kursy nie wracają do poprzednich wysokich poziomu, jak zdarzyło się w drugiej połowie XX wieku w Japonii. Nie ma więc co mamić niepewnymi dochodami przyszłych emerytów.

 

Podobnie jest z argumentem, że pieniądze z OFE zasilają nowe firmy. OFE rzadko inwestują w akcje niedużych spółek.

 

Zaprowadzenie nowego porządku emerytalnego nie będzie kosztowne, a pozwoli przyszłym emerytom zaoszczędzić przynajmniej miliard złotych rocznie na opłatach dla PTE i opłatach dla zakładów emerytalnych, które dopiero mają powstać.

 

W dłuższej perspektywie oszczędności na opłatach będą wynosiły dziesiątki miliardów złotych.

 

ZUS jest w stanie wziąć nowe zadania

 

System informatyczny ZUS jest tak rozbudowany, że wprowadzenie kilku dodatkowych funkcji wiele by nie kosztowało.

W ZUS bezpiecznymi inwestycjami może zajmować się 2-3 doradców inwestycyjnych. Ich koszt to 400-500 tys. rocznie, czyli 6-7 mln zł przez 10 lat.

 

PTE w ciągu 10 najbliższych lat zgarną kolejne miliardy złotych opłat od przyszłych emerytów. To tysiąc razy więcej, a efekty ich pracy są niepewne.

 

Nie ma żadnej unijnej dyrektywy, która nakazuje prowadzenie OFE. W zamożnych krajach Wspólnoty Europejskiej system emerytalny oparty jest na zasadzie solidarności międzypokoleniowej.

 

Moim zdaniem, system kapitałowy, wprowadzony w Polsce, jest sprawiedliwszy, bo każdy dostaje to, co sobie odłożył na przyszłość. W tym odkładaniu nie musi jednak korzystać z dwóch pośredników (PTE i zakłady emerytalne), którzy pobierają horrendalne opłaty. Wystarczy, że jego pieniądze będzie bezpiecznie lokował ZUS, który następnie w całości będzie wypacał emerytury.

Ze względu na szacunek dla zasad rynkowych warto ludziom dać prawo wyboru: czy chcą być tylko z ZUS czy korzystać również z usług PTE i prywatnych zakładów emerytalnych.

Jerzy Krajewski,

dyrektor Instytutu Bankowości Spółdzielczej

 

 

 www.o2.pl | Poniedziałek [27.07.2009, 10:28] 1 źródło

ZUS ZNÓW WYDAJE MILIONY. NA PREMIE

Tak wynika z raportu NIK.

Najwyższa Izba Kontroli przygotowała raport o wydatkowaniu pieniędzy przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Okazało się - jak informuje "Fakt" - że prezes ZUS Sylwester Rypiński nie żałuje pieniędzy swoim pracownikom.

Na wynagrodzenia pracowników ZUS wydano w ubiegłym roku 1,8 mld złotych. To o ponad 237 mln złotych więcej niż rok wcześniej.

Przeciętna pensja w ZUS wzrosła o 15,5 proc. A emerytury? Zaledwie o 6,5 proc.- wylicza "Fakt".

Ile zarabia więc przeciętnie pracownik ZUS? 3264 zł. Jeszcze wyższa jest przeciętna pensja pracownika centrali, która wzrosła w ubiegłym roku średnio o 633 zł. Dzisiaj wynosi ponad 5,7 tys. złotych.

A to nie koniec. Prezes ZUS - jak donosi "Fakt" - nie żałuje też pieniędzy na nagrody dla swoich pracowników. W zeszłym roku wydał na to 220 mln zł. To o ponad 16 proc. więcej niż rok temu.

Średnia nagroda dla pracownika wyniosła 4,6 tys. zł. Ponad dwukrotnie wyższe premie wypłacono pracownikom z centrali zakładu - ponad 9,8 tys. zł. | WB

 

 www.o2.pl | Czw [18.06.2009, 06:00] 1 źródło, 1 wideo

ZUS PRZEPROWADZIŁ SIĘ DO SIEDZIBY ZA 200 MLN ZŁOTYCH (WIDEO)

Zapłaciliśmy m.in. za 100-metrowy gabinet prezesa.

W czterokondygnacyjnym budynku króluje szkło, piaskowiec i granit. Na powierzchni 26 000 metrów kwadratowych oprócz pokoi dla urzędników zaplanowano 15 sal konferencyjnych. Po co tak dużo? Praca w centrali ZUS to głównie narady, zebrania i burze mózgów, a do tego potrzebne są dobrze wyposażone sale konferencyjne – tłumaczy RMF FM Przemysław Przybylski, rzecznik zakładu.

ZUS okazuje serce i chce oddać społeczeństwu co od niego dostał.

Będziemy tutaj organizować spotkania dla dzieci z domów dziecka, dla osób niepełnosprawnych, dla seniorów. Zamierzamy organizować przeglądy twórczości seniorów. Chcemy, żeby ten budynek żył i żeby nie był przeznaczony wyłącznie dla urzędników, ale także dla naszych klientów - dodaje Przybylski. | JS

 

 www.o2.pl / www.sfora.pl | Czwartek [08.10.2009, 08:19] 1 źródło

KREDYT DLA ZUS UKRYJE KŁOPOTY BUDŻETU?

Ekonomiści: premier może odpowiadać za niegospodarność.

Rząd zmusza ZUS do zaciągania kredytów na wypłatę emerytur i rent. To kreatywna księgowość, za która zapłacą w pierwszej kolejności przedsiębiorcy. A później podatnicy, czyli my wszyscy - alarmuje "Gazeta Wyborcza".

Zakład Ubezpieczeń Społecznych podpisał już umowy na dwie linie kredytowe na 5,5 mld zł.

To zabezpieczenie środków na wypłatę emerytur i rent dla 7 milionów Polaków. Pieniędzy brakuje, ale rząd nie chce ich przekazać z budżetu państwa.

Rząd chce za wszelką cenę pokazać, że ma deficyt budżetowy pod kontrolą. Teraz premier Donald Tusk z ministrem finansów Jackiem Rostowskim udają, że ZUS nie potrzebuje dodatkowych 5,5 mld zł z budżetu. Kredyt ma więc zaciągnąć ZUS - podkreśla gazeta.

Były wiceminister finansów w rządzie PO-PSL Stanisław Gomułka uważa, że premierowi i ministrowi finansów można postawić zarzut niegospodarności.

Jego zdaniem pieniądze powinien pożyczać rząd a nie ZUS, bo ten ostatni ma mniejszą wiarygodność przez co kredyt jest droższy nawet o 80 milionów złotych. Tę opinię podzielają inni ekonmiści.

Skąd wobec tego opór rządu? Ministerstwo Finansów milczy. Bo i co ma powiedzieć? Duet Tusk & Rostowski jest pod ścianą. Budżet się sypie. W tym roku deficyt budżetowy wyniesie grubo ponad 20 mld zł, w przyszłym ponad 52 mld zł - przypomina "Gazeta Wyborcza". | AJ

 

 

www.o2.pl / www.sfora.pl | Poniedziałek [16.11.2009, 06:31] 1 źródło

DLA ODSZKODOWANIA UCINAJĄ SOBIE PALCE

Zobacz, jak w rok Polacy wyłudzili 7,5 mld.

Ucinanie palców, klonowanie rodziny, a nawet śmierć na niby... Brzmi makabrycznie, ale do tego uciekają się rodacy, by wyłudzić pieniądze od ubezpieczycieli. Łącznie 7,5 mld zł rocznie - donosi "Puls Biznesu".

Ponad 1,7 mln zł wyprowadził z PZU pracownik tej firmy. Po złożeniu wniosku o odszkodowanie przez ubezpieczonego na życie, dopisywał kolejne. W imieniu rodziny składał nowe wnioski o wypłatę, ale wpisywał swoje konto. Mężczyznę aresztowano.

Podobnych historii jest więcej - w ubiegłym roku wpadło małżeństwo, które na podstawie fałszywego aktu zgonu próbowało od kilkunastu towarzystw wyłudzić 10 mln zł. Właściciel tartaku wyciągał firmę z tarapatów inkasując odszkodowanie za palce, które sam sobie obcinał. Skończył na ósmym - wylicza gazeta.

W ubiegłym roku udało się wykryć ponad 2600 oszustw o wartości około 55 mln zł. Jednak eksperci twierdzą, że to dane zaniżone o kilkaset procent.

Badania pokazują, że na jedną ujawnioną sprawę przypada 200 nieujawnionych. W Polsce co roku z towarzystw wyłudzane jest około 7,5 mld zł - twierdzi Robert Dąbrowski, który tropi oszustów w PZU. | AJ

 

 

 

 

 www.wp.pl | Wtorek, 23 grudnia 2008 | Gazeta Bankowa (12:53)

ZLIKWIDUJMY ZUS

Każdego miesiąca miliony Polaków odprowadzają do systemu ubezpieczeń społecznych miliardy złotych.

Łączna suma wypłacanych świadczeń przekracza wydatki niejednego małego państwa. Ponieważ zarówno składki na świadczenia, jak i wysokość świadczeń ustalają politycy za pomocą ustaw, finanse polskiego systemu ubezpieczeń społecznych są bardzo nieelastyczne. To z kolei prowadzi do powstawania niebezpiecznego deficytu.

 

Struktura finansowa

Łączne wpływy do ZUS i KRUS w roku 2007 wyniosły ok. 150 mld złotych. Większość z nas przekazuje składki z tytułu zatrudnienia, ale za wielu innych pieniądze przelewają urzędy pracy, Fundusz Kościelny i inne instytucje. Najważniejsze składki, jakie płacimy, to składki na „ubezpieczenie” emerytalne, rentowe, chorobowe, zdrowotne i wypadkowe.

 

Administratorem sytemu, poborcą składek i płatnikiem większości świadczeń są ZUS i KRUS. ZUS pobiera od nas składki określone w Ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych. Za tę usługę ZUS potrąca sobie ok. 3 proc. wszystkich przepływających przez niego pieniędzy. Pozostałe środki przekazywane są dalej. Część zebranych składek z tytułu ubezpieczeń emerytalnych trafia na prywatne konta w otwartych funduszach emerytalnych, składki za ubezpieczenia zdrowotne przesyła się do Narodowego Funduszu Zdrowia, a pozostała kwota gromadzona jest w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. FUS podzielony jest na podfundusze odpowiedzialne za emerytury, renty i inne świadczenia.

 

Pieniądze zebrane w FUS są następnie wydawane na świadczenia społeczne, których wysokość określona jest ustawowo. Ustawodawcy chętnie wymyślają dodatkowe zadania społeczne, których finansowanie przekazują FUS-owi. Jeśli FUS nie ma wystarczających środków, by pokryć ustawowe zobowiązania, to otrzymuje dotację z budżetu państwa lub zaciąga kredyt. Przykładowo, zadłużenie kredytowe FUS na koniec roku 2005 wyniosło 4,5 mld złotych.

 

Chroniczny deficyt FUS

Polski system ubezpieczeń społecznych rok w rok przynosi straty rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych. Na przykład w roku 2007 budżet musiał zasilić FUS kwotą 40 miliardów, a KRUS kwotą 14 miliardów. W systemie ZUS składki pokrywają tylko ok. 70 proc. wydatków na świadczenia, a w KRUS tylko ok. 7 proc.!

 

Rok 2007 nie był wyjątkiem. Dla przykładu, dotacje dla samego tyko ZUS-u w latach 2003-2005 wyniosły odpowiednio 28, 33 i 32 mld złotych. Ze względu na starzenie się społeczeństwa, należy oczekiwać, że w przyszłości FUS będzie kosztował nas znacznie więcej.

 

Poza bezpośrednimi dotacjami dla FUS, państwo dotuje system ubezpieczeń także innymi sposobami, np. przejmując zadłużenia szpitali lub opodatkowując kierowców podatkiem Religi.

 

Dlaczego deficyt jest szkodliwy

Podstawowy problem deficytu w systemie świadczeń społecznych polega na tym, że ktoś musi go sfinansować. Większy deficyt systemu świadczeń społecznych oznacza wyższe podatki lub wyższe zadłużenie państwa - czyli wyższe podatki.

 

Chroniczny deficyt w systemie ubezpieczeń społecznych stawia pod znakiem zapytania sensowność istnienia całej składkowej strony tego systemu. Skoro w ostatecznym rozrachunku system w znacznej części finansowany jest ze Skarbu Państwa, czyli z podatków, to po co istnieje cały ZUS-owski i KRUS-owski aparat ściągania składek? Jaki sens mają niezliczone rozporządzenia, szkolenia, rejestry, audyty, rozliczenia, systemy księgowe i programy komputerowe, skoro cały ten wysiłek i tak nie zapewnia finansowej stabilności systemu? Jaki sens ma praca dziesiątek tysięcy urzędników ZUS i specjalistów w działach kadr dziesiątek tysięcy firm, skoro ostatecznie finansowanie systemu i tak opiera się na dotacji budżetowej?

 

Jeśli godzimy się z faktem, że budżet dotuje świadczenia społeczne, to dużo oszczędniejsze wydaje się całkowite zniesienie składek ZUS i przejście na finansowanie wyłącznie z budżetu. W ten sposób zaoszczędzi się wysiłek setek tysięcy ludzi związany z koniecznością rozliczania składek ZUS. Albo uczyńmy system ubezpieczeń społecznych samofinansującym się mechanizmem, albo zlikwidujmy podwójną biurokrację przy pobieraniu podatków składek przez urzędy skarbowe i ZUS.

 

Nienaprawialny system

Deficyt w systemie świadczeń społecznych wynika ze sposobu, w jaki ustalany jest poziom świadczeń społecznych i poziom składek na te świadczenia. Te dwie kluczowe wielkości ustalane są czysto politycznie. Składki i świadczenia rozpatrywane są niezależnie od siebie, niezależnie od rachunku ekonomicznego i niezależnie od elementarnych zasad sprawiedliwości. Tak jak w każdym procesie politycznym, jedyną zmienną, która gra rolę przy ustalaniu poziomu składek i świadczeń jest polityczna popularność decyzji.

 

W efekcie system zabezpieczeń społecznych cierpi na chroniczny deficyt. Ponadto, zamiast pełnić funkcję, do której został stworzony, jest on narzędziem redystrybucji świadczeń od osób płacących większe składki - np. pracowników zatrudnionych na etat - do osób płacących mniejsze składki - np. rolników i osób rozpoczynających działalność gospodarczą. Biorąc pod uwagę fakt, że rolnicy płacą ok. 10 razy niższe składki w stosunku do pobieranych świadczeń niż pozostali obywatele, trudno sobie wyobrazić poważną reformę systemu ubezpieczeń społecznych bez rozwiązania tego problemu.

 

Jednak nawet gdyby (co jest zupełnie nieprawdopodobne) udało się wyeliminować czynnik polityczny poprzez utworzenie jakiejś hipotetycznej, niezależnej i apolitycznej komisji składającej się z kompetentnych osób, której zadaniem byłoby ustalanie aktuarialnie prawidłowych składek na świadczenia społeczne, to taka hipotetyczna instytucja i tak nie byłaby w stanie zaprojektować prawidłowo bilansującego się systemu świadczeń. Uniwersalny system ubezpieczeń obejmujący kilkadziesiąt milionów osób, powiązany ze stanem gospodarki, przemianami społecznymi i prawnymi jest tak skomplikowanym ekosystemem, że samo wykonanie prawidłowego pomiaru wymaganego poziomu składek jest zadaniem niewykonalnym.

 

Całościowe zarządzanie tak złożonym systemem jest zwyczajnie niemożliwe z tych samych powodów, dla których nie jest możliwe efektywne centralne sterowanie gospodarką. To zadanie jest zbyt trudne, by ktokolwiek potrafił je wykonać na tyle dobrze, by efekt był choć trochę zbliżony do znacznie lepszych rezultatów osiąganych przez wolny rynek. Dlatego należy porzucić ideę centralnego zarządzania całością systemu ubezpieczeń społecznych - zarówno poziomem składek, jak i poziomem świadczeń. Znacznie sensowniej byłoby wybrać jeden z tych parametrów, a drugiemu pozwolić swobodnie kształtować się na rynku. Dopóki zarówno poziom składek jak i poziom świadczeń ustalane są urzędowo, system zawsze będzie albo wytwarzał deficyt, albo nadwyżkę (przy czym to drugie jest mniej prawdopodobne).

 

Trzy sensowne opcje...

Dopóki państwo będzie ustawowo ustalać jednocześnie i poziom składek i poziom świadczeń, system nigdy nie będzie finansowo niezależny i pozostanie zakładnikiem wydarzeń politycznych. Jeśli chcemy stworzyć finansowo stabilny system ubezpieczeń społecznych, mamy do wyboru trzy możliwości.

 

Pierwsza opcja polega na pozostaniu przy ustawowej regulacji wysokości świadczeń, (np. minimalnej emerytury, wysokości zasiłków chorobowych itd.), ale pozostawieniu rynkowi swobody ustalenia składek za te świadczenia. Świadczenia byłyby wypłacane przez prywatnych ubezpieczycieli, a nie przez monopol FUS. Pracodawca nadal byłby zobowiązany do ubezpieczania swoich pracowników, ale mógłby to robić wykupując polisę w dowolnym autoryzowanym towarzystwie ubezpieczeniowym.

 

Ponieważ towarzystwa działają po to, by przynosić zyski, poziom składek przez nie wyznaczony będzie wystarczający do zaspokojenia przyszłych świadczeń, a ponieważ jednocześnie działają one na wolnym rynku, poziom składek będzie konkurencyjny. Dzięki temu system będzie ekonomiczny i finansowo stabilny.

 

Taki system nie odbiera politykom możliwości decydowania o wysokości świadczeń. Różnica polega na tym, że tym razem nie mogą tego robić bez konsekwencji, bo każdy ustawowy wzrost świadczeń ubezpieczyciele natychmiast przełożą na wzrost składek. Tego typu system mógłby zastąpić istniejący system ubezpieczeń rentowych, wypadkowych i chorobowych. W taki sposób działają systemy zabezpieczeń Workers Compensation w USA i Employers Liability w Wielkiej Brytanii.

 

Druga możliwość to rozwiązanie odwrotne. Tym razem państwo ustawowo decyduje o wysokości składek, ale nie o wysokości świadczeń. W Polsce znamy to rozwiązanie z tzw. II filaru systemu ubezpieczeń. Ustawa nakazuje przekazanie 7 proc. wynagrodzenia na zakup ustalonego produktu ubezpieczeniowego, ale dokładna wysokość świadczenia (mówiąc w dużym skrócie) ustalana będzie poprzez konkurujące firmy ubezpieczeniowe.

 

Warto pamiętać, że 12 proc. wynagrodzenia pracowników ciągle jeszcze trafia do wspólnego worka FUS. Większość ubezpieczenia emerytalnego, które musimy kupować, nadal podlega więc podwójnej ustawowej regulacji - zarówno składek, jak i świadczeń.

 

Trzecia możliwość zaprojektowania stabilnego systemu ubezpieczeń społecznych polega na całkowitym zrezygnowaniu z obowiązku płacenia składek na system ubezpieczeń społecznych i pozostawieniu pracownikom decyzji, czy i jaką część swojego dochodu chcą przeznaczać na ubezpieczenia socjalne. Tak działa np. III filar systemu ubezpieczeń, prywatne ubezpieczenia medyczne i tysiące innych usług finansowo-ubezpieczeniowych.

 

...i jedna bezsensowna

Każda z trzech wymienionych możliwości ma swoje wady i zalety, ale wszystkie trzy rozwiązania gwarantują stabilność finansowego kręgosłupa systemu ubezpieczeń, bo pozostawią wolnemu rynkowi swobodę kształtowania przynajmniej jednego z dwóch głównych parametrów systemu - albo poziomu składek, albo poziomu świadczeń.

 

Czwarta - najgorsza możliwość - to system, którego zarówno przychody jak i wydatki reguluje ustawa. Taki system mamy dzisiaj w Polsce.

 

Co dalej?

Reforma z roku 1999 była pierwszym krokiem w kierunku wprowadzenia choćby częściowego rachunku ekonomicznego do systemu ubezpieczeń społecznych. Niekiedy pojawiają się głosy krytyki mówiące, że świadczenia z II filaru będą niskie i że w związku z tym stary, czyli I filar jest lepszy. Nie byłoby wcale dziwne, gdyby faktycznie tak się okazało. W ciągu ostatnich kilku lat stary system otrzymał z budżetu kilkaset miliardów złotych, zaś OFE nie dostały ani złotówki. Każdy system subsydiowany przez podatników jest przyjemny dla tych, którzy pobierają subsydia.

 

Zamiast narzekać, że OFE obnażają ponurą finansową rzeczywistość systemu ubezpieczeń, należy reformować resztę systemu w podobnym duchu. Ryzyko inwestycyjne można przecież ograniczyć zmieniając listę dopuszczalnych aktywów. Warto dokończyć prywatyzację systemu emerytalnego poprzez likwidację I filaru. Trzeba włączyć rolników do wspólnego systemu ubezpieczeń. FUS-owi trzeba też odebrać monopol na ubezpieczenia rentowe, wypadkowe i chorobowe, i pozwolić rozwinąć się konkurencyjnemu rynkowi tych świadczeń. Tylko w ten sposób uda się oddzielić system ubezpieczeń społecznych od polityki i zagwarantować mu finansową stabilność.

Jan Iwanik

Autor jest aktuariuszem z praktyką w Polsce, USA i Wielkiej Brytanii

 

 www.o2.pl / www.sfora.pl | Czwartek [10.09.2009, 08:51] 1 źródło

ILE KOSZTUJE NAS UTRZYMANIE ZUS

Można by za to wybudować tysiąc kilometrów autostrady.

Polski podatnik płaci 3,4 mld zł rocznie na utrzymanie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych - podlicza dziennik "Polska". Niespełna połowa tych pieniędzy idzie na pensje pracowników. A reszta?

Dziennik dotarł do zestawienia wydatków ZUS za ostatnie lata. Wynika z niego, że od 2000 roku do 2007 roku Zakład wydał 703 mln zł na zakup budynków, w których urządzono siedziby jednostek. Tylko w 2008 r. na remont i urządzanie budynków wydano ponad 240 mln zł. Kolejne 84 mln pochłonęło ich wyposażanie - czytamy w "Polsce".

Flota Zakładu składa się z 372 samochodów. By miał je kto prowadzić ZUS zatrudnia 320 kierowców. Koszt użytkowania samochodów? 2,75 mln zł rocznie.

ZUS - jak informuje "Polska" - zatrudnia 48 tysięcy pracowników. Miesięcznie na ich pensje wydaje 123 mln złotych.

O wiele drożej kosztują jednak różnego rodzaju szkolenia, często w dość egzotycznych krajach, takich jak Australia, USA, Kanada, Korea Południowa czy Macedonia. Dzieje się tak mimo, że w najnowszej siedzibie centrali ZUS w Warszawie, wybudowanej za 189 mln zł, jest jedna z największych sal konferencyjnych - ma 400 m kw.

A to nie wszystko. Zakład mógłby szkolić swoich pracowników również w ośmiu ośrodkach szkoleniowo-wypoczynkowych.

Ich funkcjonowaniu w ubiegłym roku przyjrzeli się pracownicy NIK. Okazuje się, że przez 2,5 roku wydano na nie 1,4 mln zł. Zarobiono zaś zaledwie 600 tys. zł.

Średni roczny wskaźnik wykorzystania miejsc noclegowych w okresie zimowym wynosił 17,5 proc., a w okresie letnim 11,6 proc. - cytuje fragment raportu NIK "Polska".

Gazeta cytuje opinię Andrzeja Sadowskiego, ekonomisty z Centrum im. Adama Smitha, który twierdzi, że ZUS w tej formie w ogóle nie powinien funkcjonować.

Uważa on także, że niepotrzebny jest nam kolejny poborca podatkowy, kiedy mamy już urzędy skarbowe. To one mogłyby przejąć część obowiązków Zakładu. | WB

 

 

 

 

www.o2.pl / www.sfora.pl | Środa [16.12.2009, 07:17] 1 źródło

PRZEJDZIESZ NA EMERYTURĘ, KIEDY BĘDZIESZ CHCIAŁ?

Wiek nie będzie ważny.

Szefowa resortu pracy Jolanta Fedak chce zrewolucjonizować system

emerytalny.

Moglibyśmy w ogóle zrezygnować z odgórnego określania wieku emerytalnego - zdradza "Gazecie Wyborczej" swój pomysł.

Jak miałoby to wyglądać? Obecnie, żeby przejść na emeryturę kobieta musi mieć 60 lat a mężczyzna 65. Gdyby pomysł minister Fedak został zaakceptowany, rząd lub Sejm określiłby wysokość tzw. minimalnej godnej emerytury.

Osoba, która przekroczyłaby ten próg, mogłaby niezależnie od wieku odejść z pracy - tłumaczy gazecie Fedak.

Jest jednak pewien minus tego rozwiązania. Osoby, które zdecydowałyby się na takie rozwiązanie, musiałyby pogodzić się z faktem, że dostaną niższą emeryturę.

Wprowadzony w 1999 r. system zakłada, że emeryturę będzie się wyliczać, dzieląc zgromadzone w czasie pracy składki przez przewidywaną długość życia na emeryturze - czytamy w gazecie.

A to oznacza, że jeśli na emeryturę przejdziemy na przykład w wieku 50 lat, a nie 60 czy 65, to ZUS wyliczy, że mamy więcej lat do "przeżycia" na emeryturze i naszą składkę podzieli na więcej rat. Tym samym będzie ona o wiele niższa.

Podobne rozwiązanie występuje tylko w Szwecji. Ale tam można wybierać, czy przejść na emeryturę, dopiero mając 61-65 lat - tłumaczy gazecie Jeremi Mordasewicz, członek rady nadzorczej ZUS.

Przeciwnicy pomysłu twierdzą, że co prawda pomysł jest dla statystycznego Polaka bardzo atrakcyjny, bo większość chciałaby cieszyć się wolnością na wcześniejszej emeryturze, ale...

Problem w tym, że 55-latek jest w stanie dorobić nawet do bardzo niskiej emerytury, ale schorowany 70-latek - raczej nie. Wtedy życie za np. 900 zł może się okazać problemem - ostrzega w gazecie współtwórca reformy emerytalnej z 1999 roku prof. Marek Góra. | WB

 

 

 

 

PRAWO KATZA: LUDZIE I NARODY BĘDĄ DZIAŁAĆ RACJONALNIE WTEDY I TYLKO WTEDY, GDY WYCZERPIĄ JUŻ WSZYSTKIE INNE MOŻLIWOŚCI...

 

 www.wolnyswiat.pl   WBREW ZŁU!!! 

PISMO NIEZALEŻNE – WOLNE OD WPŁYWÓW JAKICHKOLWIEK ORGANIZACJI RELIGIJNYCH, PARTII, UGRUPOWAŃ I STOWARZYSZEŃ ORAZ WYPŁOCIN REKLAMOWYCH. WSKAZUJE PROBLEMY GOSPODARCZE, POLITYCZNE, PRAWNE, SPOŁECZNE I PROPOZYCJE SPOSOBÓW ICH ROZWIĄZANIA (RACJONALNE MYŚLI, ANALIZY, WNIOSKI, POMYSŁY, POSTULATY, I ICH ARGUMENTACJA, CAŁE I FRAGMENTY ROZSĄDNYCH, INTERESUJĄCYCH MATERIAŁÓW Z PRASY I INTERNETU)

 

OSOBY CHCĄCE WESPRZEĆ MOJE PISMO, DZIAŁANIA PROSZĘ O WPŁATY NA KONTO:

Piotr Kołodyński

Skr. 904, 00-950 W-wa 1

BANK PEKAO SA II O. WARSZAWA

Nr rachunku: 74 1240 1024 1111 0010 0521 0478

Przy wpłatach do 800 PLN należy podać: imię i nazwisko, adres, nr PESEL oraz tytuł wpłaty (darowizna na pismo „Wolny Świat”). Wpłat powyżej 800 PLN można dokonać tylko z konta bankowego lub kartą płatniczą.

ILE ZOSTAŁO WPŁACONE BĘDĘ PRZEDSTAWIAŁ CO 3 MIESIĄCE NA PODSTAWIE WYDRUKU BANKOWEGO (na życzenie, przy wpłacie od 100 zł, będę podawał jej wielkość oraz wskazane dane wpłacających).

Stan wpłat od 2000 r. do dnia 14.06.2010 r.: 100 zł.

 

 

17. ELEKTRONICZNE ZBIERANIE PODPISÓW (pod

inicjatywami ustawodawczymi, moją kandydaturą na prezydenta)

 http://www.wolnyswiat.pl/17.php

 

21. WPŁATY I WYDATKI

 http://www.wolnyswiat.pl/21.html

 

22. MOJA KSIĄŻKA

 http://www.wolnyswiat.pl/22.html