Pole tekstowe: WOLNY ŚWIAT         

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


NR 3 [Ostatnia aktualizacja: 08.2008 r.]

ARTYKUŁY (ZAGROŻENIA)

 

 

SPIS ARTYKUŁÓW:

 

BIZNES JAK KAŻDY INNY, LUDZIE PODOBNIE CZYLI TZW. LECZNICTWO...

 

 


INFORMACJE I CIEKAWOSTKI MEDYCZNE

 

 


PRZYKŁADY I PROPOZYCJE ROZWIĄZANIA PROBLEMÓW ZWIĄZANYCH Z LECZNICTWEM

 

 


       

 

BIZNES JAK KAŻDY INNY, LUDZIE PODOBNIE, CZYLI TZW. LECZNICTWO...

 

 

„WPROST” 4.11.2001 r.

LECZENIE NA ŚMIERĆ

Co roku w amerykańskich szpitalach więcej ludzi umiera po niewłaściwej kuracji i wskutek zaniedbań personelu, niż ginie w wypadkach samochodowych, lotniczych, z powodu samobójstw, zatruć i utonięć. Liczba śmiertelnych ofiar błędnych terapii i stosowania złych leków sięga w Stanach Zjednoczonych od 44 tys. do 98 tys. rocznie. Tylko z powodu niewłaściwego stosowania leków umiera więcej ludzi niż na skutek wypadków przy pracy. Ponadto co roku około miliona pacjentów doznaje w szpitalach ciężkich uszkodzeń fizycznych i psychicznych, choć nie kończą się one zgonem.

 

Leki nieskuteczne lub szkodliwe

Opublikowanie danych amerykańskiego Instytutu Medycyny wywołało wstrząs nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Przeprowadzenie podobnych badań zlecono także w Australii, Wielkiej Brytanii i Kanadzie. Okazało się, że w Australii odsetek ofiar kuracji i pobytu w szpitalu jest jeszcze wyższy niż w USA. W kraju liczącym 18 mln obywateli niewłaściwa kuracja i źle ordynowane leki powodują co roku około 18 tys. zgonów. Brytyjska Narodowa Służba Zdrowia przyznała, że

 

pomyłki lekarzy i personelu szpitalnego są trzecią z kolei przyczyną zgonów. Podane liczby dotyczą tylko przypadków szpitalnych. Szacuje się, że jeszcze więcej zgonów powodują niewłaściwe medykamenty przepisywane w lecznictwie poza szpitalnym. Dwa lata temu we Francji przeanalizowano 23 tys. recept wypisanych przez lekarzy domowych. Od 30 % do 90% zalecanych leków okazało się nieskutecznych. W wielu chorobach były wręcz szkodliwe. Rok temu na polecenie francuskiego ministra zdrowia komisja ekspertów, złożona z profesorów medycyny i lekarzy największych francuskich szpitali, sprawdziła działanie 100 najczęściej przepisywanych preparatów. 270 z nich oceniono negatywnie, gdyż były nieefektywne lub szkodliwe.

 

Obłudni, kłamliwi, drapieżni

David John Moore Cornwell (znany jako John Le Carre), autor powieści szpiegowskich, w ostatniej z nich każe jednemu z bohaterów zadać pytanie: „Gdzie mieści się kryjówka najobłudniejszych, najbardziej kłamliwych, przebiegłych i pełnych hipokryzji, drapieżnych typów, z jakimi miałem wątpliwą przyjemność się zetknąć?”. I odpowiada: „W przemyśle farmaceutycznym”. John Le Carre twierdzi, że firmy farmaceutyczne podają nieprawdziwe wskazania terapeutyczne, by zwiększyć

 

sprzedaż swoich specyfików. Ponadto przekupują badaczy, którzy w prestiżowych pismach wychwalają zalety preparatów podsuniętych im przez koncerny farmaceutyczne, sprzedają środki przeterminowane lub potencjalnie niebezpieczne, nie zważając na nieszczęścia, jakie mogą one spowodować. Czy jest to tylko fikcja literacka? Okazuje się, że wiele zarzutów powieściowego bohatera jest prawdziwych. Francuska Agencja Krwi sprzedała przecież tysiącom osób

 

cierpiących na hemofilię krew, której nie  przetestowano na obecność wirusów HIV, choć istniały odpowiednie metody ich wykrywania. Zmarły tysiące osób. W tej samej Francji, która przoduje w Europie w ilości produkowanych leków i jest liderem w ich konsumpcji, setkom  wolno rosnących dzieci zaaplikowano hormon wzrostu uzyskany w karygodnych warunkach higienicznych z przysadek mózgowych osób często cierpiących  na choroby zwyrodnieniowe mózgu. W efekcie osiemdziesięcioro dzieci zmarło.

 

Zdrowie na ołtarzu interesów

„Nasze zdrowie poświęcono na ołtarzu interesów koncernów farmaceutycznych” – twierdzą autorzy publikacji „Des lobies contre la sante” („Grupy interesów przeciwko zdrowiu”). Przemysł farmaceutyczny chce, rzecz jasna, sprzedać jak najwięcej swoich produktów za możliwie najwyższą cenę. Leki trafiają do nas jednak za pośrednictwem lekarzy, za ich radą czy zgodnie z ich zaleceniami. A lekarzy traktujemy  jak osoby godne zaufania. Autorzy książki „Des lobies contre la

 

sante” przytaczają dziesiątki przykładów, gdy ta ufność jest niczym nie usprawiedliwiona. Matki noworodków opuszczających kliniki wynoszą stamtąd recepty, leki, próbki i materiały promocyjne firm  farmaceutycznych. Część tych środków jest pożyteczna, inne są niepotrzebne lub wręcz  szkodliwe. Niemowlętom aplikuje się np. leki ograniczające  odbijanie się pokarmów, choć wystarczyłaby odrobina zdrowego rozsądku, aby nie podawać im jednorazowo więcej płynów, niż może

 

pomieścić niewykształcony  jeszcze przewód pokarmowy. Lekarze ordynują drogie preparaty przeciwko biegunkom, nieskuteczne i toksyczne, od lat odraczane przez Światową Organizację Zdrowia. Nie zalecają tanich i prostych soli, ułatwiających nawadnianie organizmu. Sześcioletnie dzieci otrzymują środki nasenne i psychotropowe, które mają im ułatwić przystosowanie się do życia w szkole. W Kanadzie rodzicom zaleca się podawanie sześciolatkom leku

 

psychostymulującego, ograniczającego ich ruchliwość. Ten sam lek w innych krajach jest na liście środków narkotycznych. Koncerny farmaceutyczne usiłują też zarabiać na ludzkich emocjach. Zwykły smutek kwalifikowany jako depresja jest leczony specyfikami, od których często trudno się później wyzwolić. Niepokój przed egzaminem, żałoba, separacja, niesprawność seksualna – stają się powodem do faszerowania nas niepotrzebnymi lekami.

 

Miliardy dolarów na promocje

Pośrednikiem w tym interesie są lekarze. Co roku firmy farmaceutyczne przeznaczają 11 mld USD na promocję swoich produktów. Na każdego lekarza – wg czasopisma Amerykańskiego Stowarzyszenia Lekarskiego – wydają 8-13 tys. USD. Na sumy te składają się prezenty, honoraria, stypendia, sponsorowane wyjazdy na konferencje i seminaria do atrakcyjnie położonych miejscowości, wystawne kolacje i lunche. W zamian fundatorzy oczekują, że obdarowani nie zapomną o wprowadzeniu produkowanych przez nich środków do szpitalnych spisów leków, a także nie pominą ich w wystawianych przez siebie receptach. Wg badań opublikowanych przez czasopismo medyczne „The Journal of the American Medical Association”, „dobroczyńcy” rzadko są rozczarowani.

 

Wszyscy ludzie koncernów

Powiązania między lekarzami a producentami leków coraz częściej prowadzą do konfliktu interesów. Terminem tym określa się sytuacje, w której czyjaś profesjonalna opinia jest zależna od zysku, jaki może dzięki niej osiągnąć. Lekarze często są współwłaścicielami firm farmaceuetycznych, właścicielami ich akcji,

doradcami. Amerykańska Agencja ds. Leków i Żywności (FDA) ujawniła, że połowa biorących udział w ostatnich 150 spotkaniach, na których ważyły się losy

 

nowych leków, czerpała korzyści finansowe od firm farmaceutycznych zamierzających te leki produkować. Trzy najbardziej cenione czasopisma medyczne na świecie ogłosiły we wrześniu, że coraz trudniej znaleźć im niezależnych ekspertów do oceny nowych medykamentów i terapii. Większość lekarzy i naukowców ma bowiem finansowe powiązania z koncernami farmaceutycznymi. Żeby uniknąć zarzutów o korupcję, wydawcy czasopism medycznych wymagają od autorów

 

artykułów oceniających leki, by poinformowali o swych związkach z producentami farmaceutyków. Tygodnik Amerykańskiego  Stowarzyszenia Lekarskiego „JAMA” ujawnił, że niemal wszyscy autorzy artykułów na temat leków przeciw AIDS i otyłości mają finansowe powiązania z produkującymi je koncernami. Z kolei „New England Journal of Medicine” przyznał, że autorzy 19 artykułów przeglądowych o lekach prowadzą wspólne interesy z przemysłem farmaceutycznym. Nieograniczone zaufanie do leków i bezstronności zalecających je lekarzy zaczyna w tej sytuacji wyglądać na niebezpieczną naiwność.

Bożena Kastory

 

Komu wierzyć

§      

Leki psychotropowe w jednym z najbardziej szanowanych czasopism medycznych „New England Journal of Medicine” zachwalało 18 ekspertów. Jak się okazało, wszyscy czerpali zyski z produkujących je laborantów.

§      

Dziewięciu profesjonalistów, którzy przekonali amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków, że nie należy wycofywać z rynku pewnego leku przeciw cukrzycy, choć wiadomo iż spowodował śmierć pacjentów, miało udziały w wytwarzającej ten specyfik firmie.

§      

Dwaj badacze akademiccy z Bostonu i Filadelfii prowadzili testy kliniczne mające dowieść skuteczności terapii genowej. Obaj mieli udział w firmie farmaceutycznej, która wyprodukowała leki używane w trakcie tej terapii.

§      

Lekarz klinicysta zachwalał publicznie urządzenia medyczne nie ujawniając, że inwestuje w ich produkcję.

§      

Były, główny lekarz Stanów Zjednoczonych zachęcał do używania rękawic z lateksu. Zapomniał nadmienić, że za pozytywną opinię dostał pieniądze od wytwórcy rękawiczek.

Źródło: „American Journal of Law and Medicine”

 

 

„WPROST” nr 32, 12.07.2001 r.

SZPITALE DO SZPITALA

PLACÓWKI ZDROWIA ZABIJAJĄ WIĘCEJ LUDZI, NIŻ GINIE ICH W WYPADKACH DROGOWYCH

(...) Tymczasem tylko ze szczątkowych danych Polskiego Towarzystwa Zakażeń Szpitalnych (badaniami ankietowymi objęto 120 szpitali) wyłania się obraz przerażający: w naszych szpitalach zaraża się prawdopodobnie niemal pół miliona osób, a umiera z tego powodu co najmniej 10-15 tys., a więc znacznie więcej, niż ginie w wypadkach drogowych!

 Z badań Polskiego Towarzystwa Zakażeń Szpitalnych wynika nadto, że  lekarze i pielęgniarki dezynfekują ręce dwa razy rzadziej, niż powinni. 80% szpitalnych zakażeń to właśnie skutki fatalnego stanu higieny i ignorowania elementarnych zasad sanitarnych. „Brud  w niektórych szpitalach jest dosłownie wszechobecny. Środki czystości są rozkradane” – twierdzą kontrolerzy PIP.

60 % zakażeń szpitalnych powoduje gronkowiec złocisty. Z poufnego raportu Wojewódzkiej Stacji Epidemiologicznej w Olsztynie, oceniającej  stan sanitarny szpitali na podległym jej terenie, wynikało, że tylko w 1998 r. Odnotowano tam aż 650 wypadków zakażeń. Pacjenci cierpieli z powodu nie gojących się ran,

 

złamań, zainfekowanych kości i stawów. Zawinił właśnie gronkowiec, a raczej jego roznosiciele – pracownicy szpitali.

(...) Bomba wybuchła latem tego roku, gdy okazało się, że w firmie Cormay dokonało zakupów aż 55 polskich szpitali. – Jeżeli włodarze tych placówek decydowali się na zakupy sprzętu i odczynników po cenach niekiedy 700% przekraczających wartość katalogową, to można to wyjaśnić tylko w jeden sposób: plagą korupcji – komentuje pragnący zachować anonimowość wysoki urzędnik NIK.

 

Najwyższa Izba Kontroli przyjrzała się, jak publiczne zakłady opieki zdrowotnej wykorzystywały sprzęt medyczny. Niemal we wszystkich z 89 skontrolowanych placówek odkryto skandaliczne marnotrawstwo.  W połowie z nich na specjalistyczne badania pacjenci musieli czekać od 3 tygodni do roku. Wykonanie rezonansu magnetycznego, tomografii komputerowej, ultrasonografii graniczyło z cudem. Przyczyną kolejek nie był jednak brak sprzętu. NIK, przyjęła, że

 

placówka efektywnie wykorzystywała aparaturę, jeśli używano jej przez 5 dni w tygodniu po 5 godzin. W większości szpitali chorych przyjmowano tylko w określone dni przez kilka godzin. Odpłatnie można było za to zrobić badania w działających przy szpitalach fundacjach. Szpitale udostępniały im sprzęt i pomieszczenia, a w zamian miały czerpać zyski z ich działalności.

 

Tylko 7 z 19 placówek, w których podjęto taką współpracę, odniosło jakiekolwiek korzyści finansowe. Skandalem pracownicy NIK nazwali przetrzymywanie specjalistycznej aparatury w magazynach. Sprzęt czekał po kilkanaście miesięcy, bo nie miał go kto zainstalować. W szpitalu w Bielsku-Białej w magazynie niszczało 137 urządzeń o wartości 5,7 mln zł. szpital morski im. PCK w Gdyni  w 1999 r. kupił analizator za ponad 145 tys. i ani razu go nie wykorzystał.

Paulina Kaczanow, Janusz Michalak, współpraca: Donata Wancel

 

 

"PRZEGLĄD" nr 1 (315), 08.01.2006 r.

BŁĘDY MEDYCZNE

CO ROKU 45 TYS. OSÓB PADA OFIARĄ POMYŁEK LEKARSKICH

W Stowarzyszeniu Pacjentów Primum Non Nocere segregatory puchną od listów. Pisze Marta H. z Warszawy: "Syna skierowano do szpitala z powodu braku prawego jądra w mosznie. Po operacji okazało się, że jądra nadal nie ma, a zoperowano jądro lewe". Beata G., Jaświły: "Urodziłam w domu dziecko. Przybyły lekarz stwierdził zgon, nie badając go, i zawinął w reklamówkę. Po godzinie pielęgniarka, chcąc zważyć "zwłoki", stwierdziła, że dziecko się rusza". Anna G., Prudnik: "Mąż zgłosił się z bólem klatki piersiowej i drętwiejącą lewą ręką. Stwierdzono, że to kręgosłup, nie robiąc nawet EKG. Następnego dnia zmarł na zawał serca".

Pewien lekarz opowiada mi dowcip: - Są wśród nas trzy grupy: interniści, którzy wszystko wiedzą i nic nie robią, chirurdzy, którzy wszystko robią i nic nie wiedzą, patolodzy, co wszystko robią i wszystko wiedzą, z tym, że za późno... Brzmi jak z horroru, ale to nie film.

Nigdy w Polsce nie zrobiono statystyk pomyłek lekarskich. Według Naczelnego Sądu Lekarskiego, liczba błędów nad Wisłą jest 200 razy mniejsza niż w USA! Z analizy spraw wygranych przez ofiary przed sądem lekarskim wynika, że polscy lekarze popełniają zaledwie 100-200 błędów rocznie. Kolosalna rozbieżność z danymi innych państw sprawia, że w kuluarach mówi się, iż ukrywa się u nas 50-96% pomyłek.

W USA co roku z powodu pomyłek lekarskich umiera 100 tys. osób, to piąta przyczyna zgonów. Kolejne 200 tys. zostaje kalekami (raport Harvard School of Public Health). Porównując amerykańskie wyniki do kraju wielkości Polski, można obliczyć, że co roku z powodu (?!) leczenia może u nas umierać 15 tys. osób, a 30 tys. doznawać uszkodzeń ciała.

Tymczasem do sądów lekarskich trafia zaledwie ok. 2 tys. pozwów rocznie. Tylko tyle osób upomina się o życie swoje lub bliskich. Co się dzieje z resztą? Kalekami z chustą w brzuchu, ze źle rozpoznanym wyrostkiem, wdowami po zawałowcach, rodzicami dzieci zepsutych przy urodzeniu? Zwyczajnie, nie wierzą w sprawiedliwość.

 

LEKARZ TEŻ CZŁOWIEK

"K..., odwiążcie go szybko, bo nam się cały spali!", usłyszał wtedy Paweł Drzewiecki. Przypięty pasami do stołu operacyjnego błagał, żeby ktoś go uwolnił. Paliły się na nim opatrunki, obicie stołu, na którym leża, już zaczęło się topić...

Do szpitala w Gorzowie Wielkopolskim trafił na zwykły zabieg hemoroidów. Lekarze znieczulili go od pasa w dół, spryskali krocze chlorkiem etylu, wyciągnęli skalpel elektryczny i... wyszli z sali. Nagle chlorek zapalił się od rozgrzanego skalpela i Paweł zaczął płonąć. Urolog, który zobaczył go przez przypadek, odwiązywał pasy. Spaliło się krocze i pośladki. Tygodniami leżał w pampersie, młody zdrowy chłopak. Od tamtej pory jest bezpłodny i oszpecony, nie pójdzie nawet na basen. W sądzie walka trwała na noże. Paweł wnosił o 90 tys. zadośćuczynienia, po trzech latach szarpania dostał 30 tys. w drodze ugody.

Chirurgia to w Polsce specjalizacja o największym zagrożeniu błędem (29%.). Najczęstsze pomyłki to zabieg na niewłaściwym pacjencie, operacja narządu po odwrotnej stronie, pozostawione ciało obce, oparzenia sprzętem lub środkami chemicznymi. Dalej w tym rankingu ryzyka plasuje się ginekologia i położnictwo (22%), potem ortopedia (21%). Tylko 20% nieszczęść następuje z winy sprzętu, 80% to wina człowieka. Ale nie błąd. To słowo nie istnieje w kodeksie etyki lekarskiej. Jest - zdarzenie niepożądane.

Gdy przed stołem operacyjnym staje prof. Krzysztof Bielecki, chirurg z warszawskiego szpitala im. Orłowskiego, jeszcze w ostatniej chwili pyta: "Czy pan nazywa się...?, Czy robimy operację przepukliny? Lewa czy prawa strona?". Żeby się nie pomylić. Bo człowiek jest człowiekiem. - Tak, zawsze jest ten strach - opowiada. - W chirurgii liczy się czas, nikt się nie zastanawia, co by było gdyby, jak na internie czy psychiatrii. Ale nie da się przewidzieć wszystkiego, bo operacja to praca wielu ludzi. Ktoś zakręca wodę urologom, którzy operują pod ciśnieniem, i następuje krwotok, konserwator nie wymienia filtrów bakteriobójczych i dochodzi do zakażenia, pracownik gazowni myli rurki i zamiast tlenu podłącza dwutlenek węgla. Miałem pacjenta na stole, gdy nastąpiła awaria prądu, a agregaty się nie włączyły, bo ktoś je ukradł. Umarł. Czy jestem winien? Operuję 45 lat. Na pewno zdarzyło się, że popełniłem błąd. Może nie błąd, ale mogłem inaczej...

W środowisku nie od dziś toczy się dyskusja: skoro mylić się mogą księgowy i dziennikarz, dlaczego nie może lekarz? Tłumaczą, że jest ich w Polsce 100 tys., niech większość przyjmuje ok. 10 pacjentów dziennie, to blisko 300 mln wizyt rocznie. Zatem te 45 tys. nieszczęść jest ułamkiem procenta. Większość z tego to zdarzenia niepożądane. Lekarze porównują je do wypadków na drogach. - Przecież kierowcy nie zabiera się prawa jazdy na całe życie. Czy to ma być śmierć zawodowa lekarza, bo raz popełnił błąd? - pyta prof. Bielecki.

Problem tylko w tym, że gdy chodzi o życie, więcej niż raz pomylić się nie można.

Oblicza się, że ewidentny błąd lekarza to 20% spośród wszystkich zdarzeń niepożądanych. Ale ponieważ w Polsce wciąż brakuje standardów, trudno zweryfikować, gdzie kończy się nieumyślność, a zaczyna zwykła ignorancja. - U nas zbyt mało ceni się zdrowie, nie ma kanonów rzemiosła - mówi Jerzy Jarosz, specjalista medycyny paliatywnej i anestezjolog. - Za granicą, jeżeli leczą pacjenta na kręgosłup sześć tygodni i jego stan się nie poprawia, trzeba go operować. W Polsce lekarze to artyści, robią po swojemu. To powoduje, że błędy trudno rozliczyć. Zawsze można powiedzieć: objawy były nieksiążkowe.

Prof. Roman Szulc, kierownik Katedry Anestezjologii i Intensywnej Terapii AM w Poznaniu, przyznaje: - Lekarzom trudno udowodnić błąd. Medycyna nie jest mechaniką, a pacjent autem, które można postawić na lawetę. Są dwa klasyczne przypadki, gdy nic go nie chroni: jeżeli był pod wpływem alkoholu lub gdy w sposób zamierzony, wbrew opiniom innych, wybrał swój sposób postępowania. Ale z tym wyborem jest tak, że w leczeniu danej choroby istnieje wiele wariantów. Jeśli lekarz wybrał wariant B, ja uważam, że powinien wybrać A, czy to już błąd?

 

W POLSCE BŁĘDÓW NIE MA

Dariusz Rafalski, zdrowy 40-letni mężczyzna, ojciec dwójki dzieci, własnym autem przyjechał do warszawskiego szpitala na banalne usunięcie polipa w gardle. Po rutynowym pobraniu krwi nagle osunął się z krzesła, uderzając głową o posadzkę, i stracił przytomność. Dopiero po dwóch godzinach, gdy już zesztywniał, zawieźli go na badanie czaszki. Zmarł po trzech dniach. Tadeusz nie rozumie dlaczego... Dzień wcześniej był u brata, żartowali. Sekcja wykazała, że przyczyną śmierci było pęknięcie czaszki w wyniku upadku: - Na chłopski rozum, nie pomyśleć od razu, że mogła pęknąć? - Rafalski jeszcze jednego na chłopski rozum nie rozumie: - Tak zabezpiecza się pacjenta przy pobieraniu krwi? Posadzili go na stołku, a szpital tłumaczył w dokumentach, że były specjalne fotele. Nie było.

Gdyby doszło do takiej sytuacji w Anglii, wszystkie ośrodki dostałyby zalecenie sprowadzenia foteli z podłokietnikami. Głośno i oficjalnie. U nas też je wtedy sprowadzono do szpitala, ale po cichutku. Bo u nas oficjalnie błędów nie ma.

W 2004 r. w Danii wprowadzono ustawę, zgodnie z którą lekarze mają obowiązek raportowania zdarzeń niepożądanych i upubliczniania ich w celu zapobiegania temu, co może się wydarzyć. Przy czym zgłaszający zdarzenie nie mogą być pociągani do odpowiedzialności karnej. - W Polsce jest konieczna podobna ustawa - twierdzi Krzysztof Bielecki. - Gdy spada samolot, dowiaduje się o tym cały świat, a specjalne komisje badają, jak do tego doszło, żeby tragedia nie wydarzyła się ponownie. Dlaczego takich rozwiązań nie wprowadzić w medycynie? Po nagłośnieniu przypadków wybuchu eteru i benzyny, którymi dezynfekowano skórę chorych, wyeliminowano je z bloków operacyjnych. Ale większość spraw się tuszuje, bo upublicznienie ich jest w Polsce traktowane jako donos do prokuratury.

Ci, którzy raz upomnieli się o swoje życie, mówią dziś o własnej chorobie z podręcznikową precyzją. Wystarczy 3,5 roku pochodzić po sądach. Tyle upłynęło, odkąd lekarz zasypał Jolantę Soszkę zlepkiem fachowych definicji i wcisnął medyczny periodyk po angielsku, zanim prosta kobieta z wioski pod Bielskiem opanowała niezrozumiały slang. - Był pewien, że nic mu nie grozi, bo to tylko baba ze wsi - opowiada.

Na kasetach wideo sprzed marca 2002 r. Piotruś Soszka, mimo wrodzonej wady układu moczowego, biega jak każdy dzieciak. Ta operacja miała być ostatnią. W trakcie założono mu cewnik, przez który do kręgosłupa podaje się środki uśmierzające ból. Matka całą noc siedziała przy łóżku, pytając, dlaczego w pompie infuzyjnej, przez którą podawano kroplówkę, włącza się alarm. Te pompy takie są, mówiła pielęgniarka. Rano synowi zesztywniały nogi. Nikt jej nie chciał powiedzieć o tej pomyłce... Że przez cewnik do rdzenia kręgowego Piotrka zamiast środka znieczulającego wtłoczono 1,5 litra płynu żywieniowego.

Na ostatnich kasetach mały siedzi na wózku. Do końca życia nogi będą jak kłody... Niedawno zapadł wyrok na pielęgniarkę i panią doktor - pozbawienie wolności w zawieszeniu i dwuletni zakaz wykonywania zawodu. Lekarka już złożyła apelację, że jest samotna i nie ma za co żyć. - Przez nieuwagę zniszczyli mi dziecko - Jolancie Soszce nie zmięknie serce.

Dopiero gdy zrobiło się głośno o błędzie na Piotrku, w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach uporządkowano zasady opisywania kłuć przy przekazywaniu pacjentów z oddziału na oddział. To w tym szpitalu niejedyny skandal. Ostatni dotyczył pielęgniarek zabawiających się wcześniakami.

Czy w Polsce szpitali należy się bać? Który wybrać, żeby mieć pewność, że nie odetną człowiekowi zdrowej nogi? Halina Wąsikowska z Centrum Monitorowana Jakości w Ochronie Zdrowia, instytucji zajmującej się oceną jakości w polskich szpitalach, mówi: - W przypadku choroby jednym z najpoważniejszych kłopotów jest wybór szpitala. Można się posługiwać wynikami rankingów, skandalizującymi doniesieniami mediów na temat drastycznych błędów albo sugerować się opinią rodziny. Lecz żadna z powyższych opcji nie zmienia faktu, że niczego nie kupujemy tak w ciemno jak procedury medycznej i nic nie dotyczy kupującego tak bezpośrednio. W większości krajów na świecie system oceny jakości - przyznawane akredytacje, uznaje się za najlepszą formę zewnętrznej oceny służby zdrowia, która redukuje m.in. możliwość popełnianych błędów. W Polsce o akredytację postarało się zaledwie 10% placówek. Powód - duży wysiłek i koszt, którego finansowo nikt nie premiuje.

Dlatego większość szpitali działa "po swojemu".

 

ZDĄŻYĆ WYGRAĆ PRZEZ ŚMIERCIĄ

Kazimierz W., dyrektor dużego przedsiębiorstwa, 15 lat temu przeszedł operację woreczka żółciowego. Kilkanaście lat chodził po szpitalach z bólem brzucha. Najpierw wmówiono mu nerwicę jelit, potem wysłano na przymusowe leczenie psychiczne z adnotacją, że zagraża swojemu życiu, w końcu przyznano 500 zł renty. Dopiero niedawno okazało się, że w brzuchu zostawiono mu dren. Szpitala już nie ma, winnych też. Odpowiedzialności cywilnej nie można dochodzić, bo dowiedział się o szkodzie po okresie przedawnienia, czyli po 10 latach.

Polskie prawo na schorowaną ofiarę lekarskiej pomyłki nakłada obowiązek udowodnienia, iż winę za fakt, że wychodzi ze szpitala chora na coś innego, ponosi instytucja. - Sprawy toczą się latami, razem z apelacją co najmniej kilka - mówi Jolanta Budzowska, radca prawny, specjalizująca się w procesach o odszkodowania za błędy medyczne. - Najdłuższa, jaką prowadzę, trwa już 14 lat, przejęłam ją trzy lata temu. Powódka ma obawy, czy dożyje. Bo żeby zdobyć pieniądze na rehabilitację, traci w sądzie resztki zdrowia. Dwójka innych klientów zmarła przed końcem sprawy. Są wyjątkowo trudne ze względu na ogromną nierównowagę sił. Po jednej stronie stoi pacjent, który niewiele rozumie z tego, co musi udowodnić, czasem po prostu nie wie, co się z nim działo, bo na przykład był w narkozie podczas operacji, i na bazie dokumentów, sporządzanych przez szpital, swojego przeciwnika w sporze, ma wykazać, że zrobiono mu krzywdę. Po drugiej stronie jest instytucja, sztab profesjonalistów, pełnomocnicy, lekarze, radcy i adwokaci. Mają wiedzę, jak fachowo polemizować z zarzutami natury medycznej, o co pytać świadków i biegłych, żeby zasiać w nich wątpliwości, a znajomość medycyny u sędziów często jest niewystarczająca, by wnikać w tę polemikę.

Jolanta Budzowska prowadzi kilkadziesiąt podobnych spraw. Ugodą kończy się nie więcej niż 5%, choć powinna połowa. Szpitale walczą do upadłego, żeby nie wypłacić ani złotówki. - Najczęstsze argumenty - mówi - to: "pacjent podpisał zgodę, a powikłanie jest wkalkulowane w ryzyko zabiegu", "to nie błąd, tylko skutek uboczny, naturalna kolej rzeczy", "mimo dołożenia należytych starań nic nie dało się nic zrobić", "medycyna to sztuka, a nie nauka, i nie wszystko da się przewidzieć".

Inne argumenty: lekarz to nie cudotwórca, objawy są atypowe, pacjent ma problemy z psychiką, jest roszczeniowy i nawet się okaleczy, żeby wyłudzić odszkodowanie. - Za granicą ugoda jest standardem - przyznaje Budzowska. - U nas idzie się w zaparte. Bo żeby do niej doszło, sprawca musi się przyznać do błędu, a w Polsce nie ma tego zwyczaju. Po drugie, towarzystwo ubezpieczeniowe zapłaci tylko wtedy, kiedy ubezpieczony szpital uzna swoją winę. I kółko się zamyka - w tym kraju trudno o dobrowolną zapłatę.

Czasem za pieniądze, które miały pójść na leczenie i rentę dla pacjenta, trzeba postawić mu nagrobek.

 

BIEGŁY, KOLEGA PO FACHU

Błędy zdarzają się wszędzie, ale w Polsce pozostają bezkarne. Do rzeczników odpowiedzialności zawodowej izb lekarskich trafia rocznie 2-3 tys. skarg. 88% się umarza, ok. 12% (320 spraw) kończy się wniesieniem wniosku o ukaranie do sądu lekarskiego. Z tego 70% spraw wygrywają ofiary. Najczęstszą karą wymierzaną wobec lekarzy jest upomnienie. Przez ostatnich pięć lat otrzymało je zaledwie 649 osób.

Jest zasada, że w każdej sprawie powołuje się biegłego. Ale całe środowisko medyczne wie, iż w ekspertyzach z żadnej innej dziedziny nie występuje taka skłonność biegłych do rozmazywania faktów. Adam Sandauer, szef Stowarzyszenia Primum Non Nocere, przyznaje: - Korporacja jest tak potężna, że błędów prawie nie ma, a poszkodowanemu mówi się: udowodnij mi. Dowodem dla sądu może być dokumentacja szpitalna, zeznania świadków i opinia biegłych, ale przecież każdym dokumentem można manipulować post factum, bo zazwyczaj pacjent nie bierze ich do domu. W tym względzie nie ma żadnych uszczelnień, druków ścisłego zarachowania, podpisów pacjenta na każdej kartce itp. Drugi dowód to biegli, w końcu koledzy po fachu i praktykujący lekarze. Mają świadomość, że dziś on opiniuje kolegę, jutro tamten może opiniować jego.

W kodeksie etyki lekarskiej stoi jasno: "Lekarz nie powinien wypowiadać niekorzystnej oceny działalności innego lekarza". Znany jest przykład prof. Jana Kuydowicza, wirusologa z Łodzi, który zgłosił popełnienie błędu przez kolegę, a komisja etyczna izby lekarskiej ukarała go za pomówienie.

Wiedzą, że prawdę lepiej mówić tylko w zaciszu korytarzy. Przez przypadek usłyszała ją Michalina M. z Wólki Kosowskiej. Syn z bólami brzucha trafił do warszawskiego szpitala na ul. Banacha. Zrobiono zastrzyk i pobrano krew. Diagnoza: zaburzenia żołądka. Z czopkami przeciwbólowymi odesłano go do domu. Na drugi dzień już opuchły jądra. Kolejna wizyta. Diagnoza: stan zapalny (z dygresją "na to się nie umiera"). Lekarz dał antybiotyk na pięć dni i czopki. Po kolejnym ataku pacjenta skierowano na urologię na Lindleya, gdzie w końcu zrobiono USG. Jądro było już martwe. Gdyby pokój lekarzy nie był blisko dyżurki, matka nie usłyszałaby wtedy tej rozmowy: "Jakby chłopak był mądry, to by im narobił". Po czterech latach szpital zapłacił 31 tys. zadośćuczynienia, ale to była prawdziwa walka: - Powołano trzech biegłych - opowiada Michalina M. - Motali się, na siłę szukali argumentów, że już nie było szans. Liczyli nawet, ile syn miał drogi z domu na przystanek, żeby udowodnić, że już nie było czasu na ratunek. W osiem godzin jądro jest do odratowania, ale oni "leczyli" go dwa dni. Od tamtej pory jest załamany psychicznie. Niby ma dziewczynę, ale nigdy o tym nie rozmawiamy.

 

ZEPSULI MOJE DZIECKO

Wojciech i Danuta F., drobni rolnicy z Grzybowej Góry, w trakcie gdy domagali się renty dla syna, postawili mu grób. Kamil miał 11 lat, gdy nagle rozbolała go noga. Miejscowy lekarz kazał robić okłady z altacetu. Matka robiła te okłady długo, zanim trafiła do chirurga ortopedy z Kielc. Diagnoza - zapalenie kości. Od razu na stół. Ortopeda nie wpadł na to, żeby przy operacji pobrać wycinek, leczył Kamila po swojemu, choć radiolog opisywał na zdjęciach, że jest progresja, rano lekarz ściskał gips i pytał, czy boli, z nikim nie konsultując. Po trzech miesiącach tej "opieki" czterocentymetrowy nowotwór powiększył się sześciokrotnie. Po co dalej Danuta F. szarpie się w sądach, skoro syna nie ma? - Może inne dziecko potraktują inaczej - ucina.

Nierozpoznany w porę nowotwór jest najczęstszą lekarską pomyłką wobec dzieci. Onkolodzy znają przypadki, które przyprawiają o dreszcz: wypukłe brzuszki, puchnące bulwy na ciele, wycieki z ucha, wytrzeszcz gałek ocznych, obrzęk twarzy i szyi, bóle, które zżerały dzieci na oczach rejonowych pediatrów, przepisujących antybiotyki. Choć w 85% wszystkich nowotworów dziecięcych to najbardziej charakterystyczne objawy, lekarze mówią rodzicom: "trzeba obserwować", "przejdzie, na razie dzieciak dorasta". Czy to zdarzenie niepożądane, czy brak elementarnej wiedzy?

- Trudno wyrokować o błędach lekarskich - tłumaczy doc. Walentyna Balwierz z Kliniki Onkologii i Hematologii Dziecięcej Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie, gdzie trafia 20% dzieci z nowotworem, który mógł być leczony wcześniej. - Lekarz rodzinny, który po reformie z 1999 r. przejął pieczę nad dzieckiem, ma ograniczony czas dla pacjenta, by dobrze na niego popatrzeć. Po 1999 r. nierozpoznanych nowotworów notujemy więcej. Dotyczą zwłaszcza tzw. złośliwych guzów litych, zbyt często rozpoznawanych w czwartym stopniu zaawansowania, kiedy mniej niż 30% pacjentów udaje się wyleczyć. Przykład z tego roku - dziewczynka została skierowana z dużym guzem śródpiersia i powiększonymi węzłami chłonnymi na szyi. Pół roku była leczona na astmę oskrzelową. Nie wykonano nawet zdjęcia radiologicznego. W naszym kraju lekarze bagatelizują też często takie objawy jak zez, przewlekłe zapalenie spojówek, rozpoznając złośliwego guza siatkówki, gdy już trzeba usunąć gałkę oczną.

Prof. Szulc dodaje: - Jeśli lekarz po kolejnych pięciu latach specjalizacji otrzymuje 1000 zł i nie bierze łapówek, musi biegać od pracy do pracy, żeby żyć. Pracuje 70 godzin tygodniowo. To już przesłanka do niezawinionych błędów, mimo dobrej woli i wiedzy. Strażak czy komandos musi być wypoczęty przed akcją, lekarz nie ma prawa ani do wypoczynku, ani do nauki. A on uczy się całe życie. Bo to, co przyswoił na studiach, już w momencie, gdy dostaje dyplom, jest aktualne w 20%.

 

UWAGA! LEKARZ IDZIE

Rano Ewa Lawrenc odłącza dializę i szykuje jedzenie. Papkowatą maź podaje Dorocie łyżeczką albo strzykawką. Potem wyprawia do szkoły czwórkę innych dzieci. W pudełku trzyma kilka zdjęć dziewczynki z warkoczami. Dziś Dorota jest roślinką. Matka rozpoznaje ją po takim ni to buczeniu, ni pomrukiwaniu. Patrzy, czy jej wygodnie, zmienia pozycję. Czasem Dorota zatrzyma na niej wzrok. Nie wiadomo, czy widzi, ale pewne jest, że słyszy, bo gdy ktoś krzyknie, podskakuje na łóżku.

Był 2002 r., gdy poszła do pierwszej klasy. Zatorowizna w gminie Lubowidz to mała wieś. Choć do przystanku PKS miała ledwie kilometr, słaniała się ze zmęczenia. Diagnoza w miejscowym szpitalu: ostra niewydolność nerki, druga się zeschła. Dializa w Centrum Zdrowia Dziecka. Co prości ludzie mieli wtedy odpowiedzieć, gdy oznajmiono, że do nich należy decyzja: "Czy hemodializa dożylna, czy dializa otrzewnowa z cyklerem w domu". Wybrali to pierwsze. Przecież nie wiedzieli, że trzeba co dwa dni jeździć 180 km do Warszawy... Kolejna wizyta. Nagle coś zaczęło się dziać z Dorotą. Operacja. Wylew płynów do jamy brzusznej. Serce przestało bić. Czekanie i te słowa lekarzy: "Powinno być dobrze". Nie było. Obudziła się już roślinką na skutek niedotlenienia mózgu. Leżała w śpiączce w szpitalu, a ojciec dobudowywał sterylny pokój, żeby dziecko dializować w domu. Sam, bo na murarzy ich nie stać. Nagle zawalił się na niego strop. Śmierć na miejscu. Był jedynym żywicielem rodziny. Gdy podczas ostatniej sprawy sędzia zapytał lekarzy, czy przyznają się do winy, tylko prawnik kiwnął głową.

"Boję się szpitali", napisała Halina G. To żadna fobia. Sondaż przeprowadzony przez CBOS w 2001 r. wskazuje, iż prawie każdy zna kogoś, kto ucierpiał na skutek błędów medycznych, co trzeci spotkał się z nimi bezpośrednio, ale ponad jedna czwarta nic by w takiej sytuacji nie zrobiła.

Wegetują w nędzy, czasem piszą skargi do rozmaitych rzeczników. Wielu już nie ma. A ilu nawet nie wiedziało, że w trakcie leczenia zepsuto im zdrowie?

 

CENNIK ZDROWIA

Najczęstsze błędy w Polsce to szpitalne zakażenia gronkowcem, urazy okołoporodowe (niepodjęcie decyzji o cesarskim cięciu, urwanie dziecku splotu ramienia podczas porodu), nierozpoznanie zawału, ataku wyrostka, nowotworu.

Za błędy sprzed 1999 r. odpowiada skarb państwa. Odkąd szpitale stały się jednostkami publicznymi, same wraz z ubezpieczycielem wypłacają zadośćuczynienia. Jeśli lekarz prowadzi prywatną praktykę, jest wypłacane z jego polisy.

Przykładowe odszkodowania: zakażenie żółtaczką typu B - od 30 do 70 tys.; zarażenie gronkowcem złocistym, w efekcie utrata nóg - 20 tys. (po ośmiu latach sądów); omyłkowo amputowana noga, zaszyta chusta w brzuchu - kwoty nie przekraczają 50 tys. zł. Dla porównania przykłady z USA - za uszkodzenie przełyku - 3 mln dol.; martwica jelita spowodowana pozostawieniem gąbki w brzuchu - 1,7 mln dol.

Polacy nie cenią swojego zdrowia, o czym świadczą badania CBOS. Na pytanie: "Jakie odszkodowanie powinno być wypłacane rodzinie z powodu śmierci pacjenta?", najwięcej ankietowanych (30%) wymieniło kwotę - 100-150 tys. Niektórzy nawet (!) 1000 zł.

 

POMYŁKI ZA GRANICĄ

- Błędy lekarskie w USA kosztują budżet 29 mld dol. rocznie. O ile w Polsce prawnicy rezygnują z trudnych spraw, bo to ryzyko, tam pomocą ofiarom zajmują się wyspecjalizowane kancelarie adwokackie, dzięki którym w ciągu dziesięciu lat liczba błędów zmalała o połowę. Obecnie najbardziej ryzykownymi specjalizacjami są dermatologia estetyczna i chirurgia plastyczna. Położnicy dobrowolnie opodatkowali się na fundusz przeznaczony dla dzieci uszkodzonych podczas porodu.

- W krajach skandynawskich obowiązuje powszechne ubezpieczenie obywateli od złych skutków leczenia. Ofiara nie musi udowadniać czyjejś winy w sądzie, jedynie wskazuje, że poniosła szkodę. Zależnie od uszczerbku wypłaca się jej środki na naprawę tego, co zrobiono. W Szwecji na 9 mln mieszkańców co roku rejestruje się 9,5 tys. skarg, z tego 4,5 tys. osób otrzymuje odszkodowanie.

- W Anglii nazwiska kardiochirurgów, którzy spowodowali najmniej i najwięcej pomyłek podaje się do publicznej wiadomości, a w Niemczech uruchomiono specjalną stronę internetową, gdzie można zgłaszać błędy popełnione przez lekarzy.

 

RODZAJE BŁĘDÓW MEDYCZNYCH

Lekarz pomylił się w diagnozie Pana(i) stanu zdrowia lub zalecił leczenie, które okazało się błędne - 17%

Zdarzyły się przypadki pomyłek i błędów w diagnozie i leczeniu Pana(i) dzieci - 11%

Podczas pobytu w szpitalu błędnie Pana(ią) leczono albo nieprawidłowo zoperowano - 5%

Otrzymał(a) Pan(i) nieprawidłową receptę albo wydano w aptece niewłaściwą dawkę leku - 5%

Otrzymał(a) Pan(i) błędne wyniki analiz krwi lub inne - 5%

Podczas pobytu w szpitalu otrzymał(a) Pan(i) pomyłkowo niewłaściwe lekarstwo lub nieprawidłową dawkę lekarstwa, albo nie otrzymał(a) Pan(i) leku, który miał(a) otrzymać - 3%

Źródło: CBOS 2001

 

DLACZEGO LEKARZE I PIELĘGNIARKI BOJĄ SIĘ ZGŁASZAĆ BŁĘDY MEDYCZNE?

- W obawie, że informacja przedostanie się do mediów.

- W obawie, że informacja o zdarzeniu trafi do nadzoru specjalistycznego.

- W obawie przed kompromitacją.

- Ze strachu przed reprymendą.

- W obawie, że pacjent złoży skargę.

- Nie ma takiego zwyczaju.

Źródło: Towarzystwo Promocji Jakości Opieki Zdrowotnej w Polsce, Styczeń 2004

---------------------------------------------------------------------------

Edyta Gietka  

 

 

"WPROST" nr 1098 (14 grudnia 2003 r.)

PASTYLKI ZŁUDZEŃ NA GRYPĘ I PRZEZIĘBIENIA

 Witamina C chroni przed nowotworami, zawałami serca i wydłuża życie - przekonywał 20 lat temu Linus Pauling, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny. Pauling powinien jednak dostać także Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury - za dzieła science fiction. Nie ma bowiem żadnych przekonujących dowodów, że witamina C zapobiega choćby przeziębieniom - dowiodły najnowsze badania amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia. W ten sposób upadł jeden z największych, podsycanych przez firmy farmaceutyczne mitów, że witamina C to panaceum. Takim samym mitem są reklamy innych preparatów dostępnych bez recepty, najczęściej stosowanych na grypę i przeziębienia, m.in. rutinoscorbinu zawierającego witaminę C, polopiryny i aspiryny. W sezonie grypowym zażywa je 98 proc. Polaków, tymczasem nie ma żadnych dowodów, że te środki chronią przed grypą i przeziębieniem. - Tego rodzaju preparaty przeciwgrypowe pomagają jak umarłemu kadzidło: zmniejszają nasilenie objawów grypy, ale nie mają żadnego wpływu na wywołującego ją wirusa - powiedziała "Wprost" prof. Lidia B. Brydak, szef Krajowego Ośrodka ds. Grypy, ekspert Światowej Organizacji Zdrowia.

 

Witaminę C (kwas askorbinowy) 70 lat temu zsyntetyzowali szwajcarscy badacze pod kierunkiem Tadeusza Reichsteina. Wcześniej była nazywana środkiem przeciwgnilcowym, gdyż zapobiegała gnilcowi, jak nazywano szkorbut. Tę chorobę znali już wikingowie, którzy leczyli ją cebulą. W średniowieczu gnilec dziesiątkował uczestników wypraw krzyżowych, a w czasach nowożytnych stał się plagą marynarzy. Dopiero w połowie XVIII wieku James Lind, naczelny lekarz Royal Naval Hospital, wykrył, że szkorbut można leczyć sokiem z pomarańczy i cytryn. W 1932 r. Amerykanie W.A. Waugh i Charles King otrzymali witaminę C z cytryny, a zaledwie rok poźniej szwajcarska firma Roch rozpoczęła jej seryjną produkcję. Od tego czasu popularność witaminy C gwałtownie rośnie, a jej roczna produkcja sięga 50 tys. ton!

 

WITAMINA C I RUTA, CZYLI FASZEROWANIE ZŁUDZENIAMI

Moda na witaminy w pigułkach pojawiła się w latach 70., gdy Linus Pauling opublikował książkę "Witamina C i przeziębienia". Uczony, który do wszystkich posiłków zażywał witaminę C, przekonywał, że osoby w różnym wieku przyjmujące codziennie gram tej substancji odżywczej znacznie rzadziej niż inni zapadają na choroby grypopodobne. Jeszcze w 1996 r. prof. Harri Hemila z Uniwersytetu Helsińskiego opublikował badania sugerujące, że gram witaminy C dziennie łagodzi objawy przeziębienia i skraca czas trwania choroby. Fiński uczony szybko jednak wycofał się z tych poglądów. Z jego najnowszych obserwacji wynika, że witamina C, podobnie jak witamina E i beta-karoten, nie ma żadnego wpływu na przebieg przeziębienia.

 

- Kilkanaście innych badań potwierdziło, że faszerowanie się witaminami, w tym witaminą C, nie ma sensu, ponieważ ich nadmiar nie jest przez organizm przyswajany i nie poprawia funkcjonowania układu odpornościowego - powiedział "Wprost" dr Józef Meszaros z Zakładu Farmakologii Akademii Medycznej w Warszawie. U zażywających placebo objawy przeziębienia były nawet lżejsze niż u chorych, którzy otrzymywali witaminę C - wykazały przeprowadzone na 400 osobach badania, których wyniki opublikowano na łamach "Medical Journal of Australia".

 

Przyjmowanie dodatkowych porcji witaminy C pomaga zwalczyć infekcję jedynie u osób, które wcześniej cierpiały na jej niedobór - stwierdza raport amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia. Ludziom, którzy odżywiają się normalnie, niewiele pomaga zarówno witamina C, jak i rutinoscorbin zawierający rutę i kwas askorbinowy. Autorzy reklam tego środka cynicznie zapewniają, że rutinoscorbin "zgasi ognisko choroby do końca". Z kolei reklamujący ascorutical twierdzą, iż ten preparat "wyeliminuje przeziębienie z grypy", tymczasem nie ma żadnych dowodów na to, że ruta w połączeniu z witaminą C przyspiesza leczenie przeziębienia. Mało skuteczna jest również terapia popularnymi środkami zawierającymi cynk lub wapno z witaminą C, które w dodatku w większych dawkach powodują zaparcia.

 

Odporności organizmu nie zwiększają także trzygramowe tzw. megadawki witaminy C (pięćdziesięciokrotnie większe od zalecanych osobom dorosłym). - Zażywanie tak dużych porcji witamin jest niepotrzebne, a czasami wręcz szkodliwe - powiedział "Wprost" doc. Janusz Benedykt Książyk, szef Kliniki Pediatrii Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Faszerowanie się witaminą C, często stosowane jesienią i zimą, nie skraca przebiegu choroby. Zmienia natomiast działanie innych leków i może powodować poważne skutki uboczne, głównie kamicę układu moczowego, a po dłuższym stosowaniu - przewlekłą niewydolność nerek. Brytyjska Food Standards Agency ostrzega, że gram witaminy C dziennie powoduje biegunki i bóle brzucha (szczególnie w połączeniu z 1,5 g wapnia i 17 mg żelaza). Złogi szczawianów wapnia odkładają się w nerkach już po trzech dniach zażywania dwóch gramów witaminy C na dobę (u osób ze skłonnością do kamicy pojawiają się przy dwukrotnie mniejszej dawce).

 

JEŻÓWKA DLA ŁATWOWIERNYCH

Prawie 50 mln ludzi na świecie codziennie budzi się z przeziębieniem. To najbardziej pospolita infekcja atakującą górne drogi oddechowe i główna przyczyna wizyt u lekarza. Większość dorosłych przeziębia się przeciętnie trzy razy w roku. Najczęściej chorują dzieci - średnio dziewięć razy w roku. Głównym powodem tej choroby nie jest, jak się powszechnie sądzi, zaziębienie, czyli nagłe lub przedłużone oziębienie organizmu. Chorobę wywołują wirusy przenoszone drogą kropelkową (podczas kichania i kaszlu), najczęściej tzw. rhinowirusy. - Chorujemy nie dlatego, że jesteśmy bardziej narażeni na zimno. Powodem jest raczej to, że chroniąc się przed zimnem w zamkniętej, często suchej i zbyt ciepłej przestrzeni, stykamy się z większą liczbą drobnoustrojów wydychanych i wykasływanych przez osoby z najbliższego otoczenia - mówi prof. Andrzej Radzikowski z Akademii Medycznej w Warszawie.

 

W zapobieganiu i zwalczaniu wirusów jedyną skuteczną metodą jest zwiększenie odporności. Kłopot polega na tym, że dostępne bez recepty środki na ogół nie wykazują takiego działania potwierdzonego badaniami. Przykładem jest stosowany w postaci kropli, tabletek i maści wyciąg z jeżówki (echinacea). Tego rodzaju preparat, reklamowany jako "naturalny środek wzmacniający odporność na poziomie komórkowym", był stosowany leczniczo przez plemiona Indian Ameryki Północnej przy ukąszeniach węży, leczeniu gorączki i ran. Biali osadnicy - przekonują producenci parafarmaceutyków - wykorzystywali go do leczenia infekcji i grypy. W latach 50. XX wieku uznano, że jeżówki wykazują właściwości przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne. Zaprzeczają temu wyniki najnowszych badań, które przeprowadził prof. Bruce Barret z University of Wisconsin w Madison. U leczonych jeżówką studentów objawy przeziębienia, takie jak kaszel, katar i bóle gardła, ustąpiły dopiero po siedmiu dniach, dzień później niż u osób otrzymujących placebo! "Efekty terapeutyczne preparatów zawierających echinaceę to raczej skutek wiary niż faktycznego działania" - twierdzi prof. Ronald Turner z University of Virginia na łamach "Annals of Internal Medicine".

 

PLACEBO NA KASZEL

- W Polsce dostępnych jest kilkaset preparatów przeciw przeziębieniu, ale naukowo potwierdzono skuteczność zaledwie kilku z nich - powiedziała "Wprost" dr Maria Mrozińska, specjalista medycyny rodzinnej, ordynator oddziału pediatrii Szpitala Zachodniego w Grodzisku Mazowieckim. - Najczęściej zalecany jest paracetamol oraz leki wykrztuśne, takie jak gwajafenezyna i jej pochodne. Z leków złożonych można polecić jedynie coldrex max grip (zawierający odpowiednią dawkę paracetamolu) oraz fenylefrynę, tzw. odtykacz. Inne preparaty, m.in. niesterydowe leki przeciwzapalne, mogą być skuteczne, ale ich stosowanie wiąże się z poważnymi skutkami ubocznymi: krwawieniami z przewodu pokarmowego, wylewami krwi do mózgu i niewydolnością nerek.

 

W USA przyczyną 6,2 proc. zatruć u dzieci są leki na przeziębienie i środki przeciwkaszlowe. Krople na katar, takie jak afrin, nasivin, xylometazolin i tyzine, stosowane zbyt długo lub za często - zamiast udrożnić nos - mogą doprowadzić do tzw. polekowego nieżytu nosa. Nie należy stosować ich dłużej niż 3-4 dni. - Przedawkowanie kropli do nosa nasila katar i może zwiększyć ciśnienie tętnicze krwi - ostrzega dr Józef Meszaros. Jego zdaniem, powinno się zażywać jak najmniej leków na przeziębienie. Preparatów na kaszel lekarze nie powinni nawet zalecać. Większość tych środków (zarówno na tzw. suchy kaszel, jak i kaszel

 

produktywny, czyli z wykrztuszaniem) wykazuje taką skuteczność jak działające na zasadzie sugestii placebo - udowodnili brytyjscy farmakolodzy. Mało skuteczne są również środki antyhistaminowe pierwszej generacji, znajdujące się w takich lekach na przeziębienie, jak coldrex nite, diphergan i fenistil, które dla niektórych mogą się okazać wręcz niebezpieczne. Powodują one zaburzenia ośrodkowego układu nerwowego (m.in. halucynacje), zwiększają ryzyko wypadku podczas pracy lub prowadzenia pojazdu, a u dzieci zmniejszają zdolności uczenia się. Jedynie leki mukalityczne (rozrzedzające wydzielinę) są przydatne, jeśli stosuje się je między czwartym i dziesiątym dniem kaszlu.

 

ANTYBIOTYKOMANIA

- W leczeniu przeziębienia ogromną rolę odgrywa nastawienie psychiczne. Jeśli ktoś uważa, że jakiś lek pomaga jemu lub jego dziecku, będzie go stosował - mówi doc. Janusz Książyk. Wiele osób leczy się na własną ręką, bo większość preparatów na przeziębienie jest dostępna bez recepty. Podstawowe błędy popełniają również medycy. Co czwarty chory zgłaszający się do lekarza rodzinnego niepotrzebnie otrzymuje leki, w tym farmaceutyki dostępne wyłącznie na receptę. - Największym błędem jest leczenie przeziębienia antybiotykami, które w naszym kraju są zażywane niemal tak często jak witaminy - powiedziała "Wprost" prof.

 

Waleria Hryniewicz, przedstawiciel Polski w grupie roboczej Unii Europejskiej ds. racjonalnego stosowania antybiotyków. W Polsce ponad 90 proc. tych leków przepisują lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, głównie jesienią i zimą. - Świadczy to o tym, że najczęściej antybiotykami są "leczone" schorzenia wirusowe, takie jak przeziębienia i zakażenia grypopodobne, na które te farmaceutyki w ogóle nie działają - powiedział "Wprost" dr Paweł Grzesiowski z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego w Warszawie.

 

Według WHO, zakażenia wirusowe stanowią aż 70 proc. wszystkich dolegliwości, na które przepisywane są antybiotyki. Lekarze tłumaczą, że chcą w ten sposób zapobiec groźnym powikłaniom po przeziębieniach. Z badań wynika jednak, że zaledwie 1-2 proc. przeziębień towarzyszą wymagające użycia antybiotyków infekcje bakteryjne, takie jak zapalenie zatok przynosowych i ucha środkowego. Antybiotyki są przydatne jedynie w leczeniu anginy wywoływanej przez paciorkowce. W pospolitych zakażeniach wirusowych przydatne są wypróbowane sposoby naszych babć, takie jak picie dużych ilości płynów i inhalacje parą wodną, a także zażywanie paracetamolu (w razie utrzymującej się zbyt wysokiej gorączki i narastających dolegliwości bólowych). Znacznie tańsze i bezpieczniejsze niż wątpliwej skuteczności parafarmaceutyki są tradycyjne metody leczenia, takie jak sok z malin, rosół z kury i kilka dni w ciepłej pościeli.

Zbigniew Wojtasiński, współpraca: Alicja Baranowska, Paweł Górecki, Jan Stradowski

 

Janusz Benedykt Książyk

Klinika Pediatrii Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie

Leczenie przeziębienia i grypy jest jedynie objawowe. Wysoką gorączkę należy zwalczać, podając paracetamol. Jesteśmy ostrożni w stosunku do niesterydowych leków przeciwzapalnych. Nie polecamy podawania dzieciom ibuprofenu. W razie przeziębienia często podawane są preparaty witaminowe, ale wystarczy odpowiednia dieta, aby zabezpieczyć tego rodzaju potrzeby dziecka. 

 

Józef Meszaros

Zakład Farmakologii Akademii Medycznej w Warszawie

Jedyną metodą walki z grypą są zapobiegawcze szczepienia. Wprawdzie amerykańscy naukowcy stwierdzili, że przygotowana na ten sezon szczepionka nie jest zbyt udana, ponieważ atakujący wirus różni się od użytego w preparacie, ale oba szczepy są na tyle podobne, że preparat zapewnia dość dużą ochronę. Grypy nie można pomylić z innymi infekcjami - objawami, które ją wyróżniają, są: bardzo złe samopoczucie, wyjątkowo wysoka gorączka, bóle mięśni przy jednoczesnym braku kataru czy kaszlu. 

 

Andrzej Radzikowski

Klinika Gastroenterologii i Żywienia Dzieci

Do sztuki lekarskiej należy zdiagnozowanie, kiedy kończy się grypa, a zaczynają się powikłania wywołane przez bakterie. Dopiero wtedy można podać antybiotyki. Wirus grypy niszczy śluzówkę i toruje drogę bakteriom powodującym ropne zakażenia. U małych dzieci jest to najczęściej zapalenie ucha środkowego, u starszych dzieci - zapalenie zatok, a u osób w podeszłym wieku - zapalenie płuc. Wirus grypy samoistnie może też wywołać u osób dorosłych zapalenie mięśnia sercowego, rdzenia kręgowego i mózgu. 

 

Andrzej Chciałowski

Klinika Chorób Wewnętrznych, Pneumonologii i Alergologii CSK MON w Warszawie

Najlepszą metodą zapobiegania grypie są szczepienia. Gdy dojdzie do zachorowania, należy się położyć do łóżka i przyjmować leki obniżające gorączkę (paracetamol, kwas acetylosalicylowy). Jeśli po trzech, czterech dniach objawy nie ustąpią, należy się zgłosić do lekarza. Dopiero w razie powikłań niezbędne jest zaaplikowanie antybiotyku. 

 

 

„WPROST” nr 42(1142), 2004 r.

RYZYKO W TABLETKACH

FIRMY FARMACEUTYCZNE UKRYWAJĄ WYNIKI BADAŃ LEKÓW

Już ponad 16 mld dolarów odszkodowań wypłaciła pacjentom amerykańska firma Wyeth. Zrobiła to po wycofaniu z rynku leku na odchudzanie powodującego groźne dla zdrowia skutki uboczne (ten preparat - deksfenfluraminę - do 1998 r. sprzedawano w Europie jako isolipan). Jeszcze większe koszty może ponieść koncern MSD, który przed kilkoma dniami zrezygnował ze sprzedaży stosowanego od ponad czterech lat przez 84 mln osób vioxksu (rofekoksybu) - nowej generacji środka na chorobę zwyrodnieniową stawów. Wartość jego sprzedaży w ubiegłym roku przekroczyła 2,5 mld dolarów. W ciągu kilku godzin po ogłoszeniu tej decyzji kurs akcji MSD spadł o 27 proc. W ostatnich pięciu latach firmy farmaceutyczne wycofały ponad 20 leków, które okazały się niebezpieczne dla chorych. W przyszłości podobne wpadki producentów mogą się zdarzać coraz częściej, mimo że w ubiegłym roku na światowe rynki wprowadzono jedynie 15 farmaceutyków - trzykrotnie mniej niż przed 10 laty. "Coraz większe koszty i nasilająca się konkurencja sprawiają, że firmy farmaceutyczne są bardziej zainteresowane wykazaniem w badaniach klinicznych skuteczności leku niż bezpieczeństwa jego stosowania" - twierdzi Jeffrey Drazen, redaktor naczelny pisma medycznego "New England Journal of Medicine".

   

SUPERASPIRYNY NA CENZUROWANYM

Vioxx jest jedną z trzech dostępnych w aptekach tzw. superaspiryn, które miały zapoczątkować przełom w leczeniu bólów reumatycznych. Superaspiryny to leki nowej generacji, których długie zażywanie nie wywołuje poważniejszych uszkodzeń przewodu pokarmowego (chodzi głównie o owrzodzenia żołądka i dwunastnicy oraz krwawienia i perforacje górnego odcinka przewodu pokarmowego, które co roku 2,8 tys. osób doprowadzają do zgonu). Tego rodzaju środki działają wyłącznie na enzymy powodujące stan zapalny stawów i nie blokują innych enzymów chroniących ściany żołądka i jelit tak jak leki starszej generacji: ibuprofen, naproxen, nabumeton i diklofenak. Groźne dla życia skutki uboczne vioxksu ujawniono dopiero podczas badań, które miały wykazać, że ten lek - podobnie jak aspiryna - chroni przed rakiem jelita grubego. Okazało się jednak, że u chorych, którzy co najmniej przez 18 miesięcy zażywali 25 mg środka, dwukrotnie zwiększyło się ryzyko zawału serca i udaru mózgu (prawdopodobnie spowodował 27 tys. zawałów serca).

Vioxx jest mniej szkodliwy dla żołądka niż leki starszej generacji, ale nie hamuje procesów zapalnych związanych z miażdżycą, dlatego może być niebezpieczny dla chorych na reumatyzm, którzy jednocześnie cierpią na chorobę wieńcową lub zakrzepowo-zatorową. Nie ma tylko pewności, czy podobne skutki uboczne wywołują inne dostępne w Polsce superaspiryny, takie jak celebrex i bextra amerykańskiej firmy Pfizer oraz arcoxia (to drugi tego typu lek koncernu MSD sprzedawany już w 47 krajach, wkrótce ma być zarejestrowany w Polsce).

- Dotychczasowe badania, prowadzone również w Polsce, sugerują, że arcoxia nie powoduje takich zagrożeń jak vioxx - przekonuje prof. Leszek Szczepański z Akademii Medycznej w Lublinie. Firma Pfizer jest przekonana o "długoterminowym bezpieczeństwie leku celebrex dla układu sercowo-naczyniowego, gdyż badania z udziałem 1,4 mln pacjentów nie wykazały podwyższonego ryzyka wystąpienia poważnych incydentów ze strony układu sercowo-naczyniowego". Również amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA) nie widzi powodów do niepokoju, ale wszystkie tego typu leki będą skrupulatnie badane, jak zapowiedział Steven Galson, dyrektor Center for Drug Evaluation and Research należącego do FDA. Nie wiadomo tylko, jakie badania będą analizowane, bo od kilku lat coraz częściej wysuwane są zarzuty, że firmy farmaceutyczne ukrywają część niekorzystnych dla nich testów leków!

 

FABRYKOWANIE TESTÓW

Rezultaty aż 26 proc. spośród 500 badań klinicznych leków przeciwnowotworowych nie zostały opublikowane przez koncerny po upływie pięciu lat od ich rozpoczęcia, co utrudnia lekarzom zastosowanie skutecznego leczenia - wynika z analiz Cancer Research UK. "Zwykle pojawiają się informacje jedynie o tych badaniach, które potwierdziły zalety leku lub wypadły wyjątkowo niekorzystnie" - twierdzi dr Richard Sullivan, szef badań klinicznych leków Cancer Research w Wielkiej Brytanii. Komisja etyczna w Wielkiej Brytanii (COPE) skontrolowała ponad trzydzieści publikacji medycznych, których autorzy byli podejrzewani o sfabrykowanie wyników badań. Zarzut w pełni potwierdzono aż w 80 proc. zakwestionowanych prac badawczych finansowanych przez firmy farmaceutyczne. Niektórzy naukowcy podpisani jako autorzy publikacji nawet nie zapoznali się z wynikami badań leków. Jedynym źródłem ich informacji były tabele z badań spreparowane przez firmy farmaceutyczne.

Koncern MSD jeszcze niedawno zapewniał, że vioxx jest bezpieczny, choć badania "Vigor" (udostępnione FDA, ale nie opublikowane wcześniej w pismach medycznych) sugerowały, że ten lek powoduje zawały serca czterokrotnie częściej niż starszej generacji naproxen. Dr David J. Graham, zastępca dyrektora FDA Drug CenterŐs Office of Drug Safety, zarzucił amerykańskiej agencji, że zamiast chronić rynek przed niebezpiecznymi lekami, przemilczała niepokojące doniesienia o skutkach ubocznych vioxksu (szczególnie zażywanego w większych dawkach - powyżej 25 mg). FDA nabrała również wody w usta, gdy na cenzurowanym znalazły się antydepresanty nowej generacji.

 

GlaxoSmithKline przeprowadził co najmniej pięć badań nad paxilem, lekiem przeciwdepresyjnym, ale opublikowano wyniki tylko jednego, potwierdzającego jego korzystne działanie. Koncern ujawnił wyniki pozostałych badań dopiero wtedy, gdy Eliot Spitzer, prokurator generalny stanu Nowy Jork, pozwał firmę do sądu (proces w sierpniu tego roku zakończył się ugodą zobowiązującą firmę do wypłacenia stanowi Nowy Jork odszkodowania w wysokości 2,5 mln dolarów). Zatajone testy kliniczne sugerowały, że u dzieci ten lek, należący do grupy tzw. środków wychwytu zwrotnego serotoniny, może nasilać myśli samobójcze. Do dziś nie wiadomo, jakie ryzyko stwarzają tego typu antydepresanty, bo spośród

15 badań ujawniono tylko trzy. Andrew Mosholder, epidemiolog FDA, ocenia, że te preparaty mogą prawie dwukrotnie (o 189 proc.) zwiększać ryzyko powstania u dzieci myśli samobójczych. Nie wiadomo również, jak bezpieczne są inne farmaceutyki stosowane u dzieci, bo aż

40 proc. przepisywanych im leków nigdy nie było testowanych u osób poniżej 18. roku życia.

Zbigniew Wojtasiński, współpraca Paweł Górecki

 

 

„PRZEGLĄD” nr 43, 25.10.2005 r.

ŚMIERĆ W PASTYLKACH

VIOXX UŚMIERCIŁ TYSIĄCE LUDZI NA ŚWIECIE, A MILIONY POZBAWIŁ ZDROWIA. W POLSCE ZŁOŻONO PIERWSZY POZEW PRZECIW KONCERNOWI

Stanisław Paszek z Poznania jeszcze do niedawna jeździł po świecie. Pracował jako drogowiec w Iraku i Libii. Serce miał jak sportowiec. Dziś nie rusza się dalej niż do pobliskiego sklepu, sporadycznie wychodzi na spacer po osiedlu. Zawsze zabiera telefon. - To na wypadek, gdybym się nagle źle poczuł lub nie miał siły wrócić do domu - tłumaczy. Choć ma dopiero 63 lata, jest już wrakiem człowieka. Zdrowie stracił w ciągu 38 miesięcy. Zrujnował mu je vioxx, szeroko reklamowany amerykański lek przeciwbólowy, który miał pomagać w walce z reumatoidalnym zapaleniem stawów. Przypadek pana Stanisława nie jest odosobniony. Ofiar specyfiku jest dużo więcej. Według danych opublikowanych w "New England Journal of Medicine", vioxx przyjmowało ponad 80 mln ludzi na całym świecie. Z szacunków wynika, że w samych tylko Stanach Zjednoczonych preparat zabił niemal 60 tys. osób, a w Wielkiej Brytanii przeszło 10 tys. Na razie nie ma precyzyjnych danych mówiących o tym, ile opakowań śmiercionośnych pigułek sprzedano w Polsce. Według niektórych źródeł mogło je brać nawet 50 tys. Polaków! Dziś bliscy zmarłych i poszkodowani jednoczą się i żądają od producenta leku gigantycznych odszkodowań.

 

Hit w aptekach

Vioxx jako lek nowej generacji miał być przełomem w leczeniu artretyzmu, reumatyzmu oraz innych schorzeń stawów i kości. Jego wejście na rynek w 1999 r. wsparte było zmasowaną kampanią reklamową. Koncern Merck Sharp&Dohme (MSD) wydawał na promocję nowego produktu przeszło 160 mln dol. rocznie. Z takim zapleczem vioxx szybko stał się hitem w aptekach. Można go było kupić w 80 krajach, od 2000 r. - również w Polsce. Nasi lekarze chętnie przepisywali vioxx, bo miał opinię niezwykle skutecznego i bezpiecznego. Uchodził za łagodniejszy dla żołądka niż tradycyjne środki przeciwzapalne i przeciwbólowe. Specjaliści długo i żarliwie przekonywali, że specyfik nie wywołuje żadnych skutków ubocznych nawet przy długotrwałym zażywaniu. - Moja lekarka zapewniała, że to produkt najwyższej światowej klasy, sprawdzony i przetestowany na wszelkie możliwe sposoby. Pokazywała nawet ulotkę, na której nie było żadnych przeciwwskazań - wspomina Stanisław Paszek.

Choć vioxx do tanich nie należał (miesięczna kuracja kosztowała ok. 250 zł), cieszył się dużym uznaniem wśród pacjentów: jedna tabletka zastępowała im sześć-siedem innych leków, a bóle ustępowały niemal natychmiast. Koncern MSD zacierał ręce. Rocznie na vioxksie zarabiał ponad 2,5 mld dol., a jego akcje na giełdzie szybko pięły się w górę. Nic dziwnego, że gdy w 2000 r. pojawiły się pierwsze sygnały o szkodliwości leku, władze koncernu sprawę zataiły. Co ciekawe, niepokojące wyniki pierwszych raportów przemilczała też Amerykańska Agencja Żywności i Lekarstw (FDA), która przez lata uchodziła za najrzetelniejszą na świecie organizację badającą bezpieczeństwo leków. Kolejne niepokojące wyniki dały badania kliniczne nad zastosowaniem vioxksu w leczeniu nowotworów jelita grubego. Okazało się wówczas, że u pacjentów, którym podawano lek przez 18 miesięcy, dwukrotnie zwiększyło się ryzyko zawału serca i udaru.

Gdy okrutnej prawdy, że lek szkodzi, nie dało się już dłużej tuszować, koncern ogłosił we wrześniu ubiegłego roku, że wycofuje swój produkt z rynku. Wiadomość ta wstrząsnęła nie tylko branżą medyczną. Kurs akcji MSD w ciągu kilku godzin spadł o aż 27%. Wkrótce potem na całym świecie posypały się pozwy sądowe przeciwko Merckowi i FDA. Koncernowi zarzuca się przedkładanie własnych interesów nad zdrowie i życie milionów ludzi, agencji - uległość wobec koncernów farmaceutycznych.

 

Ludzkie wraki

Historia Stanisława Paszka jest lustrzanym odbiciem losu większości pacjentów zażywających vioxx w Polsce i na świecie. Na początku była wielka euforia, bo jedna pastylka czyniła cuda. - Stawy przestawały boleć, obrzęki poschodziły. Ucieszyłem się, że w końcu będę mógł żyć normalnie - wyznaje pan Stanisław. Radość nie trwała jednak zbyt długo. Zwykle po kilkunastu miesiącach regularnego zażywania zaczynały się pierwsze problemy. - Miałem uderzenia gorąca i potu. Drętwiała mi twarz, ciągłe miałem zawroty głowy i kłopoty z równowagą. Później doszły duszności, kołatanie serca i potworne szumy w uszach - wylicza Paszek. Dziś jego uszy drażni nawet odgłos wody płynącej z kranu. Cały czas jest blady i słaby. - Wstaję rano spokojny i wypoczęty, a serce mi wali jak po maratonie. Ciśnienie krwi najpierw spada do 60 na 40, a potem gwałtownie rośnie do 170 na 110 - opowiada beznamiętnym głosem.

Mimo nasilających się dolegliwości pan Stanisław ciągle jednak zażywał vioxx, bo wszyscy wkoło go zachwalali. Na kolejne efekty nie trzeba było długo czekać. Karetka coraz częściej zajeżdżała pod jego blok. Tułał się po szpitalach, a lekarze stwierdzali kolejne schorzenia: napadowe migotanie przedsionków, niewydolność krążenia, miażdżycę, udar pnia mózgu, zwyrodnienie mięśnia sercowego, a w końcu także zaburzenia wzroku, pracy jelit i oddawania moczu. - Nawaliło wszystko - rozkłada bezradnie ręce. - Nie ma szans, aby to naprawić, a co gorsza, nie mogę już wrócić do leków, które brałem poprzednio. Kości mnie bolą, ale muszę to wytrzymywać, bo nawet zwykłe leki przeciwbólowe mogą mnie teraz zabić - tłumaczy. Reumatolog, neurolog, urolog, laryngolog, otolaryngolog, gastrolog, kardiolog, proktolog i okulista - teraz oni wyznaczają rytm jego życia. - Co trzeci dzień jestem u jakiegoś lekarza. Jeden mi coś przepisuje, a drugi zabrania tego brać - mówi, pokazując pełną szafę niewykorzystanych tabletek i recept. - Dwa razy w miesiącu mam szczegółowe badanie krwi. Zapiski o kolejnych wizytach nie mieszczą mi się już w kalendarzu - opowiada. Miał chwilę zwątpienia. Załamał się. Myślał wręcz o samobójstwie. Przemógł się jednak i wygospodarował w kalendarzu jeszcze skrawek miejsca na dopisanie wizyty w poradni zdrowia psychicznego. - Niedawno cieszyłem się, że jako zdrowy człowiek odchodzę na emeryturę i będę mógł w końcu odpocząć, wyjechać na wczasy z żoną, a teraz te wszystkie plany legły w gruzach. Nawet do sanatorium nie mogę jechać, bo zagraża to mojemu życiu. Emeryturę spędzam w poczekalniach, szpitalach, na balkonie lub przed telewizorem - mówi z żalem w głosie.

 

Szturm na sądy

Ludzi, którym vioxx zrujnował zdrowie, zniszczył marzenia lub zabrał bliskich, są na świecie tysiące. Poszkodowani w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej - głównie we Francji i Wielkiej Brytanii - masowo pozywają do sądu MSD, domagając się wielomilionowych odszkodowań. Według ostatnich szacunków, liczba pozwów w samych tylko Stanach Zjednoczonych przekroczyła już 4,5 tys. Adwokaci prognozują, że będzie ich ponad 7 tys. Lawinę pozwów dodatkowo potęgują pierwsze wyroki amerykańskich sądów. W sierpniu tego roku sąd w Teksasie, po trwającym miesiąc procesie, nakazał koncernowi MSD wypłacenie 253,5 mln dol. odszkodowania dla żony 59-letniego Roberta Ernesta, który w 2001 r. zmarł na serce w wyniku zażywania tego środka. Podstawą wyroku były m.in. ekspertyzy prowadzących go lekarzy oraz wyniki badań opublikowane w kardiologicznym piśmie "Circulation", gdzie światowej sławy naukowcy udowodnili, że długotrwałe stosowanie preparatu może zakończyć się u chorego zawałem, udarem albo innym poważnym uszkodzeniem układu krążenia.

Teraz fala pozwów wymierzonych w Mercka dociera właśnie do Polski. Do sierpnia 2005 r. do polskiego Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych wpłynęło 81 zgłoszeń o niepożądanych działaniach preparatu. Wielu poszkodowanych chce wkroczyć na drogę sądową. Największym przeciwnikiem koncernu w kraju będzie kancelaria adwokacka Sójka&Maciak z Poznania. - W tej chwili reprezentuję w tej sprawie 12 klientów, ale wszystko wskazuje na to, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. Dzięki mediom o sprawie robi się głośno, należy więc przypuszczać, że lawina pozwów dopiero ruszy - prognozuje mecenas Przemysław Maciak. Ujawnia, że prowadzi już kolejne rozmowy z kilkunastoma poszkodowanymi z różnych miast Polski. Pozwy będą więc spływać z Warszawy, Krakowa, Poznania, Świnoujścia, Gliwic, Gniezna czy Żar. Na razie oficjalnie złożony został jeden - Stanisława Paszka z Poznania.

 

Dwie drogi roszczeń

Co dla poszkodowanych mogą zrobić adwokaci? - Z prawnego punktu widzenia są dwie drogi - tłumaczy mec. Maciak. - Jedna to taka, aby pozywać Mercka w Stanach Zjednoczonych i są w Polsce pojedyncze osoby, które się na to zdecydowały, a druga to dochodzenie roszczeń na gruncie polskim. Prawo farmaceutyczne stanowi bowiem, że wprowadzać na rynek leki może tylko tzw. podmiot odpowiedzialny za niego w danym kraju. W Polsce takim podmiotem w przypadku preparatu vioxx jest Merck Sharp & Dohme Polska i to właśnie przeciwko niemu kierujemy nasze pozwy.

Odszkodowania w USA mogą kusić, bo są dużo wyższe niż w Polsce, ale warto pamiętać, że Polacy składający pozwy w Stanach będą częścią tzw. pozwu zbiorowego. Plusem takiego rozwiązania jest fakt, iż nie będą musieli lecieć za ocean, by zeznawać osobiście - wystarczy, że wyślą odpowiednio przygotowane dokumenty. Minusem jednak jest to, że sądy amerykańskie zasądzają w takich przypadkach jedną pulę odszkodowania, która następnie dzielona jest pomiędzy wszystkich, którzy złożyli pozwy, oraz kancelarie adwokackie prowadzące sprawę. W efekcie końcowa wartość amerykańskiego odszkodowania nie musi być wcale dużo wyższa niż ta przyznana w Polsce w ramach pozwu indywidualnego. Ci, którzy wybierają polską ścieżkę, obawiają się jednak opieszałości naszego wymiaru sprawiedliwości oraz braku podstaw prawnych do ubiegania się o takie odszkodowanie.

Kancelaria Przemysława Maciaka uspokaja. - Przeanalizowaliśmy możliwości, jakie daje polski kodeks cywilny, i stwierdziliśmy, że istnieje sposobność pozwania producenta leków na podstawie przepisów dotyczące odpowiedzialności za produkt niebezpieczny - tłumaczy adwokat. - Prawo w tym zakresie działa w myśl tzw. zasady ryzyka, więc nie musimy koncernowi udowodnić winy, aby uzyskać jakieś odszkodowania, wystarczy, że wykażemy związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy zażywaniem leku a wyraźnym pogorszeniem stanu zdrowia tych, którzy go brali.

Adwokaci przyznają jednak, że będą mieli nie lada problem, aby taki związek wykazać. Jak chcą tego dokonać? - Wykorzystamy doświadczenia naszych amerykańskich kolegów. Zaprezentujemy bardzo poważne publikacje medyczne wskazujące jednoznacznie na to, że istnieje związek przyczynowo-skutkowy. Planujemy też powołanie krajowego konsultanta do spraw farmakologii, którego poprosimy o wykonanie ekspertyzy na temat vioxksu - zdradza kulisy swojej strategii mec. Maciak.

 

Miliony dla każdego?

Prawnicy w porozumieniu z poszkodowanymi uznali, że będą żądać od koncernu 5 mln zł odszkodowania dla każdego ze składających pozew. Kwota ta ma stanowić przede wszystkim formę zadośćuczynienia, a w dalszej kolejności rekompensatę kosztów przyszłego leczenia i wydatków, jakie ponieśli poszkodowani na zakup szkodliwego leku. - Utraconego zdrowia nie da się przełożyć na żadne pieniądze. Stanisław Paszek po trzech latach zażywania vioxksu ma doszczętnie zrujnowany organizm. Wcześniej leczył się tylko u reumatologa, teraz znajduje się pod ciągłą opieką dziewięciu specjalistów. Miał dwa udary i dwa zawały. Jest w fatalnej kondycji psychicznej. Kładąc się wieczorem do łóżka, boi się, czy dożyje następnego dnia - uzasadnia wysokość odszkodowania adwokat. Podkreśla, że skoro koncern wiedział, że lek szkodzi, a mimo to zarabiał na nim gigantyczne pieniądze, musi teraz sowicie zapłacić tym, którym zniszczył zdrowie. - Tak wysoka suma będzie miała również swój wymiar społeczny, bo dotkliwa kara finansowa sprawi, że koncerny farmaceutyczne w przyszłości będą bardziej uważać na to, co produkują, i nie pozwolą sobie na ukrywanie niekorzystnych dla siebie wyników badań - przekonuje.

Stanisław Paszek mocno wierzy w wygraną. - Mam 1,8 tys. zł emerytury, połowa idzie na leki, reszta na utrzymanie mieszkania i bardzo skromne życie. Każdego miesiąca muszę z żoną główkować, co kupić, a czego nie, aby starczyło na moje leczenie - mówi. Nie ukrywa, że przydałby mu się zastrzyk finansowy. Jeśli dostanie od Mercka pieniądze, to chciałby najpierw pojechać za granicę podreperować serce. Później być może zmienić mieszkanie na parterowe, bo schody są dla niego udręką. To, czy uda mu się zrealizować te plany, zależeć będzie od decyzji sądu. Podobnie jak los wszystkich tych, którzy zażywali vioxx, a teraz przygotowują pozwy. Już teraz wiadomo jednak, że łatwo wygrać z Merckiem nie będzie. Z pisma od MSD Polska wynika, że koncern nie zamierza składać broni. O żadnej globalnej ugodzie nie ma mowy. Szykuje się zatem długa i bezprecedensowa batalia prawników.             Przemysław Pruchniewicz

 

 

"NEWSWEEK" nr 29, 24.07.2005 r.

WEŹ PIGUŁKĘ

Przegapiliśmy moment, kiedy w przemyśle farmaceutycznym zatarła się granica między medycyną a szarlatanerią. Wierzymy, że każdy lek pomaga, a producenci bez skrupułów wykorzystują naszą wiarę. Na każdą dolegliwość jedna pigułka (a pill for every ill) - to motto naszej cywilizacji. Leki przeciw nadmiernej ruchliwości u dzieci i przeciw depresji. Na zwiększenie pragnień seksualnych i zmniejszenie obwodu bioder. Leki na uśmiech i dobre samopoczucie. Życie bez pigułek wydaje się niemożliwe.

W Stanach Zjednoczonych w ubiegłym roku lekarze wypisali 3,4 mld recept - to daje powyżej 10 na każdą kobietę, mężczyznę i dziecko. Pacjenci kupili leki o wartości 216 mld dolarów - to jedna trzecia wszystkich wydatków Amerykanów na żywność. Francuzi, wydając na leki 460 dolarów na osobę rocznie, zażywają najwięcej leków w Europie. Mniej więcej tyle, ile przeznaczają na spożycie wina. Polacy też nie zostają w tyle - w konsumpcji antybiotyków wspięliśmy się już na piąte miejsce w Europie. Pieniądze przeznaczane na leki, choć znacznie mniejsze niż w innych krajach rozwiniętych, są u nas największą pozycją w ochronie zdrowia. W ubiegłym roku było to ponad 13 mld złotych.

Na tym globalnym szaleństwie zarabiają w sposób oczywisty firmy farmaceutyczne. Ich zyski to efekt znakomicie zorganizowanej machiny promocyjno-reklamowej. Także utajniania wyników pewnych niewygodnych badań i korumpowania lekarzy. Lobbowania wśród polityków - by przepisy były korzystne dla firm farmaceutycznych, niekoniecznie zaś dla obywateli. I w końcu żerowania na naszym strachu przed chorobą.

 

Tak przynajmniej w tej chwili działalność koncernów farmaceutycznych ocenia wielu specjalistów. W ostatnich miesiącach wyjątkowo liczne są publikacje krytyczne wobec tych firm. Już same tytuły stanowią komentarz do niepokojącego zjawiska: "Złamana obietnica amerykańskiej medycyny" Johna Abramsona, "Jak amerykańska medycyna współdziała w zbrodni" Jeroma P. Kasirera, "Cała prawda o koncernach farmacetycznych" Marcii Angell.

 

Jeśli przyjrzeć się sondażom, tytuły książek oddają nastroje społeczeństwa. Zaufanie do firm farmaceutycznych spada. Siedem lat temu w USA o połowę więcej osób oceniało rolę tego przemysłu dla zdrowia pozytywnie niż negatywnie. W roku 2005 przewaga opinii pozytywnych spadła do kilkunastu procent. W badaniu opinii publicznej z lutego 2005 r. jedynie 44 proc. z 1000 Amerykanów uznało praktyki biznesowe szefów firm farmaceutycznych za zgodne z etyką.

 

Oddajmy sprawiedliwość, że bez badań firm farmaceutycznych wiele uleczalnych dziś chorób pozostawałoby śmiertelnymi. Niestety służba ludzkości jawi się coraz bardziej jako uboczny skutek wielkich interesów.

Od dwóch lat mówi się o kryzysie zaufania do tej branży. Jest to skutek m.in. błędów popełnionych przez przemysł farmaceutyczny w ostatnim czasie. W październiku ubiegłego roku wycofano z rynku szeroko reklamowany vioxx, lek łagodzący bóle reumatyczne. Okazało się, że zażywanie go sprzyja zawałom serca i udarom mózgu. W 2001 r. zniknął zaś z rynku lipobay/baycol, specyfik obniżający poziom cholesterolu, który doprowadził do śmierci co najmniej 30 osób, a u wielu uszkodził mięśnie szkieletowe kręgosłupa. Czy można było uniknąć tych ofiar? Czy można było szybciej wycofać leki?

 

Dziś podobnie dzieje się z hormonalną terapią zastępczą. Namówiono na nią miliony kobiet. Miała przedłużać młodość i chronić przed dolegliwościami menopauzy. Dwa lata temu okazało się, że nie tylko zwiększa ryzyko nowotworów piersi, ale też udarów mózgu i ataków serca. Wielu lekarzy jednak nadal nie informuje o ryzyku związanym z terapią.

Dzieje się tak, mimo że w środowisku lekarzy wszyscy zapewne pamiętają o najtragiczniejszej pomyłce tej branży. W latach 50. przekonano kobiety w ciąży, by zażywały talidomid. Na spokojny sen i dobre samopoczucie. Zanim w 1961 r., po 4 latach stosowania, lek wycofano, spowodował wady rozwojowe u ponad 10 tys. dzieci: brak kończyn, głuchotę, rozszczep podniebienia.

 

- GRUBSI ŻYJĄ DŁUŻEJ - FABRYKOWANIE FAKTÓW

Aby bliżej przyjrzeć się zażywanym masowo lekom, we Francji na polecenie rządu Agencja Bezpieczeństwa Sanitarnego powołała komisję ekspertów, profesorów medycyny i lekarzy największych szpitali. Stwierdzono, że większość środków stosowanych dla poprawy krążenia nie ma wartości terapeutycznej. Tymczasem są one powszechnie używane. Negatywnie oceniono grupę preparatów zawierających magnez (6 mln recept rocznie). Wśród preparatów nasennych wskazano dwa niebezpieczne - rohypnol i halcien. Pierwszy tak silny, że może wywoływać śpiączkę, drugi nawet w niewielkich dawkach szkodliwy dla zdrowia. Stwierdzono, że leki mające zapobiegać utracie pamięci u ludzi starszych zamiast pomagać - pogłębiają demencję.

 

Kiedy jednak w Polsce na początku lat 90. ówczesny minister zdrowia Jacek Żochowski postanowił usunąć z listy leków bezpłatnych kilka preparatów o wątpliwej skuteczności terapeutycznej, sprzeciwili się temu zarówno producenci tych preparatów, jak i lekarze, farmaceuci oraz pacjenci. Takiej burzy w środowisku medycznym chyba potem już nie było. Minister wycofał się ze swojego pomysłu.

 

(...)

Nasuwa się pytanie, czy przypadkiem scenariusz, według którego ludzie z nadwagą żyją krócej, nie został również "sklecony naprędce" i niezupełnie odpowiada prawdzie. Prof. Allison ujawnił, że jako doradca otrzymuje pieniądze od 148 firm farmaceutycznych i producentów żywności dietetycznej.

Tego rodzaju powiązania uważane są powszechnie za konflikt interesów. Ktoś wspierany finansowo przez firmy nie powinien odgrywać roli bezstronnego eksperta.

 

Jednak jak twierdzą wydawcy czasopism medycznych, wielu specjalistów oceniających skuteczność i bezpieczeństwo leków wypuszczanych na rynek jest powiązanych w ten czy inny sposób z producentami. Czasopismo "The New England Journal of Medicine" przeprowadziło dwa lata temu analizę artykułów w prasie medycznej, które dotyczyły bezpieczeństwa leków używanych do obniżenia ciśnienia krwi. Wśród badaczy zachwalających je jako bezpieczne było trzy razy więcej osób otrzymujących honoraria i prezenty od firm farmaceutycznych niż wśród autorów krytykujących ich działanie.

 

(...)

Wśród tych hitów znalazł się wprowadzony na rynek w 1996 r. redux, lek ułatwiający chudnięcie. Uznano go za cudowną pigułkę. Wielu pacjentów łączyło go jeszcze z innymi preparatami. Wkrótce okazało się, że redux sam, a także razem z innymi lekami powoduje trwałe uszkodzenie zastawek serca. Wiele osób, które go zażywało, miało dramatyczne problemy z oddychaniem. Wywoływał też puchnięcie nóg, stóp, kołatanie serca, ból w piersiach i ciągłe zmęczenie. Jak na cudowną pigułkę, to sporo. W sierpniu 1997 r.

został wycofany z rynku.

 

- NIE WIERZ BADANIOM - ŻONGLERKA NAUKOWA

Rok temu prokurator generalny USA wniósł oskarżenie przeciwko kilku firmom produkującym leki antydepresyjne za ukrywanie informacji o tym, że przepisywane dzieciom i młodzieży mogą prowadzić do samobójstw. Producenci zlecili szereg badań skutków zażywania tych leków przez dzieci i nastolatki. Opublikowali wyniki niektórych. Firmom zarzucono ukrycie przed opinią publiczną i lekarzami wyników pozostałych testów, które sugerowały m.in. ryzyko samobójstw wśród młodszych pacjentów przyjmujących te preparaty. Tylko w USA wypisano wiele milionów recept na te środki, część z nich jest przeznaczona dla dzieci i młodzieży.

Leki są - jak mówią niektórzy lekarze - albo skuteczne, albo bezpieczne. To znaczy, że każda pigułka ma swoje działanie lecznicze, ale też uboczne. Pacjent musi wiedzieć, co ryzykuje, zażywając lek.

 

- Musimy sobie jednak uprzytomnić, że firmy farmaceutyczne działają jak każdy inny biznes i nie lubią ujawniania niekorzystnych wyników testów.

Wydawcom czasopism medycznych grożono nawet procesem, jeśli ujawnią szkodliwe działanie testowanych preparatów - mówiła Catherine DeAngelis, wydawca pisma "Journal of The American Medical Association" na konferencji bioetyki w Warszawie kilka lat temu. Wiele czasopism medycznych stało się tylko przedłużonym ramieniem producentów leków - powiedział niedawno BBC dr Richard Smith, były szef British Medical Journal.

 

- NIE WSZYSTKO POMAGA - UKRYWANIE BŁĘDÓW

Szkodliwe skutki działania leków są uważane za jedną z głównych przyczyn śmierci w Stanach Zjednoczonych - napisali w czasopiśmie Amerykańskiego Stowarzyszenia Medycznego lekarze z Harvardzkiej Szkoły Medycznej i z Cambridge Hospital. Jednak preparaty raz wprowadzone na rynek rzadko są z niego wycofywane. Nawet jeśli wywołują zgony, samobójstwa czy skłaniają do zabójstw. Firmy tłumaczą, że wśród milionów osób zażywających te preparaty mogą się trafić ludzie, którzy reagują w sposób nieprzewidziany.

 

Większość nowo rejestrowanych leków jest tylko odmianami już istniejących specyfików. Na przykład z sześciu statyn, obniżających poziom cholesterolu we krwi, wszystkie są niemal identyczne z pierwszą. Wystarczy bowiem zmienić tylko jedną cząsteczkę chemiczną w składzie leku, żeby uzyskać nowy patent, a wraz z tym 20 lat ochrony praw do tego preparatu i możliwość dyktowania wysokiej ceny.

 

Nieetyczną postawę niektórych producentów leków uświadomiła wielu ludziom historia metamfetaminy. To środek działający jak narkotyk, stymulujący uczucie przyjemności, ale też wywołujący brutalne morderstwa, zgony, "wypalenie" mózgu, nazywany narkotykiem diabła. Wśród młodzieży staje się coraz popularniejszy.

Metamfetaminę można wyprodukować z leków łatwo dostępnych na rynku. Na przykład przeciw alergii i katarom. Zawierają pseudoefedrynę, surowiec do wytwarzania narkotyku. Nielegalni producenci metamfetaminy kupują w aptekach preparaty, w których skład wchodzi ten surowiec. A firmy farmaceutyczne od 20 lat bronią swego prawa do nielimitowanej sprzedaży leków na katar. Zarabiają na nich 3 miliardy dolarów rocznie. W walce z biznesem farmaceutycznym Agencja Zwalczania Narkotyków okazała się bezsilna.

 

Produkcja leków stała się rzeczywiście najzyskowniejszym biznesem. Jak poinformowała 7 lipca agencja Reutersa, tylko na wspieranie poszczególnych polityków przemysł farmaceutyczny w Stanach Zjednoczonych wydał w ubiegłym roku 128 mln dolarów. Choć lobbing jest legalny, pozostaje pytanie, jak tego rodzaju związki z politykami wpływają na sytuację kupujących leki.

 

"Newsweek" już dwa lata temu opisywał, jakie formy "zachęt" stosowały w Polsce firmy farmaceutyczne. Koncerny wydają miliony złotych na kosztowne prezenty dla lekarzy - w tym egzotyczne wycieczki. Jesienią 2003 roku jeden z koncernów zaprosił setkę lekarzy na 10-dniowy Światowy Kongres Ginekologiczny do Santiago de Chile. Połowę z nich stanowiły sławy polskiej ginekologii. Podobnie postępują inni. W czasie akcji promocyjnej leku foradil na astmę wysłano setki pneumonologów i alergologów m.in. na Majorkę, Kretę, Maderę, Sycylię, Mauritius i do Singapuru. W 2001 r. stu onkologów poleciało na Maltę. W ciągu 4 dni przewidziano zaledwie sześć godzin wykładów na temat wprowadzanych na rynek leków na raka.

 

Ale jest nadzieja, bo rodzi się już nowy przeciwnik przemysłu chemicznych uzdrawiaczy. Ruch, który przybrał nazwę Clean Living, co można przetłumaczyć jako "czyste życie". Bo pójście na spacer czy bieg na przełaj działa często nie gorzej niż środki na lepsze krążenie. A rezygnacja z niektórych potraw zmniejsza poziom cholesterolu, niebezpieczeństwo cukrzycy i otłuszczenia.

- Odstawcie leki nasenne i środki przeciw pieczeniu w żołądku, zmieńcie dietę, wsiądźcie na rower, wędrujcie w góry - wzywają fani tego ruchu, wśród których nie brakuje lekarzy. I to chyba najlepsze, co możemy zrobić - znów poczuć się odpowiedzialni za nasze zdrowie. Bo nikt nie zadba o nie lepiej niż my sami.

Bożena Kastory Współpraca Bernadeta Waszkielewicz

 

 

„POLITYKA” nr 2 (2537), 14-01-2006; s. 4

LEKOŻERCY

Wychodzi na to, że jesteśmy narodem lekomanów: 35 proc. Polaków regularnie przyjmuje medykamenty przepisane przez lekarza, średnio po pięć tabletek dziennie. Co czwarty kupuje leki bez recepty na zapas. Jeśli chodzi o spożycie środków przeciwbólowych, mamy trzecie miejsce na świecie po Amerykanach i Francuzach. 20 proc. Polaków sięga po preparaty multiwitaminowe i wzmacniające. Przy czym świadomość, po co to wszystko kupujemy, jest raczej nikła. Łykamy na wszelki wypadek. W ubiegłym roku znów pobiliśmy własne rekordy. Padamy ofiarą agresywnego marketingu i... samotności.

Jesteśmy właśnie w kolejnym apogeum lekobrania, które zazwyczaj zaczyna się w listopadzie. Sprzedaż leków zwalczających objawy przeziębienia i przeciwgorączkowych rośnie wówczas czterokrotnie. Coraz więcej leków kupujemy bez recepty (tzw. OTC, od ang. over the counter). Od stycznia do listopada 2005 r. wydaliśmy na nie 3,2 mld zł, czyli o ponad 8 proc. więcej niż w roku ubiegłym. Gdy chodzi o wydatki na OTC, mamy szóste miejsce w Europie po bogatych: Francji, Niemczech, Włoszech, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii. Choć – jak zapewniają producenci – gdy trafi się dobra jesień i zima, wyprzedzimy Hiszpanów. Co więcej, według prognoz ten rynek będzie rósł do 2009 r. o 7 proc. rocznie.

 

Wrzuć tabletkę

– Preparaty dla biznesmenów, dla pokwitających dziewcząt, dla aktywnych umysłowo. Czekam, aż na rynku pojawi się multiwitamina dla mańkutów – mówi dr Józef Meszaros z Zakładu Farmakologii Doświadczalnej i Klinicznej Akademii Medycznej w Warszawie. – Nie ma pacjenta, u którego lista niedoborów byłaby zgodna ze składem takich preparatów. Gdyby zamiast to kupować, zaoszczędził na urlop, wyszłoby mu to na lepsze. Przykładem leku całkowicie zbędnego jest choćby Rutinoscorbin. Nie ma żadnych podstaw do twierdzenia, że poprawia odporność. Nigdy nie opublikowano badań, które by to potwierdzały. Dochody ze sprzedaży Rutinoscorbinu wynoszą około 70 mln zł rocznie.

 

A pill for every ill (tabletka na każdą chorobę) – ta amerykańska zasada w pełni już u nas działa. Reklama wytwarza odruch: coś ci jest? Weź pigułkę. Nic ci nie jest? Weź profilaktycznie. Trudno dziś wyobrazić sobie życie bez tabletki.

 

Klienci aptek wiedzą, na co działa witamina C, ewentualnie wapń; ale cynk, potas, selen – nie bardzo wiadomo, jednak na wszelki wypadek lepiej łyknąć. 80 proc. nie wie, co to lecytyna czy żeńszeń, ale i tak dobrze się sprzedają.

 

– Niedawno miałam klientkę, która poprosiła o „coś na koncentrację dla szesnastolatka”, bo nie chce się uczyć. Ręce mi opadły – opowiada jedna z warszawskich aptekarek.

 

Sport, zmiana diety czy stylu życia – to wymaga wyrzeczeń i wysiłku. Tabletka jest łatwa. Stąd wiara w magiczną moc pigułek. Dr Piotr Matyjaszczyk z przychodni w Sowinie Błotnej opowiada, że coraz liczniejsza jest grupa pacjentów, którzy przychodzą np. z niestrawnością. Skarżą się, że jak zjedzą za dużo mięsa, to im szkodzi. „To proszę ograniczyć mięso” – radzi doktor. „Ale ja je lubię i nie zmienię przyzwyczajeń. Niech pan doktor coś wypisze” – proszą.

 

Lek na niepogodę

Marketing farmaceutyczny skutecznie zadbał, by wypromować cały szereg chorób, o których nikt wcześniej nie pomyślałby, że można je leczyć: starzenie, łysienie, roztargnienie, cellulit, kac, trema. Strategia kreowania problemów zdrowotnych po prostu się opłaca. W reklamie telewizyjnej – jak wynika z danych monitorującej ten rynek firmy AGB Nielsen – farmaceutyki wyprzedziły już usługi telekomunikacyjne i proszki do prania; ustępują tylko żywności.

 

– Zastanawiałam się, czy nie kupić do apteki telewizora, by na bieżąco móc śledzić reklamy. Codziennie ktoś chce kupić „proszki na ból z zygzakiem”, a ja nie wiem, o co chodzi! – opowiada Alina Fornal z apteki Bursztynowa na warszawskiej Pradze.

 

Aby nauczyć ludzi chorować, czyli zachęcić do kupna leku na wydumane schorzenie, najlepiej zbudować w nich przeświadczenie, że nie są z problemem osamotnieni. Dla potrzeb wypromowania tabletek Meteo („na dolegliwości pogodowe” – 10 zł za 10 pastylek zawierających kilka wyciągów roślinnych, witamin i mikroelementów) uruchomiono Ogólnopolski Program Edukacyjny Meteowrażliwi z udziałem socjologa i redaktora naukowego pisma „Essentia Medica”. „Naszą misją jest przełamywanie barier oraz świadome mówienie o meteoropatii, która jest dolegliwością nie mającą nic wspólnego z fanaberią czy hipochondrią. Celem i misją ludzi skupionych wokół Meteowrażliwych jest edukowanie Polaków, jak radzić sobie z tą dolegliwością” – napisano w oświadczeniu.

 

– Jakie edukowanie? – denerwuje się Mariusz Politowicz, właściciel apteki Pod Wagą w Pleszewie. – W połączeniu z obiegową opinią, że mamy w Polsce 38 mln lekarzy oraz bezsensownie szerokim dostępem do leków na poczcie, w kioskach, supermarketach, otrzymujemy niebezpieczny koktajl, który spece od PR nazywają samoleczeniem. Ileż to razy kasjerka w sklepie poleca klientom Apap zamiast Panadolu, bo usłyszała w reklamie, że „Apap mniej szkodzi”. A przecież oba specyfiki są identyczne.

 

Moda na leki OTC bierze się po części stąd, że traktujemy je jako nieszkodliwe – coś jak dropsy. Nie pomoże jedna tabletka na ból głowy, otwiera się opakowanie z inną, choć w środku jest identyczna substancja (na rynku jest 41 preparatów z kwasem acetylosalicylowym i 47 z paracetamolem). To samo dotyczy np. maści masowo stosowanych przy bólach stawów. Zdaniem reumatolog dr Małgorzaty Happach, potrzeba kilku dni, by sprawdzić, czy stosowana maść jest skuteczna. Pacjenci z reguły nie czekają i obstawiają się kilkoma specyfikami działającymi tak samo. Ile pieniędzy tracimy w ten sposób?

 

– Słyszałem o rekordziście zażywającym jednocześnie 19 leków, z których przynajmniej pięć kupił bez recepty – opowiada Mariusz Politowicz.

 

Według „Le Nouvel Observateur”, spośród 4750 zarejestrowanych we Francji leków tylko 100 ma według lekarzy istotne zastosowanie w terapii. U nas zarejestrowanych jest dwa razy więcej, a chorób przecież więcej nie mamy (dla porównania: w Szwecji zarejestrowanych jest 2 tys. leków i, aby dopisać nowy specyfik, trzeba skreślić jeden ze starszych). Ile pieniędzy tracimy na bezsensowną terapię? Tego nikt nie potrafi oszacować.

 

Choroba społeczna

Według lekarzy internistów spożycie leków w Polsce nakręcają przede wszystkim dwie grupy pacjentów. Młodzi, aktywni zawodowo, którzy mają pieniądze, a nie mają czasu się leczyć czy broń Boże położyć na trzy dni do łóżka. Kupują więc w aptekach co popadnie i łykają garściami. Druga – to ludzie starszego pokolenia, pamiętający dobrze czasy, gdy leki były właściwie za darmo. Ich nadużywanie mają we krwi. Wielka siata z lekami to nieodłączny element ich mieszkań. Oni liczą pieniądze, więc zamiast kupować drogie leki OTC, wysiadują godzinami w przychodniach.

 

W poczekalniach, na korytarzach przychodni, wśród starszych pacjentek trwa swoista licytacja: jak boli, gdzie strzyka, jaki cholesterol, ciśnienie, tętno, co doktor przepisał i na jakie badania skierował. Czasem dochodzi do ostrych sporów, kto jest bardziej chory. Po części to problem zdrowotny, ale w dużej mierze także społeczny. Na Zachodzie kobiety po przejściu na emeryturę angażują się w działalność wolontariatów, mają swoje kluby, podróżują. My mamy armię samotnych wdów, których energia nie jest w żaden sposób zagospodarowana. Kończy się praca, dzieci odchodzą, mąż umiera. Przy coraz bardziej zanikających więzach rodzinnych i międzyludzkich pozostaje w tej sytuacji morze wolnego czasu, z którym nie ma co zrobić. Tym socjologowie tłumaczą fenomen Radia Maryja, ale to też jedna z przyczyn zatłoczonych poczekalni, które często pełnią funkcję najważniejszego salonu towarzyskiego w okolicy.

 

– Samotność to pierwsze źródło chorych. Wizyta w przychodni to dla nich atrakcja, okazja do rozmowy. Leczenie zatyka jakąś dziurę w życiu – mówi dr Meszaros.

 

Inny lekarz twierdzi, że jest grupa pacjentów – głównie ludzi starych – która traktuje leczenie jako wyzwanie. – Z jednej strony trudny dostęp, numerki, wyczekiwanie, z drugiej – to jest za darmo. Dostać się znaczy pokonać system – opowiada. – W PRL tę rolę pełniły kolejki. Abstrahując od realnych braków na rynku, był to rodzaj narodowego sportu. Stawało się, bo coś rzucili, żeby pogadać, bo nie ma co robić. Dziś tę rolę przejęły poczekalnie.

 

Wbrew pozorom perygrynacje po przychodniach i gabinetach nie są całkiem niewinną rozrywką. Gdy pacjent czy pacjentka chodzi do pięciu specjalistów i każdy wypisze po kilka recept, skutki mogą być opłakane. Polscy lekarze mają na ogół mgliste pojęcie o geriatrii. A zawodowo czynnych geriatrów jest w całym kraju około 80 (dla porównania – w Niemczech jest ich 1800).

 

– Studentów uczy się leczenia ludzi młodych, a po studiach leczą głównie starych – mówi dr Meszaros. – Nie uczy się ich fizjologii starzenia, nie mają pojęcia, że po 60 roku życia działanie leków może być kompletnie odmienne. Co się dziwić, że wpędzają starych ludzi w lekomanię.

 

Według geriatry prof. Jarosława Derejczyka, najczęstsze błędy w leczeniu starych ludzi to stosowanie schematu: rano pobudzamy, a wieczorem tłumimy aktywność mózgu, czyli nadużywanie leków nootropowych i nasennych, co może doprowadzić do uzależnienia, upośledzenia pamięci, zwiotczenia mięśni. Złamania i urazy poupadkowe mogą być spowodowane nadużywaniem leków nasennych i przeciwnadciśnieniowych, krwawienia z żołądka – zbyt dużymi dawkami niesterydowych leków przeciwzapalnych. U osób po 80 roku życia 20 proc. przyjęć do szpitali pochodzi z interakcji lekowych.

 

Prof. Derejczyk opisuje przypadek 89-letniej pacjentki, która trafiła do szpitala geriatrycznego w bardzo ciężkim stanie – nie chodziła, źle widziała i słyszała, skarżyła się na duszności, bóle kolan, odmawiała jedzenia. Wcześniej była stale leczona przez trzech specjalistów i przyjmowała 22 leki dziennie (koszt takiej kuracji wynosił 800 zł miesięcznie). W szpitalu geriatrycznym stwierdzono m.in., że cierpi na znaczny niedobór sodu spowodowany zbyt dużymi dawkami leków odwadniających, polekowe zapalenie żołądka, przez które przestała jeść i przyjmować płyny, oraz depresję, będącą wynikiem zbyt dużych dawek leków przeciwnadciśnieniowych, które spowodowały niedokrwienie mózgu, a co za tym idzie apatię i osłabienie. Po zmianie leczenia dawkę leków udało się ograniczyć do 9 (miesięczny koszt kuracji zmniejszył się do 350 zł).

 

– W Polsce mamy ponad 2 mln osób uzależnionych od opiekunów w wieku powyżej 65 lat. Myślę, że co najmniej połowa z nich stosuje leczenie wielolekowe. Zakładając, że koszt takiego leczenia wynosi 150 zł miesięcznie, to jego racjonalizacja w oparciu o zasady geriatrii, która zaoszczędzi choćby 10 proc. z tej sumy, daje 17 mln zł rocznie – wylicza prof. Derejczyk. – Jeśli dodać do tego kosztowne konsekwencje niewłaściwego leczenia, to skutki braku geriatrów można by oszacować na kilkadziesiąt milionów złotych rocznie.

 

Drugi czynnik napędzający lekomanię u starszych ludzi to panujący w naszej kulturze kult młodości. – Ludzie nie aprobują faktu, że lata mijają i powinni pogodzić się z gorszym zdrowiem. Większość jest przerażona. Traktuje starość jak chorobę i faszeruje się tabletkami: na zgagę, na wzdęcia, na bóle krzyża, na palpitacje serca – wymienia dr Bogusław Habrat z warszawskiego Instytutu Neurologii i Psychiatrii.

 

Wymuszenie na receptę

Lekarze, którzy praktykowali w kraju i na Zachodzie, zgodnie przyznają, że polscy pacjenci są specyficzni. Polak, który opuszcza gabinet lekarski bez recepty, czuje się nieobsłużony, zlekceważony, spostponowany i obrażony. Taka wizyta się nie liczy. Zdarza się, że pacjenci próbują wymusić na doktorze wypisanie recepty czy skierowania. Ulegają im najczęściej młodzi, niepewni siebie lekarze, inni robią to dla świętego spokoju.

 

– Strasznie mnie denerwuje, gdy lekarz tłumaczy: a bo pacjent żądał – opowiada dr Meszaros. – Pytam: pan jesteś lekarzem czy sklepikarzem?

 

Przed gabinetem dr. Piotra Matyjaszczyka, lekarza rodzinnego z przychodni w Sowinie Błotnej, największy tłok jest w poniedziałki. Z grupy kilkudziesięciu pacjentów raptem kilkunastu jest naprawdę chorych, reszta przychodzi po receptę.

 

– Niedługo uwierzę, że sama recepta ma dla chorego wartość leczniczą – wyznaje dr Matyjaszczyk. – Są tacy, którzy zwykłą Polopirynę czy Aspirynę wolą kupić na receptę, jakby mój podpis i pieczątka dawały gwarancję pozbycia się gorączki. Myślę, że stąd taka popularność antybiotyków – są na receptę.

 

To właśnie antybiotyki są najczęściej przedmiotem wymuszenia. Wydawało się, że świadomość, iż jest to broń obosieczna, staje się coraz bardziej powszechna, że infekcji wirusowych się nie leczy, a jedynie łagodzi ich objawy i antybiotykom nic do tego. Ich sprzedaż systematycznie spadała, ale teraz znów zaczęła rosnąć. Wróciliśmy do europejskiej czołówki, jeśli chodzi o ich spożycie. Stosuje się je „na dzień dobry” w nieżytach dróg oddechowych, na grypę, na zbicie gorączki. Według dr. Meszarosa, jeśli chodzi o oporność bakterii, sytuacja w Polsce nie jest jeszcze tak dramatyczna jak we Francji czy Hiszpanii tylko dzięki temu, że nie stać nas na drogie antybiotyki. Te, które bierzemy, mają słabsze działanie.

 

– Wśród pacjentów wyraźnie widać podział na dwie grupy – opowiada pediatra dr Ewa Pietkiewicz-Rok. – Są rodzice, dla których podanie dziecku antybiotyku to ostateczność – i słusznie, ale jest też całkiem sporo matek, które już w drzwiach mówią: tylko proszę o dobry antybiotyk, bo nie mam czasu na syropki.

 

Najliczniejsza grupa pacjentów dr Ewy Pietkiewicz-Rok to dzieci, które przeszły już przez wiele gabinetów, były leczone miesiącami, zastosowano u nich kilka kuracji antybiotykowych, bywa, że trzy różne w ciągu jednego miesiąca. – Mają całkowicie zniszczoną odporność i zatruty lekami organizm – opowiada. – Leczenie należy zacząć od usunięcia skutków poprzednich terapii.

 

Ritalin ante portas

Lekomania i hipochondria siłą rzeczy dzieci nie dotyczy, ale mogą one być ofiarą tzw. zastępczego zespołu Münchhausena, gdy rodzice (najczęściej matka) na siłę szukają w nich choroby i poddają kolejnym terapiom.

 

– To się może skończyć tragicznie. Ogromne ilości leków brane latami powodują chaos i zatrucie organizmu, inwazyjne badania i gehenna ciągłych terapii mogą wywoływać nieodwracalne szkody – mówi dr Pietkiewicz-Rok. – Pamiętam przypadek dziewczynki z lat 80. Był stan wojenny, jej babcia pediatra dostawała z zagranicy mnóstwo leków i pakowała je w chorowitą wnuczkę. Dziewczynka trafiła do nas na oddział z ciężką niewydolnością wątroby, potem pojawiła się aplazja szpiku kostnego, ewidentnie polekowa. Nie udało się jej uratować.

 

Przypadki, gdy zespół Münchhausena kończy się śmiercią, są na szczęście rzadkością, nie ma jednak wątpliwości, że polskie dzieci biorą zbyt dużo lekarstw. Zaczyna się niewinnie od preparatów witaminowych. Są kolorowe, pachnące, mają kształt zwierzątek albo kosmitów i dzieci traktują je jak cukierki. Matkom dają poczucie dobrze spełnionego obowiązku: może dieta dziecka nie jest idealna, ale przecież dostaje, co trzeba.

 

– Brakuje świadomości, że przyswajalność sztucznych witamin i mikroelementów ma się nijak do tych czerpanych z pożywienia. Zapomina się, że tabletki to chemia spożywcza obciążająca organizm. Przedawkowanie witamin może w niektórych przypadkach prowadzić do sytuacji niebezpiecznych dla zdrowia, a podawanie bez potrzeby preparatów żelaza do spadku aktywności własnych ośrodków krwiotwórczych – tłumaczy dr Pietkiewicz-Rok.

 

Kolejne na liście są środki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe. Już u uczniów podstawówek widać wyniesiony z domu nawyk: boli głowa, łyka się tabletkę, którą można kupić na każdym rogu jak dropsy. Już przy najmniejszym skoku temperatury rodzice sięgają po leki przeciwgorączkowe.

 

– Gorączka uniemożliwia namnażanie się wirusów i bakterii, jest bardzo ważnym mechanizmem obronnym naszego organizmu i sygnałem, że system odpornościowy walczy, a my mu wytrącamy broń z ręki – mówi dr Pietkiewicz-Rok.

 

Nie bez winy są także lekarze, którzy nawet u małych dzieci alergie i astmę leczą od razu sterydami. Bywa, że są one podawane osłonowo na kaszel dzieciom kilkumiesięcznym! Nastolatkom cierpiącym na trądzik zapisują silne antybiotyki i hormony. Coraz częściej zdarzają się przypadki podawania dzieciom leków uspokajających.

 

– Hydroksyzyna w syropie, luminal, potem nawet relanium – wylicza dr Pietkiewicz-Rok. – To niewybaczalna ingerencja.

 

Strach pomyśleć, co się stanie, gdy dotrze do Polski moda na ritalin – wynaleziony w Ameryce cudowny lek na ADHD (w Polsce jest już zarejestrowany pod nazwą Concerta). Zaczęto go podawać masowo dzieciom pobudliwym, ruchliwym, nadaktywnym, mimo że może wywoływać halucynacje i psychozy, zwiększać ryzyko raka i nieodwracalnie uszkodzić mózg.

 

Pod płaszczykiem hipochondrii

Słowo „hipochondryk” ma wydźwięk negatywny – trochę symulant, trochę wariat maniacko wsłuchany w swój organizm, rozczulający się nad sobą i zamęczający otoczenie opowieściami o rozlicznych schorzeniach. W sensie medycznym hipochondria jest chorobą z gatunku nerwic i zaburzeń lękowych, którą diagnozują i leczą psychiatrzy. Problem w tym, że jest to ostatnia choroba, którą hipochondryk u siebie wynajdzie, dlatego kontakt z ofiarami tej przypadłości mają specjaliści wszystkich dziedzin medycyny. By mieć zdiagnozowaną hipochondrię, pacjent musi przez co najmniej 6 miesięcy być przekonany, że cierpi na poważną chorobę i nie reagować na zapewnienia lekarzy, że to nieprawda. Wyniki badań ani brak objawów nie są w stanie odwrócić uwagi hipochondryka od stanu zdrowia. Wyimaginowane guzki w piersiach obolałych od ciągłego samobadania, siniaki, które mają być symptomem białaczki, drobna wysypka jako preludium AIDS absorbują tak, że stają się treścią jego życia. – Smutnego życia – podkreślają psychiatrzy. – Hipochondrycy stanowią konglomerat bardzo przykrych cech charakteru. To neurotycy, introwertycy, depresanci z podwyższonym poziomem lęku i obniżoną wrażliwością na ból.

 

Według danych WHO, patologiczni hipochondrycy stanowią 4–7 proc. populacji. Hipochondryka w sensie potocznym każdy pewnie zna ze swojego otoczenia. To człowiek, który poranną kawą zapija garść tabletek, rozmowę towarzyską zmienia w drobiazgowy wykaz dolegliwości od migreny począwszy, a na haluksie w dużym palcu u stopy skończywszy. Jego odpowiedź na pytanie: co u ciebie?, brzmi jak opis przypadku klinicznego. Według dr Marii Turos z Zakładu Historii i Filozofii Medycyny Akademii Medycznej w Warszawie, także hipochondria w sensie potocznym jest płaszczykiem, pod którym skrywa się jakaś dysfunkcjonalność: samotność, brak akceptacji, wołanie o uwagę. – Lekarz starej daty rozpoznaje takich pacjentów na pierwszy rzut oka i wie, że potrzebują przede wszystkim rozmowy – tłumaczy. – W takiej hipochondrii jest coś dziecinnego. Doktor traktowany jest w kategoriach archetypowych jako ktoś, kto ma się zaopiekować. Tabletka jest nagrodą, trochę jak cukierek.

 

Do hipochondrii świetnie nadają się choroby mało konkretne: bóle reumatyczne, meteoropatia, migreny, alergie. Według prof. Pawła Górskiego, prezesa Polskiego Towarzystwa Alergicznego, aż 20 proc. pacjentów, którzy zgłaszają się do lekarzy jego specjalności, w ogóle alergii nie ma. – U dorosłych zaledwie pół procenta wysypek ma takie podłoże – mówi. – Ale ponieważ choroby alergiczne są modne w mediach i rośnie świadomość zagrożenia skażeniem środowiska, wielu ludzi uważa się za prawdziwie chorych. Na międzynarodowych kongresach są specjalne sesje, które uczą nas, jak takich pacjentów wydobyć z przeświadczenia, że są chorzy.

 

Hipochondrii sprzyjają także czasy. Możliwość wyszukiwania w sobie rozlicznych schorzeń i dolegliwości jest dziś nieporównanie większa niż kiedykolwiek.

 

– Dawniej człowiek z problemami emocjonalnymi, choćby depresją, musiał radzić sobie sam, a główną grupą wsparcia była rodzina i przyjaciele – zwraca uwagę dr Bogusław Habrat. – Dziś słyszy od nich: idź do specjalisty. Ludzie nauczyli się patrzeć na swój organizm jak na mechaniczne urządzenie, w którym fachowiec jest w stanie wymienić wszystko i przywrócić mu sprawność.

 

Medialna popularność niektórych chorób – ptasiej grypy czy choroby wściekłych krów – pomaga hipochondrykom rozszerzać wachlarz niedomagań. Inspiracją są także seriale medyczne, rubryki poradnicze w pismach kobiecych, popularna prasa medyczna, no i Internet – prawdziwa kopalnia diagnoz.

 

Wapory spod strzechy

Jednak te same czynniki działają we wszystkich społeczeństwach Zachodu – presja mediów, marketing farmaceutyczny, zanik więzi międzyludzkich, starzenie się populacji. Skąd więc – mimo relatywnego ubóstwa – nasze miejsce w czołówce, jeśli chodzi o sprzedaż farmaceutyków? Skąd upodobanie do konwersacji na temat schorzeń i boleści, które w innych społeczeństwach uchodzi za nietakt? Dlaczego celebrujemy swoje choroby jak przegrane powstania? Mówienie o narodowym charakterze bywa bałamutne i może prowadzić do zbytnich uproszczeń. Pewne tropy można jednak wskazać.

 

Pierwszy i najbardziej oczywisty – jeśli chodzi o spożycie leków OTC – to fatalny stan służby zdrowia. Pacjent słyszy zewsząd, że nie musi boleć, a do przychodni dostać się nie sposób, łyka więc garściami proszki przeciwbólowe. Wizyta w aptece bywa nie uzupełnieniem, ale alternatywą wizyty u lekarza.

 

Według dr Marii Turos, tropem drugim może być nasza historia i struktura społeczna. Jesteśmy społeczeństwem o wiejskich korzeniach. – Lubimy się leczyć, bo w naszej kulturze choroba przez wieki przynależała do klasy wyższej – tłumaczy. – To we dworach cierpiano na globusy, wapory, spazmy, migreny i podagry, wymieniano recepty na dekokty. Już wówczas stanowiła ulubiony temat konwersacji. Przy czym – jak zastrzega dr Turos – mówiono raczej o chorobach niepoważnych. Gdy trzeba było wzywać medyka albo księdza dobrodzieja, choroba stawała się tabu. To jak z ranami po bitwach czy powstaniach: o bliznach opowiadano chętnie, o amputacjach milczano. – Po II wojnie światowej choroba, razem z reprodukcjami „Słoneczników” i regałami na wysoki połysk, stała się rodzajem awansu społecznego.

 

W czasach transformacji ustrojowej choroba zaczęła służyć także jako wygodne alibi dla życiowych porażek, niepowodzeń i niemożności. Nie udało mi się, bo jestem chory – takie tłumaczenie brzmi lepiej i zamyka dyskusję. Dla całkiem sporej grupy społecznej chorowanie stało się wręcz sposobem na życie i źródłem stałego dochodu. Jeśli chodzi o liczbę rencistów na liczbę mieszkańców, mamy niekwestionowane pierwsze miejsce w Europie.

 

Z badań przeprowadzonych przez prof. Bohdana Wojciszke z Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej wynika, że rozmowy afirmujące (pozytywne, na tak) Polacy postrzegają jako płytkie. Dopiero poprzez wspólne narzekanie nawiązuje się u nas głębokie relacje społeczne. Rozmowy o chorobach są częścią tego zjawiska.

 

– Epatowanie nieszczęściem, martyrologia, przekonanie, że choroba i cierpienie nadają człowiekowi rys szlachetności, to z jednej strony spuścizna po romantyzmie, z drugiej zaś element negatywizmu charakterystycznego dla Polaków – tłumaczy prof. Wojciszke. – Choroba to świetne wytłumaczenie dla porażek i rodzaj strategii obronnej przed światem. Trochę jak ciężkie dzieciństwo.

 

Człowiek, który osiągnął sukces, zdrowy, bogaty i szczęśliwy ciągle postrzegany jest jako moralnie podejrzany. Słowa jednej z amerykańskich piosenek brzmią: „Nobody likes You when You are down and out”, czyli – nikt cię nie lubi, gdy jesteś zgnębiony i nieszczęśliwy. My na odwrót, nadal wierzymy w wyższość uciśnionych.

Joanna Podgórska

Paweł Walewski

 

ZAGROŻENIA BEZ RECEPTY    

Każda substancja chemiczna wprowadzona do organizmu wywołuje dobre i złe skutki. Z działaniami niepożądanymi trzeba się liczyć zawsze. Każdy lek może być potencjalnie groźny. Okazuje się, że nawet uchodzące za całkowicie naturalne i bezpieczne preparaty ziołowe mogą wywoływać reakcje uboczne. WHO prowadzi monitoring ciężkich powikłań powodowanych przez naturalne leki roślinne i notuje ich kilkaset rocznie. Przy czym są to tylko przypadki oficjalnie zgłoszone, gdy wdrożone zostały procedury śledcze. Preparaty roślinne mogą wchodzić w reakcje krzyżowe z innymi lekami, zwłaszcza z substancjami używanymi przez anestezjologów do znieczuleń.

 

Dziurawiec – nazywany najgroźniejszym z ziół. Połączony z działaniem promieni słonecznych wywołuje silne podrażnienia skóry. U osób stale go zażywających w przypadku konieczności przeprowadzenia znieczulenia może wystąpić przedłużony stan nieprzytomności i inne powikłania, w tym zagrażająca życiu hipotermia złośliwa. Ponadto dziurawiec wchodzi w interakcje z lekami antydepresyjnymi, przeciwpadaczkowymi i doustnymi środkami antykoncepcyjnymi.

 

Echinacea – wpływa na wzrost toksyczności barbituranów i nasila działanie paracetamolu, co jest groźne, bo – podobnie jak

 

Miłorząb japoński – wchodzi w reakcje z Aspiryną i paracetamolem.

 

Dong quai – ostatni krzyk mody w przypadłościach kobiecych – wchodzi w reakcję z lekami przeciwzakrzepowymi, co może spowodować samoistne krwawienia wewnątrzmaciczne.

 

Paracetamol – jest jednym z najpopularniejszych leków przyjmowanych w przypadku przeziębień i infekcji.

 

Preparaty przeciwkaszlowe, zawierające Ephedrę, nazywaną roślinną ecstasy – mogą powodować zaburzenia rytmu serca i krążenia mózgowego, gwałtowne wahania ciśnienia.

 

Waleriana – przyjmowana przez dłuższy czas lub w dużych dawkach może prowadzić do zaburzeń rytmu serca, silnych bólów głowy, stanów lękowych.

 

Żeń szeń – przedawkowany może spowodować biegunki, krwawienia, bóle głowy, wzrost ciśnienia i zaburzenia miesiączkowania.

 

Witaminy – zaszkodzić mogą głównie te rozpuszczalne w tłuszczach, czyli A, D, E. Nadużywane mogą doprowadzić do uszkodzenia wątroby, nerek, zaburzenia gospodarki wapniowej, a co za tym idzie zwiększonej kruchości kości.

 

Preparaty przeciwbólowe i przeciwprzeziębieniowe zawierające kwas acetylosalicylowy lub paracetamol łatwo nieświadomie przedawkować, bo występują w sprzedaży pod różnymi nazwami. Najczęstsze powikłanie to uszkodzenie śluzówki przewodu pokarmowego i krwawienia przez nie powodowane. Inne skutki to uszkodzenia wątroby i nerek.

 

 

„POLITYKA” nr 32/33, 11.08.2007 r.

Lek à la lek

Zalewa nas fala podróbek. Po odzieży, kosmetykach, płytach i papierosach na rynku pojawia się coraz więcej niebezpiecznych imitacji leków.

Funkcjonariusze straży miejskiej, patrolujący warszawski Stadion Dziesięciolecia, co chwila natykają się na sprzedawcę podejrzanych ziół chińskich lub leków, których opakowania każdy zna z telewizyjnych reklam: paracetamolu, aspiryny, no-spy.

 

Różnice w cenach tych ostatnich, w porównaniu z apteką czy stacją benzynową, są minimalne, najczęściej kilkudziesięciogroszowe lub kilkuzłotowe. Jednak dla wielu to się opłaci. Klientów zachęcają też reklamy podejrzanych mikstur, obiecujące wyleczenie z najcięższych chorób, albo – co ważne o tej porze roku – piękną opaleniznę. Nie ma lata, by przynajmniej kilku amatorów szybkiego opalania nie trafiło z groźnymi oparzeniami do szpitali po zażyciu rosyjskich pigułek, rzekomo gwarantujących śniadą cerę. W rzeczywistości są to silnie działające leki z grupy psoralenów (stosowanych w kuracji łuszczycy), które uwrażliwiają ciało na promienie ultrafioletowe i po wystawieniu go na słońce wywołują przebarwienia skóry.

 

– Gdy leki sprzedawane bez recept trafiły do sieci pozaaptecznych, Polacy rzucili się na środki przeciwbólowe – wspomina szef Biura Informacji Toksykologicznej w Warszawie dr Piotr Burda, wojewódzki konsultant w dziedzinie toksykologii klinicznej. – Dziś sięgają na czarnym rynku po silne środki odchudzające i leki na potencję, które powinny być dostępne tylko na recepty. Mało kto czyta ulotki dołączone do opakowań, nikt nie przyznaje się lekarzom, że leczy się na własną rękę.

 

Tymczasem Światowa Organizacja Zdrowia i Unia Europejska biją na alarm: w krajach rozwijających się prawie jedna trzecia środków farmaceutycznych to podróbki. I właśnie stamtąd – gdzie ich cena jest niezwykle niska – eksportowane są do Ameryki Północnej oraz Europy. W opublikowanym niedawno raporcie Komisji Europejskiej można przeczytać, że w ubiegłym roku skonfiskowano pół miliona farmaceutyków (dwukrotnie więcej niż w 2004 r.) pochodzących z Indii (75 proc.), Egiptu (7 proc.), Chin (6 proc.), a także z Indonezji, Tajlandii i Argentyny. Skalę zjawiska bardzo trudno oszacować, jednak zdaniem kontrolującej amerykański rynek Food and Drug Administration (Agencji Żywności i Leków) aż 10 proc. globalnego rynku farmaceutyków stanowią podróbki. Ile z tego trafia do Polski?

 

– Legalną sprzedaż mamy szczelną – zapewnia Zbigniew Niewójt, zastępca głównego inspektora farmaceutycznego. W ciągu ostatniej dekady zdarzyły się tylko dwa przypadki, kiedy natrafiono na podrabiane leki w aptece i w hurtowni. – Ten biznes jest wciąż tak dochodowy, że nikomu, kto prowadzi legalny obrót lekami, nie opłaca się ryzykować i sprzedawać fałszywek. Co innego chęć szybkiego zarobku na czarnym rynku, ale tu wkracza policja.

 

Inspekcja Farmaceutyczna, zatrudniająca w całym kraju 150 kontrolerów (większość podlega wojewodom, zaledwie 40 głównemu inspektorowi), na bazary, przejścia graniczne ani do internetowej sieci w ogóle się nie zapuszcza (chyba że przegląda Internet pod kątem aptek prowadzących legalną sprzedaż wysyłkową). Sprzedaż nawet silnie działających preparatów z targowych stoisk lub za pośrednictwem ogłoszeń prasowych inspektorów nie interesuje. A miejsc, gdzie bez trudu można kupić środki antykoncepcyjne, na potencję, preparaty odchudzające, sterydy czy leki moczopędne – wszystkie niewiadomego pochodzenia – jest dużo więcej: to agencje towarzyskie, salony masażu, kluby kulturystyczne, sex-shopy.

 

Z badań przeprowadzonych przez producenta Viagry firmę Pfizer i Polskie Towarzystwo Medycyny Seksualnej wynika, że co czwarty pacjent odwiedzający lekarza z powodu zaburzeń wzwodu zaopatruje się w leki z nielegalnych źródeł: na bazarze lub w sex-shopie (13 proc.), przez ogłoszenia prasowe (8 proc.), przez Internet (7 proc.). A co z pacjentami nieodwiedzającymi lekarzy w ogóle?

 

– Na tym właśnie polega cały problem – narzeka Adam Linka, rzecznik prasowy Pfizera. – Mężczyźni wstydzą się przyznać do swoich intymnych problemów, więc obchodzą prawo i zdobywają leki bez recept. Cena Viagry na czarnym rynku jest podobna do tej z apteki, czasem nawet o 10 zł wyższa. Ale pacjenci chętnie płacą za komfort pozostania anonimowym.

 

Viagra ma 9 lat. Jej podróbki pojawiły się równolegle z rynkowym debiutem; w niektórych krajach, gdzie ociągano się z rejestracją, nawet go wyprzedziły. Po stolicy do dziś krąży legenda o pewnej zaradnej warszawiance, która sprzedawała na Stadionie Dziesięciolecia własnoręcznie oszlifowane niebieskie tabletki Viagry – tyle że był to Aleve, popularny i tani lek przeciwbólowy, którego tak samo niebieskie pastylki wystarczyło spiłować do charakterystycznego dla Viagry kształtu rombu i wyskrobać na powierzchni właściwe napisy. Proceder nie trwał długo, bo klienci szybko poznali się na oszustwie – lek po prostu nie działał. Sami donieśli więc na oszustkę policji. Aby sprostać ich wymaganiom, rynek fałszywek musiał się sprofesjonalizować.

 

Nie ma dnia, a właściwie godziny, by do e-mailowych skrzynek internautów nie docierał spam z ofertami rozmaitych leków. Nie tylko zapewniających udane życie seksualne, ale również – porost włosów, szczupłą sylwetkę, silne mięśnie. Cały ten asortyment legalnie można kupić tylko na receptę, nie są to bowiem żadne ziółka, lecz silnie działające leki hormonalne, sterydowe i środki na potencję z najwyższej półki: Viagra, Cialis, Levitra. Wystarczy wypełnić umieszczony na stronie wirtualnej apteki formularz i podać numer karty kredytowej – transakcja zostanie błyskawicznie sfinalizowana, a za kilka dni odbierzemy przesyłkę. W środku znajdziemy nienaruszone opakowanie leków, do złudzenia przypominające oryginał. – Nieraz to nieszkodliwy proszek, który nigdy nie zadziała. W tym wypadku właściciel witryny internetowej liczy na szybki zysk, a nie na to, by klienta ze sobą związać na dłużej – wyjaśnia Adam Linka. – Są jednak oszuści, którzy celowo dodają do fałszywych leków amfetaminę lub kokainę, byle tylko uzależnić klientów od swoich produktów.

 

Firmy farmaceutyczne doskonale wiedzą, w jakich warunkach produkowane są podróbki leków i co się w nich mieści, bo zależy im, by organy ścigania tępiły fałszywych konkurentów i łapały ich na gorącym uczynku.

 

Podrabiane tabletki Viagry zawdzięczają swój niebieski kolor barwnikowi do dżinsów, a w innych znajduje się kwas borny i sproszkowana herbata. Odkąd jednak proceder przeniósł się z bazarów i ogłoszeń prasowych do sieci, walka z nim jest dużo trudniejsza.

 

Według Międzynarodowego Organu Kontroli Środków Odurzających ONZ, nielegalne apteki internetowe sprzedały na świecie w 2006 r. kilka miliardów dawek rozmaitych medykamentów, wartych kilkadziesiąt miliardów dolarów (rynek leków to ponad 350 mld dol.). Firmy, które stoją za lekowym spamem docierającym do naszych skrzynek pocztowych, nie są zarejestrowane w Polsce, nie podają adresów ani numerów telefonów. Można je wytropić w Stanach Zjednoczonych, Indiach, Chinach, Tajlandii – to stąd najczęściej docierają pocztą zamówione w wirtualnych aptekach paczki.

 

– Interes musi być opłacalny i dopóki znajdują się odbiorcy tego typu towaru, trudno go będzie zlikwidować – przewiduje dr Piotr Burda. Dla niego symbolem walki z wiatrakami były ubiegłoroczne starania polskich toksykologów o wycofanie z obrotu herbatek Meizitang wspomagających odchudzanie. Inspekcja Sanitarna usunęła je ze sprzedaży ze względu na wykryte wysokie dawki sibutraminy (to substancja wchodząca w skład silnego leku, która podana w niewłaściwy sposób uzależnia i może wywołać działania niepożądane), ale na stronach internetowych specyfik nadal jest reklamowany, w dodatku z informacją „tylko nasz preparat jest bezpieczny, bo autoryzowany; uważajcie na niebezpieczne podróbki”. Najwyraźniej wielu klientów wierzy w to zapewnienie.

 

Im więcej pośredników w dystrybucji leków, tym łatwiej wprowadzić podróbkę na rynek. Dlatego u Zbigniewa Niewójta sprzedaż farmaceutyków w aptekach internetowych – choć niedawno wydano na nią w Polsce zgodę w odniesieniu do leków bez recept – rodzi podejrzenia. – Biorąc pod uwagę sygnały z Unii, która ostrzega nas przed rosnącą falą fałszywych drogich leków, nie ma na razie mowy, by dopuścić sprzedaż specyfików na receptę w sieci – zapowiada. – Zgodzili się na to Niemcy, Holendrzy i Brytyjczycy, którzy mają obecnie największy problem z fałszerstwami.

 

Głośnym echem odbiła się sprawa Lipitoru (leku na obniżenie poziomu cholesterolu, sprzedawanego w Polsce pod nazwą Sortis), którego podrobione opakowania wykryto ubiegłego lata w kilku angielskich aptekach. Tym razem za możliwe źródło przecieku uznano firmy zajmujące się tzw. handlem równoległym, którego idea polega na kupowaniu medykamentów w krajach, gdzie są one tańsze, i sprzedawaniu ich tam, gdzie do tej pory były droższe. Firma zaangażowana w ten zgodny z prawem obrót farmaceutykami kupuje preparat w zagranicznej hurtowni, przepakowuje go w nowe opakowanie, dodaje swoją ulotkę informacyjną, a wszystko to z zamiarem wprowadzenia na rynek innego państwa, gdzie za identyczny lek oryginalnego producenta pacjent musiałby zapłacić więcej.

 

Tymczasem każde przepakowanie leków z pudełek oryginalnych w nowe to możliwość wprowadzania podróbek, choć – jak zapewnia Heinz Kobelt, sekretarz generalny Europejskiego Stowarzyszenia Firm Euro-Farmaceutycznych – nie może się to zdarzyć na naszym kontynencie: – W Europie istnieje zbyt wiele filtrów kontrolnych, by podrabiane leki trafiły do sprzedaży w ten sposób. Przypadek Lipitoru z całą pewnością nie miał żadnego związku z handlem równoległym.

 

Do dzisiaj nie znaleziono winnych. W Polsce import równoległy rozwija się niezwykle powoli (w ciągu trzech lat opanował zaledwie 0,1 proc. rynku wartego 4 mld dol.), lecz ze względu na oferowany aptekom asortyment sam może niedługo ucierpieć z winy piratów. – Wybieramy tylko koncesjonowanych partnerów i hurtownie, które miałyby co stracić, gdyby zaczęły wypuszczać na rynek podrobione leki – zapewnia Andrzej Nurczyk, współwłaściciel spółki Forfarm, zajmującej się importem równoległym. Wkrótce ma zamiar legalnie sprowadzać do Polski tańszy Cialis (konkurent Viagry), jeden z najczęściej podrabianych produktów na światowych rynkach. – Fałszywe leki trafiają do pacjentów poza hurtowniami i aptekami, a my chcemy z nimi współpracować. Jeśli ktoś kupuje lek z ogłoszenia lub na targu, to sam podejmuje ryzyko.

 

Za podrabianymi lekami coraz rzadziej stoją indywidualni cwaniacy, a coraz częściej dobrze zorganizowane grupy przestępcze. Ich obroty oszacować trudno, choć Komisja Europejska podaje, że straty z tytułu handlu podrabianymi towarami przekraczają 400 mld euro rocznie. Gros tej sumy przypada na odzież, papierosy i płyty, ale z roku na rok rośnie ilość podrabianych towarów zagrażających zdrowiu i życiu.

 

– Fałszerze bardzo szybko się uczą – ocenia Adam Linka z Pfizera. Wiedzą już, że podrobiona tabletka nie musi być idealnym odwzorowaniem oryginału (jeszcze kilka lat temu imitacje Viagry były tak niebiańsko błękitne i miały tak wyraźnie wykaligrafowane litery, że pracownicy firmy na pierwszy rzut oka potrafili je odróżnić od właściwych tabletek). Nauczyli się również, że nie można wwozić do Polski 100 kartonów leków. Bezpieczniej wysyłać po kilka – wtedy jeśli przesyłka wpadnie w ręce celników i okaże się, że w środku są podróbki, prokuratura łatwiej przymknie oko i umorzy postępowanie.

 

W ubiegłym roku celnicy zatrzymali na polskich granicach 12 tys. sztuk podrabianych farmaceutyków, o 2 tys. więcej niż w 2005 r. – Już wkrótce Służba Celna wzbogaci się o nowoczesny system informatyczny o nazwie „Vinci”, który nie tylko będzie ujednoliconą bazą informacji o oryginalnych i podrabianych towarach, ale też pozwoli śledzić losy wszystkich interwencji i komunikować się z innymi organami i systemami informatycznymi – zapowiada Wojciech Paczuski z Departamentu Polityki Celnej w Ministerstwie Finansów. Do tej pory zorganizowano kilkanaście szkoleń, na których przedstawiciele firm farmaceutycznych uczą celników odróżniać oryginalne leki od podróbek. Identyczne szkolenia prowadzi policja.

 

W Polsce brakuje ogólnokrajowego systemu informacji toksykologicznej – od kilku lat walczy o niego dr Piotr Burda. Rezolucja Rady Europy zobowiązywała kraje starej Unii do utworzenia takich krajowych sieci i wszystkie pokornie spełniły ten wymóg, zanim staliśmy się członkami Wspólnoty. Rezolucja przestała obowiązywać, więc polski rząd poczuł się zwolniony z konieczności utworzenia podobnego systemu. – Nasze biuro informacji toksykologicznej w Szpitalu Praskim działa przez 24 godziny na dobę, ale finansuje je szpital z własnych dochodów – mówi dr Burda. – Taka prowizorka nikomu nie wychodzi na zdrowie.

 

Służby ratownicze narzekają na brak zaplecza w wypadku masowego zatrucia chemikaliami, ale także ratowanie pojedynczych ludzi po zażyciu leków niewiadomego pochodzenia odbywa się metodą prób i błędów. A przypadków jest coraz więcej.

Paweł Walewski

 

 

„WPROST” nr 25(1278), 24.06.2007 r.

RAK W PIGUŁCE

ZAŻYWASZ WITAMINY - RYZYKUJESZ ŻYCIE

Preparaty witaminowe mogą się przyczyniać do rozwoju raka, ale tylko u palaczy papierosów - wydawało się do niedawna. Badania prowadzone w USA i Finlandii wykazały, że palaczom po 50. roku życia i zawale serca nie pomagały ani preparaty zawierające wyłącznie beta-karoten, ani te łączące go z witaminą E. Po takiej kuracji wśród badanych nastąpił wzrost liczby zachorowań na raka płuc.

Jeszcze bardziej niepokojące są badania amerykańskiego National Cancer Institute. Wynika z nich, że chorzy na raka nie powinni przyjmować preparatów witaminowych, szczególnie w dużych dawkach. Może to wręcz przyspieszyć rozwój choroby. - Długie przyjmowanie suplementów wielowitaminowych w dawkach przekraczających te sugerowane na opakowaniu zwiększa ryzyko agresywnej odmiany raka prostaty - mówi "Wprost" dr Michael Leitzmann z NCI. Z jego badań wynika, że ryzyko rozwoju nowotworu płuc z przerzutami wzrasta wtedy o jedną trzecią, a kończącego się śmiercią - aż dwukrotnie.

 

RYZYKOWNE PREPARATY

Czy preparaty witaminowe u niektórych osób mogą wywoływać raka? - Tego nie można powiedzieć, przynajmniej nie wskazują na to nasze badania. Należy jednak uważać, ile łyka się preparatów i jak długo, bo reakcja u niektórych osób może być nieprzewidywalna - mówi dr Leitzmann. Suplementy witaminowe zawierają wyselekcjonowane składniki - substancje syntetyczne. Może się zdarzyć, że jakaś substancja bez otoczenia, w którym występuje naturalnie, i przyjmowana w zbyt dużych ilościach może szkodzić.

Magazyn "Lancet" alarmował, że witaminy nie tylko nie chronią przed zachorowaniem na raka żołądka, okrężnicy, trzustki i wątroby, ale wręcz sprzyjają mu. Wskazuje na to metaanaliza badań 170 tys. pacjentów, które przeprowadzili serbscy i duńscy uczeni. Najgroźniejsze okazało się połączenie beta-karotenu z witaminami A i E, zwiększające ryzyko wystąpienia nowotworu odpowiednio o 30 proc. i 10 proc. Podobne wyniki uzyskał zespół z Johns Hopkins University. Szkodliwa dla zdrowia okazała się dawka 400 jednostek międzynarodowych dziennie - to tyle, ile zawiera duża kapsułka z witaminami.

 

WITAMINOWE POWIKŁANIA

Z badań prof. Lucjana Szponara z Instytutu Żywności i Żywienia wynika, że Polacy są najbardziej narażeni na nadmiar witamin rozpuszczalnych w tłuszczach, czyli A, D, E i K, bo wzbogaca się nimi oleje i margaryny. Ale szkodliwy jest nadmiar wszystkich witamin. - Profilaktyczne zażywanie witaminy E, nazywanej do niedawna witaminą młodości, nie ma sensu. Im większa dawka witaminy E, tym większe ryzyko przedwczesnej śmierci - ostrzega dr Edgar Miller z Johns Hopkins University. Nie jest ona polecana szczególnie osobom, w których rodzinach występowały nowotwory i choroby układu krążenia, bo może stymulować rozwój tych schorzeń. Z kolei stosowany przez długi czas i w zbyt dużych ilościach beta-karoten może spowodować zniszczenie wątroby i stać się przyczyną rozwoju nowotworu. - Rzadko o tym myślimy albo nie zdajemy sobie z tego sprawy, pozwalając małym dzieciom na wypijanie nieograniczonych ilości soków marchwiowych, bogatych w beta-karoten - mówi prof. Marek Naruszewicz z Akademii Medycznej w Warszawie.

 

Parafarmaceutyki nie podlegają tak rygorystycznym regulacjom, jakie obowiązują tradycyjne leki. Nie są badane klinicznie. Często opis działania, skład i dawkowanie umieszczone na opakowaniu nie są rzetelne. Ponadto sami często przyjmujemy dawki większe od zalecanych. Dlatego powikłania wywołane przyjmowaniem suplementów występują często.

Ostrożnie należy się też obchodzić z preparatami ziołowymi. Przynajmniej niektóre z nich, przyjmowane bez potrzeby lub w zbyt dużych dawkach, mogą wyrządzić szkody w organizmie. - Błędne i szkodliwe jest przekonanie, że leki roślinne są bezpieczne i można je przyjmować w dowolnych ilościach. Morfina też jest pochodzenia roślinnego. Dlatego kupując każdy specyfik, należy się zastanowić, czy faktycznie jest nam potrzebny. Najrozsądniej jest się wcześniej skonsultować z lekarzem i rygorystycznie przestrzegać dawek - mówi dr Małgorzata Kozłowska--Wojciechowska z AM w Warszawie.

Każdy lek, który dostarczamy organizmowi, współgra z innymi składnikami: żywnością, lekami, środowiskiem. Jeśli nie znamy dokładnego działania takiego specyfiku, nie jesteśmy w stanie przewidzieć reakcji organizmu. Jeśli przy tym przyjmujemy inne leki, może się wytworzyć interakcja. Niebezpieczne jest popijanie statyn, leków obniżających poziom cholesterolu, sokiem grejpfrutowym. Może to spowodować powikłania kardiologiczne. Ważne jest, by lecząc się parafarmaceutykami, informować o tym lekarza.

 

KORZYSTNA SUPLEMENTACJA

Czy przyjmowanie parafarmaceutyków jest zbędne? W wielu wypadkach tak. - Jeśli chcemy przyjmować jakieś preparaty, to wybierajmy te multiwitaminowe. Oczywiście pod warunkiem, że będziemy przestrzegać zalecanych dawek - uważa prof. Naruszewicz. Ważne jest też, by nie łykać takich specyfików przez cały rok, lecz w okresach niedoboru naturalnych źródeł witamin. - Jednorazowe przedawkowanie tych preparatów nie jest groźne. Niebezpieczna jest nadmierna suplementacja i przewlekłe nadużycie - twierdzi Leitzmann.

Suplementy są przeznaczone dla osób, które na przykład z powodu przewlekłej choroby czy długotrwałego stresu mają niedobory, które trzeba uzupełnić. Kobiety w ciąży i te planujące dziecko powinny uzupełniać dietę kwasem foliowym, który zapobiega uszkodzeniu cewy nerwowej płodu i obniża ciśnienie. Od niedawna poleca się przyjmowanie w okresie ciąży kwasów tłuszczowych omega-3. U pozostałych osób nawet dieta odchudzająca, licząca 1200 kalorii, ale dobrze zbilansowana, zaspokaja zapotrzebowanie na witaminy i mikroelementy.

 

A

Nadmiar witaminy A powoduje nadpobudliwość, choroby skóry, zaburzenia widzenia, uszkodzenia kości i powiększenie wątroby

B6

Witamina B6 w zbyt dużych dawkach może uszkodzić układ nerwowy i wywołać objawy przypominające stwardnienie rozsiane

C

Nadmiar witaminy C zakłóca działanie układu pokarmowego i może doprowadzić do kamicy nerkowej

PP

Przedawkowanie witaminy PP powoduje m.in. biegunki i zaburzenia pracy serca

E

Witamina E nie jest polecana osobom, w których rodzinach występowały nowotwory i choroby układu krążenia, ponieważ może stymulować rozwój tych schorzeń

B12

Osoby, które chorowały na raka, powinny unikać witaminy B12

Zbigniew Wojtasiński, Aleksandra Postoła

 

 

„WPROST” nr 43(1195), 30.10.2005 r.

WINDOWANIE LEKÓW

PRAWIE 2 MLD ZŁ WYDAJĄ NA LOBBING W POLSCE FIRMY FARMACEUTYCZNE

Ceny nowych leków muszą na całym świecie rosnąć, bo gwałtownie rosną koszty ich opracowania - twierdzi Joseph DiMasi, główny autor pierwszego od ponad 12 lat raportu dotyczącego kosztów badań nad farmaceutykami. Z jego wyliczeń wynika, że firmy farmaceutyczne muszą przeznaczyć na opracowanie jednego środka średnio aż 802 mln dolarów - tyle ile kosztuje czterdzieści zakupionych przez Polskę samolotów wojskowych F-16. Amerykański farmakolog zapomniał tylko dodać, że prace badawcze nad nowymi lekami pochłaniają jedynie 10-15 proc. kosztów, w dodatku wiele prac wykonywanych jest w uczelniach za pieniądze z budżetu. Kilkakrotnie więcej przeznacza się za to na lobbing i marketing, coraz bardziej windujące cenę leków.

Najnowszy raport amerykański mówi o 128 mld USD wydanych w ubiegłym roku przez amerykański przemysł farmaceutyczny na lobbing - to rekordowa suma, najwyższa wśród wszystkich branż przemysłowych! To właśnie te astronomiczne wydatki są jednym z głównych powodów wzrostu cen leków w ostatnich latach. Podobnie jest w Polsce. Z obliczeń Studium Farmakoekonomiki Politechniki Warszawskiej wynika, że firmy farmaceutyczne wydają w Polsce na lobbing około 2 mld zł rocznie. Cześć tych pieniędzy jest przeznaczana na pozyskanie przychylności lekarzy wypisujących recepty i zalecających stosowanie farmaceutyków. Przedstawiciele handlowi chwalą się, że na promocję jednego leku mają nawet 3 mln zł rocznie. Coraz większe kwoty pochłania też utrzymanie organizacji pacjentów, takich jak Polskie Stowarzyszenie Diabetyków. Andrzej Bauman z Bydgoszczy, prezes tej największej w Polsce, liczącej 110 tys. członków organizacji chorych, zarabia ponad 12 tys. zł, mimo że ze składek do kasy stowarzyszenia wpływa co roku jedynie około 20 tys. zł. Większość pieniędzy, w tym roku aż 3 mln zł, w postaci darowizn wpłacają do kasy stowarzyszenia firmy farmaceutyczne. Leki na cukrzycę są jednymi z najbardziej dochodowych, jedynie na insuliny co roku przeznacza się około 600 mln zł.

 

KARTEL MEDYCZNY

- Stowarzyszenia pacjentów rzadko powstają spontanicznie, z potrzeby samych chorych - mówi dr Grzegorz Luboiński, onkolog, ekspert Fundacji Batorego. Najczęściej z inicjatywą ich powołania występują firmy farmaceutyczne i związani z nimi lekarze. - Stowarzyszenia to najlepsza inwestycja firmy, na złotówce włożonej w stowarzyszenie można zarobić 10 zł, szczególnie gdy wymusi się w ten sposób refundację leku - mówi kardiolog doc. Tomasz Pasierski, ekspert Fundacji Batorego. Zainteresowanie organizacjami pacjentów jest coraz większe, bo coraz więcej przeznaczamy na leczenie. W zeszłym roku NFZ wydał około 6 mld zł na refundację leków, w tym roku ta suma wzrośnie o 22 proc.

Dzięki lobbingowi firm farmaceutycznych wzrost cen leków refundowanych jest w Polsce wyższy niż leków OTC (sprzedawanych bez recepty), których ceny są regulowane przez rynek i konkurencję. Z badań IMS Health wynika, że tylko w pierwszym półroczu 2005 r. ceny leków wzrosły o 8,7 proc. w stosunku do roku 2004 r. Co piąta złotówka z budżetu NFZ jest przeznaczana na refundację leków, ale i tak pokrywa to tylko 65 proc. wydatków. Pozostałe 35 proc., czyli jak wyliczają eksperci ze Studium Farmakoekonomiki, około 2 mld zł, płacimy my sami, a nasze wydatki na leki rosną o 10 proc. rocznie. Zdaniem ministra zdrowia Marka Balickiego, wynikiem lobbingu firm był na przykład upór, jaki przedstawiciele NFZ wykazywali, by na liście leków refundowanych pozostawić tylko jeden kardiologiczny preparat firmy Sevier, co podwyższyłoby koszt refundacji.

- O udziale w rynku leków decyduje nie tyle ich cena, ile pieniądze wydane na promocję - mówi prof. Tomasz Hermanowski, szef Studium Farmakoekonomiki. Tezę tę potwierdzają analizy NFZ, z których wynika, że najszybciej rosną koszty refundacji leków stosowanych w chorobach przewlekłych, takich jak cukrzyca. "British Medical Journal" ujawnił poufny program szkoleniowy dla firm na temat tego, jak utrwalić w świadomości pacjentów skojarzenia leków z odpowiednimi schorzeniami - na przykład to, że depresję należy leczyć prozakiem, a impotencję viagrą. Firmy farmaceutyczne próbują nas przekonać, że na wszystkie dolegliwości są leki, a nawet naturalny stan organizmu nazywają schorzeniem. Jak twierdzą Kurt Langbein i Bert Ehgartner w "Kartelu Medycznym", przemysł farmaceutyczny jest na najlepszej drodze, by z nas wszystkich zrobić pacjentów.

 

FARMAKOLOGIA KORUPCJI

W Polsce sterowane przez firmy farmaceutyczne stowarzyszenia chorych skutecznie wpływają na urzędników odpowiedzialnych za budżet ochrony zdrowia. Częstą praktyką jest finansowanie niektórym chorym kuracji nowoczesnym, nie refundowanym jeszcze lekiem. Po kilku miesiącach, gdy pacjenci widzą poprawę, firma twierdzi, że już jej nie stać na taki wydatek i sugeruje, by pacjenci próbowali wymusić refundację w NFZ. Gdy resort zdrowia zaniechał podwyższenia ceny pasków do mierzenia poziomu insuliny, prezes Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków, oświadczył, że "nawet minister zdrowia nie jest wszechwładny i musi się z nim liczyć". W tym roku Bauman przekonywał, że nie należy refundować polskiej insuliny, lecz tylko tę droższą, zachodnią.

Stowarzyszenia, by wzmocnić swą wiarygodność i niezależność, powinny korzystać ze wsparcia lekarzy jako konsultantów, tak aby to oni brali odpowiedzialność za lobbowanie na rzecz standardu leczenia.

- Niedopuszczalne jest, by pacjenci oświadczali publicznie, jaki lek jest dla nich najlepszy. Można wtedy przypuszczać, że działają pod dyktando producenta - mówi dr Grzegorz Luboiński. Zasada ta bezwzględnie powinna dotyczyć leków refundowanych, a więc finansowanych z naszych składek. Także dr Krzysztof Owczarek z warszawskiej kliniki AM, specjalista w dziedzinie farmakoekonomiki, uważa, że ani Ministerstwo Zdrowia, ani NFZ nie powinny ulegać pacjentom, lecz słuchać lekarzy i kierować się względami ekonomicznymi. Kłopot polega na tym, że firmy farmaceutyczne opłacają też niektórych lekarzy.

Jak wynika z opublikowanego kilka dni temu w "Nature" raportu, aż 35 proc. ekspertów przygotowujących oceny leków i zasady ich stosowania otrzymywało od firm farmaceutycznych granty na badania lub wynagrodzenie za konsultacje i wykłady. We Włoszech toczy się dochodzenie przeciw 4400 lekarzom, którzy zostali przekupieni przez koncerny. W ciągu trzech lat dostali 228 mln euro. W USA ponad 18 proc. ekspertów FDA przyznało, iż przy procedurze zatwierdzania leków ulegało naciskom firm, a 58 proc. nie miało czasu, by dokładnie przeanalizować dokumentację dotyczącą bezpieczeństwa leku. Tak silny lobbing jest w stanie sprawić, że w aptekach sprzedawane są leki, które dawno powinny być wycofane lub w ogóle nie należało ich wprowadzać do użycia. Przykładem jest vioxx, o którym już w trakcie rejestracji było wiadomo, że może zwiększać ryzyko zawału serca.

 

POLITYKA ABSURDÓW

Stowarzyszeniami chorych w Polsce można łatwo manipulować, bo z powodu niedostatku funduszy na leczenie i pełnej absurdów polityki zdrowotnej zdesperowani pacjenci mogą liczyć tylko na firmę farmaceutyczną lub producenta sprzętu medycznego. - NFZ może doprowadzić do śmierci wielu osób - mówi Urszula Wacławczyk, przewodnicząca Stowarzyszenia Pomocy Chorym na Przewlekłą Białaczkę Szpikową. NFZ w marcu podjął uchwałę o refundacji leczenia białaczki skutecznym i drogim (10 tys. zł miesięcznie) preparatem. Niestety, w wypadku osób, które zachorowały w 2004 r. i w większości zostały zgłoszone w 2005 r., wnioski o refundację rozpatrywane są odmownie. Niezgodna z konstytucją jest dyrektywa NFZ, według której nowoczesny preparat onkologiczny przysługuje tylko chorym przed 50. rokiem życia, a dzieciom z chorobą Turnera można z dnia na dzień podnieść granicę wieku i zmniejszyć dawki hormonu wzrostu. Na pomoc państwa nie mogą liczyć takie organizacje, jak Stowarzyszenie na rzecz Osób z Chorobą Huntingtona (objawiającą się drgawkami i zaburzeniami mimiki). Nie chcą w ich imieniu lobbować nawet firmy farmaceutyczne, bo zrzeszają tak mało chorych, że darowizny nie pokryłyby kosztów promocji przeznaczonych dla nich leków.

W Szwecji i Irlandii stowarzyszenia pacjentów są dofinansowywane z budżetu państwa, bo w wielu działaniach odciążają pomoc społeczną. W Polsce niezależność tym organizacjom mogłoby zagwarantować wprowadzenie systemu ubezpieczeń zdrowotnych, w którym byłoby miejsce dla prywatnych ubezpieczycieli. To z kolei wymusiłoby przygotowanie koszyka usług gwarantowanych. Ceny leków zależałyby nie tylko od list refundacyjnych, ale również od firm ubezpieczeniowych pokrywających koszty leczenia. No i mniejsze byłoby ryzyko korupcji.

Iwona Konarska

 

 

„WPROST” nr 48(887), 1999 r.

APTEKA STRACHU

CO CZWARTY LEK DOPUSZCZONY DO SPRZEDAŻY WE FRANCJI UZNANO ZA NIESKUTECZNY LUB SZKODLIWY

Od roku sprawdzano we Francji 1100 medykamentów najczęściej przepisywanych na recepty. Na polecenie rządu Agencja Bezpieczeństwa Sanitarnego powołała komisję ekspertów. Utworzyli ją głównie profesorowie medycyny i lekarze największych francuskich szpitali. Aż 270 leków oceniono negatywnie.

Pierwszy etap tego generalnego "czyszczenia" objął farmaceutyki przepisywane cierpiącym na choroby psychiczne, serca, układu krążenia i zaburzenia przemiany materii. Stwierdzono, że wartości terapeutycznej nie ma większość środków zażywanych w celu poprawienia krążenia w kończynach dolnych (przeciw tzw. symptomowi ciężkich nóg). Tymczasem są one powszechnie stosowane - na Francję przypada trzy czwarte światowego spożycia tych leków. Negatywnie oceniono również grupę preparatów zawierających magnez, przepisywanych na 6 mln recept rocznie. Eksperci komisji stwierdzili, że powinno się je zażywać tylko w nagłych i groźnych chorobach serca i układu krążenia oraz gdy organizm cierpi wskutek wyjątkowo dużego deficytu magnezu, co stwierdza się bardzo rzadko. Niestety, wykreowano modę na stosowanie magnezu. Lekarze zapisują go pacjentom w celu wzmocnienia nerwów, zmniejszenia stresu i przeciw skurczom jelit. Dwunastu specjalistów w dziedzinie psychiatrii oceniało też użyteczność leków psychotropowych i nasennych, zwracając uwagę na ich ogromne spożycie. Francja należy do największych konsumentów środków psychotropowych na świecie. Wśród preparatów nasennych wskazano dwa niebezpieczne - rohypnol (Roche) i halcien (Pharmacia Upjohn). Pierwszy jest tak silny, że może być stosowany jako farmaceutyk wywołujący narkozę. Drugi nawet w niewielkich dawkach jest szkodliwy dla zdrowia. Negatywnie oceniono również leki mające zapobiegać problemom z pamięcią u ludzi w podeszłym wieku. Często one nie tylko nie pomagają, ale wręcz pogłębiają demencję.

Na farmaceutyki z tych czterech grup, oceniane przez ekspertów Agencji Bezpieczeństwa Sanitarnego, wydaje się we Francji 29 mld franków rocznie. "W jaki sposób powstał i utrzymywał się przez dziesiątki lat system wprowadzania na rynek i przepisywania leków, z których wiele nie ma wartości terapeutycznej lub wyrządza szkody?" - zastanawia się komentator dziennika "Le Monde". "Winne są temu relacje - tyleż zawikłane, co niejawne - między władzą publiczną a przemysłem farmaceutycznym we Francji. W efekcie Securite Sociale stała się dojną krową dla wielu laboratoriów farmaceutycznych umieszczających na rynku kolejne medykamenty, które są bardzo drogie niezależnie od ich wartości leczniczej". Securite Sociale zwraca bowiem ubezpieczonym znaczną część wydatków na preparaty przepisywane na recepty. Nie dziwi więc to, że Francja należy do krajów, gdzie zażywa się najwięcej leków. Paradoks polega na tym, że wiele firm farmaceutycznych, nastawiając się przede wszystkim na łatwy zysk, przestaje dbać o jakość swych produktów i traci pozycję na rynku międzynarodowym. Francuski rząd, obawiając się utraty konkurencyjności przemysłu farmaceutycznego i rosnących wydatków Securite Sociale, zarządził generalną kontrolę leków znajdujących się na rynku. Następnie sprawdzane będą antybiotyki, medykamenty używane w gastroenterologii i w chorobach płuc. Na ich zakup Francuzi wydają ok. 22 mld franków rocznie.

 

FIRMY FARMACEUTYCZNE, NASTAWIAJĄC SIĘ PRZEDE WSZYSTKIM NA ŁATWY ZYSK, PRZESTAJĄ DBAĆ O JAKOŚĆ SWYCH PRODUKTÓW

"Przemysł farmaceutyczny jest jednym z najszybciej rozwijających się na świecie. Ochrona zdrowia, stanowiąc jedną siódmą gospodarki amerykańskiej, wytwarza dobra i świadczy usługi o wartości przekraczającej 900 mld USD rocznie. Jest to więcej niż wynoszą dochody narodowe większości krajów, z Włochami włącznie" - pisze dr Jerzy Kurkowski w książce "Człowiek i medycyna. Pieniądze albo życie". Lekarze mylą się nie tylko we Francji, ordynując chorym niewłaściwe leki. Jeden z amerykańskich raportów oceniających jakość działań medycznych w tym kraju informuje o 40 proc. błędnie wystawianych recept. Stwierdzono również, że 80 proc. pacjentów zalecono nieodpowiednie antybiotyki. Analiza wykonana w ostatnich latach w Stanach Zjednoczonych ujawniła, że wiele operacji (zwłaszcza drogich) przeprowadzano niepotrzebnie. Dotyczyło to 64 proc. zabiegów na tętnicach szyjnych, 44 proc. - na naczyniach wieńcowych i 56 proc. - wszczepienia stymulatorów serca. Ponadto najczęściej zapisywane są nie leki najlepsze, ale najbardziej reklamowane. Przemysł farmaceutyczny - podobnie jak inne gałęzie gospodarki - podlega prawom rynku. Dąży więc do osiągnięcia możliwie największego zysku. Niekiedy prowadzi to do nadużyć. Prof. Daniel Steiner z John Kennedy School of Government podczas konferencji w Warszawie poświęconej oszustwom w medycynie poruszył problem wpływu interesu finansowego na ocenę wartości leku. Na przykład dzieje się tak, gdy naukowiec badający konkretny medykament ma również udziały w firmie produkującej ów lek. Dlatego w USA wprowadzono wymóg co najmniej ujawniania tego typu powiązań. Wytwórcy farmaceutyków stosują też inne metody, za pomocą których nielegalnie wpływają na pozytywną ocenę leku. Prestiżowe czasopismo medyczne "The New England Journal of Medicine" dokonało analizy opublikowanych w ciągu kilku miesięcy anglojęzycznych artykułów poświęconych lekom zalecanym w terapii nadciśnienia. Obawiano się bowiem, że te medykamenty mogą powodować nowotwory lub choroby serca. Wnioski były alarmujące. Okazało się, że wśród badaczy zachwalających te preparaty jako bezpieczne i skuteczne było trzykrotnie więcej osób otrzymujących honoraria i prezenty od firm farmaceutycznych niż wśród autorów krytykujących działanie tych specyfików.

Negatywne oceny badań skuteczności leków najczęściej nie są publikowane. Koncerny farmaceutyczne, które zleciły takie testy, nierzadko chowają ich wyniki do szuflady. Stało się to tak powszechne, że wydawcy kilku najważniejszych czasopism medycznych, jak "The British Medical Journal" i "The Lancet", wystąpili o swoistą amnestię dla autorów nie opublikowanych negatywnych ocen leków pod warunkiem, że się do nich przyznają. Zdaniem specjalistów, stanowią one połowę wszystkich podejmowanych w tej dziedzinie prac. Konflikt interesu pacjentów i producentów farmaceutyków ujawnia się niekiedy w dramatyczny sposób. We Francji trwają jeszcze procesy sądowe wytaczane przez chorych na hemofilię, których zakażono HIV, lub przez ich rodziny. W roku 1985, gdy wiadomo było, że ów wirus może się znajdować w koncentratach krwi, gdy dysponowano już testami do wykrywania HIV oraz znano metody niszczenia go przez podgrzewanie krwi, Francuskie Narodowe Centrum Transfuzji Krwi postanowiło "upłynnić" zapas koncentratów krwi. 4400 osób chorych na hemofilię zainfekowano HIV, niemal połowa z nich zmarła na AIDS.

"Przedtem wierzyliśmy lekarzom. Oczywiście, mogli się mylić, ale nikt nie przypuszczał, że świadomie narażą tysiące ludzi na śmiertelną chorobę, chroniąc interes rodzimych banków krwi" - powiedziała rzeczniczka prasowa nowej Agencji Transfuzji Krwi. Zyski komercyjne skłoniły też Centralną Aptekę Szpitali Paryskich do rozdysponowania 20 tys. ampułek hormonu wzrostu pobieranego z mózgów zmarłych, choć wiadomo było, że mogą być skażone prionami wywołującymi śmiertelną chorobę Creutzfeldta-Jakoba. Zmarło 50 dzieci. Wiele leków trafia na rynek po krótkich testach przeprowadzonych na niewielkiej grupie osób. Amerykańska Agencja ds. Kontroli Żywności i Leków (FDA) zdecydowała we wrześniu 1997 r. wycofać ze sprzedaży cudowne środki na schudnięcie zawierające fenfluraminę i phenterminę. Tymczasem 6 mln ludzi od dłuższego czasu zażywało te pigułki. Wprowadzono je do sprzedaży po przebadaniu zaledwie 121 osób w ciągu roku. Stymulowały one między innymi produkcję neuroprzekaźnika serotoniny w mózgu, wywołując uczucie satysfakcji i nasycenia. Okazało się jednak, że mogą uszkadzać (u jednej trzeciej pacjentów) zastawki serca. FDA zaaprobowała redux, inny preparat mający pomóc uzyskać smukłą sylwetkę, również zwiększający produkcję serotoniny, choć uszkadzał mózgi szczurów. Decyzję uzasadniono stwierdzeniem, że "dla otyłych schudnięcie warte jest ryzyka". Warto pamiętać, że nie zawsze interesy leczonych i leczących pokrywają się. Utajnianie informacji może służyć maskowaniu konfliktu interesów. 4 listopada prasa amerykańska poinformowała, że badacze z New York Hospital-Cornell Medical Center i Tufts University w Bostonie nie zawiadomili Narodowych Instytutów Zdrowia o śmierci sześciu osób, które zmarły podczas eksperymentów w terapii genowej. Według autorów artykułu w "International Herald Tribune", jest to kolejny dowód świadczący o utajnianiu rzeczywistych wyników tego typu leczenia. Pokazuje również, że producenci środków potrzebnych do tej terapii omijają przepisy zobowiązujące do informowania agencji federalnych o wynikach badań w tej dziedzinie.

Bożena Kastory

 

 

„WPROST” nr, 46(1094), 2003 r.

DIAGNOSTYKA ŚMIERCI

WYNIKI 30 PROC. BADAŃ USG MOŻNA W POLSCE WYRZUCIĆ DO KOSZA!

U Jacka Kaczmarskiego trzech laryngologów zdiagnozowało najpierw nieżyt gardła, a potem infekcję wirusową, dopiero po trzech miesiącach okazało się, że ma zaawansowane zmiany nowotworowe. U Krystyny Kofty ani mammograf, ani badanie USG nie wykryły głębszych rozgałęzień nowotworu piersi. Lekarze zalecali jej tzw. zabieg oszczędzający, ale zdecydowała się na amputację całej piersi, co prawdopodobnie ocaliło jej życie. Siostra pisarki, Barbara, była leczona z powodu różnych schorzeń kręgosłupa, dopiero po czterech latach jeden z lekarzy wykrył, że powodem jej dolegliwości był rak nerki.

- Co trzeci chory na raka w Polsce ma nikłe szanse wyleczenia z powodu błędów diagnostycznych - mówi prof. Marek Pawlicki z Centrum Onkologii w Krakowie. Zbyt późne wykrywanie raka sprawia, że Polska zamyka europejską listę krajów o najniższej skuteczności leczenia chorób nowotworowych, znacznie lepiej od nas radzą sobie choćby Czechy czy Estonia - wykazały międzynarodowe badania Eurocare 3. Ponad 20 tys. chorych co roku skazywanych jest na przedwczesną śmierć, bo 70 proc. nowotworów wykrywa się dopiero w III i IV stadium rozwoju. Skuteczność leczenia jest wtedy nawet czterokrotnie mniejsza. Aż 80 proc. kobiet z rakiem sutka zgłaszających się na specjalistyczne badania ma już zaawansowaną postać choroby. Podobnie jest w wypadku raka jelita grubego, szyjki macicy oraz raka płuc.

 

PO PIERWSZE, PIERSI

Kobiety, które przynajmniej raz w roku wykonują badania mammograficzne, o 28 proc. rzadziej umierają na raka piersi dzięki wczesnemu wykryciu choroby - wykazały przeprowadzone w Szwecji wieloletnie obserwacje z udziałem 210 tys. potencjalnych pacjentek. Tego rodzaju regularne badania muszą być jednak łączone z ultrasonografią! - Nasi lekarze tymczasem często nie informują kobiet, że mammografia i USG stosowane osobno nie dają gwarancji wczesnego wykrycie nowotworów sutka, bo są to metody wzajemnie się uzupełniające. W ten sposób stwarza się pacjentkom złudne poczucie bezpieczeństwa - mówi prof. Wiesław Jakubowski, prezes Polskiego Towarzystwa Ultrasonograficznego, kierownik Zakładu Diagnostyki Obrazowej Akademii Medycznej w Warszawie. U Iwony Tarnowskiej z Choczewa po badaniu mammograficznym stwierdzono mikrozwapnienia. Zmiany określono jako łagodne. Po ośmiu miesiącach okazało się, że w organizmie kobiety rozwija się nowotwór złośliwy. Na skuteczne leczenie było już za późno. - Żeby badanie mammograficzne było przydatne, konieczne jest wyodrębnienie grupy kobiet z wysokim ryzykiem choroby oraz powtarzanie badania co roku - uważa prof. Marek Pawlicki. Większość dorosłych Polek nigdy nie poddała się mammografii!

 

ZA PÓŹNO NA ŻYCIE

Najnowsze urządzenia diagnostyczne pozwalają "zeskanować" cały organizm człowieka i wykryć guzy złośliwe, na przykład piersi, o rozmiarach zaledwie kilku milimetrów. Tzw. obrazowanie molekularne może ujawnić rozwój choroby jeszcze w fazie przedinwazyjnej, siedem lat wcześniej, niż umożliwia to obecnie stosowana aparatura. Używany w Polsce sprzęt ultrasonograficzny jest często przestarzały i wyeksploatowany. Ponad 15-20 proc. wszystkich badań obrazowych jest nieprzydatnych z powodu kiepskiej jakości i wadliwego opisu. - Aż 30 proc. wyników badań USG można wyrzucić do kosza, bo nie mają one żadnej wartości diagnostycznej - twierdzi prof. Jakubowski.

Dla niektórych nieodpowiedzialnych lekarzy diagnostyka to jedynie dodatkowa forma zarobku. - Kupują do prywatnego gabinetu ultrasonograf lub aparat do EKG i oferują badania, choć nie potrafią nawet odczytać i poprawnie zinterpretować wyników - mówi prof. Pawlicki. W całym kraju tylko około 2000 lekarzy legitymuje się certyfikatem Polskiego Towarzystwa Ultrasonograficznego. - Po rozwiązaniu Centralnego Ośrodka Techniki Medycznej nie ma żadnego nadzoru nad sprzętem używanym w diagnostyce USG - mówi prof. Jakubowski.

- Co najmniej u kilkunastu procent chorych badania radiologiczne wykonywane są zbyt późno - mówi prof. Jerzy Walecki ze Szpitala MSWiA w Warszawie. Do Centrum Onkologii w Krakowie trafił przed kilkoma dniami 21-letni mężczyzna z mięsakiem kolana, jednym z najbardziej złośliwych nowotworów. Przez pół roku był leczony... maściami. Jego lekarz nie skierował go na badanie radiologiczne, gdyż - jak twierdzi - "wyczerpał skierowania na tego rodzaju procedury". U Jerzego Kawki z Mińska Mazowieckiego lekarze nie wykonali wszystkich niezbędnych badań, m.in. tomografii komputerowej. Dopiero podczas operacji okazało się, że cierpi na złośliwy nowotwór, tzw. brodawkę Vatera, który zaatakował już trzustkę, dwunastnicę i drogi żółciowe.

Dwunastoletni Kamil był operowany w Wojewódzkim Specjalistycznym Szpitalu Dziecięcym w Kielcach z powodu podejrzenia zapalenia kości piszczelowej. Po miesiącu zdjęto mu gips, jednak noga nadal była spuchnięta, a nad szwem pooperacyjnym wyrastał guz. Dopiero po kolejnych dwóch tygodniach wykonano badania, jakie powinny być przeprowadzone jeszcze przed zabiegiem. Wykazały one, że chłopiec jest chory na raka kości. - Podczas operacji nie pobrano próbki do badania histopatologicznego, wykonano natomiast mechaniczne czyszczenie zmienionej tkanki, rozsiewając tym samym komórki nowotworowe! - powiedziała "Wprost" Jolanta Budzyńska, prawniczka współpracująca ze Stowarzyszeniem Pacjentów Primum Non Nocere.

 

ZABÓJCZA IGNORANCJA

Zalecany przez lekarzy test krwi PSA umożliwia zdiagnozowanie raka prostaty jedynie u 18 proc. mężczyzn poniżej 60. roku życia - wykazały badania prof. Rinaa Punglii z Harvard Medical School w Bostonie. Na ten typ raka zmarli mecenas Edward Wende oraz Frank Zappa, amerykański muzyk rockowy (miał zaledwie 52 lata). Wielu lekarzy nie potrafi jednak rozpoznać pierwszych symptomów nowotworu. Często mylą na przykład czerniaka ze zwykłymi znamionami na skórze. W Krakowie połowa pacjentów z rakiem jelita grubego przywożona jest do szpitala dopiero w stanie ostrym, gdy nastąpiły już niedrożność jelit, ich przedziurawienie i silne krwawienie.

- Gdy do onkologa trafia pacjent w III lub IV stadium choroby, specjalista powinien się zwrócić do kasy chorych o sprawdzenie, czy był on kiedykolwiek u lekarza pierwszego kontaktu. Jeśli okaże się, że był, to lekarz, który nie zwrócił uwagi na ewidentne zmiany nowotworowe, powinien otrzymać naganę od okręgowej izby lekarskiej. Jeśli popełni kilka błędów, powinno się mu czasowo odebrać prawo do wykonywania zawodu i zmusić do zdania egzaminu z umiejętności wczesnego rozpoznawania nowotworów - uważa prof. Cezary Szczylik z Centralnego Szpitala Klinicznego Wojskowej Akademii Medycznej w Warszawie. - Dopóki nie zmienimy systemu szkolenia lekarzy, wciąż będziemy słyszeć wstrząsające historie pacjentów, których nie udało się uratować z powodu błędów w diagnostyce - twierdzi prof. Pawlicki. Studenci medycyny przez cały cykl nauki mają tylko 60 godzin zajęć z onkologii. W walce z rakiem cały świat stawia na wczesną i powszechną diagnostykę. W Polsce wciąż dominuje diagnostyka śmierci.

Paweł Górecki, współpraca Alicja Baranowska

 

 

„WPROST” nr 13(904), 2000 r.

BIOENERGOSZARLATANI?

ZAINTERESOWANIE METODAMI LECZENIA OFEROWANYMI PRZEZ MEDYCYNĘ ALTERNATYWNĄ NIEUSTANNIE ROŚNIE. JUŻ DZIŚ Z TEJ FORMY POMOCY - JAK SZACUJĄ LEKARZE – KORZYSTA OK. 60 PROC. OSÓB CHORUJĄCYCH NA NOWOTWORY

Zdesperowani pacjenci coraz częściej sięgają po cudowne nalewki ziołowe czy urynę lub poddają się zbawczemu działaniu bioenergii. Nic zatem dziwnego, że zaledwie co trzeci pacjent trafia w Polsce do onkologów we wczesnym stadium za awansowania choroby, pozostali zgłaszają się po pomoc zbyt późno. W Europie Zachodniej proporcje te układają się odwrotnie. Rosnące zainteresowanie metodami alternatywnymi wynika z rozczarowania medycyną konwencjonalną oraz braku indywidualnego podejścia lekarza do pacjenta. Korzystają z nich nie tylko ludzie prości, ale także - i to coraz częściej - osoby z wyższym wykształceniem, a nawet pracownicy naukowi. Z badań prowadzonych w Klinice Chemioterapii Centrum Onkologii w Krakowie wynika, że wśród chorych, którzy zbyt późno podjęli leczenie (na podjęcie tej decyzji czekali ponad pół roku), przeważały osoby z wykształceniem średnim i wyższym. Niemal co dziesiąta pacjentka twierdziła, że metody niekonwencjonalne korzystnie oddziaływały na stan jej zdrowia. Dzięki nim chore odczuwały znaczną poprawę samopoczucia i wzmocnienie organizmu. űadna nie stwierdziła jednak zmniejszenia guza. Jedna z pacjentek przyznała, że terapeuta odradzał jej kontrolę onkologiczną.

Niemiecka Fundacja Warentest dokonała ekspertyzy przydatności wielu terapii alternatywnych. Mimo gruntownych analiz, autorom nie udało się znaleźć skutecznej terapii mogącej nieść ulgę w jakimkolwiek schorzeniu. Co więcej, stwierdzono, że niektóre metody stanowią poważne zagrożenie dla zdrowia. Cudowne wyleczenie przy użyciu alternatywnych terapii niemieccy specjaliści tłumaczą fenomenem, który zna również medycyna konwencjonalna. Jest nim efekt placebo, czyli skuteczność terapeutyczna leku nie zawierającego żadnej substancji aktywnej. Polega on na przekonaniu pacjenta, że zażywany przez niego preparat ma działanie terapeutyczne. Podobna wiara skłania zwolenników medycyny alternatywnej do sięgania po różnorodne mikroelementy, zioła, hubę, torf, korę rzadkich drzew, miedź czy krzem.

W okolicach Nowego Sącza znachorka dostosowuje mieszanki ziół do schorzenia, które określa po wyglądzie moczu. O nieskuteczności tej metody przekonała się niedawno mieszkanka Brzegu, u której lekarze wykryli guz płuca. Od znachorki dowiedziała się, że jest całkowicie zdrowa. Nie uwierzyła jej jednak i poddała się operacji. W Poznaniu przez wiele lat tłumy pacjentów miał dr Anatol Rybczyński, leczący związkami krzemu. Jego zdaniem, preparaty te miały zdolność blokowania rozwoju komórek nowotworowych. Zwolennikiem podobnej metody jest warszawski terapeuta Jan Nowacki. Stosowany przez niego preparat składa się z mikroelementów wypreparowanych z krzemionki.

 

Wielu pacjentów mają także bioenergoterapeuci leczący uryną. Tymczasem - zdaniem lekarzy - leczenie moczem nie ma żadnych przesłanek medycznych. - Terapia ta może tylko wywołać dodatkowe schorzenie. Wraz z moczem wydalane są bowiem z organizmu toksyny, które wdychamy razem z powietrzem lub zjadamy ze skażoną żywnością. Znajdują się w nim także niektóre składniki leków - przekonuje dr Józef Meszaros z Centrum Farmakoepidemiologii Instytutu Leków w Warszawie.

Racjonalnych argumentów chorzy zdają się nie przyjmować do wiadomości. Co trzecia pacjentka z nowotworem piersi nie zgłaszała się do lekarza mimo wykrycia u siebie typowych objawów, a prawie co czwarta korzystała co najmniej przez trzy miesiące z pomocy uzdrowicieli, zanim rozpoczęła leczenie u onkologa. - Wiele pacjentek z rakiem sutka rezygnuje z medycyny konwencjonalnej, gdy wyznaczony jest już termin zabiegu chirurgicznego, niektóre czynią to po pierwszej serii chemioterapii. Ostatnio konwencjonalnego leczenia zaniechały nauczycielka, matematyczka, urzędniczka i językoznawca - opowiada dr Beata űuchowska, zastępca kierownika Kliniki Chemioterapii Centrum Onkologii w Krakowie. Jedna z nich u cudotwórcy leczyła się dwa i pół roku. Wróciła do szpitala z przerzutami do mózgu. Zmarła w przekonaniu, że niekonwencjonalne leczenie dawało efekty. Musiała je przerwać, ale zrobiła to tylko ze względu na brak pieniędzy. Za wizytę u niektórych uzdrowicieli trzeba bowiem zapłacić nawet kilkaset złotych. Tańsze są seanse zbiorowe. Jedno takie spotkanie kosztuje 60-80 zł. Za miesiąc kuracji jednym z najpopularniejszych ostatnio w Polsce specyfików - korą vilcacory - trzeba zapłacić 2 tys. zł (nie licząc kosztów przesyłki).

Vilcacora, czyli kora pnącza rosnącego w dżungli amazońskiej i w Andach, została okrzyknięta cudownym lekiem, a książka opisująca sposoby jej stosowania i skuteczność działania od kilku miesięcy znajduje się na szczycie list bestsellerów. - Z tej formy terapii korzysta coraz więcej osób. Dla vilcacory rezygnują oni z zabiegów operacyjnych i chemioterapii. Są wśród nich także chorzy z guzem piersi czy płuc we wczesnym stadium, dającym duże szanse na wyleczenie. Z rozmów z osobami przebywającymi na oddziałach onkologicznych wynika, że przestają oni wierzyć lekarzom. Za prawdę uznają tylko słowo drukowane. Nie przekonuje ich fakt, że skuteczności leczenia vilcacorą nikt dotychczas nie potwierdził - niepokoi się prof. Jacek Jassem, kierownik Kliniki Onkologii i Radioterapii Akademii Medycznej w Gdańsku.

 

Naukowcy ostrzegają ponadto, że zażywając specyfiki o nieznanym składzie wraz z lekami przeciwnowotworowymi, można pogorszyć stan zdrowia. - Niektóre preparaty sprowadzane z Chin wchodzą w reakcje toksyczne z cytostatykami. Czasem mogą nie tylko spowodować silne zatrucie, ale nawet doprowadzić do zgonu. Ostatnio w ten sposób rozstała się z życiem czterdziestoletnia kobieta leczona na raka jelita grubego - ostrzega prof. Marek Nowacki, dyrektor Centrum Onkologii w Warszawie. Zdaniem prof. Nowackiego, korzystanie najpierw z rady znachora, a dopiero później z pomocy onkologa przekreśla szanse chorego na wyzdrowienie. Nowotwór jądra wykryty we wczesnej fazie choroby jest uleczalny w 90 proc., po kilku miesiącach - już tylko w połowie. Podobnie jest w wypadku raka piersi i raka szyjki macicy. - Jedynie co piąta pacjentka z rakiem szyjki macicy trafia do nas we wczesnym stadium zaawansowania nowotworu, umożliwiającym powstrzymanie choroby, podczas gdy w Europie Zachodniej, krajach skandynawskich i USA dotyczy to połowy chorych. Różnica ta wynika nie tylko z zaniedbywania badań profilaktycznych, ale także z tego, że pacjentki szukają pomocy najpierw u uzdrowicieli, a dopiero później u onkologów - dodaje prof. Zbigniew Wronkowski, kierownik Zakładu Badań Masowych Centrum Onkologii w Warszawie.

Polska nie jest jedynym krajem, gdzie medycyna alternatywna cieszy się powodzeniem. Nigdzie jednak nie święci takich triumfów. Ocenia się, że aż kilka procent chorych rezygnuje z proponowanego przez onkologów leczenia zaraz po postawieniu diagnozy. Do szpitala wracają po kilku czy kilkunastu miesiącach, kiedy na jakikolwiek ratunek jest zbyt późno. Aby ograniczyć zainteresowanie praktykami uzdrowicieli, amerykański Narodowy Instytut Raka zamieścił w Internecie informacje o różnych alternatywnych metodach leczenia wraz z komentarzem i wynikami badań. W Polsce nikt nie próbuje ograniczyć tego typu działalności. űadnego oficjalnego stanowiska nie zajęło dotychczas Ministerstwo Zdrowia. - I tak nie zmieniłoby ono ludzkiej mentalności - uważa Piotr Rachtan, rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia. Jego zdaniem, przygotowanie takiego raportu nie leży w gestii ministerstwa, lecz konsultanta krajowego ds. onkologii. Trudno się jednak zgodzić z tą wypowiedzią. Konsultantów krajowych powołuje bowiem minister zdrowia. Resort jest zatem - choćby częściowo - odpowiedzialny za skutki praktyk uzdrowicieli.

Większość z nich pozostaje jednak bezkarna. Bardzo trudno bowiem udowodnić działanie na szkodę pacjenta. Zazwyczaj śledztwo jest umarzane ze względu na małą szkodliwość czynu.

Urszula Stachowska, współpraca Marzena Sygut-Nowak

 

 

„WPROST” nr 7(1210), 2006 r.

DOKTOR BLAGIER

CO CZWARTY LEKARZ SPRZENIEWIERZA SIĘ PRZYSIĘDZE HIPOKRATESA

Medycyna niekonwencjonalna kojarzyła się do niedawna wyłącznie z zielarzami, bioenergoterapeutami i hochsztaplerami od huby i torfu. Leczenie iluzją okazało się jednak tak intratne, że gabinety medycyny naturalnej coraz częściej otwierają lekarze z dyplomami akademii medycznych. Są wśród nich nawet profesorowie i szefowie klinik. W Polsce zarejestrowanych jest 200 tys. gabinetów medycyny niekonwencjonalnej. W 70 tys. z nich wciąż przyjmują "dyplomowani bioenergoterapeuci", ale w pozostałych 130 tys. zatrudnieni są lekarze. Ze 112 zł, które średnio rocznie wydajemy na leczenie prywatne, prawie połowę pochłaniają wizyty u lekarzy-szamanów!

- Coraz więcej lekarzy sprzeniewierza się przysiędze Hipokratesa i wykorzystuje autorytet dyplomu, by zachęcić pacjentów do korzystania ze szkodliwych metod niekonwencjonalnych. Udaje im się to, bo chorzy mają zaufanie do lekarzy - ocenia dr Stanisław Kopacz ze Śląskiej Izby Lekarskiej. Na Wybrzeżu grupa lekarzy z dr. Markiem Prusakowskim na czele od lat propaguje vilcacorę, peruwiańskie ziele, którego opakowanie kosztuje nawet kilkaset złotych. Pod bokiem gdańskiej Izby Lekarskiej wydawane jest pismo "Vilcacora - Żyj Długo", w którym lekarze informują, że vilcacora uleczy nowotwór z przerzutami do węzłów chłonnych. Dr Kazimierz Pyzia, internista i pediatra z Międzybrodzia Bialskiego, we własnym ośrodku medycznym zaczął usuwać blokady energetyczne pacjentów, a jako radiesteta pomaga najciężej chorym, także na nowotwory.

Lekarze zakładają sieci przychodni medycyny naturalnej, takie jak Monadith, gdzie biorezonansem leczą cukrzycę i nadciśnienie. Dr Henryk Słodkowski założył sieć centrów terapii naturalnej Noy. Zaczął leczyć własną energią, używając metody wibracyjnej, czyli cudownie naprawiać źle wibrujące narządy wewnętrzne. Dr Kazimierz Piotrowicz otworzył luksusowy Międzynarodowy Instytut Zdrowia w Gliwicach i od lat bezkarnie leczy wkładkami do butów i materacami po 9,5 tys. zł każdy.

 

ODRAŻAJĄCY PROCEDER

W Europie Zachodniej opadła fala zainteresowania medycyną niekonwencjonalną, m.in. po tym, jak Brytyjskie Towarzystwo Lekarskie zaczęło przekonywać chorych, że za ogromne pieniądze są oszukiwani. W Niemczech po wielu procesach o odszkodowanie za zastosowanie nie sprawdzonych metod lekarze przestali się zajmować budzącą wiele kontrowersji homeopatią. W Polsce znachorzy z dyplomami akademii medycznych znakomicie prosperują dzięki przyzwoleniu środowiska lekarskiego, w którym przeważa przekonanie, że lekarze wyrządzają w medycynie niekonwencjonalnej mniejsze szkody niż bioenergoterapeuci, a medycy muszą gdzieś dorobić. Na ogół są to jednak lekarze, którzy z powodu niskich kwalifikacji, nie mogą znaleźć zatrudnienia w prywatnych ośrodkach. Leczeni przez nich chorzy trafiają do specjalistów już z powikłaniami wywołanymi zaawansowaną, źle leczoną chorobą.

W wyniku stosowania niekonwencjonalnych metod terapii rocznie umiera około pięciu tysięcy chorych na raka - wynika z badań prof. Marka Pawlickiego z krakowskiej kliniki onkologicznej. Co najmniej jedna trzecia z nich leczyła się u doktora-znachora. Wielu z nich to pacjenci Jana Nowackiego zalecającego preparat Novit jako lek na raka. Jest to ciemnozielony proszek zawierający żelazo, który zamiast leczyć, może przyspieszyć rozwój nowotworu. - Nie spotkałem się z żadną osobą, której stan poprawiłby się po przyjmowaniu novitu - mówi prof. Marek Nowacki, dyrektor Centrum Onkologii w Warszawie. Dr Jerzy Friediger, szef krakowskiej Izby Lekarskiej, stwierdził, że udział lekarzy w tym oszustwie jest "odrażającym procederem". Producent novitu wstrzymał produkcję tego środka, gdy zaczęła się nim interesować prokuratura, ale do pacjentów trafia już nowy preparat - Novit Plus.

 

DOKTOR PIRAMIDALNEJ BZDURY

Wielu lekarzy stosuje leki homeopatyczne, mimo że opublikowany w piśmie "Lancet" raport stwierdza, że żadna ze 110 prac dotyczących homeopatii nie potwierdza jej skuteczności. W USA żaden lek tego typu nie uzyskał atestu Agencji ds. Żywności i Leków (FDA). W Polsce jest już więcej homeopatów niż onkologów - kurs homeopatii ukończyło 10 tys. polskich lekarzy! Stosują preparaty homeopatyczne, choć "nie działają one lepiej od tabletek z cukru pudru" - jak ostrzega "Lancet". "Rozcieńczanie stosowane w homeopatii to bzdura, którą mógł wymyślić tylko oszust lub kompletny ignorant" - twierdzi prof. Marek Kosmulski z Politechniki Lubelskiej.

- Wprowadzenie na rynek leków homeopatycznych i innych metod niekonwencjonalnych jest jak wprowadzenie fałszywych pieniędzy - mówi prof. Andrzej Gregosiewicz, chirurg z lubelskiej kliniki dziecięcej. Jego zdaniem, lekarze, którzy oszukują pacjentów, choć mają odpowiednią wiedzę farmaceutyczną, powinni zwrócić dyplomy lekarskie. Tymczasem w Akademii Medycznej w Poznaniu można skończyć podyplomowy kurs homeopatii, a "Gazeta Lekarska" drukuje artykuły o zbawiennej roli homeopatii.

Prof. Jerzy Woy-Wojciechowski, szef Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, zapewnia, że uleczyła go klawiterapia - uciskanie metalowymi sztyftami odpowiednich punktów na ciele. W Śląskiej Akademii Medycznej pracuje dr Anna Pogorzelska-Antkowiak, do niedawna naczelny lekarz centrum hotelowo-rehabilitacyjnego Piramida Tadeusza Ceglińskiego, który twierdzi, że energią leczy guzy sutka, choroby krążenia i kręgosłupa. Prof. Ryszard Poręba, ginekolog ze ŚAM, dopiero po interwencji innych specjalistów wycofał się z oświadczenia, że był świadkiem niewytłumaczalnej mocy leczniczej Ceglińskiego.

 

PRZED SĄD LEKARSKI!

Art. 57 kodeksu etyki lekarskiej mówi, że "lekarz nie może posługiwać się metodami uznanymi przez naukę za szkodliwe lub bezwartościowe. Nie powinien on nawet współdziałać z osobami zajmującymi się leczeniem, a nie posiadającymi uprawnień". Lekarze, którzy nie przestrzegają tego zapisu, powinni być postawieni przed sądem lekarskim przez rzecznika odpowiedzialności zawodowej. Rzecznicy tłumaczą, że nawet jeśli skierują sprawę do sądu lekarskiego, to karą jest najwyżej upomnienie, prokuratura zaś umarza śledztwo z powodu "małej szkodliwości czynu". - Pacjentka, której musiałem usunąć wszystkie narządy kobiece, bo w czasie kuracji u dr. Słodkowskiego nowotwór powiększył się dwukrotnie, wycofała doniesienie do prokuratury - mówi dr Leszek Włodarczyk, ginekolog ze Śremu. Dr. Słodkowskiemu odebrano prawo wykonywania zawodu, nadal jednak używa tytułu lekarza i leczy wibracjami.

Na Zachodzie zazębianie się konwencjonalnych i niekonwencjonalnych metod jest ściśle uregulowane. W USA działa od 30 lat Narodowa Rada Zwalczania Oszustw Medycznych, która ogłosiła niedawno, że po 20 latach badań nie ma dowodów na skuteczność akupunktury. W Polsce praktykami doktorów-znachorów nie interesuje się nawet Rada ds. Niekonwencjonalnych Metod Terapii przy Ministerstwie Zdrowia. Zwalczaniem hochsztaplerstwa zajmują się nieliczni specjaliści. Prof. Zbigniew Wronkowski z Centrum Onkologii 10 lat temu założył tzw. białą księgę, do której lekarze mogą wpisywać wiarygodne przypadki cudownych uzdrowień. Dotychczas nie znalazł się w niej ani jeden wiarygodny opis wyzdrowienia osoby ciężko chorej na raka. "Białą księgą" nie interesują się lekarze, dla których naciąganie pacjentów na leczenie vilcacorą i "pamięcią wody" jest ważniejsze niż etyka zawodowa. Wszyscy lekarze mogą jednak stracić zaufanie pacjentów, jeśli środowisko medyczne nie zacznie się wyraźnie dystansować wobec szamanów z dyplomami akademii medycznych.

 

METODY DOKTORÓW-ZNACHORÓW 

Skuteczność tych metod nie została potwierdzona naukowo

Klawiterapia - rodzaj akupresury, uciskanie metalowymi sztyftami miejsc na ciele (każdej chorobie przypisana jest konkretna część ciała)

Magnoterapia - leczenie polem magnetycznym o niskim natężeniu

Biorezonans - metoda oparta na przekonaniu, że w ustroju człowieka działają fale odpowiedzialne za zdrowie i chorobę, które specjalny aparat może wzmocnić lub osłabić

Homeopatia - leczenie oparte na założeniu, że substancja wywołująca chorobę po wielokrotnym rozcieńczeniu zamienia się w lekarstwo

Akupunktura - nakłuwanie igłami (każdej chorobie przypisana jest konkretna część ciała); oficjalnie akceptowana tylko jako leczenie bólu, stosowana także w leczeniu uzależnień

Bioenergoterapia - przekazywanie własnej energii

Urynoterapia - picie własnego moczu rzekomo zawierającego lecznicze substancje

Metoda wibracyjna - wyczuwanie wibracji chorego narządu i naprawianie ich prawidłowymi wibracjami

Oberon - urządzenie komputerowe rejestrujące zaburzenia fal elektromagnetycznych wskazujących chore miejsce 

Iwona Konarska

 

 

„WPROST” nr 35(1135), 2004 r.

APTEKA SAMOBÓJCÓW

PONAD OŚMIU MILIONOM POLAKÓW GROZI ŚMIERĆ Z POWODU NIEOSTROŻNEGO ŁĄCZENIA ZAŻYWANYCH LEKÓW

Próba oszacowania skutków złożonej kombinacji leków przypomina mierzenie do ruchomego celu, bo nigdy nie ma pewności, co z tego wyniknie" - ostrzegają farmakolodzy joe i teresa graedon, autorzy poradnika "niebezpieczne interakcje leków". Najprawdopodobniej w tym roku jedynie w naszym kraju zmarło co najmniej kilkaset chorych na serce osób, które oprócz przepisanego im leku przeciwzakrzepowego zażywały wyciąg z korzenia żeń-szenia. Dopiero niedawno opublikowane badania dr. Chun-Su Yuana z University of Chicago wykazały, że ten preparat hamuje działanie warfaryny, leku obniżającego krzepliwość krwi. Dotychczas opisano w literaturze medycznej ponad 20 tys. takich niekorzystnych zależności. W Polsce w swego rodzaju farmakologiczną ruletkę gra codziennie - stosując leki, których niewłaściwe łączenie może grozić nawet śmiercią - ponad 8 mln osób.

 

ZABÓJCZY KOKTAJL

Jeden z najbezpieczniejszych środków obniżających ciśnienie tętnicze krwi - tzw. inhibitor konwertazy angiotensyny (ACE) - może doprowadzić do zapaści, jeśli jest zażywany z preparatami zawierającymi potas, takimi jak popularny kalipoz (obniża ciśnienie krwi). Nawet tak pozornie niewinne środki jak preparaty na kaszel mogą wywołać śpiączkę, gdy są przyjmowane z tzw. inhibitorami MAO, lekami przeciwdepresyjnymi. Dwudziestosześcioletnia kobieta stosująca ten antydepresant zmarła po zażyciu zaledwie 4 łyżek stołowych jednego z najpopularniejszych syropów na kaszel zawierającego dekstrometorfan.

Ryzykowne jest nawet łączenie leków, które stosowane oddzielnie na ogół nie są szkodliwe. Chorzy zażywający warfarynę lub digoksynę, lek stosowany u cierpiących na niewydolność serca, mogą dostać zawału, jeśli jednocześnie popijają działający uspokajająco wyciąg z dziurawca. Te powszechnie stosowane i bezpieczne zioła, zalecane chorym na łagodną depresję, hamują wchłanianie w organizmie tego rodzaju leków przeciwzakrzepowych i wzmacniających serce - wykazały badania dr. Silkego C. Mźllera z uniwersytetu w Rostoku. Kobiety stosujące doustne środki antykoncepcyjne mogą zajść w ciążę, jeśli jednocześnie zażywają antybiotyki (na przykład penicylinę), leki przeciwpadaczkowe lub zawierające barbiturany tabletki od bólu głowy (fiorinal, femcet).

Co czwarta osoba zażywająca codziennie leki przepisane przez lekarza jednocześnie bez jego wiedzy stosuje specyfiki dostępne bez recepty (OTC) - wykazały badania dr Lindsay Smith z University of Liverpool. W Polsce aż 18 mln osób sięga co jakiś czas po napoje energetyzujące, środki pobudzające i wzmacniające odporność organizmu. Można zatem podejrzewać, że w naszym kraju co roku u co najmniej kilkudziesięciu tysięcy osób dochodzi do groźnych dla życia interakcji powstałych na skutek zażywanych garściami leków. W USA ocenia się, że co roku trafia z tego powodu do szpitala ponad 150 tys. osób, umiera 15-20 tys. z nich. W Wielkiej Brytanii około 10 tys. osób umiera każdego roku po zażyciu aspiryny, antydepresantów i leków przeciwzakrzepowych, takich jak warfaryna. Najczęściej są to chorzy w szpitalach, otrzymujący codziennie średnio dziewięć leków, oraz ludzie starsi, którzy zażywają co najmniej pięć środków dziennie. Wśród ofiar tej farmakologicznej ruletki nie brakuje ludzi młodych, bo do niekorzystnych interakcji dochodzi również między lekami a napojami i produktami spożywczymi.

 

GROŹNE SOKI

- Miliony ludzi zażywających pastylki przy porannej kawie nie zdaje sobie sprawy, że niektóre leki tworzą z tym napojem mieszankę piorunującą - ostrzega prof. Marek Naruszewicz z Instytutu Żywności i Żywienia w Warszawie. Kawa w połączeniu z antybiotykami oraz lekami przeciwwrzodowymi (m.in. tagametem i zantekiem) u niektórych osób wywołuje drżączkę z napięcia nerwowego i podrażnienia żołądka (podobnie działają inne używki zawierające kofeinę, takie jak cola, oraz niektóre tabletki od bólu głowy). Kobiety zażywające doustne środki antykoncepcyjne już po wypiciu filiżanki kawy są zdenerwowane i roztrzęsione. Równie groźne mogą się okazać soki owocowe. Pacjent po przeszczepie nerki doznał rozstroju i drgawek po wypiciu soku grejpfrutowego i zażyciu środków zmniejszających ryzyko odrzutu narządu, m.in. cyklosporyny. Zaburzenia pracy serca powoduje popijanie tym napojem leków przeciwhistaminowych, zalecanych w chorobach alergicznych górnych dróg oddechowych i zapaleniu spojówek, takich jak allegra i benadryl.

Chorzy na astmę zażywający teofilinę powinni uważać na to, co jedzą. Ten lek rozszerza oskrzela, dlatego jest szczególnie przydatny u osób cierpiących na napadowy i przewlekły skurcz oskrzeli, zapalenie oskrzeli i rozedmę płuc. Zażywanie go przed zjedzeniem smażonych jajek, bekonu, pieczywa grubo posmarowanego masłem lub przed wypiciem tłustego mleka powoduje nudności, wymioty, kołatanie serca, bóle głowy i skurcze mięśni.

Czterdziestoletni mężczyzna, od miesiąca leczony tranylcyprominą z powodu depresji, zmarł na skutek niekorzystnej interakcji substancji chemicznych, do jakiej doszło po zjedzeniu na kolację sera cheddar!

W nocy mężczyzna obudził się oszołomiony, miał mdłości i wyjątkowo silne bóle głowy. Rano jak zwykle zażył kolejną porcję leku i zjadł na śniadanie kolejne trzy grube plasterki sera. Doznał krwotoku z nosa, temperatura jego ciała przekroczyła 40o C. Sekcja zwłok wykazała, że u chorego doszło do udaru mózgu wywołanego gwałtownym wzrostem ciśnienia krwi na skutek wyjątkowo niekorzystnego skojarzenia znajdującej się w serze tyraminy z antydepresantem (inhibitorem MAO).

 

SPALIĆ SIĘ

Nawet palacze papierosów inaczej niż niepalący reagują na niektóre środki, co może wpływać na skuteczność leczenia - ostrzega prof. Józef Drzewoski, kierownik Kliniki Chorób Przewodu Pokarmowego i Przemiany Materii AM w Łodzi. Wykazały to badania, które lekarze tego ośrodka przeprowadzili wśród chorych na tzw. przewlekłą zaporową chorobę płuc. Pacjentom podawano teofilinę. U nałogowych palaczy przenika ona do krwi w niższych stężeniach niż u innych osób, co osłabia skuteczność terapii. Jest to niebezpieczne, ponieważ w wypadku teofilliny różnica między dawką terapeutyczną a dawką wywołującą objawy toksyczne jest niewielka.

Na niekorzystne działanie leków jeszcze bardziej narażone są osoby nadużywające alkoholu. Szczególnie groźne są nawet umiarkowane ilości wina lub piwa w połączeniu z takimi farmaceutykami, jak powodujące uszkodzenia wątroby środki przeciwbólowe (panadol), leki przeciwlękowe (xanax, valium), przeciwdepresyjne lub przeciwbólowe (fiorinal, fioricet). Przed stu laty tego rodzaju interakcje, nazywane synergizmem addycyjnym, znakomicie wykorzystywali kapitanowie statków, którzy w ostatniej chwili chcieli skompletować załogę. W porozumieniu z barmanami portowej tawerny do rumu dodawali żeglarzom wodzian chloralu, środek uspokajający (prekursor powszechnie używanych barbituranów). Taka mieszanka o nazwie Mickey Finn do tego stopnia wzmagała działanie alkoholu, że zwalała z nóg najsilniejszych marynarzy. Dziś powszechnie stosowane preparaty powalają ludzi zdrowych, którzy nieostrożnie obchodzą się z lekami.

 

NIEBEZPIECZNE ZWIĄZKI

KAWA I HERBATA

potęgują działanie antybiotyków (ciproflokxacinu, penetreksu i noroxinu), powodując nadmierne pobudzenie

spożywane podczas przyjmowania pigułek antykoncepcyjnych powodują nerwowość i bezsenność

wraz z lekami stosowanymi przy wrzodach żołądka (np. tagametem) powodują długotrwałe pobudzenie i podrażniają śluzówkę żołądka

z lekami stosowanymi w leczeniu astmy powodują objawy takie jak przy przedawkowaniu leku

blokują wchłanianie leków podawanych przy anemii spowodowanej niedoborem żelaza

 

SOKI CYTRUSOWE

zaburzają wchłanianie i działanie antybiotyków, takich jak penicylina i erytromycyna

 

OTRĘBY, OWSIANKA, PRODUKTY BOGATE W BŁONNIK

zmniejszają wchłanianie leków regulujących rytm serca

 

MLEKO I NABIAŁ

niweczą działanie antybiotyków z grupy tetracyklin, takich jak achromycin V, ciprofloxacin, norfloxacin

blokują wchłanianie didronelu - leku przeciw osteoporozie

hamują działanie środków przeczyszczających, zawierających bisakodyl, które mają się rozpuścić w jelicie

 

SERY DOJRZEWAJĄCE AWOKADO, PEPPERONI, SALAMI, SOS SOJOWY, PRZEJRZAŁE BANANY, BÓB, CZEKOLADA, DROŻDŻE PIWOWARSKIE

zawarta w nich tyramina w połączeniu z lekami przeciwdepresyjnymi, takimi jak inhibitory monoaminooksydazy (IMAO), powoduje wzrost ciśnienia krwi, a nawet może być przyczyną udaru mózgu

 

BROKUŁY, KAPUSTA, BRUKSELKA, KALAREPA, SZPARAGI, ZIELONA SAŁATA, WĄTRÓBKI

zawarta w nich witamina K w interakcji z lekami przeciwzakrzepowymi powoduje powstawanie skrzepów krwi grożących udarem mózgu

 

MIĘSO Z GRILLA

zaburza działanie leków stosowanych przy astmie, co może doprowadzić do zaostrzenia objawów i napadu astmy

 

SOK GREJPFRUTOWY

zwiększa we krwi stężenie leków stosowanych w leczeniu nadciśnienia krwi, co może powodować bóle głowy, zaczerwienienie skóry, arytmię serca i zatrucia

Autor: Zbigniew Wojtasiński

Współpraca: Monika Florek

 

 

„WPROST” nr 25(1228), 25.06.2006 r.

APTEKA BLAGIERÓW

BADANIA NAUKOWE CORAZ CZĘŚCIEJ SĄ JEDYNIE NARZĘDZIEM MARKETINGOWYM FIRM FARMACEUTYCZNYCH

Kiedy okazało się, że środek przeciwbólowy vioxx (rofekoksyb), zwiększa ryzyko zawału serca i udaru mózgu, amerykański koncern MSD musiał wycofać go z aptek. Tyle że koncern dysponował wcześniej wynikami badań wskazującymi na zagrożenie, a mimo to sprzedał lek ponad 84 mln pacjentów na całym świecie. Od tego czasu nic się nie zmieniło. Koncerny farmaceutyczne wciąż ukrywają niekorzystne dla siebie dane, bojąc się, że w wyniku ich ujawnienia spadnie sprzedaż leku lub trzeba będzie wycofać go z użycia - alarmuje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). "Branża farmaceutyczna intensywnie reklamuje swe produkty, ale nie wspiera tego rzetelnymi badaniami. W rezultacie pacjenci i lekarze mają nierealne oczekiwania wobec leków i często ich nadużywają" - twierdzi prof. Peter Ubel z University of Michigan.

Próby uzdrowienia rynku farmaceutycznego są podejmowane na świecie od lat - bez większego powodzenia. Niektóre firmy zapowiedziały, że nie będą ujawniać wyników swoich badań, ponieważ w ten sposób zdradzałyby swe tajemnice handlowe konkurencji. Rok temu koncerny poszły na niewielkie ustępstwa w kwestii treści reklam, ale nie zmniejszyły wydatków na promocję, które - według firmy IMS Health - jedynie w Stanach Zjednoczonych sięgają 11 mld dolarów rocznie. Sytuację świetnie określiła dr Marcia Angell w książce "Prawda o firmach farmaceutycznych": "firmy kontrolujące rynek o wartości 500 mld dolarów zachowują się jak gigantyczny goryl - mogą robić wszystko, na co mają ochotę".

 

SKALA OSZUSTW

Fałszerstwa naukowe, takie jak sprawa prof. Woo Suk Hwanga z Narodowego Uniwersytetu w Seulu, są nagłaśniane, ale stanowią margines nadużyć, jakich dopuszczają się uczeni. Z badań ankietowych opublikowanych przez tygodnik "Nature" wynika, że aż 15 proc. badaczyulega presji finansowej ze strony sponsorów badań,a 6 proc. przyznało się do pomijania w pracy wyników, które nie pasują do założonej tezy. "Skala oszustw prawdopodobnie jest znacznie większa, ponieważ naukowcy niechętnie przyznają się do takiego postępowania nawet w anonimowych ankietach" - mówi Raymond de Vries z University of Minnesota, jeden z autorów raportu.

Nieuczciwe praktyki są nagminne w wypadku badań sponsorowanych przez firmy farmaceutyczne. Od ich wyników zależy dopuszczenie leku do sprzedaży, są też wykorzystywane w materiałach reklamowych kierowanych do lekarzy i pacjentów. Wiele danych nigdy jednak nie trafia do publicznej wiadomości. Z analiz amerykańskiej Food and Drug Administration (FDA) wynika, że firmy przeprowadzają tylko 30 proc. zaplanowanych badań klinicznych. Publikowane są niemal wyłącznie te wyniki, które są korzystne dla producenta. Gdy w 1994 r. dr Betty Dong z University of California w San Francisco chciała ogłosić, że wszystkie dostępne na rynku leki na niedoczynność tarczycy są równie skuteczne, sponsorująca jej badania firma Knoll blokowała publikację artykułu i straszyła uczoną sądem. Podobnie jest z wieloma innymi lekami. Z analiz przeprowadzonych przez naukowców amerykańskich i holenderskich wynika, że co piąty farmaceutyk wchodzący na rynek ma źle dobraną dawkę leczniczą, która musi być potem obniżana z powodu działań niepożądanych. Najgorzej pod tym względem wypadają leki kardiologiczne.

 

PRZEKUPSTWO NAUKOWE

Wszystko jest trucizną, decyduje tylko dawka - stwierdził już w XVI wieku Paracelsus, znany lekarz, przyrodnik i alchemik. Tę prawidłowość widać dziś w świecie nauki, który zdecydowanie przedawkował komercjalizację. Finansowanie badań przez firmy doskonale wpływa na kondycję uczelni czy instytutów, ale fatalnie odbija się na rzetelności naukowców. Analizy prof. Joela Lexchina z kanadyjskiego York University wykazały, że jeśli testy kliniczne są sponsorowane przez producenta leku, cztery razy częściej wykazują jego skuteczność niż badania niezależne.

"Wiele uczelni przymyka oko na przedsiębiorczość kadr naukowych, gdyż woli się cieszyć dotacjami, które na ogół towarzyszą tego typu relacjom" - pisze prof. Sheldon Krimsky z Tufts University w książce "Nauka skorumpowana?". Firmy farmaceutyczne sponsorują także kongresy i szkolenia dla naukowców, wynajmują ich jako konsultantów i biegłych sądowych. Gdy rok temu amerykańskie Narodowe Instytuty Zdrowia sprawdziły status swych pracowników podejrzanych o naruszenie zasad etycznych, okazało się, że na 103 aż 44 było na garnuszku koncernów, a dziewięciu popełniło poważne wykroczenia.

 

PSUCIE RYNKU

Korupcja dotyczy także czasopism naukowych, które miały stać na straży wiarygodności publikowanych w nich badań. Periodyki medyczne, takie jak "Journal of the American Medical Association" czy "New England Journal of Medicine", są praktycznie uzależnione od ogłoszeń firm farmaceutycznych. Badania na ten temat opublikował jedyny magazyn, który w ogóle nie przyjmuje takich reklam - "PLoS Medicine". Prace naukowe trafiające do renomowanych magazynów powinny być weryfikowane przez niezależnych recenzentów, ale i ten system jest mało skuteczny. Czasopisma medyczne publikują prace o wątpliwej wartości naukowej, zwłaszcza w sponsorowanych przez firmy dodatkach. Rzadko wycofują fałszywe badania ze swych archiwów, a jeszcze rzadziej podejmują śledztwa w takich sprawach, tłumacząc, że to zadanie wymiaru sprawiedliwości.

Etycy obawiają się, że badania naukowe coraz rzadziej są inspiracją dla firm farmaceutycznych, a coraz częściej jedynie narzędziem marketingowym, co fatalnie wpływa na innowacyjność. Przez ostatnie 20 lat liczba nowych leków wchodzących na rynek nieustannie spadała - rok temu amerykańska FDA dopuściła do sprzedaży zaledwie 20 farmaceutyków. Co gorsza, w większości są to jedynie warianty preparatów z jednej grupy, na przykład obniżających poziom cholesterolu statyn, czyli tzw. leki "me too". Firmy najczęściej zlecają jedynie porównanie działania takiego farmaceutyku z placebo, czyli pigułką pozbawioną działania leczniczego, a nie z konkurencyjnymi preparatami. Do dziś nie wiadomo na przykład, jaka jest faktyczna skuteczność poszczególnych niesteroidowych leków przeciwzapalnych (takich jak paracetamol, ibuprofen czy naproksen), stosowanych do łagodzenia bólu i w chorobach reumatycznych. Firmy obawiają się, że bezpośrednie porównania mogłyby "popsuć" rynek, w tym wypadku wart globalnie co najmniej 20 mld dolarów.

 

MARKETING W KLINICE

Polski resort zdrowia planuje zmiany prawne, które m.in. zaostrzą kary za korumpowanie lekarzy przez przedstawicieli firm i ograniczą wydatki na reklamę. Firmy nie mogłyby wydawać na ten cel więcej niż 10 proc. rocznych przychodów ze sprzedaży leków, przy czym w grę wchodziłyby jedynie preparaty produkowane w Polsce. - Musieliśmy się wycofać z tego pomysłu, bo okazało się, że byłby niezgodny z polskim prawem. Nadal jednak widzimy potrzebę ograniczenia presji reklamowej, jaką producenci wywierają na lekarzy i pacjentów - mówi wiceminister zdrowia Bolesław Piecha. Takie ograniczenia są jednak mało skuteczne. Firmy farmaceutyczne od lat maskują reklamę jako działania edukacyjne lub badawcze. Częstą praktyką w Polsce jest prowadzenie badań klinicznych leków już zarejestrowanych, które są testowane na przykład w celu sprawdzenia, czy nie można nimi leczyć innych chorób. - Firma wydaje pieniądze na badania i dostarcza lek za darmo, ale dzięki temu może liczyć na to, że lekarz będzie potem przepisywał ten preparat swym pacjentom. Nikt nie sprawdza, czy takie badanie kliniczne ma sens z punktu widzenia nauki - mówi dr Paweł Grzesiowski z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego.

Tymczasem potrzebnych badań, na przykład dotyczących skutków ubocznych stosowania leków, w Polsce praktycznie się nie prowadzi. - Ten problem był od lat lekceważony przez resort zdrowia. Dlatego tak naprawdę nie wiemy, jak stosowane w Polsce leki działają na organizmy Polaków - ostrzega dr Józef Meszaros z Akademii Medycznej w Warszawie. Według optymistycznych szacunków, na świecie jest zgłaszanych 10 proc. przypadków wystąpienia skutków ubocznych leków. U nas ten wskaźnik to ułamek procenta - spośród wszystkich cywilizowanych krajów Polska zgłasza do WHO najmniej takich przypadków. W rezultacie wielu pacjentów wymaga podwójnego leczenia - najpierw z powodu choroby, potem z powodu powikłań po terapii. Ale to jedynie może cieszyć firmy farmaceutyczne.

Jan Stradowski

 

KARUZELA Z LEKAMI 

ŚRODKI PRZECIWBÓLOWE

Niesteroidowe środki przeciwbólowe, takie jak Ibuprofen i Naproksen, stosowane szczególnie często u chorych na reumatyzm, u osób starszych o 30 proc. zwiększają ryzyko hospitalizacji z powodu niewydolności serca (Źródło: „HEART).

 

 

"WPROST" nr(1047), 22.12.2002 r.

WSTALI Z ŁOŻA ŚMIERCI

KTO NIE WIERZY W CUDA W MEDYCYNIE, TEN NIE JEST REALISTĄ

Chirurg ortopeda Manuel Nevado Rey z Badajoz w Hiszpanii miał mieć amputowaną lewą rękę z powodu raka naskórkowego, gdy objawy nowotworu nagle zaczęły zanikać. Po 30 latach choroby nieuleczalne zapalenie skóry obu rąk całkowicie i - jak się później okazało - trwale ustąpiło. Zniknęło owrzodzenie wywołane używaniem podczas operacji przestarzałej aparatury rentgenowskiej, powróciło czucie w rękach. Dziś jedynym śladem po chorobie siedemdziesięcioletniego lekarza są nieznaczne blizny.

Czteromiesięczna Elizabeth Jerningan w Releigh w Karolinie Północnej miała niewielkie szanse przeżycia, gdy lekarze wykryli u niej oponiaka, wyjątkowo złośliwego guza mózgu. Nowotworu nie udało się usunąć w całości, w mózgu noworodka zaczął się gromadzić płyn. Nagle stan dziecka zaczął się poprawiać. Podczas podjętej miesiąc później operacji okazało się, że guz całkowicie zniknął.

 

20 PROCENT CUDÓW

Mimo ogromnego postępu medycyny nadal napływają zdumiewające doniesienia o "cudownych wyzdrowieniach", potwierdzone przez niezależne komisje biegłych lekarzy. "Nie wiemy, jaka jest ich przyczyna, dlaczego występują jedynie u niektórych chorych. Z pokorą musimy jednak przyznać, że się zdarzają. Kto nie wierzy w cuda, ten nie jest realistą" - przekonuje prof. Walter M. Gallmeier, szef kliniki onkologicznej Uniwersytetu Nürnberg, autor głośnej książki "Unerwartete Genesung" (Nieoczekiwane wyzdrowienia).

Z badań niemieckiego onkologa wynika, że ponad 80 proc. tzw. spontanicznych wyleczeń raka okazuje się jedynie błędem w diagnostyce lekarskiej. Mimo to pozostaje dość pokaźny odsetek (20 proc.!) wypadków samoistnych wyzdrowień, których współczesna medycyna nie potrafi naukowo wyjaśnić.

- Organizm człowieka nie jest całkowicie bezbronny wobec nowotworu złośliwego - mówi prof. Zbigniew Wronkowski z Centrum Onkologii w Warszawie. - Miałem kilka pacjentek chorych na raka piersi, które przez wiele lat leczyłem jedynie lekami zmniejszającymi poziom żeńskich hormonów, bo nie chciały się poddać operacji ani napromieniowaniu. Zdarzały się nawet wyleczenia. U jednej z kobiet po pięćdziesiątce, z dużym owrzodzonym guzem lewej piersi, nastąpiła swego rodzaju samoamputacja piersi. Żyła jeszcze ponad dziesięć lat. Zginęła w wypadku.

 

SAMOUNICESTWIENIE RAKA

Spontaniczne cofnięcie się choroby zdarza się nawet u chorych na tak trudno wyleczalne nowotwory złośliwe, jak czerniak, rak nerek, mózgu i trzustki. Sylvii McAndrew z Anglii, u której wykryto raka trzustki, lekarze dawali sześć miesięcy życia. Przed śmiercią McAndrew chciała się po raz ostatni pomodlić w swej ulubionej kaplicy w Lourdes we Francji. W drodze powrotnej bóle nagle ustąpiły. Kilka tygodni później choroba całkowicie się cofnęła.

"Takie przypadki zdarzają się u jednego chorego spośród 100 tys. cierpiących na raka. Świadczą jednak o tym, że w ludzkim organizmie zachodzą mało poznane dotychczas procesy, które czasami mogą spowodować samounicestwienie nowotworu" - uważa prof. Gallmeier. Podejrzewa się, że do takich wyleczeń może doprowadzić samobójcza śmierć komórek nowotworowych (nazywana apoptozą). Może też dojść do samoistnego wygłodzenia się raka, polegającego na zahamowaniu angiogenezy, czyli zablokowaniu powstawania naczyń krwionośnych niezbędnych do rozrostu guza.

Nie wiadomo jednak, w jaki sposób do nieoczekiwanych wyleczeń dochodzi u ludzi po ciężkich wypadkach, a także u chorych m.in. na reumatoidalne zapalenie stawów, stwardnienie rozsiane i ciężkie udary mózgu.

W styczniu 2000 r. siedmioletni Matteo Colella z San Giovanni Rotondo we Włoszech przez dziesięć dni był nieprzytomny z powodu ostrego zapalenia opon mózgowych. Miał ponad czterdzieści stopni gorączki, niewydolność płuc i krwawe wybroczyny na całym ciele. Gdy z powodu zatrzymania akcji serca trzeba było go reanimować, lekarza orzekli, że będzie żył najdłużej kilka godzin. Jeszcze tego samego dnia chłopiec zaczął jednak samodzielnie oddychać. Kilka dni później odzyskał świadomość, po kilku tygodniach w pełni wrócił do zdrowia. W jego mózgu nie wykryto żadnych uszkodzeń.

 

TERAPIA MODLITWĄ CZY ŚLEPY LOS?

"Wiele nieoczekiwanych wyleczeń jest pomijanych w statystykach, bo nie są odpowiednio udokumentowane" - twierdzi amerykański pisarz Dan Wakefield, autor książki "Expect a Miracle" (Oczekuj cudu), który sam cudem przeżył ciężki wypadek samochodowy. Tę tezę potwierdza historia 25-letniego Marcina Hołdy z Krakowa, który w 1997 r. odniósł ciężkie obrażenia całego ciała w wyniku wypadku samochodowego w Tuszynie pod Łodzią.

Hołda miał liczne obrażenia głowy i stłuczony pień mózgu, był bliski śmierci. Lekarze sądzili, że jeśli przeżyje, resztę życia spędzi na wózku inwalidzkim. Niespodziewanie mężczyzna odzyskał siły. Założył rodzinę, niedawno urodziło mu się dziecko. Jego ocaleniem bliżej zainteresowano się, gdy rodzina młodego krakowianina zaczęła przekonywać, że wyzdrowiał on dzięki modlitwie do zmarłego przed 90 laty ojca Jana Beyzyma.

Dr Nevado Rey twierdzi, że wyzdrowiał po dwóch tygodniach modlitwy do kanonizowanego niedawno Josemarii Escrivy, założyciela Opus Dei. Błędne jest jednak przekonanie, że nieoczekiwane wyzdrowienia częściej zdarzają się u ludzi, którzy się o to modlą. Prof. Walter Gallmeier przeanalizował dokumentację wielu cudownie uleczonych osób, ale nie znalazł nic, co pozwalałoby ich wyróżnić spośród innych pacjentów.

 

WIARA (RZADKO) CZYNI CUDA

Najwięcej cudownych uzdrowień zdarza się w znanych miejscach kultu religijnego, takich jak Jasna Góra, Lourdes we Francji, Fatima w Portugalii czy Medjugorje w Hercegowinie. Głównie dlatego, że co roku przybywają tam miliony pielgrzymów. W Lourdes zarejestrowano dotychczas prawie 7 tys. uzdrowień - 66 z nich Kościół katolicki uznał za "medycznie niewytłumaczalne", trzynaście dotyczyło cierpiących na raka. Jedną z cudownie wyleczonych jest dwunastoletnia Sycylijka Delizia Cirolli - po pielgrzymce do Lourdes zniknął u niej guz kości piszczeli w prawej nodze.

Kongregacja Nauki Wiary przestrzega przed wszelkimi "formami podobnymi do histerii, do zachowania sztucznego czy teatralnego, do sensacyjności" w czasie zgromadzeń modlitewnych w celu wyproszenia od Boga uzdrowienia. Uciekanie się do modlitwy "nie wyklucza, lecz zachęca do korzystania z naturalnych środków pomagających zachować czy odzyskać zdrowie".

Zbigniew Wojtasiński

 

 

„WPROST” nr 39(1139), 2004 r.

TERAPIA ZŁUDZEŃ

OPTYMIZM I WIARA W WYZDROWIENIE SĄ RÓWNIE SKUTECZNE JAK PLACEBO

Ponad 30 proc. Amerykanów regularnie modli się w intencji swego zdrowia, a wśród chorych ten odsetek rośnie do 85 proc. Także 80 proc. Polaków uważa, że modlitwa pomaga w walce z chorobą. Niestety, optymizm i wiara w pokonanie raka są równie skuteczne jak placebo - wykazały badania dr Penelope Schofield z Peter MacCallum Cancer Centre w Melbourne. Chorzy, którym dzięki pozytywnemu nastawieniu lub modlitwie udało się pokonać nieuleczalną - zdaniem lekarzy - chorobę, to jedynie odosobnione przypadki, jeśli w ogóle są prawdziwe!

Szczepionka umysłu

Osoby z pozytywnym nastawieniem żyją dłużej i są zdrowsze niż pesymiści - badania nie pozostawiają wątpliwości. Optymiści rzadziej chorują nie tylko na depresję, są też odporniejsi na przeziębienia, bo układy nerwowy i odpornościowy są z sobą połączone. Lewa kora przedczołowa - część mózgu zaangażowana w pozytywne myślenie i odczuwanie szczęścia - wpływa na zwiększenie aktywności układu immunologicznego (wysoka aktywność w tym rejonie kory mózgowej, występująca m.in. u mnichów buddyjskich, zwiększa skuteczność szczepień oraz liczbę komórek odpornościowych we krwi). Osoby, u których doszło do uszkodzenia lewej półkuli mózgu, częściej przechodzą infekcje - udowodniły badania dr. Kimforda Meadora z Georgetown University Hospital w Waszyngtonie. Na raka piersi chorują głównie kobiety nie radzące sobie z negatywnymi emocjami - wynika z badań prof. Magdaleny Marszał-Wiśniewskiej z Instytutu Psychologii PAN.

Przekonanie, że skoro optymizm chroni przed rakiem, to może go też wyleczyć, jest jednak błędne. Układ immunologiczny nieustannie zwalcza komórki nowotworowe, ale te, które zdołają go oszukać, zwykle są już odporne na naturalne mechanizmy obronne. Nawet jeśli pobudzimy odporność za pomocą szczepionki przeciwrakowej, organizm sam nie pokona choroby. Podobnie pozytywne myślenie nie będzie skuteczne bez pomocy lekarza. Przekonują o tym wyniki badań prowadzonych w Australii, które dowiodły, że optymizm nie wpływa na długość życia pacjentów z niedrobnokomórkowym rakiem płuc.

"Byliśmy zaskoczeni, bo badania miały potwierdzić, że chorzy na raka mogą siłą woli przynajmniej przedłużyć życie" - twierdzi Penelope Schofield. "Niektórym to odebrało nadzieję i sens walki z chorobą, ale nie będziemy mówić, że coś pomaga, jeśli to złudzenie" - mówi David Sampson z American Cancer Society.

 

FAŁSZYWY OPTYMIZM

Nadzieja na wyzdrowienie jest ważna, bo pomaga przetrwać uciążliwe zabiegi i porzucić szkodliwe nawyki. Optymistyczne, nawet wojownicze nastawienie do raka stało się niemal normą, zwłaszcza wśród Amerykanów. Dla wielu pacjentów to naturalne, ale część czuje się zmuszana do takiego zachowania przez lekarzy i rodzinę. "Wynika to z przesądu, jakoby depresja, gniew i inne negatywne emocje wywoływały raka, a przyczyną postępowania choroby były wady pacjenta. To okrutne podejście, nie mające naukowego uzasadnienia" - podkreśla prof. Jerome Groopman, autor książki "Anatomia nadziei". "Jeśli ktoś poczuje się źle, nie ma obowiązku bycia odważnym w chorobie" - radzi Nancy Audesse z Massachusetts Board of Registration of Medicine. 45--letnia Audesse, głównie dzięki wczesnej diagnozie i zastosowaniu skutecznej terapii, czterokrotnie pokonała nowotwór.

Onkolodzy i ich podopieczni nagminnie nie biorą pod uwagę możliwości, że terapia nie poskutkuje - wykazały badania przeprowadzone w Holandii. W rezultacie pacjenci zaniedbują tak ważne kwestie, jak uporządkowanie swych spraw i pożegnanie z bliskimi. Podobnie zachowują się chorzy na AIDS. "Znałem osoby, które sprzedały wszystko, co miały, a pieniądze wydały na rzekomo cudowne lekarstwa. Niektórzy nie stosowali zalecanej przez nas terapii, bo wierzyli w boską pomoc, która oczywiście nie nadchodziła" - wspomina prof. Abraham Verghese z University of Texas.

 

SENS MODLITWY

Wiara okazuje się wobec choroby równie bezradna jak nadzieja. Głęboko wierzący i praktykujący cieszą się na ogół lepszym zdrowiem niż ateiści, ale nie można z tego wyciągać zbyt śmiałych wniosków. Osoby religijne łatwiej akceptują działania prozdrowotne: umiar w jedzeniu i piciu czy rzucenie nałogów. Wspólnota religijna daje wsparcie, które korzystnie wpływa na stan zdrowia, zwłaszcza osób starszych. "Działanie samych czynników duchowych na zdrowie jest jednak wątpliwe. Nie ma solidnych dowodów na to, że wiara może leczyć" - uważa prof. Richard Sloan z Columbia University.

Sceptycyzm pogłębiają kompromitujące próby udowodnienia leczniczej siły wiary. W 2001 r. sensację wywołała publikacja naukowców z Columbia University. Przeprowadzili eksperyment: chrześcijanie z USA, Kanady i Australii modlili się o powodzenie zabiegu sztucznego zapłodnienia, któremu były poddawane Koreanki. Kobiety nie wiedziały, że ktoś udziela im wsparcia, a mimo to zachodziły w ciążę dwukrotnie częściej niż te, za które nikt się nie modlił. Niedawno wyszło na jaw, że badanie było sfałszowane, a dwóch głównych autorów okazało się oszustami bez wykształcenia medycznego.

Wielu pacjentów zwraca się ku religii dopiero wtedy, gdy zostanie u nich wykryta choroba. Badania wykazały, że taka powierzchowna wiara może być wręcz szkodliwa. "Jeśli ktoś tylko chodzi do kościoła i modli się, nie będzie od tego zdrowszy" - mówi dr Monika Ardelt z University of Florida. Religia pomaga dopiero wtedy, gdy pozwala odnaleźć sens życia - nawet jeśli choroba zakończy je przedwcześnie.

 

WYBACZ NA ZDROWIE 

Zdolność przebaczania innym służy naszemu zdrowiu - twierdzą uczeni zaangażowani w kampanię wybaczania (www.forgiving.org). Z ich badań wynika, że osoby nie chowające urazy mają niższe ciśnienie krwi i poziom hormonów stresu, słabiej odczuwają dolegliwości, takie jak ból pleców, i lepiej reagują na zabiegi rehabilitacyjne. Lecznicze działanie wybaczania związane jest przede wszystkim ze zmniejszeniem poziomu przewlekłego stresu.

Jan Stradowski

 

 

"WPROST" nr 1155, 23.01.2005 r.

TERAPIA BLAGĄ

TERAPIE ALTERNATYWNE SKUTECZNIE DZIAŁAJĄ JEDYNIE NA MÓZG CHOREGO

Aż 50 proc. pacjentów cierpiących na przewlekłe bóle pleców odczuło poprawę stanu zdrowia po kilkunastu zabiegach akupunktury - wykazały wykonane w Niemczech badania GerAc (German Acupuncture Trials), w których wzięło udział 40 tys. osób. Problem w tym, że lekarze zaobserwowali lepsze samopoczucie zarówno u chorych, u których wykonali zabieg, trzymając się ściśle zasad chińskiej medycyny, jak i u tych, którzy byli nakłuwani w dowolnych miejscach! Oznacza to, że lekarz może zastosować dowolny system nakłuwania, bo najważniejszą rolę odgrywa sugestia. Działanie przeciwbólowe może mieć związek z wydzielaniem przez organizm endorfin - naturalnych środków przeciwbólowych wpływających na pracę neuronów - w odpowiedzi na samo nakłucie, niezależnie od jego miejsca.

 

Wcześniejsze eksperymenty sugerowały, że akupunktura ma działanie przeciwbólowe, zapobiega mdłościom i wymiotom u pacjentów po operacji, obniża ciśnienie krwi, a nawet łagodzi objawy alergicznego nieżytu nosa. Nikomu jednak nie udało się wykryć w ciele człowieka struktur anatomicznych odpowiadających czakramom czy meridianom, przez które miałaby płynąć życiodajna energia wewnętrzna, regulowana przez nakłucie lub uciśnięcie skóry. Podobnie za pomocą sugestii działają opaski magnetyczne, reklamowane jako środek łagodzący ból w chorobie zwyrodnieniowej stawu kolanowego i biodrowego. Badania specjalistów z Peninsula Medical School sugerują, że lecznicze jest samo nastawienie pacjenta oczekującego zmniejszenia dolegliwości, a nie wytwarzane przez opaski silne pole magnetyczne. Ten sam mechanizm jest wykorzystywany w większości coraz bardziej popularnych terapii alternatywnych, z których korzysta już co trzeci mieszkaniec krajów wysoko rozwiniętych.

 

ZAKLINANIE BÓLU

Wbrew stereotypowi tzw. hipnoza medyczna nie polega na wprowadzaniu pacjenta w trans i pozbawianiu go kontroli nad własnym zachowaniem. Chorzy są uczeni techniki autohipnozy, pozwalającej na świadome zablokowanie odczuwania bólu, relaks i wyobrażenie sobie innego, przyjemniejszego miejsca niż szpital. Eksperymenty wykazały, że dzięki tej metodzie kobiety mogą odczuwać mniej bólu w czasie porodu, a dzieci lepiej znoszą nieprzyjemne zabiegi. Gdy jednak uczeni z University of Hartford porównali hipnozę i inne terapie behawioralne - takie jak ćwiczenia relaksacyjne, wyobrażanie sobie chroniącej przed bólem "zbroi" czy powtarzanie słów: "sprawię, że ból się zmniejszy" - nie znaleźli różnic w ich skuteczności. "W dużej części efekt terapii zależy od tego, czego oczekuje pacjent" - komentuje prowadzący badania dr Leonard Milling.

 

Ostatecznych dowodów na prawdziwą naturę hipnozy dostarczyło skanowanie mózgu osób poddanych temu zabiegowi. Uczeni z Imperial College London, stosując funkcjonalny rezonans magnetyczny, wykazali, że u zahipnotyzowanych bardziej aktywne stają się dwa ważne obszary mózgu. Pierwszy z nich to przedni zakręt obręczy, odpowiedzialny m.in. za wykrywanie błędów oraz instynktowną, emocjonalną ocenę zdarzeń. Drugi to lewa kora przedczołowa - miejsce, które ulega pobudzeniu przy stosowaniu każdej terapii alternatywnej.

 

PREZES MÓZGU

Neurobiolodzy uważają lewą korę przedczołową za esencję człowieczeństwa. Jest ona zaangażowana w czynności umysłowe wyższego stopnia - świadomą ocenę sytuacji, planowanie działań i przewidywanie ich konsekwencji, wyczucie kontekstu społecznego. Uczeni nazywają ją "prezesem mózgu", bo może wpływać na inne jego części i hamować bądź pobudzać ich aktywność. Kora przedczołowa ma też związek z pozytywnymi emocjami - odczuwaniem relaksu, szczęścia i entuzjazmu - oraz ze stymulowaniem aktywności układu odpornościowego (osoby, u których doszło do uszkodzenia tej części mózgu, częściej niż inne przechodzą infekcje).

 

Część ludzi ma dziedziczne predyspozycje do zwiększonej aktywności lewej kory przedczołowej. Są bardziej kreatywni i łatwiej poddają się hipnozie. Eksperymenty z udziałem mnichów buddyjskich wykazały, że istnieją metody pobudzania tego ważnego obszaru mózgu. Należą do nich medytacje i modlitwy, a także ćwiczenia oddechowe i fizyczne, takie jak joga czy shiatsu. Można też połknąć pigułkę placebo, czyli fałszywy lek nie wykazujący działania farmakologicznego.

 

OPERACJE NA NIBY

Uczeni z University of Michigan i Princeton University postanowili sprawdzić najbardziej znany skutek działania placebo - zmniejszanie odczuwania bólu. Poddali skanowaniu mózgu dwie grupy ochotników, których skórę drażniono wyładowaniami elektrycznymi. Zgodnie z wcześniejszymi wynikami badań ci, którzy wierzyli, że przed eksperymentem zaaplikowano im przeciwbólową maść, odczuwali ból słabiej niż inni. Prawdziwe rewelacje były jednak widoczne w ich mózgach - u osób poddanych działaniu placebo zwiększyła się aktywność lewej kory przedczołowej, która z kolei zahamowała odczuwanie bólu w podwzgórzu i korze czuciowej.

Wpływ "fałszywego leczenia" na mózg tłumaczy, dlaczego placebo tak dobrze sprawdza się w wypadku schorzeń układu nerwowego. Koronnym przykładem jest choroba Parkinsona. Neurolodzy z University of Denver przeprowadzili eksperyment - części pacjentów wszczepiali do mózgu komórki produkujące dopaminę (neuroprzekaźnik, którego niedobór prowadzi do rozwoju choroby), a u pozostałych jedynie wywiercili otwory w czaszce, ale nie ingerowali w mózg. Długotrwała poprawa następowała tylko u tych pacjentów, którzy byli przekonani, że poddano ich przeszczepowi. Jedna z pacjentek nie była zdolna do większego wysiłku fizycznego przez kilka lat poprzedzających zabieg, a po nim zaczęła znów jeździć na rowerze. Była zdziwiona, gdy dowiedziała się, że poddano ją tylko pozornej operacji.

 

ZASADA HIPOKRATESA

Wiara w lecznicze właściwości różnych substancji i zabiegów była siłą napędową medycyny przez wiele stuleci. Skuteczność placebo znano już w starożytności. Hipokrates zaobserwował, że ciężko chorzy pacjenci szybko odzyskują zdrowie, jeśli są zadowoleni z lekarza.

I choć wydawało się, że naukowe podejście wyeliminuje stosowanie placebo, "fałszywe pigułki" nadal są popularne. Do ich stosowania przyznaje się 60 proc. izraelskich lekarzy i pielęgniarek. Większość z nich uważała je za skuteczną metodę pozbycia się z gabinetu narzekającego pacjenta, domagającego się przepisania mu jakiegoś leku. Lekarze powinni jednak pamiętać, że po terapie alternatywne najczęściej sięgają chorzy, którzy zrazili się do bezdusznej i przeładowanej technologią nowoczesnej medycyny.

Jan Stradowski

 

PLACEBO NA SERCE

Placebo jest skuteczne w wypadku chorób układu krążenia. Uczeni z Duke University stwierdzili, że pacjenci cierpiący na niewydolność serca rzadziej trafiają do szpitala i umierają, jeśli regularnie łykają pigułki - niezależnie od tego, czy zawierają one prawdziwy lek, czy placebo. Podobne były wyniki badań nad leczeniem choroby wieńcowej. "Być może wyjaśnieniem jest nie tyle efekt działania placebo, ile cechy organizmu pacjenta. Ci, którzy są zdyscyplinowani, szybciej zdrowieją - ale nadal nie wiemy dlaczego" - mówi dr Bradi Granger z Duke University. 

 

 

"WPROST" nr 50(1046), 15.12.2002 r.

HORMONY ZŁUDZEŃ 

KURACJE ODMŁADZACE SKRACAJĄ ŻYCIE

Kilka milionów ludzi regularnie połyka "pigułki młodości", jak nazywane są preparaty zawierające melatoninę lub hormon oznaczony skrótem DHEA. Prawie 300 tys. osób codziennie wstrzykuje sobie syntetyczny hormon wzrostu, choć za miesięczną kurację trzeba zapłacić co najmniej tysiąc dolarów. Coraz więcej mężczyzn przyjmuje testosteron - liczba recept wypisywanych rocznie z tego powodu przez lekarzy amerykańskich w ostatnich pięciu latach zwiększyła się prawie dwa razy (z 800 tys. do 1,5 mln). Niestety, niepożądane skutki terapii hormonalnej są większe niż ewentualne jej korzyści - ostrzegają w najnowszym raporcie specjaliści Narodowego Instytutu Zdrowia (NIH) w Bethesda. Tymczasem po pigułki młodości coraz częściej sięgają również Polacy. Melatoninę regularnie zażywa już 70 tys. naszych rodaków.

 

TOKSYCZNA TERAPIA

Szczególnie niebezpieczny jest hormon wzrostu, czyli somatotropina. "To naprawdę toksyczna terapia" - alarmuje prof. Richard Spark z Beth Israel Hospital, jeden z autorów raportu NIH. "Zażywanie go przez dorosłych może nawet skracać życie" - uważa prof. Zvi Laron z uniwersytetu w Tel Awiwie, pionier leczenia somatotropiną dzieci z niedoczynnością przysadki mózgowej. Z jego doświadczeń wynika, że ludzie z takim zaburzeniem, nie leczeni w dzieciństwie hormonem wzrostu, są wprawdzie niscy, lecz przeciętnie żyją dłużej niż ci, którzy poddali się terapii. Hormon wzrostu stał się popularny na początku lat 90. Amerykański

 

endokrynolog Daniel Rudman opublikował wtedy pierwsze badania, z których wynikało, że somatotropina zwiększa masę mięśniową, likwiduje fałdy tłuszczu, ujędrnia skórę i obniża stężenie cholesterolu we krwi. Wkrótce taką kurację zafundowały sobie gwiazdy Hollywood, m.in. sześćdziesięciojednoletni aktor Nick Nolte, pięćdziesięciopięcioletni reżyser Oliver Stone oraz Deborah Harry, była wokalistka grupy Blondie. "Czuję się znacznie lepiej i wyglądam, jakby ubyło mi co najmniej kilka lat" - twierdzi Oliver Stone, który poddał się kuracji odmładzającej w LifeSpan, słynnej klinice Christphera Renna. Najnowsze badania sugerują jednak, że jedynym pozytywnym efektem takiej terapii jest poprawa samopoczucia.

 

Jak wykazały badania, u osób powyżej 65. roku życia po pół roku przyjmowania somatotropiny zwiększyła się masa mięśniowa, ale nie wzrosła siła mięśni (co może świadczyć o tym, że w komórkach zgromadziła się większa ilość wody). Stwierdzono natomiast niepokojące powikłania, takie jak większa skłonność do cukrzycy (objawiająca się podwyższonym poziomem glukozy i insuliny), a także bóle stawów, obrzęki rąk i nóg oraz tzw. zespół kanału nadgarstkowego (ostry lub przewlekły ucisk nerwu pośrodkowego). Nie wiadomo, jakie skutki powodują nawet małe dawki somatotropiny podawane przez dłuższy okres, szczególnie u ludzi w średnim wieku (długotrwałych obserwacji nikt jeszcze nie przeprowadził). Najbardziej niepokojące są podejrzenia, że kuracja zwiększa ryzyko zachorowania na tzw. nowotwory hormonozależne - raka piersi u kobiet i raka prostaty u mężczyzn. Podobne wątpliwości budzi stosowanie innych "hormonów młodości", takich jak testosteron, melatonina czy dehydroepiandrosteron (DHEA), od niedawna sprzedawany w Polsce przez firmę Lekam. - Dotychczas nie udało się uzyskać ani jednego syntetycznego hormonu, który działałby jak eliksir młodości i nie powodował żadnych skutków ubocznych - twierdzi niemieckie pismo medyczne "Deutsche Ärtzteblatt", które przeanalizowało wszystkie badania na ten temat.

 

KONDYCJA WAŻNIEJSZA NIŻ WIEK

- Z upływem lat, najczęściej po 30.-35. roku życia, organizm wytwarza coraz mniej hormonów - mówi prof. Stefan Zgliczyński, kierownik Kliniki Endokrynologii Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie. Nie ma jednak dowodów na to, że ich uzupełnianie odmładza i wydłuża życie. Nie wiadomo również, czy spadek ich produkcji jest przyczyną, czy tylko jednym z wielu objawów starzenia się. "Kuracja hormonalna może być stosowana jedynie u osób z drastycznie niskim poziomem hormonów" - uważa prof. Fran oise Forette, autorka książki "La révolution de la longévité" ("Rewolucja długowieczności"). Dlatego trzeba dobierać ją indywidualnie. Kłopot polega na tym, że na razie jedynie u kobiet można jednoznacznie stwierdzić (najczęściej około 50. roku życia) niedobór hormonów płciowych - estrogenów i progesteronu. W wypadku pozostałych hormonów obowiązujące normy są znacznie mniej ścisłe. U mężczyzn prawidłowy poziom testosteronu wynosi 300-1000 ng/dl krwi, a DHEA - 600-3000 ng/dl krwi. Na dodatek zmienia się on w ciągu dnia, na przykład pod wpływem stresów. Prawdopodobnie najwyżej co piąta osoba po pięćdziesiątce wymaga leczenia z powodu zbyt niskiego poziomu testosteronu lub DHEA (przetwarzanego w organizmie na żeńskie lub męskie hormony płciowe). Ów niedobór zwiększa się z powodu palenia tytoniu, nadużywania alkoholu, nieprawidłowego odżywiania się oraz prowadzenia mało aktywnego trybu życia, może być także zaprogramowany genetycznie. - Wystąpienie andropauzy w większym stopniu zależy od ogólnego stanu zdrowia mężczyzny niż od wieku - twierdzi prof. Zgliczyński.

 

SEKRET DŁUGOWIECZNOŚCI

Badania prof. George'a Rotha z National Institute of Aging w Baltimore sugerują, że o długości życia decydują trzy czynniki: temperatura ciała (u ludzi długowiecznych nieznacznie tylko przekracza ona 36°C), obniżony poziom insuliny (chroniący przed cukrzycą i zawałami serca) oraz podwyższone stężenie siarczanu dehydroepiandrosteronu (DHEA). Nie wystarczy jednak zażywać preparat zawierający hormon DHEA, by przedłużyć życie. Wymienione czynniki prawdopodobnie świadczą jedynie o wolnej przemianie materii sprzyjającej długowieczności. Wbrew wcześniejszym podejrzeniom nie wpływa na nią dieta niskokaloryczna (poniżej 1500 kalorii dziennie). Wprawdzie małpy będące na takiej diecie mają w porównaniu z innymi zwierzętami niższą temperaturę ciała, niższy poziom insuliny, a ilość DHEA w ich organizmach zmniejsza się wolniej, ale testy genetyczne wykazały, że ich mięśnie starzeją się w takim samym tempie jak u małp odżywiających się bardziej kalorycznie. Podobnie jest u ludzi. Genetycy oceniają, że po 30. roku życia nawarstwiające się uszkodzenia DNA w komórkach powodują osłabienie wydolności organizmu średnio o 0,5 proc. rocznie. Stosowanie hormonów nie ma na to wpływu. Tego procesu nie może również zahamować zażywanie przeciwutleniaczy - witamin i mikroelementów neutralizujących szkodliwe dla genów działanie tzw. wolnych rodników. Większość z nich nie przenika do wnętrza komórek, gdzie powstają uszkodzenia DNA. "Długowieczność jest czasami cechą rodzinną" - twierdzą specjaliści National Institute of Aging. Ludzie wywodzący się z rodzin długowiecznych mają wyższy poziom dobrego cholesterolu (HDL) i rzadziej chorują na serce. Błędne jest jednak przekonanie, że o tym, jak długo żyjemy, decydują wyłącznie geny. Według specjalistów amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia, różnice długości życia między ludźmi tylko w jednej czwartej zależą od DNA. Zdecydowana większość osób w tym stuleciu powinna dożyć osiemdziesiątki, ale o tym, kto będzie obchodził setne urodziny, zadecyduje głównie styl życia.

Zbigniew Wojtasiński                              

 

 

 "WPROST" nr 1160, 27.02.2005 r.

SKALPELEM PO KIESZENI

LEKARZE USUWAJĄ ZDROWE WYROSTKI ROBACZKOWE I WYRYWAJĄ ZDROWE ZĘBY

AŻ JEDNA PIĄTA PRZEPROWADZANYCH W POLSCE ZABIEGÓW I OPERACJI - SZCZEGÓLNIE W GINEKOLOGII, POŁOŻNICTWIE, STOMATOLOGII, KARDIOLOGII I LECZENIU NIEPŁODNOŚCI - JEST NIEPOTRZEBNA LUB ZBYT RYZYKOWNA

O TYM JEDNAK DOWIADUJE SIĘ NIEWIELU PACJENTÓW - I TO NAJCZĘŚCIEJ PRZYPADKOWO, GDY PO ZABIEGU DOJDZIE DO POWIKŁAŃ LUB GDY CHORY PÓJDZIE DO INNEGO SPECJALISTY. SKALA TEGO PROBLEMU MOŻE BYŚ ZNACZNIE WIĘKSZA NIŻ LICZBA EWIDENTNYCH BŁĘDÓW W SZTUCE LEKARSKIEJ.

 

WYCINANIE PŁODU

"Będę stosował zabiegi lecznicze wedle mych możności i rozeznania ku pożytkowi chorych, broniąc ich od uszczerbku i krzywdy" - głosi przysięga Hipokratesa, najstarszy i ciągle obowiązujący kodeks etyki medycznej. Dziś zasadę primum non nocere - przede wszystkim nie szkodzić - lekarze coraz częściej stosują po to, by nie zaszkodzić własnej kieszeni lub szpitalnej kasie. Trzydziestoletnia Dorota Krzyżaniak z Warszawy poskarżyła się Stowarzyszeniu Pacjentów Primum Non Nocere, że lekarz namówił ją na niepotrzebną operację z powodu dyskopatii kręgosłupa. Zabieg, za który trzeba było zapłacić 4,5 tys. zł, niewiele pomógł. Zdaniem neurologa, wystarczyłaby tańsza i mniej bolesna rehabilitacja!

 

Tylko jedna czwarta narodzin, określanych jako poród naturalny, faktycznie odbywa się bez interwencji lekarskiej. W większości wypadków stosuje się niepotrzebne, a nawet szkodliwe zabiegi - nacięcie krocza, przyspieszenie porodu lub znieczulenie zewnątrzoponowe. Jak wynika z ankiet fundacji Rodzić po Ludzku, nacięcie krocza jest wykonywane aż przy 80 proc. naturalnych porodów w Polsce. W Holandii ten odsetek wynosi zaledwie 10 proc., bo taka interwencja nie jest korzystna ani dla dziecka, ani dla matki.

 

Porody coraz częściej odbywają się na stole operacyjnym, a nie w sali porodowej. Jak wynika z danych Zakładu Epidemiologii Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, w Polsce już 30 proc. dzieci przychodzi na świat dzięki cesarskiemu cięciu. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca, by ten odsetek nie przekraczał 10 proc. - To przede wszystkim efekt nacisku matek, które domagają się cesarskiego cięcia bez wyraźnych wskazań medycznych - tłumaczy dr Remigiusz Rak ze Śródmiejskiego Szpitala Urazowego w Warszawie. Gdy lekarz odmówi, a w czasie porodu dojdzie do komplikacji, kobieta może pozwać szpital do sądu. Jednak poród przez cesarskie cięcie powinien być wykonywany jedynie w ostateczności, bo zabieg wcale nie jest bezpieczny ani bezbolesny.

 

GORLIWI CHIRURDZY

Niepotrzebne zabiegi są doskonałym sposobem wyciągania pieniędzy z Narodowego Funduszu Zdrowia. - Tak robią szpitale, do których trafia mało pacjentów, więc placówki poszerzają zakres wskazań do diagnostyki i leczenia, aby tylko się wywiązać z zawartego kontraktu - mówi Adam Sandauer, prezes Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere. Do nagminnych praktyk należy przetrzymywanie pacjentów "na obserwacji", by uzyskać pieniądze za hospitalizację. W praktyce oznacza to wykonywanie dodatkowych, często niepotrzebnych analiz, prześwietleń czy nawet operacji.

"Nadgorliwie" przeprowadza się na przykład histerektomie, czyli zabiegi wycięcia macicy. W Wielkiej Brytanii, gdzie co roku robi się prawie 100 tys. takich operacji, co najmniej połowa jest wykonywana przedwcześnie lub niepotrzebnie. Podobnie jest w Polsce. U 50-letniej Marty Dziedzic ginekolog wykrył mięśniaki macicy zaledwie wielkości wiśni. Kobieta nie odczuwała żadnych dolegliwości, mimo to lekarz namówił ją na amputację całego narządu, choć tak drastyczna interwencja nie była potrzebna.

 

Ginekolodzy przy okazji takich operacji wycinają nawet zdrowe narządy. U Marii Świech z Warszawy nie wykryto groźnych zmian, mimo to "na wszelki wypadek" amputowano jej jajniki, doprowadzając do pojawienia się przedwczesnej menopauzy. Zbędne są nawet niektóre zabiegi onkologiczne. U większości chorych na raka sutka wystarczy przeprowadzić tzw. zabieg oszczędzający, czyli lumpektomię (wycięcie guza z marginesem zdrowej tkanki) lub kwadrantektomię (usunięcie części piersi). Tymczasem lekarze nadal często usuwają całą pierś.

 

Jedną z najczęstszych zbędnych operacji jest wycięcie wyrostka robaczkowego. Specjaliści z Washington University twierdzą, że ten zabieg jest przeprowadzany niepotrzebnie u co czwartej kobiety w wieku rozrodczym i u co dziesiątego mężczyzny. To prawda, że objawy zapalenia wyrostka robaczkowego łatwo pomylić z dolegliwościami ginekologicznymi u kobiet i infekcjami wirusowymi u dzieci. Każdy zabieg przeprowadzany w znieczuleniu jest jednak obciążeniem zarówno dla budżetu szpitala, jak i dla organizmu pacjenta - komplikacje po znieczuleniu mogą doprowadzić do zgonu nawet młodej, zdrowej osoby. Po takim rutynowym zabiegu w wieku 59 lat zmarł twórca popartu Andy Warhol. Dzieci i młodzieży powszechnie usuwa się migdałki. Tymczasem badania wykazały, że ten zabieg w ponad 70 proc. przypadków nie przynosi żadnych korzyści. Nie jest to jednak operacja prosta i bezpieczna - u jednego na 5 tys. pacjentów może spowodować śmierć. Oznacza to, że "na migdałki" umiera w Polsce kilkadziesiąt młodych osób rocznie!

 

BANKOWANIE GOTÓWKI

Konkurencja między gabinetami stomatologicznymi jest tak duża, że coraz częściej dentystom brakuje klientów. Dlatego lekarze naciągają majętnych pacjentów na zbędne lub droższe usługi. Według szacunkowych danych, aż jedna piąta zabiegów stomatologicznych nie jest potrzebna. Prym wiodą: wymiana nie uszkodzonych plomb, usuwanie kamienia i wyrywanie zdrowych zębów mądrości. Większość tych zabiegów wykonuje się w gabinetach prywatnych i praktycznie nikt ich nie kontroluje (w innych krajach zasadność leczenia może zakwestionować firma ubezpieczeniowa).

 

W USA największym przekrętem ostatnich lat było namawianie zdrowych osób do skanowania całego ciała za pomocą tomografii komputerowej. Pacjenci ustawiali się w kolejkach do prywatnych ośrodków radiologicznych, bo lekarze obiecywali, że badanie pozwala wcześnie wykryć raka i inne choroby. Szybko się jednak okazało, że koszty skanowania (ponad tysiąc dolarów) przewyższają potencjalne korzyści. Towarzystwa medyczne ogłosiły, że przeprowadzanie takich badań w wypadku zdrowych osób nie ma sensu, a firmy ubezpieczeniowe przestały je refundować. Kwitnący biznes błyskawicznie upadł. Dziś skanowaniu całego ciała poddają się niemal wyłącznie pacjenci z objawami choroby nowotworowej.

 

Doskonałym sposobem na wyciąganie pieniędzy są usługi "na wszelki wypadek". Firmy zachęcają rodziców do wykupienia "biologicznej polisy na życie" - pobrania i zamrożenia komórek macierzystych z krwi pępowinowej noworodka. W przyszłości mają one być materiałem do przeszczepu, jeśli dziecko zachoruje na białaczkę. Banki chwalą się, że z ich usług skorzystali już m.in. muzycy Michał Wiśniewski i Paweł Golec oraz aktorki - Renata Dancewicz i Anna Przybylska. Michał Wiśniewski uważa, że dla ratowania chorego dziecka należy sięgnąć po każdą możliwość. - Gdy urodziła się nasza córka, lekarze podali nam przykład rodziców, których dziecko zachorowało na białaczkę, a wtedy ci ludzie zdecydowali się na urodzenie kolejnego, by pobrać z jego pępowiny krew i przetoczyć choremu rodzeństwu - powiedział w rozmowie z "Wprost" Paweł Golec.

Firmy nie wspominają jednak, że nie ma naukowych dowodów na skuteczność przeszczepów z własnych komórek macierzystych! - Na świecie wykonano zaledwie siedem prób i tylko jedno dziecko przeżyło - mówi prof. Wiesław Jędrzejczak z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych AM w Warszawie. Koszty prywatnego "bankowania" krwi są wysokie - na wstępie około 3 tys. zł, a potem 400 zł za każdy rok przechowywania.

 

EPIDEMIA SŁUŻBY ZDROWIA

W polskich szpitalach stosuje się wiele terapii, które na świecie uznano za przestarzałe. Prof. Piotr Kuna, dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 w Łodzi, uważa, że dzięki powszechnemu stosowaniu tzw. medycyny opartej na faktach (evidence based medicine), czyli metod i terapii, których skuteczność potwierdzono badaniami, koszty leczenia mogłyby spaść o 20 proc.! Przykładem jest pochopnie przeprowadzana transfuzja. Tak rutynowy zabieg zamiast ratować życie, może je skracać. U niektórych po zabiegu dochodzi do uszkodzenia narządów wewnętrznych, a nawet do zgonu. Pacjenci, którym po operacji kardiochirurgicznej przetaczano krew, umierają przedwcześnie dwa razy częściej niż ci, u których tego zabiegu nie zastosowano. "Należy unikać podawania chorym krwi, na ile jest to tylko możliwe. Przetaczanie powinno być wykonywane wyłącznie po to, by ratować życie pacjentów w ciężkim stanie" - przekonuje prof. Jean-Louis Vincent z Uniwersytetu w Brukseli.

 

Zbędne metody leczenia, nazywane medycyną defensywną, pozwalają lekarzom uniknąć płacenia odszkodowania w razie procesu sądowego. Może to jednak przynosić więcej szkody niż pożytku - zarówno pacjentom, jak i służbie zdrowia. W Polsce najlepszym przykładem są obowiązkowe szczepienia przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B przed przyjęciem do szpitala. Placówki chcą w ten sposób uniknąć wypłacania odszkodowań za ewentualne zakażenie żółtaczką, do czego może dojść na skutek używania źle wysterylizowanych narzędzi chirurgicznych. Liczba zakażeń spadła, ale ponieważ nie zmieniono przestarzałych metod sterylizacji, pojawiła się nowa epidemia - wirusowe zapalenie wątroby typu C. W Polsce prawdopodobnie jest zakażonych ponad 700 tys. osób, z tego ponad 70 proc. zostało zarażonych w placówkach służby zdrowia.

 

Podobne skutki wywołało masowe stosowanie antybiotyków. Lekarze przepisywali je, gdy istniał choć cień podejrzenia infekcji bakteryjnej. Badania wykazały, że w 70 proc. przypadków zalecano je cierpiącym na choroby wywołane przez wirusy. Dziś Polska należy do czołówki krajów, w których przepisuje się najwięcej silnych antybiotyków, oraz do państw nękanych przez coraz liczniejsze szczepy bakterii opornych niemal na wszystkie znane leki.

Nigdzie nie udało się wyeliminować wszystkich niepotrzebnych badań i zabiegów, bo lekarze, tak jak przedsiębiorcy, kierują się zyskiem, czemu trudno się dziwić. Nadużyć w polskiej służbie zdrowia będzie jednak szczególnie dużo, póki nie doczekamy się wprowadzenia standardów medycznych, ubezpieczeń zdrowotnych i reformy z prawdziwego zdarzenia.

Jan Stradowski, Zbigniew Wojtasiński Współpraca: Monika Florek

 

LECZENIE POZOROWANE

NAJCZĘSTSZE NIEPOTRZEBNIE STOSOWANE ZABIEGI MEDYCZNE W POLSCE 

 
ANTYBIOTYKOTERAPIA

lekarze pierwszego kontaktu przepisują antybiotyki pacjentom z infekcjami wirusowymi, takimi jak przeziębienie czy zapalenie gardła, na które te leki w ogóle nie działają

niepotrzebnie stosowane w 70% przypadków

 
PORÓD PRZEZ CESARSKIE CIĘCIE

wykonywany na życzenie kobiet, u których nie istnieją wskazania medyczne do takiego zabiegu, albo pod naciskiem lekarzy, którzy oferują "bezbolesny" poród za opłatę

niepotrzebny u ponad 60% Polek rodzących w ten sposób

 

USUWANIE WYROSTKA ROBACZKOWEGO

prosta operacja wykonywana często w wypadku trudnych do zdiagnozowania bólów brzucha, aby zapobiec ropnemu zapaleniu wyrostka i perforacji jelita

niepotrzebne u 25% kobiet i 10% mężczyzn

 

ZABIEGI STOMATOLOGICZNE

wymiana plomby, usuwanie kamienia i wyrywanie nie powodujących żadnych dolegliwości zdrowych zębów mądrości

niepotrzebne u 20% pacjentów 

 

 

Prof. Piotr Kuna, dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 w Łodzi: "Największe oszczędności w szpitalu dają reorganizacja pracy i rezygnacja z nie sprawdzonych naukowo metod leczenia" 

 

 

"WPROST" nr 23(1175), 12.06.2005 r.

PLAGA BŁĘDÓW MEDYCZNYCH 

PATRZ LEKARZOM NA RĘCE!

Ponad 36 tysięcy osób prawdopodobnie umrze w tym roku w Polsce z powodu błędów medycznych - dwukrotnie więcej, niż dotychczas szacowano. "Zdarzenia niepożądane", jak nazywają je lekarze, są już piątą przyczyną zgonów i częstszą przyczyną śmierci niż rak piersi, wypadki drogowe i AIDS. Aż 11 proc. pacjentów ma poważne kłopoty zdrowotne z powodu uchybień podczas zabiegów, niewłaściwego dawkowania leków lub fatalnego stanu sprzętu medycznego. Tych pomyłek mogłoby być nawet trzykrotnie mniej, gdyby błędy medyczne były ujawniane, a nie skrzętnie ukrywane, jak od lat dzieje się w naszej służbie zdrowia. Skandynawskie badania wykazały, że najmniej błędów jest popełnianych w szpitalach, które przyznają się do pomyłek! W Danii, Niemczech, Austrii i Szwajcarii wprowadzono system monitorowania błędów, który dziesięć lat wcześniej zastosowano w lotnictwie, przemyśle kosmicznym, nuklearnym oraz chemicznym. W Wielkiej Brytanii od kilku miesięcy publikuje się nazwiska kardiochirurgów, którzy spowodowali najmniej i najwięcej powikłań. Kiedy w naszej służbie zdrowia błędy medyczne przestaną być tabu i zostaną wprowadzone podobne rozwiązania?

 

TAJNA EPIDEMIA

W ostatnich dwóch latach do dyrekcji szpitali, Ministerstwa Zdrowia, izb lekarskich i prokuratury wpłynęło ponad 20 tys. skarg i spraw z powodu utraty zdrowia lub życia z winy lekarza. Liczba spraw w sądach lekarskich i orzekanych kar zwiększa się o 20-30 proc. rocznie, a liczba skarg na postępowanie lekarzy jest już większa, niż wynosi średnia europejska. - To niestety tylko wierzchołek góry lodowej, bo ukrywanych jest od 50 proc. do 96 proc. pomyłek i zaniedbań! - mówi Barbara Kutryba z Europejskiego Towarzystwa Jakości w Opiece Medycznej (ESQH). Pierwszy anonimowy sondaż Towarzystwa Promocji Jakości Opieki Zdrowotnej w Polsce, przeprowadzony wśród 1200 pracowników służby zdrowia, ujawnił, że 78,5 proc. lekarzy i pielęgniarek uczestniczyło w "zdarzeniu niepożądanym".

24-letni student Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie zmarł po pozornie niegroźnym upadku podczas zjazdu na snowboardzie. Odczuwał ból w płucach, miał gorączkę, skoki ciśnienia i trudności z oddychaniem, ale badanie rentgenowskie niczego nie wykazało. Zmarł po kilku dniach z powodu zatoru tętnicy płucnej. Rodzice zawiadomili prokuraturę, bo takie przypadki łatwo można wykryć za pomocą tomografii komputerowej. Olsztyńscy medycy popełnili błąd,

 

uznając, że takie badanie jest niepotrzebnym wydatkiem. Do rzecznika praw pacjenta w podlaskim oddziale NFZ złożono skargę, że w ciągu siedmiu dni w siedmiu różnych placówkach lekarze postawili błędne diagnozy u tego samego dziecka. Jednemu się wydawało, że ma do czynienia z zatruciem pokarmowym, drugi podejrzewał zapalenie dróg moczowych, inni sądzili, że to angina, i zapisali... antybiotyki. Trzy razy błędnie odczytano wyniki badań USG. Dopiero gdy chłopiec był już w stanie agonalnym, okazało się, że ma pęknięty wyrostek robaczkowy. Na szczęście tym razem w porę go usunięto.

 

ŁOPATA W BRZUCHU

Lekarze twierdzą, że leczenie nie u każdego pacjenta jest jednakowo skuteczne, a dwa zdjęcia radiologiczne wykonywane nawet w krótkim czasie mogą wyglądać zupełnie inaczej. Słusznie narzekają, że obwinia się ich za błędy popełnione z powodu wadliwie działającej aparatury. Wielu "niebezpiecznych zdarzeń" nie można jednak nazwać choćby błędem w sztuce, bo są to zaniedbania kryminalne. Jak inaczej można nazwać pozostawienie po operacji w ciele pacjenta wacików lub narzędzi chirurgicznych? Lekarz Mirosław K. i instrumentariuszka Agnieszka K. z olsztyńskiego szpitala zostawali w brzuchu 70-letniej pacjentki 30-centymetrową łyżkę chirurgiczną, nazywaną przez lekarzy "łopatą"! Chorej, mimo kolejnej operacji, nie udało się uratować (sąd w Olsztynie orzekł, że Mirosław K. przez cztery lata, a intrumentariuszka przez trzy lata nie mogą wykonywać zawodu). Chirurdzy szpitala w Kolbuszowej (Podkarpacie) usunęli z brzucha pacjentki chustę operacyjną, którą rok wcześniej zaszyli lekarze z Krakowa podczas zabiegu cesarskiego cięcia. Małgorzata Król z Ossowa pod Warszawą przez siedem miesięcy po cesarskim cięciu chodziła z chustą wielkości ścierki do naczyń w lewym boku, co spowodowało uszkodzenie jelit na długości 40 cm.

 

W literaturze medycznej za malpractice (złą praktykę) uznaje się zarówno błędy w sztuce lekarskiej oraz niedopatrzenia w trakcie interwencji, jak i zaniedbania organizacyjne, a nawet brak należytej staranności i taktu w kontaktach z pacjentami! W Danii za złą praktykę uznaje się dopuszczenie do popełnienia samobójstwa przez pacjenta w szpitalu. W Polsce błędem medycznym jest co najwyżej użycie przez lekarza niewłaściwej procedury lub standardu terapeutycznego albo diagnostycznego (jeśli w ogóle są stosowane). Ryszard Kmita z Bielska-Białej, chory na raka jamy ustnej, po nawrocie choroby przez półtora roku był leczony

 

antybiotykami zamiast chemioterapią. W Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka i Matki siedmioletni Piotr Soszka po operacji wady wrodzonej układu moczowego otrzymał 1,5 litra płynu żywieniowego wprost do rdzenia kręgowego zamiast dożylnie. Chłopiec do końca życia będzie się poruszał na wózku inwalidzkim tylko dlatego, że końcówkę cewnika ulokowano nad obojczykiem, gdzie zwykle umieszcza się wejście do kroplówki, a anestezjolog nie opisał go na naklejonym plastrze. Rodzina w procesie cywilnym od szpitala domaga się dla syna 700 tys. zł odszkodowania za okaleczenie i 3 tys. zł renty miesięcznie.

 

POLSKI KODEKS HIPOKRYZJI

Aleksandra Piątek, rzecznik praw pacjenta w Narodowym Funduszu Zdrowia, uważa, że osoby skarżące szpitale na ogół nie kierują się jedynie chęcią zemsty czy "zarobienia na nieszczęściu". Poszkodowanym lub ich rodzinom chodzi raczej o ukaranie lekarza i dyrekcji ośrodka, by podobne błędy się nie powtarzały. Niestety, takie skargi inaczej pojmują lekarze, dla których chorzy ciągle narzekający i domagający się większej liczby badań są jedynie pacjentami "roszczeniowymi". A takich lepiej unikać i na ile to możliwe - nie przyjmować do szpitala. 32-letnią Dorotę Żołnik tak właśnie potraktowali chirurdzy w Warszawie, którzy

 

przeprowadzili u niej operację laparoskopową jamy brzusznej. Gdy po zabiegu skarżyła się na wymioty i zaburzenia wypróżniania, lekarze wmawiali jej chorobę psychiczną! Dopiero kilka miesięcy później, po interwencji biura praw pacjenta, poddano ją operacji w innym szpitalu, ale na skuteczne leczenie było już za późno. Pacjentka zmarła z powodu wielu obrażeń wewnętrznych, m.in. perforacji przełyku, płuc i zapalenia otrzewnej, do których doszło podczas skandalicznie przeprowadzonej laparoskopii.

Źle pojęta solidarność zawodowa sprawia, że polscy lekarze podrabiają dokumentację medyczną i składają fałszywe zeznania. W polskim prawie nie istnieje nawet pojęcie błędu medycznego. Słowo "błąd" występuje w ustawach o ochronie zdrowia, ale wyłącznie w potocznym znaczeniu - gdy chodzi o wprowadzenie kogoś w błąd!

O błędzie w sztuce lekarskiej ani błędzie medycznym nie wspomina nawet polski kodeks etyki lekarskiej. Jest w nim jedynie adnotacja o "błędnym postępowaniu diagnostycznym lub leczniczym, które nie jest zgodne z aktualną wiedzą medyczną".

W kodeksie jest natomiast wyraźnie zaznaczone, że "lekarz nie powinien wypowiadać (...) niekorzystnej oceny działalności zawodowej innego lekarza lub dyskredytować go w jakikolwiek sposób" (art. 52).

 

PARAGRAF NIEKOMPETENCJI

O sile artykułu 52 przekonał się prof. Jan Kuydowicz, wirusolog z Łodzi, pierwszy w Polsce profesor medycyny, który zgłosił do prokuratury popełnienie błędu przez innego lekarza z tytułem profesora. Przed kilkoma laty trafił do niego Stanisław Szczupak cierpiący na wirusowe zapalenie wątroby typu C, który od pięciu lat zamiast za pomocą leków przeciwwirusowych był leczony sterydami obniżającymi odporność organizmu (bo nikt wcześniej nie przeprowadził rutynowych w takim wypadku badań krwi). Prof. Kuydowicz musiał się tłumaczyć z "pomówienia" kolegi przed komisją etyczną Izby Lekarskiej, choć uratował choremu życie! "Za karę" oskarżono go o niedopełnienie obowiązków służbowych! Został skazany na pół roku z zawieszeniem na trzy lata i dopiero sąd drugiej instancji go uniewinnił.

 

Członkowie komisji etycznej nie wymierzyli natomiast żadnej kary lekarzowi, który popełnił błąd i tak samo źle leczył kilkunastu innych pacjentów.

- Byłem naiwny. Sądziłem, że wykazanie ewidentnego błędu spotka się z właściwą oceną. Wciąż jednak czuję się piętnowany. Oficjalnie nikt - poza Izbą Lekarską - niczego mi nie zarzuca, ale do dziś wokół mnie panuje atmosfera podejrzliwości i niechęci - mówi prof. Kuydowicz. W USA lekarz ujawniający takie wypadki zostałby pochwalony, że uczciwie zachował się wobec pacjenta - obliguje go do tego kodeks etyki lekarskiej! Polscy lekarze nie chcą ujawniać nawet ewidentnych błędów. W Kędzierzynie-Koźlu 50-letni pacjent zmarł po usunięciu nerki na tamtejszym oddziale urologicznym, ponieważ podczas operacji przecięto mu aortę

 

brzuszną. Chociaż można go było uratować, lekarze jedynie zaszyli mu kikuty aorty oraz ranę. Chyba mieli nadzieję, że szybko umrze - ale pacjent żył i cierpiał jeszcze kilkanaście godzin. Dopiero gdy przewieziono go do szpitala w Opolu, chirurdzy naczyniowi podczas drugiej operacji zorientowali się, co się stało. Opolscy lekarze również nie mieli wątpliwości, że trzeba zawiadomić prokuraturę. Nawet jednak w tak oczywistych sytuacjach rzadko udaje się udowodnić czyjąś winę, bo w polskich szpitalach niekompletne są historie choroby osób ciężko chorych. Doszło do takich paradoksów, że wyczerpujące informacje zawierają jedynie karty pacjentów dobrze rokujących i nie mających powikłań. Formularz osoby zdrowej, która chce się ubezpieczyć, jest dłuższy i precyzyjniejszy niż opis lekarski ciężko chorego! W ewidencji szpitalnej nagminnie brakuje adnotacji o powikłaniach, zakażeniach szpitalnych i niepożądanych działaniach leków.

 

SZPITALE W PUŁAPCE

- Służba zdrowia w każdym kraju, nawet w USA, zawsze z trudem zaczynała się przyznawać do błędów - mówi Richard Croteau, który wydaje szpitalom certyfikaty jakości i bezpieczeństwa (wcześniej badał przyczyny awarii w przemyśle kosmicznym). We wprowadzenie przed dwoma laty w Wielkiej Brytanii systemu monitorowania błędów zaangażował się parlament i premier Tony Blair. Rada Europy chce, by taki system funkcjonował we wszystkich krajach unii, w tym w Polsce. - Jest to nie tylko uzasadnione moralnie, ale i bardziej opłacalne, zarówno dla pacjentów, jak i lekarzy - mówi Adam Sandauer, prezes

Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere. Nie chodzi o to, by pracowników służby zdrowia stawiać pod pręgierzem i podważać ich wiarygodność zawodową. Monitorowanie błędów nie odbiera też pacjentom możliwości ubiegania się o odszkodowania. - Przede wszystkim ma ono służyć poprawie bezpieczeństwa i jakości leczenia - mówi Barbara Kutryba.

 

Ujawnianie błędów to jedyny sposób, by zmniejszyć liczbę powikłań i zwiększone z tego powodu koszty leczenia. W Wielkiej Brytanii wprowadzono narodową listę błędów i zaniedbań medycznych, gdy wypłacane odszkodowania przekroczyły rocznie miliard funtów. Podobną listę w tym roku opublikowano w Irlandii, gdy wysokość wszystkich roszczeń pacjentów w ciągu 15 lat wzrosła ponad 25 razy - z 5 mln euro w 1990 r. do 130 mln euro w ubiegłym roku. Wkrótce tak będzie w Polsce, bo ciągle zwiększa się kwota roszczeń pacjentów za szkody poniesione wskutek błędów - przed pięcioma laty nie przekraczały 30 tys. zł, dziś są już dziesięciokrotnie wyższe! Szpitale muszą płacić coraz większe stawki ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej, bo leczenie powikłań spowodowanych błędami medycznymi prawdopodobnie pochłania już 3-5 proc. ich budżetu.

 

Prywatne towarzystwa ubezpieczeniowe wycofują się z rynku ubezpieczeń dla szpitali z powodu trudności związanych z właściwym oszacowaniem ryzyka. Tak jest na Węgrzech i w Holandii - tamtejsze placówki ubezpieczają się w Wielkiej Brytanii. Węgierski resort zdrowia planuje powołanie wzorowanego na brytyjskim systemie narodowego ubezpieczyciela non profit, do którego wpływałyby składki od szpitali. Duńskie placówki rezygnują z ubezpieczenia, pokrywając roszczenia we własnym zakresie. W Irlandii szpitale powołały własny fundusz ubezpieczeń z gwarancją rządową powyżej określonych kwot. Towarzystwo Chirurgów Polskich wraz z towarzystwem Allianz chce wprowadzić polisę od ryzyka powikłań pooperacyjnych. - To jedyna taka oferta na świecie - mówi prof. Henryk Karoń z Poznania. Ma ona umożliwić wypłacanie pacjentom odszkodowań, ale nie od błędów w sztuce lekarskiej, lecz od powikłań (gdy nikt nie zawinił, na przykład chory po operacji żołądka zmarł na zawał).

 

JAWNOŚĆ ALBO ŚMIERĆ

W USA niektórzy lekarze rezygnują z przeprowadzenia najbardziej ryzykownych zabiegów, inni odchodzą z zawodu, szczególnie specjaliści zabiegowi, których działania są obarczone największym ryzykiem (najwięcej pomyłek zdarza się w izbie przyjęć - w ratowaniu aż 58 proc. chorych z ciężkimi obrażeniami wykryto poważne błędy). W dwudziestu stanach USA zmniejsza się liczba praktykujących chirurgów, ortopedów i ginekologów, bo zniechęcają ich zbyt wysokie koszty ubezpieczenia OC (ginekolodzy w USA płacą już 120 tys. dolarów rocznie). Ponad 70 proc. pozwów sądowych kończy się bez zasądzenia odszkodowania, ale same koszty obrony sięgają 90 tys. dolarów (a niektóre wypłaty nawet 9 mln dolarów). Dlatego George W. Bush chce wnieść do Kongresu poprawkę ustalającą maksymalną kwotę odszkodowania na 250 tys. dolarów (popiera ją 60 proc. ankietowanych Amerykanów).

 

Z malpractice zetknęło się 84 proc. lekarzy i 62 proc. amerykańskich pielęgniarek, ale na ogół jest ona udziałem niewielkiej grupy lekarzy, którzy powinni zostać wyeliminowani z zawodu. W najlepszych szpitalach, gdzie rygorystycznie monitoruje się takie wypadki, błędów medycznych jest o połowę mniej - wynika z opublikowanego w maju raportu ekspertów Health Grades. Badania wykazały, że 24 tys. hospitalizowanych pacjentów z Kalifornii doznało w ciągu roku szkód, za które odpowiadał jeden lub najwyżej kilku lekarzy w każdym z badanych szpitali. Niektórzy z nich popełniali te same błędy przez wiele lat! Niestety, takich lekarzy

 

jest wielu w polskiej służbie zdrowia, gdzie wciąż nie ma sprawnych mechanizmów samooczyszczania się z niekompetencji. To z kolei rzutuje na całe środowisko, w którym, na szczęście, dominują medycy zasługujący na szczególne miejsce w sercach i pamięci wielu pacjentów. Zerwanie z tabu błędów medycznych to szansa uratowania upadającego statusu zawodu zaufania społecznego, jakim jeszcze cieszą się lekarze. Jeśli medycy tego nie zrobią, do placówek służby zdrowia wkrótce wkroczą adwokaci, a odszkodowania mogą być już tak wysokie, że szpitali nie będzie stać na wypłaty.               Zbigniew Wojtasiński, współpraca: Monika Florek

 

DEKALOG NAJCZĘSTSZYCH BŁĘDÓW MEDYCZNYCH według prof. Barbary Świątek z Akademii Medycznej we Wrocławiu 

1 objawy udaru mózgu i niektórych urazów głowy często są mylone z upojeniem alkoholowym

 

2 objawy krwawienia miesiączkowego są mylone z zapaleniem otrzewnej powstałym po usunięciu wyrostka robaczkowego

 

3 nierozpoznanie, a nawet brak podejrzenia zawału mięśnia sercowego ściany dolnej

 

4 zaniechanie lub opóźnienie wykonania podstawowych badań dodatkowych, takich jak morfologia krwi przy objawach wskazujących na możliwość krwawienia wewnętrznego

 

5 wykonywanie przez ginekologa znieczulenia ogólnego i zabiegu łyżeczkowania mimo braku odpowiednich kompetencji

 

6 wykonywanie zabiegów w znieczuleniu ogólnym w gabinetach nie spełniających wymaganych warunków

 

7 wykonywanie zabiegu operacyjnego lub prowadzenie porodu przez lekarza bez specjalizacji

 

8 leczenie pacjenta w bardzo złym stanie zdrowia w placówce, w której nie ma możliwości prawidłowego leczenia w razie wystąpienia powikłań (przykładem są zabiegi w technice endoskopowej, podczas których dochodzi do uszkodzenia dużych naczyń krwionośnych)

 

9 nieuzasadniona zwłoka w przeprowadzeniu zabiegu operacyjnego, na przykład przesunięcie wykonania cesarskiego cięcia z godzin nocnych na ranne w razie zagrożenia wewnątrzmacicznym niedotlenieniem płodu

 

10 pomylenie leków lub niewłaściwe ich dawkowanie

 

 

Prof. Henryk Skarżyński, chirurg

Jestem za tym, żeby mówić o błędach. Nie w charakterze sensacji, ale po to, by zapoznawać się z nimi, analizować je i się na nich uczyć. Trzeba przy tym odróżniać błędy od zaniedbań. Niektóre powikłania są wpisane w pewne procedury medyczne - czasami zdarzają się sytuacje, których nie da się przewidzieć, na przykład reakcji pacjenta na wszczepiany materiał. U co setnego pacjenta dzieje się coś nieprzewidzianego.

 

Aleksandra Piątek

rzecznik praw pacjenta Narodowego Funduszu Zdrowia

Zasada primum non nocere jest dziś ważniejsza niż w czasach Hipokratesa, bo nowoczesna opieka zdrowotna jest o wiele bardziej skomplikowana i ryzykowna. Błędy cechują każde ludzkie działania, ale można i należy się na nich uczyć, szczególnie w służbie zdrowia. W tym celu niezbędne jest zgłaszanie zdarzeń niepożądanych.

 

Barbara Kutryba

członek zarządu Europejskiego Towarzystwa Jakości w Opiece Zdrowotnej

Zgłaszanie błędów medycznych nie służy piętnowaniu i podważaniu wiarygodności zawodowej lekarzy, nie jest też zbieraniem materiału dowodowego po to, by zwiększać roszczenia poszkodowanych pacjentów. W Danii od 2002 r. obowiązuje prawo, zgodnie z którym personel medyczny nie może zostać pociągnięty do odpowiedzialności prawnej z tytułu raportowania błędów. Jednocześnie personel medyczny ma obowiązek monitorowania zdarzeń niepożądanych, choć nie jest pociągany do odpowiedzialności, gdy się do tego nie stosuje.

 

Adam Sandauer

Stowarzyszenie Pacjentów Primum Non Nocere

Nie ma nic bardziej okrutnego niż ukrywanie błędów medycznych. To wydanie wyroku na pacjenta i nieudzielenie mu pomocy. Oznacza to, że nikt nie odpowiada za to, co się stało, a pacjentowi pozostaje się zwracać o pomoc do Pana Boga. Lekarz to zawód zaufania publicznego, ale o to zaufanie trzeba cały czas dbać. Wielu lekarzy za swoją pracę powinno stać na piedestale, ale ich ciężka praca i dobro, które czynią, nie może roztaczać ochronnego parasola nad wszystkimi.  

 

 

„WPROST” nr 12(1265), 25.03.2007 r.

NADOPIEKA MEDYCZNA

CO PIĄTA OPERACJA JEST NIEPOTRZEBNA, A NAWET MOŻE BYĆ SZKODLIWA

Lekarz namawia cię na operację kręgosłupa, kolana lub oka? Dobrze się zastanów, czy zabieg na pewno jest niezbędny. Aż jedna piąta (niektórzy twierdzą, że nawet jedna czwarta) przeprowadzanych zabiegów i operacji jest niepotrzebna lub zbyt ryzykowna. Tak jest szczególnie w ortopedii, ginekologii, położnictwie, stomatologii, kardiologii i leczeniu niepłodności. Wielu lekarzy pochopnie chwyta za skalpel, by wykonać cesarskie cięcie, usunąć migdałki lub wyrostek robaczkowy czy wyciąć macicę. W USA w ostatnich kilkunastu latach aż dziesięciokrotnie wzrosła liczba zabiegów operacyjnych, co jest podyktowane raczej chęcią zarobienia na chorych niż wymogami terapii. W Polsce minęły już czasy, gdy wykonywano zbyt mało zabiegów i operacji, bo na wszystko brakowało pieniędzy. Coraz częściej zabiegi są przeprowadzane bez wyraźnych wskazań medycznych.

 

---------------------------------------------------------------------------

Ronaldo, piłkarz Realu Madryt, w lipcu 2006 r. poddał się operacji usunięcia zwapnienia wokół ścięgna kolana. Lekarze hiszpańskiego klubu uważali, że zabieg jest niepotrzebny, bo tego rodzaju zwapnienia mogą ustąpić po krótkiej rekonwalescencji. Ronaldo zdecydował się jednak na operację, którą przeprowadzono w Brazylii. Decyzję podjął za namową dr. José Luiza Runco, lekarza piłkarskiej reprezentacji tego kraju.

 

Niepotrzebnej operacji prostatektomii, usunięcia gruczołu krokowego z powodu raka prostaty, poddali się Colin Powell, były sekretarz stanu USA, oraz aktor Robert De Niro. Don Kaltenbach, szef Dattoli Cancer Center, uważa, że wystarczyło wykonać u nich brachyterapię, podawaną domiejscowo radioterapię. Taki mało inwazyjny zabieg wyleczył Rudolpha Giulianiego, byłego burmistrza Nowego Jorku, u którego raka prostaty wykryto w 1999 r.

---------------------------------------------------------------------------

 

Takie niepotrzebne operacje służą wyciąganiu pieniędzy z NFZ lub bezpośrednio z naszych kieszeni. - Jeśli w USA wykonuje się wiele tysięcy niepotrzebnych zabiegów rocznie, to w Polsce może być podobnie, bo podobne są zasady wyceniania procedur medycznych - mówi prof. Witold Szyfter, kierownik Katedry i Kliniki Otolaryngologii AM w Poznaniu. Nie zawsze jednak zabiegi służą pacjentom. W klinice kardiochirurgii szpitala MSWiA w Warszawie dr Mirosław G., według jednego ze stawianych mu zarzutów, miał zarządzić dodatkowo wymianę aorty i wstawienie bajpasów u pacjenta, który wymagał jedynie operacji zastawki serca. Czy zarzuty prokuratorów są uzasadnione, ustali sąd.

 

MANIA CESARSKIEGO CIĘCIA

Niepotrzebne zabiegi wynikają ze względności wskazań do nich - uważa prof. Romuald Dębski z Kliniki Położnictwa i Ginekologii Szpitala im. W. Orłowskiego w Warszawie. Jego zdaniem, nie można wprowadzać ogólnego kryterium, według którego klasyfikuje się chorych do operacji. Kłopot polega na tym, że niektóre zabiegi stają się zasadą, a nie indywidualnie rozpatrywanymi przypadkami. Tak jest z porodami, które coraz częściej dokonują się przez cesarskie cięcie, a nie siłami natury. Według Światowej Organizacji Zdrowia, porody przez cesarskie cięcie nie powinny stanowić więcej niż 10-15 proc. narodzin. Tymczasem w Polsce prawie 30 proc. dzieci przychodzi na świat dzięki cesarskiemu cięciu - wynika z danych Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

Jeśli nic się nie zmieni, a niewiele wskazuje, by miało się tak stać, za kilka lat porody będą się odbywały na stole operacyjnym. Tak jest w prywatnych klinikach w Brazylii i Meksyku, gdzie ponad 70 proc. dzieci przychodzi na świat po cesarskim cięciu. Ginekolodzy tłumaczą, że zabiegu domagają się kobiety. Przyszłe matki obawiają się o zdrowie dziecka, bo coraz częściej cierpią na tokofobię - strach przed porodem. Z tego powodu na cesarskie cięcie zdecydowały się aktorka Angelina Jolie i modelka Claudia Schiffer.

Dla lekarzy użycie skalpela jest wygodniejsze, a przede w wszystkim bardziej intratne. Tymczasem cesarskie cięcie jest jednym z najpoważniejszych zabiegów w obrębie jamy brzusznej. Badania przeprowadzone w Ameryce Łacińskiej wykazały, że śmiertelność noworodków po „cesarce" jest o 10-20 proc. wyższa niż po naturalnym porodzie. Większa jest też śmiertelność kobiet. Matce, która musi dłużej zostać w szpitalu, grozi przepuklina i zakażenia, niedrożność przewodu pokarmowego, kłopoty z oddawaniem moczu.

 

PLACEBO CHIRURGA

Chirurgia, królowa medycznych specjalności, jest uznawana za jedyną prawdziwą medycynę, bo skuteczność operacji jest poza wszelką dyskusją. Coraz częściej stawiane jest jednak pytanie, czy chirurdzy z dyplomami akademii medycznych leczą, polegając na efekcie placebo, podobnie jak znachorzy i szamani? Do niedawna takie wątpliwości zgłaszano jedynie do farmakoterapii. Skuteczność tylko 20 proc. spośród ponad 5 tys. sprzedawanych w polskich aptekach leków jest potwierdzona badaniami. Jeszcze mniej, bo zaledwie 306 stosowanych przez lekarzy farmaceutyków, jest niezbędnych w terapii. Podobnie jest z wieloma zabiegami chirurgicznymi.

Według prestiżowego pisma „New England Journal of Medicine", 20-40 proc. wykonywanych zabiegów i operacji jest tak samo bezwartościowych, jak większość dostępnych na rynku leków. Są tak mało przydatne, że nie powinny być wykonywane. Nikt tego wcześniej nie badał, bo wydawało się, że skalpel zawsze pomaga. Dopiero prowadzone od niedawna badania z pozorowanymi zabiegami wykazują, że operatorzy polegają w takim samym stopniu na efekcie placebo jak lekarze podstawowej opieki zdrowotnej.

W leczeniu starczego zwyrodnienia plamki żółtej (AMD), jednej z najczęstszych przyczyn utraty wzroku, od 35 lat jest wykonywana laseroterapia. Okuliści stosowali tę metodę u chorych, u których dochodziło do poważnego zaburzenia widzenia w wyniku powstawania pod siatkówką złogów. Dopiero badania porównawcze specjalistów z University of Pennsylvania nie pozostawiły wątpliwości, że po pięciu latach od zabiegu pogorszenie wzroku u osób, które się poddały zabiegowi, jest takie samo, jak u pacjentów, którzy nie przeszli tej terapii.

Polscy ortopedzi narzekają, że wielu pacjentów zbyt późno zgadza się na operacje kręgosłupa, bo kojarzą się one z wózkiem inwalidzkim. Badania opublikowane przez „Journal of the American Medical Association" sugerują, że bezwzględnym wskazaniem do operacyjnego leczenia powodowanych rwą kulszową bólów krzyża są jedynie dolegliwości tak silne, że chory nie może się poruszać, cierpi na niedowład kończyn lub nietrzymanie moczu. Z interwencją chirurgiczną polegającą na usunięciu uciskającego na korzenie nerwowe krążka międzykręgowego w początkowej fazie choroby można poczekać. Na tym etapie równie skutecznie można uśmierzać dolegliwości zabiegami fizjoterapeutycznymi i lekami przeciwzapalnymi. - W naszym szpitalu w leczeniu dyskopatii najpierw kierujemy chorego na trzymiesięczną terapię zachowawczą. Dopiero gdy nie następuje widoczna poprawa, pacjent jest zapisywany na operację - mówi prof. Daniel Zarzycki, szef Kliniki Ortopedii Szpitala Ortopedyczno-Rehabilitacyjnego w Zakopanem.

 

MODA NA ZABIEGI

Wydawałoby się, że w nowoczesnej medycynie nie ma miejsca na widzimisię i brak profesjonalizmu lekarza. O tym, jaki rodzaj leczenia będzie zastosowany, decydują jednak szefowie klinik lub ordynatorzy, którzy bardziej polegają na własnym doświadczeniu niż na publikacjach naukowych. - Zabiegi rutynowo stosowane w jednych szpitalach, w innych mogą być wyjątkiem od reguły - przyznaje prof. Dębski.

Polska należy do europejskiej czołówki pod względem liczby nacięć krocza wykonywanych podczas porodu. Przeprowadza się je nawet w 80 proc. naturalnych porodów - wynika z ankiet fundacji Rodzić po Ludzku. Polscy ginekolodzy tłumaczą, że łatwiej zszyć krocze rozcięte niż pęknięte. W Holandii wykonuje się zaledwie 10 proc. takich zabiegów, bo tamtejsi lekarze twierdzą, że taka interwencja nie jest korzystna ani dla dziecka, ani dla matki. Podobnie jest z przyspieszaniem i wywoływaniem porodu za pomocą oksytocyny. W ten sposób w Holandii może być wspomagany co dziesiąty poród, podczas gdy w Polsce odbywają się tak co drugie narodziny.

Aż 40 proc. dorosłych mieszkańców Bazylei (najwięcej na świecie) ma wycięte migdałki, choć wiadomo, że ponad 70 proc. takich zabiegów nie przynosi korzyści. To najczęstszy zabieg laryngologiczny. W Polsce w 2006 r. wykonano 31 tys. operacji usunięcia migdałków, mimo że u jednego na 5 tys. pacjentów może to spowodować śmiertelne powikłania.

W Szwajcarii wykonuje się dwukrotnie więcej niż we Francji zabiegów hysterektomii (usunięcia macicy), choć Szwajcarki nie cierpią na choroby narządów rodnych częściej niż Francuzki. Do kuriozalnej sytuacji doszło w Wielkiej Brytanii, gdzie co piąta kobieta przed ukończeniem 60. roku życia ma usuniętą macicę. Badania opublikowane przez „British Journal of Obstetrics and Gynaecology" wykazały, że co najmniej połowę tych operacji wykonywano przedwcześnie lub zupełnie niepotrzebnie. Lęk przed ginekologiem jest wśród Brytyjek tak silny, że mimo dolegliwości kobiety zwlekają z wizytą u lekarza, bo obawiają się, iż natychmiast trafią pod nóż.

 

MEDYCYNA POZORÓW

„Uprawianie medycyny opartej na faktach (evidence based medicine) oznacza, że lekarze powinni powiązać własne doświadczenia kliniczne z wynikami badań naukowych" - pisał ponad dziesięć lat temu kanadyjski lekarz David Sackett na łamach „British Medical Journal". W chirurgii rzadko jest to możliwe, bo jedynie 15 proc. zabiegów poddano tzw. randomizowanym badaniom, które są wymagane przy rejestracji leków. Oznacza to, że na siedem wykonywanych zabiegów w aż sześciu nie ma pewności, czy są potrzebne i czy okażą się skuteczne.

O tym, jak zawodne jest własne mniemanie, przekonali się kardiochirurdzy, którzy jeszcze niedawno u chorych na niewydolność krążenia stosowali tzw. rewaskularyzację laserową. Byli pewni, że taki zabieg, polegający na wypaleniu laserem w mięśniu sercowym 20-30 mikrootworów, wytwarza dodatkowe naczynia krwionośne poprawiające ukrwienie serca. Dopiero niezależne badania wykazały, że po takich zabiegach nie powstają nowe tętnice, a chorzy nie czują się lepiej. Pacjenci z podziurawionym sercem częściej mieli za to powikłania doprowadzające do zgonu.

Wielkim rozczarowaniem okazał się jeden z najczęściej wykonywanych zabiegów kardiologicznych, jakim jest zakładanie stentów rozszerzających zwężone tętnice serca u osób z zaawansowaną miażdżycą. To miał być przełom w kardiologii interwencyjnej. Od 2003 r. stenty założono 6 mln osób na świecie, tymczasem nie dosyć, że stenty są drogie (jeden kosztuje 1,2 tys. zł, a powlekany lekiem przeciwzapalnym - 6 tys. zł), to mogą być zawodne. Z dwóch niezależnych badań, których wyniki opublikowano w USA i Szwecji, wynika, że stenty wcale nie zmniejszają ryzyka zawału serca. Po trzech latach mogą je nawet nieznacznie zwiększać. U pacjentów z kilkoma zwężonymi miażdżycą tętnicami dwukrotnie lepsze efekty dają operacje wszczepienia bajpasów.

 

MAŁE CIĘCIE, DUŻY KŁOPOT

Mało inwazyjne zabiegi endoskopowe, nazywane chirurgią przez dziurkę od klucza, są uważane za jedno z największych osiągnięć współczesnej chirurgii. Domaga się ich większość pacjentów, bo są wykonywane przez niewielkie nacięcia i skracają pobyt chorego w szpitalu. Tak przynajmniej przekonują lekarze. Nie wspominają, że małe nacięcie może spowodować duży kłopot. Nie dosyć, że jest często droższe od tradycyjnej operacji, to może spowodować poważne powikłania. Rana, która powstaje po laparoskopii w wydawałoby się błahym zabiegu usunięcia przepukliny, jest większa niż po tradycyjnej operacji. Dwukrotnie częściej zdarzają się też nawroty przepukliny.

Badania porównawcze przeprowadzone w Wielkiej Brytanii już 1996 r. wykazały, że laparoskopowe zabiegi wycięcia pęcherzyka żółciowego trwają dłużej i wcale nie skracają pobytu chorego w szpitalu. Po obu zabiegach równie długo, bo aż trzy tygodnie, trwa rekonwalescencja, jeśli nie dojdzie do powikłań. Podczas „zabiegu przez dziurkę od klucza" pięciokrotnie częściej dochodzi do uszkodzenia dróg żółciowych. Mimo to nadal niemal wszystkie pęcherzyki żółciowe są usuwane laparoskopowo.

 

MEDYCYNA RODZINNA

Hipokrates twierdził, że lekarz powinien leczyć pacjentów takimi metodami, jakim sam by się poddał. Wielu lekarzy najpierw na sobie testowało nowe metody leczenia. Współcześni medycy nie zawsze o tym pamiętają. Mimo dolegliwości żaden spośród 200 ankietowanych neurologów i ortopedów uczestniczących w Wielkiej Brytanii w kongresie dotyczącym schorzeń kręgosłupa, nie poddał się operacji z powodu dyskopatii. Prof. Maciej Hilgier z Centrum Onkologii w Warszawie w obawie przed powikłaniami nie zgodził się na chirurgiczne usunięcie zwyrodniałego fragmentu dysku w odcinku lędźwiowym. Po intensywnej fizykoterapii bóle minęły. Na zabieg zdecydował się dopiero po pięciu latach, gdy doszło do zwyrodnienia krążka międzykręgowego w okolicy sąsiedniego kręgu.

Lekarze tracą zapał do użycia skalpela, gdy operacyjnie mają leczyć siebie i swych najbliższych. Naukowcy z uniwersytetu w Heidelbergu sprawdzili, jak często poddawali się operacjom niemieccy lekarze różnych specjalności, u których zabiegi były rozważane ze względu na stan zdrowia. Tylko usunięcie wyrostka robaczkowego było wykonywane u medyków i osób z ich najbliższej rodziny równie często jak w całej populacji. Znacznie rzadziej, średnio o 33 proc., decydowali się oni na takie zabiegi, jak wycięcie migdałków, usunięcie woreczka żółciowego lub przepukliny brzusznej. Można podejrzewać, że właśnie tyle zabiegów jest wykonywanych pochopnie. O tym jednak dowiaduje się niewielu pacjentów, najczęściej przypadkowo, gdy po zabiegu dojdzie do powikłań lub gdy chory zasięgnie konsultacji u innego specjalisty.

 

---------------------------------------------------------------------------OSTROŻNIE Z LAPAROSKOPEM

Zabiegi laparoskopowe zdominowały wiele operacji w obrębie jamy brzusznej, ale nawet w tak łatwych interwencjach, jak usunięcie przepukliny brzusznej, częściej niż tradycyjne metody mogą doprowadzić do powikłań. 90 proc. tych zabiegów wykonywanych jest u mężczyzn.

 

ZABIEG UDAROWY

Udrożnienie tętnicy szyjnej (endarterektomia szyjna) jest wykonywane przez usunięcie z jej wewnętrznej ściany warstwy zgrubiałej z powodu miażdżycy. Podczas operacji wszczepia się sztuczne naczynie, którym odbywa się krążenie krwi wokół zwężonego miejsca. W tym czasie chirurdzy przecinają tętnicę, która jest głównym dostawcą krwi do mózgu, i oczyszczają ją ze złogów miażdżycowych.

Taka przeciwudarowa terapia nie zawsze jest skuteczna. U niektórych pacjentów zamiast chronić przed udarem mózgu może go nawet wywołać. Z badań wynika, że najbardziej niebezpieczna jest u pacjentów jednocześnie poddawanych operacji wszczepienia


bajpasów, dodatkowych naczyń wieńcowych do mięśnia sercowego (omijających zwężone złogami miażdżycowymi naczynia wieńcowe).

 

CIĘCIE PO KIESZENI

Dentyści naciągają pacjentów na zbędne lub droższe zabiegi, takie jak wymiana nieuszkodzonych plomb, usuwanie kamienia i wyrywanie zdrowych zębów mądrości. Nadgorliwie są wykonywane także zdjęcia rentgenowskie uzębienia. Dobrze założona plomba powinna wytrzymać piętnaście lat, nie ma potrzeby wstawiania plomb kompozytowych w miejsce amalgamatowych (nie ma żadnych dowodów, że zawarta w nich rtęć zatruwa organizm).

 

Zabiegi zapłodnienia in vitro wykonywane są u kobiet, u których nadzieje na urodzenie dziecka są niemal zerowe. Takiego leczenia często domagają się sami zdesperowani pacjenci, a kliniki chętnie się na to godzą, bo jeden taki zabieg - wraz z drogimi lekami hormonalnymi - kosztuje w Polsce ponad 10 tys. zł (nie jest refundowany przez NFZ).

 

Wyrostek robaczkowy jest niepotrzebnie usuwany u co czwartej kobiety w wieku rozrodczym i u co dziesiątego mężczyzny, bo mimo ogromnego postępu w technice diagnostycznej objawy zapalenia wyrostka robaczkowego są mylone z dolegliwościami ginekologicznymi u kobiet i infekcjami wirusowymi u dzieci. Po takim rutynowym zabiegu w wieku 59 lat zmarł twórca pop-artu Andy Warhol.

 

Pęcherzyk żółciowy nie jest zbędnym organem, jak sugerują niektórzy lekarze. Usunięcie go, jak wiele innych operacji, powinno być wykonywane jedynie w ostateczności. Według "American Journal of Gastroenterology", obserwacje 10 tys. pacjentów wykazały, że osoby po cholecystektomii były bardziej niż inni narażone na raka jelita grubego (prawdopodobnie w wyniku podrażnienia śluzówki jelita przez kwasy żółciowe).

---------------------------------------------------------------------------

 

Prof. Witold Szyfter: "Jeśli w Stanach Zjednoczonych wykonuje się wiele tysięcy niepotrzebnych zabiegów rocznie, to w Polsce może być podobnie, ponieważ podobne są zasady wyceniania procedur medycznych" 

 

Zbigniew Wojtasiński

Współpraca: Monika Borkowska

 

 

„NEWSWEEK” nr 35, 04.09.2005 r.

VIOXX - CZY TYLKO ON ZABIJA

Lek koncernu Merck, vioxx, mógł spowodować śmierć ponad 70 tys. ludzi, w tym 300 Polaków. Firma zatrzymała produkcję preparatu po sześciu latach. Problemem pozostają inne podejrzane leki, z których wycofaniem producenci również zwlekają. Czy musi dojść do kolejnej śmierci i spektakularnego procesu o odszkodowanie, żeby te trucizny wycofano ze sprzedaży? Kiedy dwa tygodnie temu teksański sąd skazał koncern farmaceutyczny Merck na 253,4 mln dolarów odszkodowania, oskarżyciel Mark Lanier wykrzyknął "Amen". To był błyskawicznie zadany cios - proces trwał zaledwie miesiąc, a werdykt zrobił takie wrażenie, że nawet ci, którzy nigdy nie słyszeli o leku, teraz dopytują się o skutki jego zażywania. Sąd uznał, że vioxx spowodował śmierć 59-letniego Roberta Ernsta.

 

Podstawą wyroku było m.in. badanie opublikowane w kardiologicznym piśmie "Circulation" w 2004 r., udowadniające, że długotrwałe stosowanie preparatu może zakończyć się u chorego zawałem, udarem albo problemami z układem krążenia.

Zanim vioxx wszedł na rynek w 1999 roku, eksperci koncernu zwrócili uwagę, że lek może powodować problemy kardiologiczne. Czego nie omieszkali napisać w poufnej notatce do szefów firmy. Ci jednak zlekceważyli ostrzeżenia, pismo schowali do szuflady i wprowadzili preparat na rynek. Potem mimo docierających sygnałów o jego negatywnym wpływie na układ krążenia chorych nie wycofywali go ze sprzedaży przez sześć lat. Według danych opublikowanych w "New England Journal of Medicine" lek przyjmowało w tym czasie ok. 80 milionów osób na świecie, w tym ponad 9 tys. Polaków. David Graham z FDA (amerykańska Agencja Żywności i Leków) szacuje, że preparat zabił ok. 60 tys. ludzi w samych Stanach (tylu, ilu zginęło w Wietnamie) i 10 tys. Brytyjczyków. W Polsce mogło umrzeć 300 osób.

Spektakularne zakończenie procesu tak naprawdę niczego nie kończy, bo przecież na rynku dostępnych jest wciąż przynajmniej kilka innych bardzo popularnych leków, podejrzewanych o zagrażające życiu skutki uboczne - celebrex koncernu Pfizer, ritalin firmy Novartis, paxil firmy GlaxoSmithKline (polska nazwa: seroxat).

 

Koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane wycofaniem leku ze sprzedaży. Praktyki biznesowych liderów tej branży, żonglowanie wynikami badań, korumpowanie i lekarzy, i polityków - wszystko to szeroko opisywaliśmy w nr. 29/2005 "Newsweeka". Czy sprawa vioxksu coś zmieni? Czy raczej dojdzie za chwilę do kolejnej śmierci i kolejnego show na sali sądowej, zakończonego odszkodowaniem, którego wysokość wstrząśnie zbiorową wyobraźnią? Czy stanie się to codziennością współczesnego procesu leczenia?

Przykład vioxksu pokazał, że skutecznej kontroli nad bezpieczeństwem stosowania leków nie ma. Wystarczy prześledzić najbardziej kuriozalne momenty w karierze tego preparatu.

Producent, zanim wprowadził lek na rynek, zdawał już sobie sprawę, że będzie szkodliwy dla osób chorych na serce.

Dowodem - zachowana w komputerze korespondencja. Alise Reicin, naukowiec z Mercka, informowała w e-mailu, że jest niebezpieczeństwo "epizodów sercowo-naczyniowych" i w związku z tym proponuje wykluczenie z badań osób o podwyższonym ryzyku chorób serca. Bez efektów.

Co więcej, FDA najpierw dopuściła vioxx do sprzedaży, a dopiero w następnym 2000 roku Merck opublikował badania dotyczące preparatu. Pokazywały one, że przyjmujący ten lek częściej mają ataki serca niż ci, którzy biorą inny przeciwbólowy specyfik: naproxen. Ponad rok zajęło FDA wyciągnięcie z tego wniosków i zwrócenie się z prośbą do producenta o umieszczenie stosownego ostrzeżenia w ulotce dołączonej do leku. Pojawiło się ono dopiero w 2002 r., a i tak było trudne do znalezienia i zrozumienia.

 

W tym czasie firma wydawała na reklamę bezpośrednią leku - według szacunków "New England Journal of Medicine" - ponad 100 mln dol. rocznie.

Lek wycofano z rynku w 2004 r. z tego samego powodu, dla którego go wprowadzono - "dla dobra pacjenta", jak uzasadnił to koncern. W następnym roku prestiżowe pismo medyczne "Lancet" opublikowało szacunkowe dane - w USA lek mógł spowodować 140 tys. przypadków poważnych chorób serca.

 

Rozpoczęło się szukanie winnych. FDA musiała przełknąć żabę i wysłuchać, że nie wypełniła swojej powinności wobec społeczeństwa. Na tym oskarżenia się nie skończyły. W "New England Journal of Medicine" można było przeczytać: "Oczywiście są sprawy, w które nie jesteśmy wtajemniczeni, takie jak bezpośrednie kontakty między FDA i Merckiem". Autor Erick J. Topol postulował, żeby zajął się tym Kongres. I zajął się. Senacka komisja zdrowia w marcu tego roku przesłuchała jednego z dyrektorów FDA, dr Sandrę Kweder. Ale na razie żadne głowy w agencji nie poleciały.

 

Prawnik, który wywalczył gigantyczne odszkodowanie dla wdowy po zmarłym mężczyźnie stosującym vioxx, patetycznie opowiadał w sądzie o walce Dawida z Goliatem. Merck, trzeci co do wielkości koncern farmaceutyczny w USA, dobrze pasuje do roli pewnego siebie, świetnie uzbrojonego olbrzyma. Arogancję przejawiał do samego końca - jego szefowie nie pojawili się w teksańskim sądzie osobiście.

 

Teraz Goliat oberwał. Jego akcje na giełdzie spadły o 7,7 proc. (podobnie spadły akcje Pfizera o 1,5 proc. po zawieszeniu sprzedaży bextry), a nie wiadomo, co będzie dalej, bo na rozpatrzenie przez sądy w USA czeka ponad cztery tysiące podobnych spraw o zaniedbanie.

Przy okazji powstała nowa specjalizacja - "vioxx prawnicy", prześcigający się w szukaniu poszkodowanych, chcących wytoczyć proces. Wystarczy wrzucić w przeglądarkę internetową hasło vioxx, żeby wyskoczyło co najmniej kilka ofert amerykańskich kancelarii. "Zawał serca lub inne problemy? Udar? Jeśli używałeś vioxx, wypełnij nasz formularz" - zachęcają. Gotowe formularze otwiera się jednym kliknięciem, a konsultacje są za darmo.

 

Chociaż wycofano vioxx, nadal sprzedaje się inny specyfik przeciwbólowy o tym samym mechanizmie działania, a więc podobnych skutkach ubocznych, przepisywany głównie cierpiącym na choroby reumatyczne. To celebrex. Dostępny od 2000 r. w Polsce i zażywany u nas przez ok. 2 tys. chorych, a w Stanach Zjednoczonych przez ponad 27 milionów. Informację o tym, że lek zwiększa ryzyko ataku serca i udaru mózgu, opublikowano w "New England Journal of Medicine" w listopadzie 2004 r. Preparat nie został jednak wycofany - FDA poprosiła jedynie koncern Pfizera o umieszczenie na opakowaniach ostrzeżenia o ryzyku zawału serca i udaru mózgu.

 

Do kwietnia tego roku sprzedawana była przez pięć lat bextra. To również lek przeciwbólowy o podobnym jak vioxx i celebrex mechanizmie działania. Obowiązkowe badania kliniczne prowadzone przez producenta po wejściu leku na rynek wykazały, że jego zażywanie dwukrotnie zwiększa ryzyko zawału serca. FDA zażądała od Pfizera wycofania bextry ze sprzedaży. Początkowo zmieniono tylko ulotkę dołączoną do leku, umieszczając na niej ostrzeżenie o groźnym działaniu ubocznym specyfiku. Jednak w kwietniu tego roku pod wpływem kolejnych nacisków FDA zawieszono sprzedaż leku. Ostateczna decyzja ma zostać podjęta po zapoznaniu się z badaniami, które dostarczy firma.

 

Pfizer już zapowiedział, że odwoła się od decyzji FDA. Jest o co walczyć - w ubiegłym roku wartość sprzedaży bextry wyniosła 1,3 mld dolarów. Celebrex, który nadal jest w aptekach, daje Pfizerowi trzy razy tyle - w zeszłym roku 3,3 mld dolarów.

Wiele kontrowersji budzi produkowany przez Novartis ritalin (na razie firma nie zamierza wprowadzać go na polski rynek), środek antydepresyjny przepisywany dzieciom od 1955 r. Podaje się go w celu ograniczenia nadpobudliwości i wzmocnienia uwagi, tymczasem u niektórych wywołuje halucynacje i psychozy. Z raportu opublikowanego pod koniec czerwca tego roku przez badaczy z Uniwersytetu w Teksasie wynika, że ritalin zwiększa także ryzyko raka. U 13 dzieci biorących lek dłużej niż trzy miesiące wykryto zmiany nowotworowe. Czasopisma medyczne w Wielkiej Brytanii ostrzegają: specyfik może tak zmienić skład chemiczny mózgu dzieci, że doprowadzi do jego trwałego uszkodzenia. Mimo to ritalin nadal jest w sprzedaży i ma się dobrze - do tej pory wystawiono na niego około 29 mln recept na świecie, w tym 23 mln dla dzieci.