
NR 4 [Ostatnia
aktualizacja: 08.2009 r.]
SPIS TEMATÓW:
NA WSTĘPIE
1. PRZEMOC, AGRESJA
2. ZDROWIE
3. PRAWIDŁOWY ROZWÓJ DZIECI.
4. RÓŻNE
NA
WSTĘPIE
MÓZG TO KOMPUTER, UMYSŁ TO JEGO PROGRAM
To bardzo trafna analogia, a główna różnica polega na świadomości ludzkiego umysłu-programu, i budowy mózgu-komputera, który się składa z wielu, elastycznie, wyrafinowanie połączonych „procesorów”.
Umysł ludzki ma m.in. krótko, średnio i długoterminowe zadania do wykonania, w różnym stopniu przeplatające się, wpływające na siebie. Jeśli ktoś zleci mu, poprzez myślenie o tym, planowanie, zadawanie się z bandytami, bandyckie postępowanie, to takie, długoterminowe zadanie umysł będzie realizował podpowiadając, inspirując co należy w osiągnięciu zamierzonego celu czynić. Podobnie będzie z truciem się narkotykami, nikotyną, alkoholem, niezdrowa żywnością, religijnością, zboczeniami, realizowaniem utopii.
Jeśli planowany będzie zdrowy, konstruktywny tryb życia, to taki cel umysł będzie starał się realizować. Stąd ogromnie ważny jest pierwszy okres życia, decydujące jakie wzorce, ideały otrzymamy na początku (uwzględniając wrażliwców, indywidualistów, przekorę, że nie każdy nadaje się do realizacji pozytywnego przekazu, że do wielu rzeczy trzeba dojrzeć itp.)
„NEWSWEEK” nr 18,
07.05.2006 r.
CZY
CZUJESZ TO, CO JA CZUJĘ
Znaczna część naszego mózgu zajmuje się tym, co mają w
głowach inni ludzie. Dzięki neuronom lustrzanym odbieramy i odczuwamy cudze
emocje.
[Za pośrednictwem wyrazu czyichś oczu, mimiki, tzw.
mowy ciała, intonacji głosu, zachowania, treści przekazu; Tak więc wygląd,
postępowanie, zachowywanie się osób (np. nikotynizm, narkomania, alkoholizm,
zboczenia, marginalne sposoby uprawiania seksu, religijność (obłęd), choroba
psychiczna, tiki, nawyki, w tym grymasy (żucie gumy), wydawanie dźwięków itp.
(również np. pety, smród trucizny nikotynowej, butelki, smród alkoholu,
strzykawki, symbole religijne – są źródłem informacji o czyimś postępowaniu)
stanowiących cząstkę, element, społeczeństwa nie jest tylko i wyłącznie czyjąś
prywatną sprawą – skoro i w ten sposób wpływa się, negatywnie, na innych. –
red.]
Empatia, czyli odbieranie i współodczuwanie cudzych emocji, nie ma nic wspólnego ze zdolnościami paranormalnymi. To umiejętność, którą posiedliśmy wszyscy, tylko nie wszyscy korzystamy z niej w jednakowym stopniu. Za to, że przejmujemy stres kolegi, który miał scysję z szefem, albo że na widok pająka na ręce innej osoby sami czujemy obrzydzenie, odpowiadają neurony lustrzane. (...)
W ludzkim mózgu też wykryto neurony lustrzane, a ściślej całą ich sieć. Naukowcy byli jednak zaskoczeni, kiedy okazało się, że rozpoznają nie tylko ruch, ale także intencje i emocje.
Doktor Marco Iacoboni z uniwersytetu w Los Angeles, autor wielu badań nad neuronami lustrzanymi, tłumaczy: - Jeśli widzisz, że rzucam piłkę, twój mózg symuluje tę czynność. Jeśli wyciągam rękę, jakbym chciał rzucić piłkę, masz w mózgu kopię tego, co chcę zrobić, czyli odczujesz moje intencje. I dalej, jeśli jestem zestresowany, twój mózg symuluje mój stres. Wiesz dokładnie, co czuje, bo ty czujesz to samo. Empatia włącza się automatycznie. [W tym dzięki własnym, podobnym doświadczeniom. A w przypadku ich braku dochodzi do symulacji, imitacji, odpowiednich symptomów. – red.]
(...) Ale wiadomo już, że identyfikowanie i odbieranie przez nas takich uczuć, jak onieśmielenie, duma, obrzydzenie, poczucie winy czy odrzucenia, jest możliwe dzięki neuronom lustrzanym, znajdującym się w części mózgu zwanej wyspą.
(...) empatia służy nie tylko do kontaktów się z światem, ale także do uczenia się świata. – System neuronów lustrzanych odpowiada za indywidualny rozwój i działa niemal od chwili narodzin. Dzięki temu dzieci mogą naśladować swoich opiekunów od pierwszych chwil życia – twierdzi dr Andrew Meltzoff z uniwersytetu w Waszyngtonie. Około ósmego tygodnia pojawia się u nich zdolność do takiego przetwarzania obrazu, dzięki któremu może odczytywać uczucia, pojawiające się na twarzach opiekuna. – We wczesnym dzieciństwie współodczuwanie emocji opiekunów jest jednym z najważniejszych sposobów utrzymywania kontaktu ze światem – mówi prof. Trzebińska. – Dzięki empatii z matką dziecko ma już swoje życie emocjonalne, co jest niezbędne do kształtowania się psychiki.
[Więc i z tego powodu b. ważne jest, by dzieckiem zajmowały się odpowiednie osoby. – red.]
(...) Empatia jest jednym z drogowskazów, pomagających orientować się w życiu, przewidywać działania innych ludzi, odczytywać ich intencje. Człowiek pozbawiony tej zdolności zachowuje się jak emocjonalny inwalida i raz po raz napotyka trudności w relacjach społecznych. (...)
Chodzi więc o to, by korzystać z empatii tylko wtedy, kiedy może być ona pomocą, a nie przeszkodą w życiu.
Jolanta Chyłkiewicz
www.o2.pl | Sobota [04.07.2009, 17:04] 1 źródło
SPOCONY STUDENT SIEJE NIEPOKÓJ NA EGZAMINIE
Jego koledzy strach wyczuwają nosem.
Studenci przed wejściem na egzamin ustny wysyłają do siebie sygnały o nadchodzącym niebezpieczeństwie przez... pot. Badania potwierdzające komunikację przez zapach przeprowadzili naukowcy z Dusseldorfu - donosi newscientist.com
Im student bardziej przestraszony tym bardziej może liczyć, że jego zapach wzbudzi współczucie u innych żaków. Dowiedziono także, że jeżeli jeden ze studentów zacznie panicznie się bać i pocić, pozostali także nie będą mogli opanować niepokoju.
W niemieckim eksperymencie uczestniczyło 49 osób, które za godzinę podchodziły do ważnego egzaminu. Pod pachami studentów umieszczono wchłaniające pot wkładki. Drugie badanie przeprowadzono tuż po egzaminie.
Kolejną grupę studentów zaangażowano do wąchania pobranych próbek potu, monitorując jednocześnie reakcję mózgu na zapachy. Wyniki wskazały, że pot studentów zebrany przed egzaminem natychmiast pobudzał aktywność obszarów kory mózgowej, które odpowiadają za relacje między ludźmi i empatię.
Naukowcy uważają, że strach powoduje uwolnienie w organizmie substancji chemicznej, która automatycznie działa na osoby w bliskim otoczeniu. One także poczują lęk i obawy, ale również współczucie wobec osoby, która wysyła sygnały o niebezpieczeństwie. | AJ
http://www.proekologia.pl/print.php?plugin:content.17558 | kwiecień 2009
Schizofrenia dotyka aż 400 tysięcy Polaków, cierpi na nią jedna na 100 osób. Jest bardzo demokratyczna: dotyka i profesorów uniwersytetu, i kloszardów. Występuje na całym świecie, bez względu na płeć, rasę i religię. Choruje na nią aż 50 milionów ludzi. W samych Stanach Zjednoczonych cierpią na nią 2 miliony Amerykanów, a każdego roku notuje się ponad 100 tys. nowych przypadków zachorowań. W Wielkiej Brytanii każdego roku schizofrenię rozpoznaje się u 7500 pacjentów. Codziennie na polskich oddziałach psychiatrycznych przebywa około 8770 osób z rozpoznaniem tej choroby. Ponad 90 proc. pacjentów cierpiących na schizofrenię jest stanu wolnego, nie ma dzieci, a większość badanych (69,7 proc.) mieszka z rodzicami lub jednym z rodziców. Atak schizofrenii może być jednorazowym epizodem, ale, niestety, najczęściej na jednym epizodzie się nie kończy. Około 30 procent pacjentów żyje ze schizofrenią długotrwałą, z częstymi nawrotami. Kolejne 30 procent ma nawroty co kilka lat. Co ważne, pomiędzy nawrotami choroby chorzy mogą funkcjonować normalnie. | niteczka21
"FAKTY I MITY" nr
39, 04.102007 r.
PISOFRENIA
PARANOIDALNA
Na zaburzenia psychiczne cierpi w naszym kraju ok. 2,4 mln osób (1,5 mln dorosłych oraz 900 tys. dzieci i młodzieży, czyli w sumie dwukrotnie więcej niż w 1990 r.). Ze specjalistycznej opieki psychiatrycznej korzysta co 27 Polak (3,7 proc. populacji) (...).
Dominika Nagel
1.
PRZEMOC, AGRESJA
www.o2.pl | Piątek [05.06.2009, 12:21] 1 źródło
CO DZIEJE SIĘ W MÓZGU PSYCHOPATY
To często dobrzy sąsiedzi i mili ludzie.
Brak empatii, nieumiejętność odwzorowywania uczuć, słabsze odczuwanie bólu - to podstawowe cechy charakteryzujące psychopatów. Jak wynika z ostatnich badań psychopaci stanowią jeden procent społeczeństwa, 15 do 20 procent mieszkańców więzień i 15 procent osób uzależnionych. Psychopatami są osoby pozbawione uczucia empatii. Nie potrafią one odwzorowywać uczuć - twierdzi Monika Marczak z Uniwersytetu Warszawskiego. Traktują też instrumentalnie innych ludzi i zawsze wybierają krótszą drogę do osiągnięcia celu, nawet jeśli wiąże się to z podjęciem kroków moralnie nagannych. Źródło psychopatii tkwi w mózgu, a nie tylko w osobowości człowieka - twierdzi Monika Marczak. Naukowcy nie są pewni czy psychopatów należy leczyć. Twierdzą bowiem, że operacja mózgu wiązałaby się także ze zmianą osobowości. | TM
„WPROST”
nr 1(1254), 07.01.2007 r.
PREHISTORIA PRZEMOCY
W EPOCE KAMIENNEJ WOJNY
POCHŁANIAŁY WIĘCEJ OFIAR NIŻ W CZASACH WSPÓŁCZESNYCH
Paleolit, najstarsza epoka kamienia, nie był złotą epoką pokojowego współistnienia ludzi. Okazuje się, że ludzie zaczęli toczyć wojny, kiedy tylko się pojawili. W Grimaldi we Włoszech archeolodzy odkryli szkielet dziecka sprzed 23-27 tys. lat z grotem zaklinowanym między kręgami kręgosłupa. Z jaskini San Teodoro na Sycylii pochodzą szczątki kobiety sprzed około 14 tys. lat z ułamkiem krzemiennego ostrza wbitym w kości miednicy. W Saint-Lizier we Francji, w warstwach datowanych na 13-8 tys. lat p.n.e., odkryto szczątki ludzkiego kręgosłupa z wbitym kwarcytowym ostrzem.
Do masakr i kanibalizmu dochodziło też na ziemiach, na których powstała Polska. Szczególnie interesujące są liczące 15 tys. lat szkielety 16 osób odnalezione w Jaskini Maszyckiej w Ojcowskim Parku Narodowym. Kości, wśród których zidentyfikowano szczątki co najmniej trzech mężczyzn, pięciu kobiet i dziecka, noszą ślady obłupywania i przeżuwania. Ofiary zostały prawdopodobnie zamordowane i pozbawione głów poza jaskinią. Archeolodzy przypuszczają, że dokonano masakry i konsumpcji ciał wrogów.
André Leroi-Gourhan, badacz kultur paleolitu, był zdania, że niezbędne do przeżycia polowania wymagały agresji - przemoc zawsze zatem była elementem ludzkiej natury. Biblia i najstarsze poematy są pełne historii krwawych starć, morderstw i podbojów. Zanim jednak nad Nilem, Eufratem i Tygrysem pojawiły się wielkie cywilizacje, wojna była już zakorzeniona w życiu człowieka. Piszą o tym prof. Jean Guilaine i Jean Zammit w książce "Le Sentier de la Guerre. Visages de la violence préhistorique". Uczeni podjęli próbę odtworzenia dziejów prehistorycznej przemocy.
Za jeden z najstarszych dowodów ludzkiej przemocy uważa się stanowisko 117 w Dżebel Sahaba w Sudanie. Przed 12-14 tys. lat pochowano tam co najmniej 59 osób. Między kośćmi szkieletów zachowały się fragmenty ostrzy, którymi zabito tych ludzi; niektóre szczątki noszą też ślady uderzeń i nacięć. W jednym z grobów znalazły się szczątki dwóch kobiet zabitych włóczniami i dwojga dzieci, których przyczyny śmierci możemy się jedynie domyślać. W innym grobie złożono dwoje dzieci zabitych uderzeniami w nasady czaszek. Podobne znaleziska pochodzą z mezolitu z Francji, Skandynawii, Europy Wschodniej i Afryki Północnej. Nad Dnieprem archeolodzy odkryli szkielety 19 osób, z których trzy na pewno zginęły od strzał.
WENDETA W NEOLICIE
Czy w okresie neolitu, kiedy większość ludzkich grup porzuciła koczowniczy tryb życia i rozpoczęła uprawę roli, przemoc się nasiliła? Wielu archeologów przypuszcza, że kiedy człowiek zaczął gromadzić dobra, zarzewiem konfliktu stało się pożądanie rzeczy bliźniego.
W Talheim w Badenii-Wirtembergii archeolodzy odkryli ślady masakry sprzed 7 tys. lat. W zbiorowym grobie pogrzebano ciała 34 osób, wśród których było aż 16 dzieci. Szkielety nosiły ślady licznych uderzeń i cięć. Współczesne techniki kryminologiczne pozwoliły ustalić, w jaki sposób zostały zadane ciosy. Mord w Talheim był szczególnie brutalny. Większość ofiar zaatakowano od tyłu, prawdopodobnie gdy uciekały. Następne ciosy zadano toporami i maczugami, gdy ofiary klęczały albo leżały. Często nad jedną osobą znęcało się kilku oprawców. Badania genetyczne wykazały, że ofiary były z sobą spokrewnione - być może chodziło o zemstę, która miała wyeliminować cały klan. Wśród ofiar nie było dzieci młodszych niż czteroletnie. Nie wiadomo, czy zostały uprowadzone, czy zamordowano je w innym miejscu.
W Asparn w Austrii odkryto szkielety 67 osób żyjących 5 tys. lat p.n.e., które doświadczyły podobnej przemocy. W Herxheim niedaleko Mannheim archeolodzy znaleźli fragmenty szkieletów co najmniej 300 osób, głównie czaszki rozbite uderzeniami kamiennych lub drewnianych narzędzi. Po śmierci ofiar czaszki oskalpowano, ale nie zwyczajną techniką polegającą na nacięciu skóry nad czołem; skóra została ściągnięta pasami.
Sztuka neolityczna odkryta w Hiszpanii znacznie częściej przedstawia sceny przemocy niż pokojowego życia. W społeczeństwach rolniczych walka pełniła równie ważną, a może nawet ważniejszą funkcję, niż wtedy gdy ludzie wykorzystywali agresywne instynkty do polowania. Przemoc stała się sposobem zdobywania pozycji społecznej. Przypuszczalnie w tym właśnie czasie pojawił się kult wojowników, który istniał przez całą starożytność i średniowiecze. Dowodem na to są strzały, które składano w grobach mężczyzn, aby podkreślić ich status wojowników.
Badania etnograficzne dowodzą, że wojny prowadzone przez społeczeństwa o niskim stopniu zaawansowania technologicznego pochłaniają więcej ofiar niż konflikty w rozwiniętych technologicznie częściach świata. W wojnach prowadzonych przez ekwadorskich Indian Jivaro ginęło aż 32,7 proc. populacji (59 proc. mężczyzn), a walki między niektórymi grupami z Papui-Nowej Gwinei kosztowały życie 15,5-18,6 proc. ludności (europejskie wojny w XVIII wieku pochłonęły 2 proc. populacji kontynentu).
GRY WOJENNE
W paleolicie przetrwanie ludzkich grup, sukces w polowaniu i obrona przed drapieżnikami były uzależnione od ściślej współpracy członków grupy. Utrata zbyt wielu młodych, zdolnych do polowania mężczyzn mogła się zakończyć katastrofą dla całej społeczności. Aby uniknąć sytuacji, w której nikt nie przetrwałby wojeny, wiele grup stosowało wojenne rytuały. Taki sposób prowadzenia wojen etnografowie obserwują u wielu prymitywnych społeczeństw. W walkach plemienia Baruya w Papui-Nowej Gwinei, gdzie krwawe konflikty są na porządku dziennym, obowiązuje żelazna zasada, że łucznicy, którzy mogliby bardzo przerzedzić szeregi wroga, utrzymują ściśle określony dystans. Często zamiast do starcia całych armii dochodzi do konfrontacji tylko dwóch wybitnych wojowników. Podobne "gry wojenne" znamy ze starożytności, przypominają one homeryckie pojedynki herosów pod Troją czy walkę biblijnego Dawida z Goliatem.
Jean Guilaine i Jean Zammit uważają, że innym sposobem znalezienia ujścia agresji bez narażania całego społeczeństwa mogło być składanie ofiar. Zrytualizowany akt przemocy nie zagrażał egzystencji grupy, bo liczba ofiar była ograniczona, pozwalał jednak rozładować agresywne instynkty i zaspokajał atawistyczny głód przemocy. Składanie rytualnych ofiar jest znane we wszystkich kulturach świata. Biblia mówi o wstrzymanej w ostatniej chwili ofierze, którą Abraham miał złożyć Bogu ze swego syna Izaaka; Homer w "Iliadzie" opisuje ofiarę z córki Agamemnona Ifigenii; Juliusz Cezar w dziele "O wojnie galijskiej" podaje przykłady ofiar składanych przez Galów; konkwistadorzy Corteza byli przerażeni rytuałami Azteków zabijających setki ofiar jednego dnia.
WPROST EXTRA
WOJENNY TATUAŻ
Dowody prehistorycznej przemocy znajdujemy w paleolitycznej sztuce jaskiniowej. Mimo że większość malowideł na ścianach jaskiń przedstawia zwierzęta i sceny polowania, pojawiają się też sceny agresji człowieka przeciw człowiekowi. Na ścianach jaskini Cosquer we Francji mniej więcej 22 tys. lat temu wyryto leżącą na plecach postać przeszytą strzałami i włóczniami. W innej francuskiej jaskini Cougnac znajduje się ryt przedstawiający bezgłowe ciała; jedno jest naszpikowane trzema, a drugie siedmioma włóczniami. Najwięcej neolitycznych obrazów bitew można znaleźć na terytorium dzisiejszej Hiszpanii. Jedno z najsłynniejszych malowideł naskalnych w Cingle de la Mola Remigia przedstawia walkę dwóch armii uzbrojonych w łuki. Z tego samego regionu pochodzą podobne malowidła z Los Dogues i Molino de las Fuentes. Na malowidle z Minateda ciała walczących są pomalowane w pionowe pasy, być może przedstawiające wojenny tatuaż.
TANIEC ŚMIERCI
Jednym z najstarszych śladów rytualnych ofiar są ryty na ścianach jaskini Addaura na sycylijskich stokach Monte Pellegrini. Sporządzone 10 tys. lat p.n.e. ukazują przedziwną scenę, której znaczenia archeolodzy nie są pewni. Dziewięć osób, ustawionych w różnych pozycjach, otacza dwie postacie leżące na ziemi. Ludzie, którzy stoją, mają dzioby i wielkie czupryny, przypuszczalnie noszą rytualne maski. Trzech z nich prawdopodobnie tańczy. Nogi postaci leżących na ziemi na brzuchach są zgięte w kolanach i związane w kostkach krótkim sznurem, umocowanym do szyj ofiar. Scena wygląda na przedstawienie wyrafinowanej formy tortur kończących się śmiercią: ofiara, aby uniknąć uduszenia, musi utrzymywać mięśnie nóg w stanie skrajnego napięcia. Kiedy się zmęczy, sznur napina się i następuje śmierć przez uduszenie. Na Sycylii jeszcze do niedawna taka forma śmierci, zwana incaprettamento, była karą za złamanie reguł mafii.
Marta Landau
„POLITYKA” nr 52/53,
25.12.2004 - 01.01.2005 r.
Zabijanie
bliźniego nie leży w ludzkiej naturze, dlatego specjaliści wojskowi głowią się,
jak ten wrodzony psychiczny opór przełamać w rekrutach. I z wojny na wojnę
sprawność żołnierzy w zabijaniu rośnie. Jak to się robi?
(...) Salwa na
wiwat
Historia ludzkich konfliktów zbrojnych, twierdzi Grossmann, dowodzi
wręcz, że mamy wrodzoną awersję do zabijania bliźnich. Historyczne bitwy miały
w dużej mierze rytualny charakter – dużo pozerstwa, popisów odwagi i urągania
nieprzyjacielowi. Starożytne bitwy były niczym więcej jak wielkimi
przepychankami.
Dopiero kiedy jedna ze stron traciła nerwy i rzucała się w popłochu do
ucieczki, rozpoczynała się prawdziwa rzeź. Z jakichś powodów ujawnienie
tchórzostwa przez przeciwnika uwalnia nas od oporów przed zabijaniem.
Wiele dowodów tej morderczej powściągliwości na polu bitwy pochodzi z
czasów historycznie nam bliższych. Amerykańska wojna domowa była już, na
przykład, wysoce uprzemysłowionym konfliktem i, według ocen ekspertów
wojskowych, śmiercionośny potencjał typowego regimentu piechoty uzbrojonego w
muszkiety
sięgał 500-1000 trafień na minutę. W rzeczywistości wydajność walczących
ze sobą armii Południa i Północy była żenująco niska – przeciętnie regiment
zabijał zaledwie jednego, dwóch przeciwników na minutę. To tak, jakby zawodowy
murarz kładł dwadzieścia cegieł na godzinę.
Jeszcze bardziej znamienny jest fakt, że kiedy po słynnej bitwie pod
Gettysburgiem w 1863 r. (całkiem „przyzwoita” liczba 5662 śmiertelnych ofiar)
zebrano z pola 27 tys. muszkietów porzuconych przez rannych i zabitych, okazało
się, że 90 proc. z nich było nabitych. Bardziej jeszcze szokował fakt, że ponad
połowa tyh
muszkietów była nabita wielokrotnie. W jednym przypadku znaleziono w
lufie aż 23 nieodpalone ładunki. Najwyraźniej, kiedy nadchodził moment prawdy i
żołnierz miał strzelić do nacierającego wroga, awersja do zabijania brała górę
i raczej sam ginął, niż odbierał życie innym. Ci, którzy strzelali, bardzo
często celowali ponad głowami przeciwnika.
Generałowie mieli więc poważny problem: tak niska „wydajność pracy” nie
byłaby tolerowana w żadnym innym zawodzie i trzeba było coś zrobić, by podnieść
profesjonalne przygotowanie nowoczesnego żołnierza. Do sprawy zabrano się
naukowo i w czasie II wojny światowej amerykański generał Samuel Lyman
Atwood Marshall (nie mylić z George’em od planu Marshalla) podjął
systematyczne badania nad zachowaniem indywidualnego żołnierza na polu bitwy.
Odkrył, że jedynie 15-20 proc. strzelców celowało do odsłoniętego przeciwnika i
strzelało by zabić. Reszta strzelała na wiwat. Problem ten, dzięki wysiłkom
specjalistów w
rodzaju pułkownika Grossmana, udało się stopniowo rozwiązać i w czasie konfliktu w Korei liczba żołnierzy „strzelających, by zabić”, wzrosła już do 55 proc., w Wietnamie zaś sięgnęła 90 proc. W jaki sposób udało się tak radykalnie podnieść żołnierską wydajność? Dzięki skuteczniejszemu szkoleniu. Zanim do tego dojdziemy – słów parę o teorii naszych zachowań.
Oporna
kora
Aby wyjaśnić podłoże żołnierskiej awersji do zabijania, pułkownik
Grossman odwołuje się do koncepcji trójjedynego mózgu, ogłoszonej na początku
lat pięćdziesiątych przez amerykańskiego neurofizjologa Paula MacLeana. Według
niej w procesie ewolucji ludzki mózg ukształtował się w ten sposób, że tworzą
go
jak gdyby trzy archeologiczne warstwy – najgłębiej ukryta jest
archaiczna, „gadzia” jego część, która reguluje najbardziej elementarne
instynkty i zachowania związane z biologicznym przetrwaniem. Jest to rejon
mózgu znajdujący się poza naszą intelektualną kontrolą. Do tej archaicznej,
powstałej 200 mln lat temu, bazy z
czasem ewolucja dodała system limbiczny, który po raz pierwszy pojawił
się u wczesnych ssaków, a wreszcie tak zwany neocortex (nowa kora mózgowa),
który nadał nam cechy ludzkie, myślących istot.
Te trzy rejony mózgu są wzajemnie połączone i w normalnych warunkach
umiarkowanego stresu w miarę harmonijnie ze sobą współpracują. Kiedy jednak, na
przykład w czasie idyllicznego spaceru przez dżunglę, znienacka
dostrzegamy czającego się na nas lwa, organizm nasz błyskawicznie przystosowuje
się do sytuacji
wyjątkowej, przechodząc, rzec można, na autopilota. Obrona życia wymaga
koncentracji wszystkich zasobów energetycznych do walki z bezpośrednim
zagrożeniem i jedną z konsekwencji przerażenia jest nagłe zamknięcie dopływu
krwi do rozmaitych mniej ważnych w walce o życie organów, takich jak układ
trawienny czy – do czego odwołuje się Grossman w swej teorii – nowej kory
mózgowej. Jest ona w tym momencie nieprzydatna, ponieważ zbyt wolno pracuje.
Cała energia skierowana zostaje do mięśni, a zachowanie nasze kontrolowane jest
przez układ limbiczny i nasz gadzi mózg bez udziału świadomej kontroli. Jeśli
zwykły lew potrafi nam wyłączyć neocortex, to jeszcze skuteczniej czyni
to artyleryjski ostrzał czy szarża wroga.
Popularne jest powiedzenie, że brutalność wojny prowadzi ludzi do
zezwierzęcenia. Jak dowodzi Grossman, stwierdzenie to jest zadziwiająco bliskie
prawdy. W
ogniu walki na polu bitwy żołnierz zaczyna działać jak istota pozbawiona
nowej kory mózgowej, która czyni z nas ludzi, i zmienia się funkcjonalnie w
prymitywnego ssaka. Wbrew jednak powszechnemu, krzywdzącemu zwierzęta,
przekonaniu, zezwierzęcenie to przeszkadza mu skutecznie zabijać wrogów. Wśród
zwierząt
agresja wewnątrzgatunkowa, przejawiająca się w czasie walki o kontrole
terytorium lub samice, jest bardzo rozpowszechniona. Samce wielu gatunków toczą
pomiędzy sobą zaciekłe walki w okresie godowym, lecz stosunkowo rzadko kończą
się one śmiertelnie. Dzieje się tak, ponieważ mądra natura, mając na względzie
ciągłość gatunków, wyposażyła zwierzęta w hamulce nakazujące darowanie życia
pokonanemu.
Dopaść
wroga, gdy ucieka
Choć w ostatnich latach uczeni odkryli w przyrodzie wyjątki od tej reguły
– śmiertelne wojny prowadzą pomiędzy sobą plemiona szympansów, a nowy władca
stada lwów zabija nieletnie potomstwo swego poprzednika, by samemu się
rozmnożyć – o takim przestrzeganiu przez zwierzęta przykazania „nie zabijaj
innego
osobnika swego gatunku” przekonany był słynny Konrad Lorenz i przekonanie
to podziela pułkownik Grossman.
Aby dowieść, że zabijanie innych ludzi jest zajęciem wysoce
stresotwórczym, Grossman powołuje się na badania psychologów wojskowych nad wpływem
długotrwałych bitew na zdrowie psychiczne żołnierzy. W dawnych czasach
bitwy nie trwały długo, przy braku sztucznego oświetlenia trzeba było bowiem
sprawę załatwić przed zapadnięciem zmroku. Jeśli zostawała jeszcze jakaś robota
na następne dni, to żołnierze przynajmniej w nocy mieli przerwę w pracy.
Sytuacja ta
zmieniła się jednak z nadejściem nowoczesnych, technologicznych wojen i w
czasie pierwszej czy drugiej wojny światowej nie było czymś wyjątkowym
kontynuowanie bitwy dniem i nocą przez całe tygodnie i miesiące bez żadnej
przerwy. Psychiczne skutki takiej przewlekłej, brutalnej konfrontacji okazały
się
dewastujące: po 30 dniach życia w warunkach bojowych 98 proc. żołnierzy
stawało się psychicznymi wrakami, innymi słowy – dostawało świra. POZOSTALI
byli psychopatami.
Jak zauważa Grossman, znamienne było to, że warunki bitewne znacznie
lepiej znosili ludzie tacy jak personel medyczny czy kapelani polowi, którzy
pomimo podobnego narażenia życia nie mieli obowiązku zabijania innych. Wniosek
jest taki, że przyczyną psychicznej destrukcji była właśnie konieczność
zabijania w
warunkach silnego stresu. Jak pamiętamy, w czasie dawnych bitew rzezi
żołnierzy wroga dokonywano po zakończeniu właściwej bitwy, kiedy
zdemoralizowany przeciwnik rzucał się do panicznej ucieczki. Fakt, że
umykającego przeciwnika zabija się z mniejszymi psychicznymi oporami, można
także wyjaśnić na podstawie
teorii Grossmana. Gdy nie stanowi on już zagrożenia dla własnego życia i
nieco się odprężamy, znów krew bez przeszkód dociera do naszej kory mózgowej i
w pełni uczłowieczeni możemy metodycznie spełniać żołnierskie obowiązki.
Rambo z hodowli
W jaki sposób nowoczesne armie zwiększają zabójcze predyspozycje swych
żołnierzy na polu bitwy? Ponieważ ludzkiej natury nie można zmienić i w
warunkach bojowych większość żołnierzy zamieni się w odmóżdżone automaty,
trzeba w nie wbudować właściwe odruchy, które sprawią, że żołnierz będzie je
wykonywał
bez żadnej świadomej refleksji. Pierwszą metodą stosowaną podczas
szkolenia rekrutów jest odwrażliwianie, które nazwać też można brutalizacją.
Młodym ludziom goli się głowy, ubiera się w identyczne mundury i oddaje pod
władzę sierżanta, który w pełnym rynsztunku pędzi rekrutów przez błoto, każe
padać i robić
przysiady, wykrzykując w twarz rozkazy. Kiedy zaczyna się strzelanie,
ważne jest, by uczyli się tego nie strzelając do tarczy, lecz do realistycznych
ludzkich sylwetek, mierząc w serce. Jeszcze lepiej, jeśli sylwetki te są
ruchome i imitują uzbrojonych przeciwników. Częścią programu odwrażliwiania
jest także ideologiczna
indoktrynacja, która w skrajnych, choć niestety nierzadkich, przypadkach
polega na wyrobieniu w żołnierzach przeświadczenia, że przeciwnik nie
reprezentuje pełni człowieczeństwa i nie trzeba go traktować jak osobnika tego
samego gatunku.
U odpowiednio odwrażliwionego rekruta należy jeszcze wyrobić właściwe
odruchy warunkowe. W czasie drugiej wojny światowej w japońskiej armii
stosowano na przykład klasyczną metodę Pawłowa po to, by akt zabijania
wywoływał u żołnierza miłe skojarzenia. Do treningu służyli jeńcy wojenni, z
których każdy
przydzielany był jednemu japońskiemu rekrutowi. Jego zadaniem było
zabicie go bagnetem. Tym, którzy nie wykonali rozkazu, groziła natychmiastowa
egzekucja z rąk szkolącego ich oficera, po spełnieniu zaś swej powinności
dostawali najlepszy od wielu miesięcy posiłek zakrapiany sake i mogli zabawić
się z markietankami.
Inną techniką wytwarzania automatycznych odruchów jest wielokrotne
powtarzanie tej samej czynności w odpowiedzi na bodziec. Bodziec – reakcja,
bodziec –reakcja, bodziec – reakcja... Tak trenuje się na przykład pilotów na
symulatorach lotów, którzy potem, w warunkach bojowych, widząc na ekranie
radaru
zmierzającą w ich kierunku rakietę ziemia-powietrze, zielenieją ze strachu,
ale wykonują mimo to właściwy manewr, by uniknąć strącenia.
Młodym żołnierzom podsuwa się wreszcie odpowiednie wzory osobowości – ich
dowódców i legendarnych, otoczonych chwałą bohaterów – a także wytwarza w nich
poczucie solidarności i braterstwa, aby w przyszłości gotowi byli narazić
własne życie i zabić wroga po to, by uratować swych towarzyszy.
Rekrut
od kołyski
Nowoczesne armie podniosły skuteczność szkolenia na niezwykle wysoki
poziom i pomimo ogromnego znaczenia techniki we współczesnej wojnie o wyniku
bezpośredniego starcia decyduje zwykle żołnierz. W czasie wojny o Falklandy w
1982 r. między Wielką Brytanią i Argentyną żołnierze brytyjscy szturmowali
umocnione pozycje trzy- bądź czterokrotnie liczebnie silniejszego
przeciwnika i odnosili zwycięstwo. Jak twierdzi pułkownik Grossman,
zawdzięczali to temu, że nie marnowali kul. Ceną tej skuteczności było potem
około 200 samobójstw wśród brytyjskich żołnierzy walczących w tej wojnie.
Skoro tak trudno nam zabić innego człowieka, to jak wytłumaczyć epidemię
brutalnej przemocy, jaka wydaje się szerzyć? Dlaczego w ostatnich kilkunastu
latach liczba zabójstw popełnianych w naszym kraju wzrosła, w stosunku do
liczby ludności, ponad dwukrotnie? Dziś, Choć w tych niechlubnych statystykach
wyższe od
nas miejsce zajmuje wiele sąsiednich państw położonych na wschód, liczba
pięciu zabójstw na 100 tys. mieszkańców stawia nas przed przodującą niegdyś
wśród uprzemysłowionych krajów Ameryką (około czterech). Choć nie należy mieć
złudzeń, że zjawisko to można wytłumaczyć za pomocą jednej prostej teorii,
wyjaśnienie, jakie proponuje Grossman, jest dość niepokojące. Twierdzi on
mianowicie, że bezwiednie, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji naszej
nieodpowiedzialności, stworzyliśmy naszej młodzieży warunki rozwoju imitujące
pod wieloma względami opisane powyżej metody szkolenia wojskowego.
Młodzież poddawana jest dziś treningowi odwrażliwiającemu nie w wieku
poborowym, lecz od wczesnego dzieciństwa. Przemoc pokazywana w mediach sprawia,
że młodzi ludzie kojarzą sobie gwałtowną śmierć z rozrywką. Gry komputerowe ze
swym realizmem pozwalają chłopcom, którzy nigdy nie mieli wcześniej w ręku
prawdziwej broni, uzyskiwać zabójczą skuteczność strzelców wyborowych. A
wzorce osobowości? Przecież nie są nimi dla większości młodych ludzi wybitni
artyści, politycy czy uczeni, lecz na ogół imponujący im w najbliższym
otoczeniu brutalni cwaniacy, którym nikt nie podskoczy.
Czy więc postawienie tamy zalewowi przemocy wymaga nadzwyczajnych
środków, takich jak na przykład cenzura mediów? To już zupełnie inny temat. By
nie popaść w nadmierny pesymizm, warto jednak pamiętać, że zabijanie innych nie
leży w naszej naturze i że w tym samym czasie. Kiedy w Polsce liczba zabójstw
się podwoiła, w Ameryce spadła o połowę. Może więc dzisiejszy wzrost przemocy
jest zjawiskiem przemijającym?
Krzysztof Szymborski
[Uczenie zabijania się nawzajem - wmuszanie takiej umiejętności, wbrew
temu co nam zakodowała ewolucja - też odpowiednio... wpłynie na jej dalszy
przebieg i później nie trzeba będzie tego uczyć...!!! – red.]
„POLITYKA”
nr 34 (2617), 25.08.2007 r.
HOMO KILER
David Buss, amerykański
psycholog, ostrzega: w ludzkiej skłonności do zabijania nie ma nic
nadzwyczajnego, potencjalny morderca czai się w każdym z nas.
David Buss, profesor w University of Texas w Austin w Stanach Zjednoczonych, jest przedstawicielem psychologii ewolucyjnej. To nurt w nauce dowodzący, że ludzkie zachowania są w dużej mierze zdeterminowane biologicznie. Człowiek jest produktem ewolucji, której naczelną zasadą jest dobór naturalny. To właśnie na skutek trwających wiele pokoleń procesów selekcji i adaptacji cech najbardziej sprzyjających przetrwaniu wykształciły się sposoby ludzkiego postępowania.
Weźmy zazdrość opisywaną w niezliczonych dziełach literackich i filmowych. To niezwykle ludzkie uczucie można wyjaśnić w kategoriach naturalnych, przekonuje Buss na łamach książki „Zazdrość. Niebezpieczna namiętność” (GWP, Gdańsk, 2003 r.). Emocja ta wykształciła się w toku ewolucji, by wzmacniać relacje między dwojgiem partnerów i zwiększać szanse, że w wychowywanym przez nie potomstwie nie ma obcych genów. Z punktu widzenia mężczyzny troska o dzieci to spory wysiłek, który ma zdecydowanie większy sens ewolucyjny, gdy inwestuje on we własne geny.
Psychologia ewolucyjna uczy, że kobiecie zależy z kolei na urodzeniu dziecka o jak najlepszym genotypie. W rezultacie, jak pokazują coraz popularniejsze badania genetyczne, przeciętnie jedno na siedem rodzących się dzieci ma innego ojca biologicznego niż ten wpisany w metryce. Choć są i takie regiony, gdzie nawet 30 proc. dzieci ma błędnie rozpoznanego tatusia, donosi magazyn „The Atlantic”.
Mężczyźni mają więc powody do zazdrości. Jednak kobiety mają jeszcze więcej powodów do podejrzewania partnerów o niewierność. Z punktu widzenia ewolucji miernikiem sukcesu mężczyzny jest bowiem jak największe rozprzestrzenienie puli genowej, co najlepiej gwarantują skoki w bok. Prawowitej partnerce taka sytuacja nie może się podobać, bo z jej punktu widzenia mężczyzna trwoni energię, zamiast koncentrować się na legalnym potomstwie.
W najnowszej książce „Morderca za ścianą” (GWP, Gdańsk, 2007 r.) prof. Buss pokazuje, że zazdrość może prowadzić do najcięższych zbrodni, z morderstwem włącznie. W swym nowym studium stosuje metodę psychologii ewolucyjnej do wyjaśnienia najbardziej mrocznej zagadki człowieka – skłonności do stosowania najbrutalniejszej nawet przemocy.
Podczas licznych badań Buss odkrył, że niemal wszyscy ludzie (91 proc. mężczyzn i 84 proc. kobiet) miewają fantazje o zabijaniu. Nawet najspokojniejsi i niezwykle praworządni obywatele przyznają, że czasem myślą intensywnie, by usunąć na zawsze z drogi głupiego czy niesprawiedliwego szefa, niewiernego partnera czy choćby szalejącego na drodze kierowcę-pirata. Oczywiście, tylko nieznaczny odsetek tych fantazji spełnia się w realnym życiu. W samych jednak Stanach Zjednoczonych w XX w. zamordowanych zostało ponad milion osób (mniej więcej tyle samo, ile w wojnach, w których uczestniczyli w tym stuleciu Amerykanie). Na całym świecie zginęło w wyniku morderstw (bez ofiar wojen) co najmniej 100 mln osób, choć Buss sądzi, że to zaniżony szacunek i że liczbę tę należałoby nawet potroić.
Konsumenci współczesnych mediów zapamiętują głównie najbardziej dramatyczne zbrodnie popełniane przez seryjnych morderców lub desperatów, jak podczas masakry w kampusie amerykańskiej uczelni Virginia Tech (w kwietniu 2007 r. 23-letni student z Korei zabił tam 32 przypadkowe osoby). W istocie jednak morderstwa te mają niewielki udział w makabrycznej statystyce. Większość ofiar ginie z rąk znajomych. Zdecydowana większość zabójców to mężczyźni. Najbardziej skłonni do morderstw są panowie w wieku 20–24 lata. Tak jest w ponad 30 różnych przebadanych przez naukowców obszarach kulturowych, można więc pokusić się o wniosek, że wzór na zbrodnię tkwi głęboko w naturze człowieka.
Jak pisze Buss: „Psychologia ewolucyjna dostarczyła przekonujących wyjaśnień wielu aspektów natury ludzkiej, toteż zastanawiając się nad zdumiewającą powszechnością fantazji o zabijaniu oraz nad tym, jak bardzo morderstwo fascynuje ludzi, zacząłem rozważać niepokojącą możliwość, że skłonność do zabijania jest adaptacją, która ukształtowała się u człowieka w toku ewolucji. Zdałem sobie sprawę, że morderstwo może być niezwykle skuteczną strategią radzenia sobie z niektórymi spośród wyzwań ewolucyjnych, z jakimi przychodzi nam się zmierzyć”.
Naturalne uwarunkowanie człowieczej zbrodniczości znajduje dodatkowe potwierdzenie w badaniach paleoantropologicznych, które pokazują, że ludzie mordowali się od zawsze. Steven LeBlanc, archeolog z Uniwersytetu Harvarda, brutalnie demaskuje mit dobrego dzikusa na łamach książki „Constant Battles. The Myth of the Peaceful, Noble Savage”. Podobne argumenty przedstawia Lawrence H. Keeley, antropolog z University of Illinois w Chicago, w książce „War before Civilization”. Dobry, miłujący pokój dzikus nigdy nie istniał. Nie dość, że ludzie mordowali się od zarania dziejów, to na dodatek robili to z jeszcze większą zaciętością niż dzisiaj: krwawe żniwo zbierało nawet do 20 proc. populacji, z rąk zabójców ginęły kobiety i dzieci. Zazwyczaj oszczędzano jedynie kobiety w wieku reprodukcyjnym.
Jaki zysk przynosi morderstwo? Buss wyjaśnia: „Zacznijmy od tego, że nieszczęsna ofiara zabójstwa traci wszelkie szanse na przekazanie swoich genów potomstwu. Zamordowany mężczyzna już nigdy nie będzie zabiegał o względy kobiety i z pewnością żadnej nie uwiedzie. Nigdy więcej nie będzie się kochał ze swoją żoną”.
Uczony badał fenomen morderstwa przez wiele lat, przekopując się przez dziesiątki tysięcy akt FBI, opisujących najbardziej przerażające zabójstwa z premedytacją. A także – zbrodnie popełnione w afekcie, które przez wiele wymiarów sprawiedliwości traktowane są z pewną wyrozumiałością (tak jakby legislatorzy rozumieli, że ukształtowanej przez ewolucję natury i wynikających z niej emocji nie da się oszukać). Badania uzupełnił Buss studiami międzykulturowymi. Fascynująca i ponura zarazem lektura nie pozostawia wątpliwości: potencjalna gotowość do morderstwa tkwi w każdym: „morderstwo wyewoluowało jako zaledwie jedna z wielu zależnych od sytuacji strategii rozwiązywania konkretnych problemów adaptacyjnych, związanych z rywalizacją o przetrwanie i sukces reprodukcyjny. Te strategie mogą być aktywizowane i dezaktywizowane”.
W jaki sposób? – chce się od razu zadać pytanie. Buss nie daje konkretnych odpowiedzi, natomiast kończy swą książkę dobrymi radami, jak uniknąć śmierci z rąk mordercy: „Bądź świadomy, jak realne jest niebezpieczeństwo zabójstwa – zwłaszcza z rąk tych, których znasz i kochasz. Strzeż się mężczyzny, który choćby o sekundę za długo wpatruje się w Ciebie pożądliwym wzrokiem. Bacznie obserwuj ojczyma, który mógłby sobie zażyczyć, żebyś nie istniał. Uważaj na rywala, który siedzi cicho. (...) Mordercy czekają, obserwują, są wszędzie wokół nas”.
Inny amerykański uczony Steven Pinker podobnie jak Buss przekonany jest o ewolucyjnych uwarunkowaniach natury ludzkiej. W eseju „Żegnaj, przemocy” („Gazeta Wyborcza”) Pinker zwraca jednak uwagę na znamienny fakt – choć przemoc ze skłonnością do morderstwa jest rzeczą ludzką, to jednak wraz z biegiem historii ludzkość coraz lepiej sobie z nią radzi. Po doświadczeniach dwóch wojen światowych i totalitaryzmów XX w. stwierdzenie takie wydaje się absurdalne. Jednak gdybyśmy mordowali się nadal tak jak prehistoryczni przodkowie, w XX stuleciu życie straciłoby blisko 2 mld ludzi!
Pinker dowodzi, że coraz mniej liczne i mniej krwawe są wojny. Coraz mniej także osób ginie na skutek morderstw. W XI-wiecznej Anglii z rąk zabójców ginęły 24 osoby na 100 tys., w drugiej połowie XX w. – wskaźnik ten spadł do 0,6 na 100 tys. Najwyraźniej jesteśmy w stanie dezaktywować zbrodnicze skłonności. Niestety, ciągle nie wiadomo jak. Ciekawym poligonem do obserwacji były Stany Zjednoczone, a zwłaszcza Nowy Jork przełomu lat 80. i 90. W latach 80. wielkomiejska przestępczość z udziałem najgorszych zbrodni gwałtownie tam wzrosła i wydawało się, że jest to trend nieodwracalny.
Źródłem miały być: kryzys społeczeństwa przemysłowego, kultura masowa promująca przemoc, rozkład tradycyjnych wartości, nadmiernie liberalna polityka policyjna i penitencjarna. Nagle od 1991 r. coś gwałtownie zaczęło się zmieniać, przestępczość zamiast rosnąć, zmalała o blisko 80 proc. w ciągu kilku lat. Na autora tego sukcesu chętnie kreuje się były burmistrz Nowego Jorku Rudolf Giuliani. Uważa on, że tak świetnie sprawdziła się zastosowana przez niego polityka zero tolerancji. Polegała ona na bezwzględnym wyłapywaniu przez policję sprawców przestępstw, w tym także tych najmniejszych, jak choćby śmiecenie na ulicy. Problem w tym, że Giuliani został burmistrzem w 1994 r., a przestępczość zaczęła maleć trzy lata wcześniej, również w miastach nie rządzonych przez szeryfa.
Niezwykle ciekawe wyjaśnienie, choć dalekie od kryterium politycznej poprawności, zaproponował Steven D. Levitt, błyskotliwy amerykański ekonomista w bestsellerze „Freakonomia” (One Press, Gliwice, 2006 r.). Część zasług za odwrócenie morderczego trendu przypisał zaostrzeniu polityki penitencjarnej w USA pod koniec lat 80. Najważniejszą rolę odegrała jednak – jego zdaniem – decyzja Sądu Najwyższego ze stycznia 1973 r. w sprawie Roe przeciwko Wade. Decyzją tą została zalegalizowana w USA aborcja na życzenie. Już w ciągu pierwszego roku skorzystało z prawa do aborcji 750 tys. kobiet. Liczba ta zwiększyła się później do poziomu 1,6 mln rocznie. Jakie stąd wnioski? Levitt jest bezwzględny: na aborcję decydują się kobiety wiedzące, że nie są w stanie zapewnić swoim dzieciom odpowiedniego wychowania. Statystyki kryminalistyczne pokazują zaś bezpośrednią korelację między patologicznym wychowaniem i nędzą a skłonnością do konfliktu z prawem. Poza tym na skutek legalizacji aborcji wielu przestępców i morderców, którzy dojrzeliby do krwawego rzemiosła w latach 90. – po prostu się nie urodziło.
Mimo imponującego spadku przestępczości w USA jest to ciągle kraj bardziej niebezpieczny niż państwa europejskie. Kara śmierci, najwyższy na świecie odsetek osób zamkniętych w więzieniach, a nawet zalegalizowana aborcja nie zmieniają tego faktu. Zdaniem Denisa Duclosa, francuskiego socjologa, wyższy poziom przemocy w Stanach Zjednoczonych niż w innych krajach obszaru euroatlantyckiego wynika ze swoistej fascynacji przemocą kultywowaną przez amerykańskie społeczeństwo. Fantazje o przemocy i zbrodni, które staramy się zazwyczaj skrywać, w USA znajdują nieskrępowane ujście w produkcjach kultury popularnej i mediach. Duclos analizuje w książce „The Werewolf Complex. America’s Fascination with Violence” („Kompleks wilkołaka. Amerykańska fascynacja przemocą”), jak za sprawą Hollywood przemoc jest nie tylko częścią prywatnego imaginarium, ale staje się jednym z kodów kultury i komunikacji społecznej. Czy to wystarcza, by aktywować opisany przez Davida Bussa zbrodniczy potencjał?
Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Dzieła amerykańskiej kultury popularnej konsumowane są na całym świecie. Faktem jest, jak dowodzi Steven Pinker, że mimo wrażeń, jakich dostarczają media, ociekających przemocą, żyjemy w czasach, kiedy ryzyko śmierci z ręki drugiego człowieka jest coraz mniejsze. Zgodnie jednak z radą Davida Bussa nie usypiajmy czujności. Morderca jest w każdym z nas.
Edwin Bendyk
ZABÓJSTWO PO POLSKU
Zgodnie z policyjnymi statystykami przestępczość w Polsce, w tym liczba zabójstw, maleje. W 2006 r. odnotowano 816 morderstw, co jest istotnym spadkiem po kulminacji w 2001 r., kiedy z rąk zabójców zginęło 1325 osób. W 1990 r., pierwszym roku transformacji, policja odnotowała 730 zabójstw. Wśród motywów zbrodni dominują nieporozumienia rodzinne. Dla porównania, w powojennym 1945 r. milicja obywatelska zarejestrowała 8411 morderstw, 26 471 rozbojów oraz ponad 10 tys. przestępstw uszkodzenia ciała.
„NEWSWEEK” nr 27,
10.07.2005 r.
SIÓDMY KRĄG PIEKIEŁ
Techniki podglądania mózgu pozwoliły zajrzeć w neurony przestępców –
nie sprawdza się teoria o mordercach z urodzenia. Agresja jest cechą nabytą,
ale ma moc zmieniania genów.
(...) I nie znaleziono żadnych śladów genetycznego zaprogramowania
zabójców. Co ciekawsze - są dowody na to, że agresywne zachowania są przekazywane
z pokolenia na pokolenie - jednak nie za pośrednictwem genów. Po prostu
kształtujące się obwody nerwowe dzieci narażonych na przemoc doznają trwałych
uszkodzeń. Te zaś osłabiają zdolność uczenia się, kontrolę nad
gwałtownymi emocjami, sprawność radzenia sobie ze stresem. Wpływ otoczenia na
rozwijający się mózg okazuje się równie silny, jak dyrektywa ze strony genów. Z
tym że otoczenie możemy próbować zmienić, z genami byłoby trudniej.
W ostatnich dniach czerwca w czasopiśmie amerykańskiej Narodowej Akademii
Nauk „Proceedings of the National
Academy of Sciences” opublikowano wyniki badań nad skłonnością rezusów (gatunek
małp) do agresji wobec własnych dzieci. Autor tej pracy, prof. Dario
Maestripieri, psyhobiolog z Uniwersytetu
Hicago, i jego zespół przeprowadzili eksperyment, który polegała na
zabraniu dzieci matkom agresywnym i oddaniu ich pod opiekę łagodnym samicom. Na
16 małpek hodowanych przez matki agresywne aż dziewięć maltretowało następnie
własne dzieci. Żadne dziecko agresywnych matek wychowywane przez samicę
łagodną nie stosowało przemocy wobec swojego potomstwa. Prof.
Maestripieri uważa, że wyniki jego pracy można odnieść także do ludzi. Agresja,
jego zdaniem, nie jest wpisana w geny. Przenosi się z pokolenia na pokolenie
jako wzór doświadczonych w tej rodzinie zachowań. Choć nie można wykluczyć, że
pewne cechy
temperamentu, jak na przykład impulsywność, skłaniające do posunięć
agresywny, są dziedziczone.
Wnioski prof. Dario Maestripieri są potwierdzeniem wcześniejszych badań,
min. psychiatrów z Uniwersytetu Teksasu. Przed kilku laty za pomocą rezonansu
magnetycznego i tomografii pozytronowej porównali oni mózgi skazanych za
brutalne napaści, podpalenia i gwałty oraz mózgi ludzi normalnych. Okazało się,
że te pierwsze nie miały żadnych wrodzonych defektów. Można było tylko dostrzec
zmiany w funkcjonowaniu partii kory mózgowej. Większość recydywistów winnych
wielokrotnych aktów przemocy miała zmniejszoną aktywność lewego płata
skroniowego, widoczne były też zaburzenia w funkcjonowaniu kory czołowej. Może
to świadczyć o niezdolności do rozumienia takich pojęć, jak dobro i zło, a
także o niemożności pojmowania konsekwencji swoich czynów.
Taki obraz przedstawiają mózgi przestępców, których agresja jest
wykalkulowana, zimna, bez śladu emocji. Ale nawet u nich nie znaleziono jednego
rejonu odpowiedzialnego za brutalna przemoc. Agresja nie wydaje się więc
wynikiem odmiennej architektury mózgu, ale rezultatem chorobliwego pobudzenia
wielu obwodów nerwowych.
Nowoczesne metody podglądania mózgu pozwoliły natomiast zauważyć, jakie
ogromne i trwałe spustoszenie czyni przemoc fizyczna i psychiczna w mózgach
ofiar. Zmiany w ich obwodach nerwowych wywołane przerażeniem, bólem, uczuciem
poniżenia, udręką psychiczną mogą być tak znaczne, że wywołują zanikanie w
mózgu struktur odpowiedzialnych za pamięć i kontrolę emocji. Rozmiary
tych zniszczeń ujawniają eksperymenty prowadzone na zwierzętach.
W maju tego roku opublikowano jedno z takich badań. Pokazało, jak zamiera
hipokamp – część mózgu, gzie pamięć świeża jest przekształcana w długotrwałą.
Ludzie, których hipokamp jest uszkodzony, mają trudności z uczeniem się i
zapamiętywaniem. Na skutek długotrwałego stresu, spowodowanego strachem przed
kolejną napaścią, atrofii ulegają także neurony kory przedczołowej w rejonie
kontrolującym ruchy i planującym przyszłość. Zmienia się funkcjonowanie innej
jeszcze części mózgu, tzw. ciała migdałowatego, które pośredniczy w
odpowiedzi organizmu na stres i silne emocje. Amerykańscy neurolodzy z Centrum
Badania Stresu i Leczenia Ran Uniwersytetu Stanowego Ohio, B.S. McEwen i F.
Dhabhaer, wykazali wyraźny wpływ traumatycznych przeżyć i ironicznego strachu
na
zamieranie komórek nerwowych mózgu. Przemoc fizyczna i psychiczna
upośledza, ogólnie mówiąc, zdolność do radzenia sobie z wyzwaniami, jakie
stawia przed każdym życie. Popycha też w stronę agresji jako najlepiej znanego
rodzaju zachowania.
Nieustanne szkodliwe pobudzenie dużej części mózgu, obserwowane zarówno u ofiar, jak i sprawców
przemocy, tworzy system alarmowy o nadmiernej wrażliwości, który odpowiada na
bodźce z zewnątrz o wiele silniej niż jest to potrzebne i za każdym razem
bardziej energicznie niż poprzednio. W rezultacie ofiary
żyją w niekończącym się stresie, agresorzy zaś najmniejsza przeciwność
losu traktują jak niebezpieczeństwo spinające ich do ataku. Układ nerwowy
jednych i drugich znajduje się na skraju wyczerpania.
Coraz więcej wiemy też o biochemii mózgu o sposobie porozumiewania się
neuronów u ofiar w sytuacji zagrożenia, jak też u sprawców agresji. Komórki
nerwowe przesyłają sobie e-maile w postaci neuroprzekaźników – substancji
chemicznych wprawiających organizm w stan zwiększonej gotowości. Wiadomości o
zagrożeniu docierające do mózgu przez zmysły zostają przekształcone w
impulsy nerwowe i są natychmiast wysyłane przez mózg tak zwanym układem
wegetatywnym do nadnerczy. Tam przyspieszają wytwarzanie adrenaliny i jej
prekursora, noradrenaliny, substancji szykujących organizm do walki albo
ucieczki.
Wyrzut noradrenaliny z nadnerczy przyspiesza bicie serca, zwiększa
napięcie mięśni, rozszerza naczynia wieńcowe serca. Wzmaga też wydzielanie potu
i tempo przemiany materii. Ten stan alarmu nie tylko przygotowuje organizm do
odpowiedzi na już istniejące niebezpieczeństwo. Wywołuje też tak zwana reakcję
wsteczną.
Dociera aż do genomu, czyli zestawu genów w komórkach nerwowych. Pod jego
wpływem włączają się geny, mające zapewnić jeszcze silniejszą odpowiedź na
następne zagrożenie w przyszłości.
Przemoc wobec dzieci staje się częścią zamkniętego kręgu agresji. Ofiary
złego traktowania w domu albo same w przyszłości będą stosować przemoc
fizyczną, znaną im jako jedyny sposób rozwiązywania konfliktów, albo staną się
bezwolnymi ofiarami osób silniejszych od nich. Jeśli taki model zachowań między
partnerami zostanie raz ustalony, bardzo trudno go zmienić.
Naukowcy z Instytutu Psychiatrii Uniwersytetu w Nowym Jorku badali przez 20 lat około 500 dzieci i ich matki.
Doszli do wniosku, że do powstrzymania epidemii agresji, konieczne jest
stworzenie programów psychicznego wsparcia dzieci, zanim te osiągną wiek
dojrzewania. Inaczej nie da się przerwać łańcucha
przemocy, w którym brutalność dorosłych okalecza dzieci i popycha je do
odtwarzania podobnego zachowań. Jak dziś wiadomo, jest to nie tylko kwestia naśladowania
ponurych wzorów z dzieciństwa. dzieci, które są świadkami poniewierania ich
matek, doznają urazu o sile nie mniejszej niż wstrząs elektryczny. Są
psychicznie gorzej przystosowane do znoszenia porażek, bo brak im
pewności, że świat jest miejscem bezpiecznym, gdzie mogą znaleźć dla siebie
przystań. Ich mózgi stają się mniej wytrzymałe na stres, trudniej radzą sobie z
zagrożeniami. Następstwa przemocy doświadczanej w domu od osób, które powinny
kochać i
wspierać, a zamiast tego dręczą i poniżają, pozostają wypalone chemicznie
w obwodach nerwowych najczęściej na całe życie.
Wielu naukowców, szukając przyczyn rosnącej agresywności, wskazuje na
szkodliwy wpływ mediów, zwłaszcza telewizji i gier komputerowych. Na ekranach
telewizorów, często na kilkudziesięciu kanałach równocześnie, można
trafić na sceny mordów, zabójstw, okaleczenia przemocy. W grach komputerowych
najczęściej zwycięża ten, kto szybciej zabija. Specjalistyczne czasopismo
medyczne „Journal of Computer Assisted Tomography” opublikowało w numerze
czerwcowym wyniki badań dwóch grup nastolatków: agresywnych i nie
wykazujących tego rodzaju skłonności, łącznie 72 osób. Obserwowano zmiany w
funkcjonowaniu ich mózgów po dłuższym okresie oglądania programów o dużym
nasileniu przemocy. U osób agresywnych jeszcze przed tym eksperymentem
stwierdzono zmniejszoną aktywność lewego płata czołowego w porównaniu z
grupą kontrolną. Jest to cecha charakterystyczna mózgów ogarniętych obsesją
przemocy i niszczenia. Oglądanie drastycznych scen na ekranie jeszcze pogłębiło
tę tendencję.
Zmiany w aktywności mózgu nastąpiły jednak nie tylko u nastolatków z już wcześniej stwierdzonymi zaburzeniami
zachowania. „Nasz eksperyment pokazuje, że narażenie dzieci i młodych ludzi na
oglądanie brutalnych scen może zmieniać działanie ich mózgów, niezależnie od
tego, czy wcześniej okazywali jakieś
cechy agresji czy nie” – konkluduje dr Vincent Mathews, kierujący tymi
badaniami neuroradiolog z Uniwersytetu stanowego Luizjany. Podobne wyniki badań
opublikowało niedawno czasopismo medyczne „Lancet”, a także grupa niemieckich
naukowców z Uniwersytetu w Akwizgranie.
O procesach biochemicznych zachodzących w mózgach agresorów też wiadomo z
każdym rokiem więcej. Zdania naukowców wciąż są jednak podzielone co do
najważniejszej substancji chemicznej, wywołującej napady agresji.
Wielu badaczy uważa, że to spadek poziomu neuroprzekaźnika, serotoniny, w
płynie mózgowo-rdzeniowym wyzwala brutalne zachowania, pragnienie zemsty za
domniemane krzywdy i wyłączenie obwodów nerwowych kontrolujących zachowanie.
Serotonina jest jednym z najważniejszych neuroprzekaźników w naszym
układzie nerwowym. Utrzymuje nastrój w górnych rejonach dodatnich.
Występuje u ludzi i zwierząt. U ssaków można ją wyodrębnić na przykład z płytek
krwi.
Serotonina jest tak rozmieszczona w mózgu, że wywiera ogromny wpływ na
funkcjonowanie układu nerwowego. Jej niedobór powoduje złość i irytację. Niski
poziom tego hormonu stwierdzano u żołnierzy torturujących przeciwników, u
ludzi skłonnych do niekontrolowanych zachowań, u dzieci męczących zwierzęta.
Zmniejszoną zdolność do transportu serotoniny w mózgu obserwuje się u osób
impulsywnych i skłonnych do agresji, zwłaszcza w korze mózgowej odgrywającej
dużą rolę w regulowaniu emocji – informuje grupa badaczy z Instytutu
Psychiatrycznego Stanu Nowy Jork w majowym numerze „The American Journal of
Psychiatry”.
Niedobór serotoniny wydaje się ściśle sprzęgnięty z ludzką agresją. Jej poziom jest o 20-30 proc. niższy u
mężczyzn niż u kobiet. I to jest prawdopodobnie jedna z przyczyn, dla których
są oni bardziej niż kobiety skłonni do brutalnych zachowań. Według wielu
statystyk 90 proc. przestępców to mężczyźni. Zwłaszcza
porażki życiowe wywołują u tej części ludzkiej populacji znaczny spadek
serotoniny i silny stres. Ich konsekwencje sięgają aż do genomu. Stres
społeczny, związany z rolą odgrywaną w grupie, może nawet włączać i wyłączać
geny. Stres i agresja sięgają zatem do samego jądra naszego istnienia.
EPIDEMIA
AGRESJI
Według raportu WHO przemoc jest głównym problemem zdrowia publicznego
na świecie. Co roku miliony ludzi umierają lub na zawsze pozostają inwalidami z
powodu ran odniesionych na skutek przemocy.
DOM, SPOKOJNY DOM...
·
Przemoc domowa jest główną
przyczyną śmierci kobiet w wieku od 16 do 44 lat, przewyższa zgony spowodowane
nowotworami i wypadkami drogowymi
·
Małe dzieci są bite przez
rodziców. 60 procent rodzin w Polsce przyznaje się do stosowania kar
cielesnych. Bicie pasem stosuje 44 procent rodziców, kilkanaście procent ojców
bije dzieci na oślep (Europejska Unia Kobiet)
· W
Stanach Zjednoczonych corocznie
około 5 mln dzieci staje się świadkiem lub ofiarami przemocy w domu. Liczba
młodocianych zabójców wzrosła tam trzykrotnie w latach 1984-1994
·
Większość aktów przemocy, dręczenia,
ranienia, gwałtów nikomu nie jest zgłaszana i pozostaje bezkarna
ŚWIAT KOBIET
·
Około 70 proc. zamordowanych
kobiet ginie z ręki swego partnera (WHO)
·
Jedna na pięć kobiet na
świecie staje się ofiarą gwałtu (WHO)
· Co
14 dni w Kolumbii zostaje porwana
jedna kobieta (Raport „Kobiety i konflikt zbrojny”)
· Handel kobietami i dziewczętami został potwierdzony w 85 procentach wszystkich stref
konfliktów zbrojnych (Raport „Ocal dzieci” 2003 r.)
POLSKA I ŚWIAT
· W Kanadzie koszty ponoszone co roku w wyniku przemocy domowej,
w tym opieki medycznej nad pobitymi, sięgają 1,6 mln dolarów (UNICEF, 2000)
· W Sierra Leone 94 proc. badanych rodzin doświadczyło napaści seksualnych, tortur i
niewolnictwa (Lekarze dla praw człowieka, 2002)
· Warszawskie gimnazja są miejscami, gdzie kwitnie przemoc, 9 proc.
uczniów twierdzi, że zostali pobici, a co dziesiątemu grożono nożem lub innym
niebezpiecznym narzędziem
Bożena Kastory
[1086 dzieci zginęło w Rosji z rąk własnych rodziców w latach 2000-2005. – „FORUM” nr 30, 31.07.2005 r. Zwracam uwagę, iż proces odwrażliwiania zaczyna się już w szkole, która ponadto dla każdego (...) jest obowiązkowa! – red.]
www.o2.pl | Niedziela [07.06.2009, 09:05] 1 źródło
PRZEMOCY POŻĄDAMY JAK SEKSU
O tym, czy ktoś zostanie bandytą decydują geny.
Chłopcy z tzw. genem wojownika częściej stają się członkami gangów i zwykle to oni noszą w nich i używają broni - na wyniki badań kryminologów z stanowego uniwersytetu na Florydzie powołuje się serwis LiveScience.com.
Owa cecha genetyczna była wskazana u źródeł gwałtownych walk z 2006 roku na Nowej Zelandii z udziałem maorysów.
O ile gangi to zjawisko uważane za fenomen społeczny, nasze badania wskazują, że znaczącą rolę grają posiadane odmiany genu MAOA - tłumaczy biospołeczny kryminolog, prof. Kevin Beaver.
Agresja to cecha o wybitnie genetycznym podłożu. Jest pierwotna i konieczna dla ludzkiej egzystencji niczym umiejętność współpracy. Na uniwersytecie Vanderbilta naukowcy doszli wręcz do zdania, że przemocy pożądamy jak seksu, jedzenia czy narkotyków.
Gen MAOA odpowiada za zmiany w ilości uwalnianego do mózgu neuroprzekaźników jak serotonina i dopamina, odpowiadających za nastrój i zachowanie. Co ważne, ten gen jest przekazywany dziedzicznie - tłumaczy LiveScience.com.
Badania przeprowadzono na 2,5 tys. młodych Amerykanów biorących udział w projekcie National Longitudinal Study of Adolescent Health. | JS
www.o2.pl | Wtorek [24.03.2009, 07:45] 2 źródła
CO TRZECIA POLKA JEST
OFIARĄ PRZEMOCY
Są bite, gwałcone i poniżane przez swoich partnerów.
Każdego roku 800 tysięcy Polek pada ofiarą przemocy we własnym domu. Co najmniej 150 kobiet zginęło w 2008 roku z rąk domowego tyrana. Co trzecia Polka doświadczyła bicia, popychania, gróźb, a nawet gwałtu ze strony partnera - wynika z danych organizacji kobiecej Feminoteka, na które powołuje się "Dziennik".
Specjaliści ostrzegają jednak, że skala zjawiska przemocy domowej może być dużo większa. Dlaczego? Bo katowane latami ofiary nie chcą nikomu mówić o swojej tragedii.
40 procent kobiet poddawanych przemocy stwierdziło, że
same poradzą sobie z problemem. Co dziesiąta nie reagowała, bo bała się
sprawcy. Co piąta przyznała, że nie wzywa policji, bo nie wierzy w jej
skuteczność - czytamy w "Dzienniku". - Aż 82 procent z nich nigdy nie
zwróciło się też o pomoc do ośrodka pomocy społecznej czy też pracowników
telefonu zaufania - dodaje gazeta. | AB
www.o2.pl | Wtorek [31.03.2009, 06:46] 3 źródła
WIEJSKIE KOBIETY SĄ BITE I ZAGUBIONE
Nie są w stanie decydować o sobie i swoich bliskich – twierdzą socjologowie.
Mieszkanki polskiej wsi są przepracowane, bierne i zalęknione. A także dyskryminowane na rynku pracy i pokornie znoszące przemoc domową - pisze dziennik „Polska".
Ich aktywność społeczna ogranicza się najczęściej do kół gospodyń wiejskich i kółek rolniczych. W 2004 roku blisko 20 procent mieszkańców wsi żyło poniżej minimum socjalnego. Dochody 25 procent wiejskich rodzin wynoszą od tysiąca do 1,5 tysiąca złotych. Blisko połowa mieszkanek polskiej wsi nie zamierza jednak pracować zawodowo. Obawiają się porażki i dlatego często rezygnują z rozwoju. Poddają się też stereotypom pokory, podporządkowania i źle pojmowanej lojalności wobec bliskich, zwłaszcza mężów. Wolą zataić fakt stosowania wobec nich przemocy, niż szukać pomocy na zewnątrz - piszą autorzy raportu.
Raport powstał na zamówienie Ministerstwa Pracy i Polityki
Społecznej. Łódzcy socjologowie przebadali 1,6 tysiąca mieszkanek wsi. | TM
„NEWSWEEK” nr 35, 04.09.2005 r. NAUKA MEDYCYNA
DLACZEGO
MĘŻCZYŹNI SĄ WŚCIEKLI
Rozmawiamy z Jedem Diamondem
Wybuchają o byle co. Wszystko ich wkurza. Prawdopodobnie cierpią na syndrom męskiej nadpobudliwości.
Czy dojrzałymi mężczyznami też rządzą hormony, które powodują huśtawkę nastrojów? Rozmawiamy z Jedem Diamondem, światowej sławy psychoterapeutą, który od 40 lat prowadzi badania nad zdrowiem mężczyzn. Badania te zaowocowały książką "The Irritable Male Syndrome" ("Syndrom męskiej nadpobudliwości"), która ukaże się w Stanach Zjednoczonych we wrześniu tego roku. Uczony twierdzi, że dojrzali panowie cierpią na syndrom męskiej nadpobudliwości (SMN), a ich liczba wciąż rośnie.
Nazwę tego zaburzenia wymyślił Gerald Lincoln. Szkocki uczony odkrył, że barany stają się nerwowe i zachowują nieracjonalnie, gdy poziom testosteronu w ich organizmach gwałtownie spada. To samo dotyczy mężczyzn - stwierdził Jed Diamond, autor bestselleru z 1997 r. "Męska menopauza". Psychoterapeuta przeanalizował dane zebrane od ponad 6 tys. mężczyzn i odnotował, że prawie połowa z nich ciągle czuje się zestresowana i sfrustrowana.
40 procent badanych przyznało, że są często rozdrażnieni.
Co ważne, u mężczyzn, którzy odczuwali złe emocje, odnotowano zachwianie równowagi hormonalnej, a dokładniej spadek poziomu testosteronu we krwi oraz zmiany chemiczne w mózgu; na to często się nakładała utrata poczucia męskości.
Newsweek: Kiedy pierwszy raz zobaczyłam tytuł pańskiej nowej książki, pomyślałam, że to żart.
JED DIAMOND: Gdy w 1997 roku skończyłem pracę nad "Męską menopauzą", dostałem setki listów z całego świata. Wielu ludzi pytało o objawy męskiej menopauzy, takie jak nadpobudliwość oraz przeobrażanie się z doktora Jekylla w pana Hyde'a. O to, skąd się biorą. A potem ktoś przesłał mi artykuł ze szkockiej gazety dotyczący syndromu męskiej nadpobudliwości.
Dr Gerald Lincoln z Human Reproductive Sciences Unit przy Radzie Badań Medycznych w Edynburgu wymyślił ten termin w odniesieniu do baranów. Prowadził prace nad środkami antykoncepcyjnymi dla mężczyzn i w tym celu zakłócał równowagę hormonalną zwierząt. Przez przypadek odkrył, że gdy spadał poziom testosteronu, barany stawały się nadpobudliwe.
Ale to były barany.
- Jednak zaczęliśmy się zastanawiać, czy to zjawisko występuje również u ludzi. Pojechałem do Szkocji, rozmawiałem z Lincolnem i obejrzałem jego laboratorium. Stwierdziłem, że SMN doskonale pasuje do biologicznej, wywołanej zmianami hormonalnymi huśtawki nastrojów, która zdarza się mężczyznom w wieku, w którym najczęściej występuje zakłócenie równowagi hormonalnej.
Słyszałam, że syndrom ten
opisuje się także jako męską odmianę zespołu napięcia przedmiesiączkowego (PMS)
albo kryzys wieku średniego. Czy to ma sens?
- Podczas naszych testów - a były to największe tego typu badania na świecie - zebraliśmy dane dotyczące mężczyzn od 10. do 75. roku życia. Dzięki temu mogliśmy ustalić, które grupy wiekowe są najbardziej podatne na silną postać SMN. Okazało się, że najczęściej syndrom występuje u dwóch grup mężczyzn: młodych (15-28 lat) oraz w wieku średnim (40-55 lat). Występują u nich zmiany hormonalne, wahania poczucia męskości i seksualności oraz kłopoty w relacjach z innymi ludźmi.
Czy syndrom SMN może się
zatem pojawić w wyniku normalnych wahań poziomu testosteronu?
- Przyczyny zaburzenia mogą być najróżniejsze: wewnętrzne i zewnętrzne. Jeśli komuś drastycznie spadnie poziom testosteronu, może stać się bardziej pobudliwy, sfrustrowany i zdenerwowany. Takie wahania hormonów są zazwyczaj spowodowane traumatycznym zdarzeniem.
Może nim być utrata pracy lub rozpad związku, choroba czy kalectwo.
Ale mężczyźni zamiast spytać siebie: "Co się ze mną dzieje?" - obarczają winą kogoś innego. Myślą wtedy: "Oczywiście, że jestem zdenerwowany - kto by nie był, gdy się go tak traktuje?". Taki mężczyzna narzeka, że żona go nie wspiera, ciągle ma coś do zarzucenia swojemu szefowi.
Wydaje mu się, że jego gniew jest usprawiedliwiony - jeśli w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, że jest zirytowany. Trzeba więc uświadomić mężczyznom, że SMN wywołuje zmiany zachodzące w nich samych, i że to z tego powodu patrzą na świat przez rozbite okulary.
Czy wszystkich mężczyzn SMN
dopadnie w tym samym stopniu?
- Nie. Wszystko zależy m.in. od zmian gospodarki hormonalnej. Niektórzy panowie przechodzą zmiany stosunkowo bezboleśnie, natomiast inni doświadczają prawdziwej rewolucji.
Czy SMN występuje coraz
częściej, bo zmienia się rola mężczyzn w społeczeństwie?
- Pojawił się pewien rozdźwięk: coraz więcej kobiet robi karierę w pracy, podczas gdy coraz więcej mężczyzn nie wie, jaka jest ich rola. Mężczyźni tracą na znaczeniu pod względem ekonomicznym, co odbija się na ich psychice. Oprócz tego kobiety nie chcą wiązać się z mężczyznami, którzy nie odnoszą sukcesów, albo chociaż nie mają predyspozycji do odnoszenia sukcesów.
Zatem wychodzą za mąż późno i nie zamierzają zakładać rodziny z tymi, którzy nie są tak zaradni jak one. Dlatego coraz więcej panów czuje, że nie jest w stanie przyciągnąć i utrzymać kobiety. A to wzmaga irytację.
Jak można leczyć SMN?
- Pomocne są spotkania z terapeutami. Mężczyznom o niskim poziomie testosteronu przyda się leczenie hormonalne. Wiemy, że dobrze działają ćwiczenia (podczas intensywnych ćwiczeń podnosi się poziom testosteronu i poprawia się nam nastrój) oraz odpowiednia dieta. Nie zalecam jednak modnej ostatnio diety niskowęglowodanowej. Skrajnie niski poziom węglowodanów w organizmie obniża bowiem poziom serotoniny (zwanej hormonem szczęścia) i sprzyja drażliwości.
Czy nie jest przedwczesne
nazywanie tych objawów zaburzeniem?
- Oczywiście, nie każdy, kto łatwo wpada w złość, cierpi na SMN. Czasami to zwykła nerwowość. Jednak niekiedy mężczyźni są święcie przekonani, że z nimi "wszystko w porządku". A tak nie jest. Dobrze więc, gdy zdadzą sobie sprawę, że muszą nad sobą popracować. Chcę także uświadomić mężczyznom, że ten syndrom naprawdę istnieje i jest wyleczalny. Dopiero nieleczony staje się zagrożeniem dla zdrowia i dla relacji z innymi ludźmi w domu i w pracy.
Jennifer Barrett
www.o2.pl | Piątek [05.06.2009, 10:24] 2 źródła
W KAŻDYM MĘŻCZYŹNIE DRZEMIE GWAŁCICIEL
Kiedy wychodzi z nich bestia?
W społeczeństwach znajdujących się w stanie wojny gwałt staje się czynnością rutynową - uważa Greg Laden, niezależny naukowiec związany z University of Minnesota.
Twierdzi, że tak postępowało większość amerykańskich żołnierzy walczących w Wietnamie. Podobne mechanizmy występowały podczas innych konfliktów zbrojnych.
Laden odnosi się w ten sposób do sprawy szeregowca Stevena Green'a, oskarżonego o morderstwo i zgwałcenie 14-letniej Irakijki.
Laden dowodzi, że to społeczeństwo czyni z mężczyzn gwałcicieli. Sugeruje przy tym, że niechęć ludzi do stosowania przemocy wobec innych nie jest w czasie wojny czymś naturalnym.
Wojna niszczy granice, które powstrzymują nas od takich czynów w normalnej sytuacji społecznej - pisze.
Opinia Ladena wywołała sprzeciw wśród innych naukowców.
W czasie pokoju w Stanach Zjednoczonych co trzecia kobieta
staje się ofiarą gwałtu, a jedna trzecia kobiet w okresie ciąży doświadcza
przemocy - przypominają. | TM
„NEWSWEEK”
nr 45, 13.11.2005 r. SPOŁECZEŃSTWO
PRZEMOC
NIEWINNE
OFIARY DOROSŁYCH
Ludzi można nauczyć,
by wyrzekli się przemocy, dzięki terapeutom w 60 proc. przypadków. Ale nie
można ich zmusić, by pokochali swoje dzieci - mówi Jolanta Zmarzlik z Centrum
Pomocy Dzieciom "Mazowiecka", wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii
Społecznej, w rozmowie z Mirą Suchodolską.
Stosunek do
najsłabszych, w tym do najmłodszych, jest miarą rozwoju cywilizacyjnego
społeczeństw. Za oczywiste uznajemy prawo rodziców do wychowania dzieci.
Zakładamy, że miłość rodzicielska podpowie każdemu granicę, za którą surowość
przeradza się w tyranię i okrucieństwo. Jednak często zasłaniając się prawem do
prywatności, zamykamy się na to, co dzieje się w zaciszu czterech ścian u
naszych znajomych czy sąsiadów. Potrzeba wstrząsu, by wyrwać ludzi z inercji.
Przed tygodniem taką kroplą, która przelała czarę, była śmierć półtorarocznej
Agatki z Sosnowca. Oprawcą okazał się przyjaciel matki dziewczynki. Skatowane
dziecko zmarło.
Jak przeciwdziałać
takim tragediom? Czy musimy się z nimi pogodzić? - Ludzi można nauczyć, by
wyrzekli się przemocy, dzięki terapeutom w 60 proc. przypadków. Ale nie można
ich zmusić, by pokochali swoje dzieci - mówi Jolanta Zmarzlik z Centrum Pomocy
Dzieciom "Mazowiecka", wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii
Społecznej, w rozmowie z Mirą Suchodolską.
NEWSWEEK: Jeśli
wierzyć statystykom, co roku do szpitali trafia 500 dzieci pobitych przez swych
najbliższych, a kilka tysięcy spraw o znęcanie się nad nimi znajduje finał
przed sądami. Dużo, ale mimo wszystko to społeczna patologia.
JOLANTA ZMARZLIK:
Myślimy: margines społeczny, alkohol, skrajna bieda, bezrobocie. Obrzeża społeczeństwa.
Jednak badania, a także doświadczenie wskazują, że znęcanie się nad dziećmi
jest bardzo demokratycznym procederem i dotyczy wszystkich grup społecznych i
zawodowych - zarówno z wyższych, jak i niższych półek.
Jednak
najdrastyczniejsze przypadki dotyczą tych wszystkich Żaklinek, Kamilek,
Oskarków, Andżeliczek - dzieci, które miały pecha przyjść na świat właśnie na
marginesie społeczeństwa.
- Powiem inaczej - o
tych dzieciach się dowiadujemy. Ci lepiej wykształceni, zamożniejsi są także
sprytniejsi i lepiej sobie radzą z ukrywaniem brzydkich domowych tajemnic. Tym
"lepszym" rodzicom łatwiej np. wmówić lekarzowi, że rany, połamania,
siniaki powstały na skutek nieszczęśliwego wypadku, anegdotycznego już upadku
na schodach.
Stać ich też, by
zamiast do państwowej przychodni pójść do prywatnego lekarza, który nie zadaje
niedelikatnych pytań.
- Pamiętam sprawę
dziewczynki, dużej już, bo 14-letniej, bitej w domu tak, że jej ciało
przypominało kotlet siekany. Ojciec był ordynatorem jednego z oddziałów szpitala,
matka też lekarka. Kiedy dochodziło do poważnych obrażeń - nie było problemów z
jak najbardziej profesjonalnym leczeniem. Konkretnie - bił ojciec, matka nie,
ale zgadzała się z jego sposobem wychowywania. A jego metody były, hmm,
szalenie wyrafinowane. Bił córkę w różny sposób, kazał się rozbierać do naga i
tłukł na gołą skórę, zamykał w łazience, potem znowu katował. Za to, że się
buntowała, że ośmielała się mieć swoje zdanie. Jednym słowem dla jej dobra.
Tak mówią rodzice sadyści, że katują dla
dobra dziecka? A może jeszcze z miłości?
- I tak bywa. Sąsiedzi
widzieli wyplewiony ogródek, czyste okna, ładnie ubrane, odżywione dzieci:
dziewczynkę i chłopca, osiem i jedenaście lat. Tyle że w tej rodzinie wszystko
było podporządkowane temu, by robić dobre wrażenie. Dzieci nie miały prawa
bawić się w tym wzorcowym ogródku. Aby nie pognieść perfekcyjnie wyprasowanej
pościeli, musiały spać na baczność. Każda niesubordynacja, krzywe ułożenie
butów były karane. Rodzice opracowali cały zestaw tortur, od "prostego"
bicia przez dźwiganie ciężarów na przypalaniu zapalniczką kończąc. Tłumaczyli
potem, że chcieli wychować dzieci na ludzi szanowanych przez otoczenie.
Czy można określić
proporcje - jak często maltretują dzieci ci "lepsi" rodzice, a jak
często ludzie z marginesu? Nie znalazłam takich danych.
- Ja również nie, może
dlatego, że materia jest tak delikatna, że nie sposób jej zbadać. Praktyka
wskazuje, że stosunek tych "lepszych" do "gorszych" ma się
jak 30 do 70. Ale proszę zauważyć - to 30 procent, nie 3. Dotyczy tysięcy
dzieci.
A my, to zdrowe
społeczeństwo, nie wiemy, co dzieje się w zaciszu czterech ścian naszych
znajomych? Może nie chcemy wiedzieć?
- Tak bronimy naszego
dobrego samopoczucia, prestiżu grupy, do której należymy. Dziecko z marginesu -
posiniaczone, zamknięte w sobie, pewnie jest maltretowane, to u tych ludzi
normalne. Ale jeśli nawet przeczuwamy, że w rodzinie podobnej do naszej dzieje
się coś złego, szukamy usprawiedliwień. Jesteśmy skłonni widzieć winę w samym
bitym dziecku - źle się zachowuje, ma jakiś defekt psychiczny, całe jest
wadliwe. Maltretowane? Niemożliwe. To taka porządna rodzina.
Nie chcę wchodzić w
spór, czy fizyczne karcenie dzieci jest czymś dobrym, czy złym, czy należy
zakazać prawnie nawet owego przysłowiowego klapsa, czy nie. Wielu rodziców,
wymierzając go - a przyznaje się do tego 80 procent Polaków - ma faktycznie
dobre intencje i nie zamierza bynajmniej krzywdzić dziecka. Gdzie przebiega
granica - od karcenia do maltretowania? Kiedy ludzie są skłonni ją przekroczyć?
- Danie dzieciakowi
klapsa, kilku, nawet sięgnięcie po pas nie jest jeszcze końcem świata i nie
dyskwalifikuje nas jako rodziców. Pod warunkiem jednak że każdego klapsa
klasyfikujemy jako porażkę - osobistą i wychowawczą. Efekt naszej bezradności.
Ale ludzie dorośli wolą racjonalizować stosowanie przemocy wobec dzieci, stąd
łatwo przejść do stanu, kiedy staje się ona czymś wręcz niezbędnym. Wówczas
przekraczanie kolejnych granic jest już łatwe.
Walka o prawa
dziecka to stosunkowo nowy pomysł. Jeszcze kilka wieków temu jeśli umarły - a
śmiertelność do 7 lat była bardzo wysoka - starano się o nowe.
- A te żywe, bywało,
sprzedawano do niewoli, oddawano jako okup wrogom, niepotrzebne rzucano na żer
dzikim zwierzętom, zrzucano ze skały... Lista potworności wyrządzanych przez
dorosłych najmłodszym jest długa. Dlatego przyjmowane dziś przez wielu jako
przyzwolenie na katowanie maluchów słowa Biblii, że rózgą Duch Święty
dziateczki bić każe, ja odczytuję jako bardzo postępową - na tamte czasy -
obronę dzieci.
W Polsce o tym, że
dzieci bywają maltretowane, zaczęto mówić dopiero w połowie lat 80. ubiegłego
wieku. Zarzewiem dyskusji było zakatowanie 6-letniego chłopca przez matkę.
- Pamiętam, Danielka.
Jego oprawcą była, biorąc rzecz formalnie, macocha, nauczycielka zresztą, a
więc osoba - wydawałoby się - na poziomie. Powodem agresji było to, że dzieciak
nie potrafił nauczyć się zawiązywania butów. Po tym dramacie powstał Komitet
Obrony Praw Dziecka, będący zresztą wtedy samotnym białym żaglem, jednostkowym
tworem dopominającym się o coś tak abstrakcyjnego jak prawa dzieci.
Inne problemy, np.
puste półki w sklepach, były ważniejsze.
- No i socjalistyczne
państwo zadekretowało, że jesteśmy szczęśliwym społeczeństwem, to jakże dzieci
mogły być nieszczęśliwe? Tylko w demokracji mogą się wyłonić grupy broniące
interesów słabszych czy mniejszości.
Ruch obrony praw
dzieci zaczął się w USA.
- Pewien lekarz - i to
nie psychiatra, nie pediatra, ale radiolog - analizował zdjęcia radiologiczne
dzieci i spostrzegł, że wiele z urazów, jak np. złamanie spiralne kości, nie
mogło powstać w sposób przypadkowy, bez jakiegoś strasznego wypadku,
katastrofy. Że nie mogło do nich dojść np. z powodu upadku dziecka z nocnika. A
więc - że musiały zostać spowodowane umyślnie, na skutek przemocy. Zobaczył
również, iż wiele złamań szkieletowych zaleczyło się samoistnie, bez
interwencji lekarskiej. To było w 1946 roku. I trochę czasu musiało upłynąć, bo
aż do końca lat 60. ubiegłego stulecia, aby problem przemocy wobec dzieci
zaczął być traktowany poważnie.
A może jest tak, że
społeczeństwo zajmuje się słabszymi dopiero wówczas, kiedy osiągnie stan pewnej
stabilizacji politycznej i ekonomicznej?
- To prawda - stosunek
do ludzi starych, kalek, wreszcie do dzieci jest miarą rozwoju cywilizacyjnego
danego społeczeństwa. Na konferencjach dotyczących łamania praw dzieci wciąż
słychać przedstawicieli krajów typu Kirgizja, jak mówią: "U nas czegoś
takiego nie ma". To charakterystyczne dla narodów i grup społecznych
znajdujących się na pograniczu biologicznego przetrwania. Tam liczy się, by
przeżyły najsilniejsze jednostki. A dziecko - musi nauczyć się sobie dawać
radę, życie jest ciężkie. Podobne zjawisko zaobserwowano w grupach emigrantów,
gdzie krzywdzenie dzieci jest powszechne. Reguła jest taka - im gorsza kondycja
dorosłych, tym bardziej ich dzieci są narażone na bycie krzywdzonymi.
Tyle że w Stanach,
uważanych powszechnie za oazę demokracji i dobrobytu, przyjmuje się, że za
większością zgonów dzieci do szóstego roku życia stoi właśnie przemoc w rodzinie.
- To zamożne
społeczeństwo amerykańskie jest jednak bardzo rozwarstwione. Po drugie -
krzywdzenie dzieci nie jest spowodowane tylko biedą czy brakiem demokracji.
W grupie ryzyka jest
także taka rodzina, której dorośli członkowie byli dziećmi krzywdzonymi. To
jest taki tragiczny bagaż doświadczeń, który powoduje dziedziczenie i
rozprzestrzenianie się przemocy.
Jeśli ktoś był bity
w dzieciństwie, tym chętniej stosuje przemoc wobec własnych dzieci.
- Taki człowiek
pielęgnuje w sobie wewnętrzne dziecko, wciąż skrzywdzone i zranione. A bycie
rodzicem przynosi codzienną, ciężką do przetrwania konfrontację. Dziecko
płacze, rozrzuca zabawki, nie je kaszki - różne rzeczy się dzieją, które
wymagają zmierzenia się z problemem. I dorosły myśli: moje dziecko mnie nie
słucha, stawia mi opór, choć przewinięte i najedzone płacze. Krzywdzi mnie. I
aby tak się nie czuć, wchodzi w jedyną znajomą sobie rolę, kiedy się nie jest
krzywdzonym - agresora. Innego rozwiązania nikt go nie nauczył.
Rodzice sprawiają
ból swoim dzieciom na różne sposoby. Prócz ran zadawanych paskiem, biczem czy
dłonią, w fachowych opracowaniach znalazłam informacje o razach pozostawionych
przez łopatę, rozgrzaną lokówkę czy żelazko, nóż, wiosło, były oparzenia po
przypalaniu papierosami. Wreszcie ślady ugryzień.
- Zwłaszcza przypalanie
i kąsanie, pozostawiające trwałe blizny, są bardzo charakterystyczne.
A wydawałoby się, że
jako gatunek ludzki mamy wpisaną - genetycznie i kulturowo - ochronę młodych.
- Powiedziałabym, że te
naturalne hamulce jednak w większym stopniu działają. Gdyby tak się nie działo,
dzieci byłyby powszechnie źle traktowane, ludzkość by nie przetrwała, a jednak
- istniejemy.
W wielu przypadkach
krzywdzenia dzieci sprawcą jest nie biologiczny ojciec, ale obcy mężczyzna,
konkubent. Antropolog powiedziałby, że jako samiec podświadomie dąży do
wyeliminowania obcych genów. Jest zazdrosny o poprzedniego partnera samicy, o
czas, jaki poświęca "obcemu" dziecku.
- To atrakcyjna teoria.
Ale przyjście na świat w pełnej, normalnej rodzinie nie gwarantuje dziecku
szczęścia i bezpieczeństwa, niestety. Ten stereotyp konkubentów oprawców dzieci
wziął się stąd, że bezradne społecznie kobiety, szukając wsparcia, często
zmieniają partnerów. I nie jest tak, że oni są cudowni, tylko czemuś nie lubią
gówniarza. Nie, oni po prostu są kiepscy, piją, kradną, biją... Gdybyśmy
chciały jednak dalej podążać antropologiczną ścieżką myślową, to prawdą jest,
że - generalnie - obrażenia powodowane przez mężczyzn są groźniejsze. Oni są w
ogóle bardziej skłonni do stosowania agresji - facet został ukształtowany jako
obrońca, myśliwy. No i są od kobiet silniejsi.
Kobiety przed
maltretowaniem dzieci powinien chronić instynkt macierzyński.
- Niestety, robią to
równie często jak mężczyźni, powiedziałabym, że nawet częściej, bo więcej czasu
przebywają z dziećmi, więc mają ku temu więcej okazji. Tyle że w swoim znęcaniu
są bardziej "subtelne".
Co powiedzieć o
matkach, które wiedzą, że ich partner - ojciec dziecka czy nie ojciec, nieważne
- katuje maleństwo, i milczą.
- Najczęściej,
zastraszone przez mężczyznę dominanta, w imię utrzymania całości rodziny, w
strachu, że same sobie nie poradzą, zgadzają się na wszystko, co ich władca
robi. One się poświęcają i takiego samego poświęcenia oczekują od dziecka. Mało
tego, w głębi duszy są skłonne właśnie je obwiniać, że nie jest dość grzeczne,
że prowokuje jego agresję. Dopiero kiedy pobije dziecko na śmierć, załamują
ręce.
Dzieci, te starsze,
same rzadko odważają się przyjść i poskarżyć.
- Prawie nigdy. W
maltretowanym dziecku powstaje poczucie winy. Myśli, że jest złe, niegrzeczne,
głupie, niepełnowartościowe. Rodzice oprawcy utwierdzają je w tym mniemaniu:
"Tak mnie zdenerwowałaś, widzisz, co mi zrobiłeś". A nawet krzywdzone
dziecko pielęgnuje w duszy idealny obraz rodzica, inaczej jego życie straciłoby
sens, woli więc wziąć winę na siebie.
To równie krzywdzące
jak fizyczne rany.
- I dzieci różnie się
przed tym psychicznym cierpieniem bronią. Jedne stają się agresywne. Inne
nieufne, zamykają się w sobie. Albo przywdziewają kolczastą skorupę: nie
zbliżaj się do mnie, bo ukłuję. Niezależnie od postawy, jaką przyjmą, ich
relacje ze światem są głęboko zaburzone.
Jak im pomóc?
Najprostsze wydaje się zabranie ich z domu oprawców.
- Tylko że wtedy będą
jeszcze bardziej nieszczęśliwe. Bo one wcale nie chcą odejść od rodziców.
Marzą, by ci się zmienili, poprawili. Czasem nie ma wyjścia - kiedy cierpienia
zadawane dziecku kwalifikują się do postawienia prokuratorskich zarzutów. Ale
jeżeli jest cień szansy - należy pracować z rodzicami. Znaleźć w rodzinie
sojusznika, który zechce wziąć na siebie ciężar chronienia dziecka. Przerwać
spiralę przemocy, zagrozić sankcjami. A potem pozostaje żmudna praca: aby
nauczyć rodziców zwyczajnych, pozbawionych agresji sposobów postępowania z
dziećmi.
Może powinniśmy
wziąć przykład z Danii, gdzie jeśli kobieta ze środowiska określanego jako
grupa ryzyka zachodzi w ciążę, przedstawiciele opieki społecznej towarzyszą jej
i dziecku od pierwszych miesięcy. Kontrolują, ale i pomagają - nim będzie za
późno.
- Obawiam się, że jako
społeczeństwo nie jesteśmy gotowi ponosić kosztów takiego minimalizowania
ryzyka. I nie chodzi mi bynajmniej tylko o koszty finansowe. To przede
wszystkim włączenie się ludzi - na poziomie miasta, osiedla, wsi, wspólnoty
lokalnej - we współodpowiedzialność za to, co się dzieje z innymi członkami ich
grupy. Ale nasze społeczeństwo się zatomizowało, rozwarstwiło, pozamykało.
Odpowiada za to socjalistyczny eksperyment ustrojowy, który rzucał ludzi ze wsi
do miasta, wsadzał ich do blokowisk, szczuł przeciw sobie. Do tego dochodzi
obecne rozwarstwienie ekonomiczne, społeczne. W zdrowej grupie, gdy pojawia się
chora rodzina, wszyscy starają się ją w ten czy inny sposób uleczyć. My wolimy
ją odseparować, pozbyć się problemu.
Zdarzają się happy
endy? Pamięta pani choć jeden przypadek, kiedy rodzic kat przeistoczył się w
najlepszego przyjaciela swego dziecka?
- Życie to nie hollywoodzki film. Można nauczyć ludzi, by wyrzekli się przemocy, udaje się to terapeutom w około 60 procentach przypadków. Ale nie można ich zmusić do miłości.
www.o2.pl | Czwartek [22.01.2009, 17:44] 2 źródła, 1 wideo
MATKA GWAŁCIŁA I TORTUROWAŁA SZÓSTKĘ DZIECI
Irlandka spędzi za kratami siedem lat.
Gdyby prawo mi na to pozwalało, dałabym wyrok dożywocia. Jednak ograniczona przepisami, zasądzam siedem lat więzienia - tak relacjonuje słowa sędzi "Channel4".
Irlandzkie media nie podają nazwiska skazanej. Wiadomo tylko, że mieszkanka Co Roscommon jest pierwszą kobietą, która usłyszała w Irlandii wyrok za pedofilię. Sąd udowodnił jej, że gwałciła swojego 13-letniego syna.
Kobieta odpowiada też przed sądem za tortury psychiczne i fizyczne, jakich dopuściła się wobec piątki pozostałych dzieci.
Służby miejskie wiele lat walczyły o odebranie kobiecie dzieci. Gdy jednak w 2000 roku chciano je przekazać dalszej rodzinie, prawnej pomocy kobiecie udzielić miała bliżej nieokreślona "prawicowa organizacja katolicka". | J
www.o2.pl | Poniedziałek [06.04.2009, 08:55] 5 źródeł
NAUCZYCIELI CORAZ CZĘŚCIEJ ATAKUJĄ... RODZICE
40 proc. brytyjskich nauczycieli doświadczyło agresji
ze strony opiekunów.
Natomiast co czwarty brytyjski nauczyciel został zaatakowany także przez swoich uczniów. Takiej formy przemocy doświadczyło ponad 30 procent pedagogów ze szkół podstawowych i 20 procent ze szkół średnich.
Uczniowie grożą pedagogom najczęściej nożami lub nożyczkami - informują stowarzyszenia nauczycieli.
Prawie 60 procent wykładowców uważa, że uczniowie zachowują się coraz gorzej. Każdego dnia w brytyjskich szkołach dochodzi do około 300 ataków na pedagogów.
Najgorzej, że o wiele częściej niż młodzież agresywni są rodzice i opiekunowie
To szokujące. Przecież oni powinni wspierać pedagogów w tworzeniu odpowiedniego środowiska nauki dla dzieci - powiedziała dr Marii Bousted ze stowarzyszenia nauczycieli ATL. K
www.o2.pl | Wtorek [05.05.2009, 14:49] 1 źródło
TRACISZ NERWY? TO WINA TWOICH RODZICÓW
Zdolność opanowania gniewu jest dziedziczna.
Wyizolowano gen odpowiedzialny za złość. Dzięki temu można zrozumieć, dlaczego niektórzy potrafią pohamować się w stresującej sytuacji, a inni wpadają w furię z byle powodu.
Na uniwersytecie w Bonn 800 osób poddano badaniu psychologicznemu i testom na obecność jednej z trzech wersji genu DARPP-32 (TT, TC lub CC). Właśnie one wpływają na poziom dopaminy w mózgu, odpowiedzialnej za agresję i gniew - donosi "The Daily Mail".
Okazało się, że osoby z wersjami TT i TC okazywali się bardziej agresywni. Miały też mniej szarej materii w części mózgu zwanej ciałem migdałowatym. A to ono odpowiada za kontrolę emocji.
W zależności od posiadanej mutacji DARPP-32, ludzie mogą lepiej lub gorzej kontrolować swój gniew. Naszej agresji nie możemy jednak tłumaczyć złą wersją genów. Natura tak nas wyposażyła, że jesteśmy w stanie w pełni panować nad naszym zachowaniem - tłumaczą naukowcy. | JS
www.o2.pl | Środa [17.06.2009, 16:21] 1 źródło
SKĄD SIE BIORĄ DROGOWI BANDYCI?
To oni powodują jedną trzecia wypadków.
Nikt nie prowadzi oficjalnych statystyk wypadków powodowanych przez atak szaleństwa czy wściekłość kierowcy, ale amerykańska Narodowa Administracja Bezpieczeństwa Drogowego Autostrad (NHTSA) wskazuje właśnie te źródła jako przyczynę co trzeciej kolizji - informuje serwis LiveScience.com.
Co jednak sprawia, że spokojny na pozór człowiek, gdy siada za kierownicą staje się niebezpiecznym szaleńcem? Okazuje się, że wrodzona terytorialność. Są ludzie, którzy bardzo poważnie traktują przestrzeń, która - ich zdaniem - należy tylko do nich. Walczą więc o swoje poletko, którego samochód jest ewidentnym przedłużeniem.
Ale nie jest to jedyny powód agresji na drodze.
Wedle badań z 2008 roku ludzie potrzebują przemocy równie mocno, co seksu. Najbardziej agresywni są mężczyźni o szerokich twarzach. Ci wydają się być najgorsi - czytamy na serwisie.
Naukowcy z uniwersytetu w Chicago potwierdzili, że wielokrotnie silniej odreagowujemy wyrządzone nam złe uczynki niż uczynki dobre. Jeżeli ktoś ustąpi nam miejsca i wpuści nasze auto przed swoje, to podziękujemy machnięciem ręki i szybko zapomnimy o tym sympatycznym geście. Jeżeli jednak jakiś kierowca
zajedzie nam drogę, długo będziemy rozpamiętywać wyrządzoną nam krzywdę. Jeśli taka sytuacja się powtórzy - możemy dosłownie eksplodować ze złości. I wyżyjemy się na być może bogu ducha winnym kierowcy.
Istnieje tendencja do irracjonalnego nakręcania się spirali przemocy, wywodzącej się nieraz z prozaicznych wydarzeń - tłumaczy prof. Boaz Keysar.
Lekarzy psychiatrzy stworzyli nawet jednostkę chorobową
określającą taką nagłą eksplozję złości. Dowiedziono, że tzw. okresowe
zaburzenie eksplozywne (intermittent explosive disorder) dotyka co najmniej raz
w życiu 7,3 proc. dorosłych Amerykanów, czyli ponad 16 mln osób. | JS
"WPROST" Numer:
50/2005 (1202)
KŁÓTNIA ZABIJA
Nawet półgodzinna kłótnia małżeńska osłabia odporność organizmu - dowiedli naukowcy z Ohio State University. Małżonkowie wrogo do siebie nastawieni o 40 proc. wolniej wracali do zdrowia niż pary żyjące w zgodzie i co najmniej o jeden dzień dłużej goiły im się rany. Badania wykazały, że krew skłóconych osób zawierała o półtora raza więcej wpływającego na odporność białka zwanego interleukiną-6 niż krew małżonków żyjących w zgodzie. W efekcie kłótliwi małżonkowie są bardziej narażeni na choroby serca, osteoporozę, reumatoidalne zapalenie stawów, cukrzycę typu 2, nowotwory i chorobę Alzheimera. | (MF)
„NEWSWEEK”
nr 07, 19.02.2006 r., strona 80
PORWANIA
OKUP
ALBO ŚMIERĆ
PORWANIA STAJĄ SIĘ PLAGĄ.
PODĄŻAMY TROPEM AMERYKI POŁUDNIOWEJ, GDZIE UPROWADZA SIĘ LUDZI NAWET DLA KILKU
TYSIĘCY DOLARÓW. W POLSCE WYSTARCZY JUŻ TYLKO DOBRY SAMOCHÓD.
Okrągły milion złotych za pomoc w ujęciu przestępców. Plakat z tą informacją wisi na słupach ogłoszeniowych i murach w całej Polsce. Na nim twarze siedmiu przestępców, członków tzw. gangu mokotowskiego, odpowiedzialnych za ponad dwadzieścia uprowadzeń.I za śmierć co najmniej dwóch porwanych przez nich ofiar (dwóch innych osób nie odnaleziono - żywych ani martwych).
Jolkę, córkę biznesmena z okolic Warszawy, uprowadzili spod uczelni. Ojcu przysłali obcięte tuż przy skórze długie jasne włosy dziewczyny. Dostali 560 tys. euro okupu. Minęło osiem miesięcy. Jola nie wróciła do domu.
Rodzina hinduskiego handlowca Harisha Hitangiego dostawała przesyłki z jego trzema palcami odciętymi sekatorem. Dziś już wiedzą, że Harish nie żyje.
Rodzice Mariusza Mirkowskiego spod Piaseczna wpłacili część żądanego haraczu
- 100 tys. złotych. Wkrótce dostali SMS: "Okup w kawałkach - syn w kawałkach". Mariusz został zakatowany na śmierć.
- To rodziny porwanych
złożyły się na tę nagrodę - mówi Mariusz Sokołowski, rzecznik prasowy Komendy
Stołecznej Policji w Warszawie. Milion złotych to największa w historii Polski
nagroda za wskazanie kryjówki bandytów. Ale kwota może jeszcze wzrosnąć.
Rodziny ofiar są zdesperowane.
Zdesperowani, aby złapać bandytów, są również policjanci. Porwania dla okupu stają się w Polsce coraz bardziej intratną gangsterską specjalnością. Jak mówią oficerowie z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw w Warszawie (potocznie zwanego wydziałem terroru) są równie dochodowe, za to mniej pracochłonne niż np. handel narkotykami czy sutenerstwo. Szybka robota, duże pieniądze. A na dodatek odpowiedzialność stosunkowo niewielka - maksymalnie 12 lat więzienia. I to tylko w przypadku, gdy ofiara umrze lub zostanie ciężko okaleczona.
Choć za każdym porwaniem kryje się wielka tragedia, oficjalne statystyki nie porażają. W woj. mazowieckim od 1999 roku zgłoszono 64 przypadki porwań dla okupu. W całym kraju w ciągu ostatnich trzech lat uprowadzono 109 osób. Tyle tylko że oficjalne dane nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Ciemna liczba (popełnione, a niezgłoszone policji przestępstwa) w przypadku porwań jest, według specjalistów, nawet dziesięciokrotnie wyższa. Drżące o życie swoich bliskich rodziny milczą. To oznacza, że przez trzy lata por-wano nawet ponad 1000 osób. A to daje już niemal jedno uprowadzenie dziennie.
Rośnie też brutalność przestępców, jest coraz więcej ofiar śmiertelnych. W 1999 roku zabito dwóch zakładników, rok temu już jedenastu. W sumie przez trzy lata aż 26 porwanych nie przeżyło tortur lub zostałozamordowanych.
I zjawisko nie mniej przerażające - dziś nie trzeba już być bogatym człowiekiem, aby zostać uprowadzonym. Wystarczy, jak mówi "Newsweekowi" prokurator krajowy Janusz Kaczmarek, autor książki "Porwania dla okupu" - że się jest zaledwie zamożnym. - Albo przynajmniej sprawia takie wrażenie - dodaje. Bandyci zadowolą się kwotą nawet 100 tys. złotych. A na zebranie takiej gotówki stać przeciętnie zarabiającego człowieka. Więc także przeciętni stają się potencjalnym celem.
Rozmawialiśmy z mężczyzną, który - choć wcale niebogaty - w zeszłym roku został porwany. Bandyci uznali, że skoro jeździ dobrym samochodem, na pewno stać go na okup. Mężczyzna przeżył koszmar. Przez kilka tygodni był więziony w piwnicy, bity, katowany. Bandyci grozili śmiercią jemu i jego bliskim. Choć odzyskał wolność, koszmar trwa. - Jestem bankrutem - mówi. Na okup za jego życie składali się bliżsi i dalsi znajomi. Nawet sąsiedzi przynosili po tysiąc, dwa tysiące. Żona zaciągnęła kredyt. Kiedy wrócił do domu, przez wiele tygodni nie był w stanie pracować. Odsetki rosły. - Dziś komornik chce zabrać mi dom - mówi załamany.
Zamożniejsi ubezpieczają się już od ryzyka porwania. Taką ofertę dla właścicieli spółek, członków zarządów i rad nadzorczych, kluczowych pracowników ma firma AIG Polska. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, tylko w zeszłym roku "antyporwaniowy" pakiet (obejmuje m.in. koszty negocjatorów, psychologów, nagrodę dla informatora i odsetki od pożyczki zaciągniętej na zapłacenie okupu) wykupiono dla ponad pięciu tysięcy osób.
Wśród wszystkich gangów uprowadzających ludzi najgroźniejsza, najbardziej bezwzględna jest bodaj grupa mokotowska, która zaczęła funkcjonować przed trzema laty.
- Świetnie zorganizowana, każdy w niej wiedział, co ma robić - opowiada jeden z oficerów wydziału do walki z terrorem. W tej grupie jedne osoby były odpowiedzialne za samo porwanie, inne za przetrzymywanie ofiary, kolejne za prowadzenie negocjacji.
Schemat porwań dokonywanych przez "Mokotów" był zawsze podobny: gangsterzy przebrani za policjantów zatrzymywali upatrzoną ofiarę do kontroli drogowej, kazali wysiąść z wozu, obezwładniali i wrzucali do furgonetki. Mieli kurtki z nadrukiem "Policja", na dachu nieoznakowanego wozu policyjnego koguta. Świadkowie porwania i sama ofiara byli przekonani, że mają do czynienia z autentyczną akcją oficerów operacyjnych.
Gangsterzy porywali dzieci polskich bogaczy, przedstawicieli klasy średniej
i obcokrajowców niemal "hurtowo". Jedna z porwanych kobiet, przetrzymywana w opustoszałym domu pod Warszawą, zeznała, że słyszała, jak jej oprawcy wprowadzali do pozostałych pomieszczeń inne ofiary, jak wyprowadzali z domu tych, za których zapłacono już okup. - To przypominało linię produkcyjną - opowiadała. W ciągu trzech lat grupa zarobiła na uprowadzeniach ponad 9 milionów złotych. Najmniejszy okup, jakiego zażądali bandyci, wyniósł 100 tys. złotych, największy milion euro.
Policjanci opowiadają, że z żądaniem okupu bandyci zgłaszają się najczęściej dwa-trzy dni po porwaniu. Czekają, aż rodzina ofiary skruszeje. - Nie dzwonią, wiedzą, że wtedy możemy nagrać ich głos, najczęściej wysyłają informację za pomocą SMS-a - mówi nam jeden z warszawskich policjantów, wyszkolony do negocjacji z porywaczami. Żądają zawsze więcej, niż w rzeczywistości spodziewają się wziąć. Czasem podczas negocjacji udaje się zbić cenę okupu nawet o połowę. Nie zawsze jednak bandyci (z obawy przed wpadką) decydują się odebrać pieniądze. I nie zawsze podjęcie przez nich okupu jest gwarancją, że porwany wróci do domu.
Latem 2004 roku uprowadzili (pierwszego z trzech) tureckiego biznesmena. Za uwolnienie zażądali 100 tys. euro. Bliscy porwanego poprosili o 3 tygodnie na zebranie całej sumy. Porywacze zgodzili się poczekać, ale przysłali rodzinie odcięty mały palec u ręki porwanego - żeby wiedziano, że nie żartują. Obcinanie palców ofiarom stało się niejako ich znakiem rozpoznawczym. Zanim rodzina hinduskiego biznesmena Harisha Hitangiego zebrała pieniądze na haracz, dostała trzy przesyłki z palcami. Ostatni bandyci obcięli mężczyźnie, gdy ten już prawdopodobnie nie żył. Wykrwawił się na śmierć, chorował na hemofilię.
Palec stracił też, nim zginął, Mariusz Mirkowski, syn piaseczyńskiego biznesmena. Mężczyznę uprowadzono 1 kwietnia 2004 roku, jego ciało znaleziono 9 maja. Miał zmasakrowaną twarz i niemal ucięte lewe ramię. Mordercy wrzucili go półprzytomnego do grobu, dobili ciosami w potylicę. - Porwani byli traktowani wyjątkowo brutalnie. Bandyci owijali im głowy workiem i drutem kolczastym. Na rękach wypalali wulgarne wyrazy, skórę pod oczami smarowali kwasem solnym - opowiada oficer policji.
Z jedną z ofiar porywaczy spotykamy się w podwarszawskiej miejscowości. Pełna anonimowość, żadnych zdjęć, nazwisk. Mężczyzna jest wciąż przerażony, opowiada szybko, krótkimi zdaniami: wpadli do jego firmy w kominiarkach, z długą bronią. Zawieźli do starego domu na obrzeżach Warszawy. Trzymali prawie dwa miesiące. Obcięli mu mały palec. Zanim to zrobili, zastanawiali się na głos, czy może lepiej wydłubać mu oczy. Potem tłukli młotkiem po całym ciele. - Wiedziałem, że szanse na przeżycie mam niewielkie, to byli profesjonaliści - wspomina. Strach był tak paraliżujący, że nawet nie myślał o ucieczce. Przeżył, gdy żona zapłaciła okup, ponad 800 tys. złotych, bandyci puścili go wolno.
Oficer z wydziału terroru przyznaje, że z takim okrucieństwem nie spotkał się nigdy. Porywaczom było wszystko jedno, czy zakładnik przeżyje. Wielu z nich miało już na koncie zabójstwa, więc pozbawienie kogoś życia nie stanowiło dla nich problemu. Zabijali zresztą wspólnie - bo ten, kto zamorduje, nie może zostać świadkiem koronnym. Wspólnie torturowali. - Czasem mam wrażenie, że świat zwariował, że ludzie staczają się coraz niżej - mówi z obrzydzeniem policjant.
I jest w tym sporo prawdy, bo uprowadzenia dla okupu to nie tylko polski problem. Brytyjskie Centrum Polityki Zagranicznej (Foreign Policy Centre) szacuje, że na świecie porywanych jest rocznie ok. 10 tys. osób, głównie w Ameryce Południowej, na terenach byłego ZSRR (np. Gruzji, Czeczenii) i w Afryce. A haracze z porwań dają grupom przestępczym dochód rzędu 500 mln dolarów rocznie. Dlatego przybywa gangów specjalizujących się w uprowadzeniach. Są one plagą zwłaszcza tam, gdzie policja i służby bezpieczeństwa funkcjonują źle albo są skorumpowane.
Jednym z krajów, gdzie skutecznie walczy się z tą plagą, są Stany Zjednoczone. Jednak w niektórych stanach za porwanie dla okupu grozi kara śmierci. Ale wymiar kary zależy też od tego, czy ofiara była karmiona, czy może bita. Porwania w Ameryce Północnej to zaledwie 2,2 proc. wszystkich dokonywanych na świecie. Najwięcej, aż 75 proc. uprowadzeń, ma miejsce w Ameryce Łacińskiej, 14,2 proc. na terenie Azji, w Europie - 5,6 proc.
W Kolumbii gangi porywaczy są lepiej zorganizowane niż policja. I bogate, bo znalazły sposób na pobieranie podwójnego haraczu. Gangsterzy negocjują z bliskimi porwanego okup, ale po jego otrzymaniu nie wydają zakładnika, lecz domagają się jeszcze większych pieniędzy. Mogą tygodniami ciągnąć negocjacje, gdyż wiedzą, że policja wcale ich nie szuka. W Meksyku bandy porywaczy grasują niemal w każdej dzielnicy większego miasta.
Na Haiti porwania w ostatnich miesiącach przybrały rozmiar epidemii. Znikają biznesmeni, studenci, dziennikarze, pracownicy zagranicznych organizacji - wszyscy, którzy mają więcej pieniędzy. W stolicy kraju Port-Au-Prince tylko w grudniu notowano dziesięć porwań dziennie. Jedną z ofiar była Genevieve, studentka z Port-Au-Prince - pod koniec ubiegłego roku bandyci zatrzymali samochód, którym jechała, przystawili jej lufę pistoletu do głowy i zawieźli do mieszkania w dzielnicy slumsów. - Wyglądali jak żebracy - opowiada Genevieve. Jej ojciec wypłacił im 3,6 tys. dolarów i przed świętami dziewczynę uwolniono.
Według Foreign Policy Centre fala porwań przybrała na sile po upadku ZSRR i zakończeniu zimnej wojny. Z Moskwy przestały płynąć fundusze dla bojówek lewackich na świecie. Wiele z nich, np. kolumbijski FARC, żeby się utrzymać, musiało znaleźć inny sposób zdobywania pieniędzy. Najprostszym stały się porwania dla okupu, które stanowią 60 proc. wszystkich dokonywanych na świecie.
Ale problemy z gangami porywającymi ludzi ma też sama Rosja. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu prezydent Władmir Putin nakazał prokuraturze i milicji ostrzejszą walkę z tym rodzajem przestępstw. W Rosji w niewyjaśnionych okolicznościach znika rocznie około 70 tys. ludzi. Gangi porywaczy szaleją także w innych tzw. krajach transformacji, gdzie tworzy się klasa średnia.
Polska nawet pod rządami komunistów miała swoje głośne uprowadzenia. Tyle tylko że porywali nie bandyci - społeczeństwo było zbyt biedne, a państwo zbyt restrykcyjne - a funkcjonariusze państwowi. I nie chodziło o pieniądze, a o brutalną walkę polityczną. Tak było z jednym z najgłośniejszych uprowadzeń w PRL. 22 stycznia 1957 r. dwóch osobników zaprosiło do taksówki 16-letniego Bohdana Piaseckiego. Jego ojciec Bolesław przed wojną przewodził nacjonalistom z Obozu Narodowo-Radykalnego. Pod koniec II wojny podjął współpracę z radzieckimi służbami specjalnymi, dzięki czemu postawiono go na czele PAX. Postrzegany jako człowiek Moskwy, był znany z politycznych ambicji i antysemityzmu.
Zwłoki młodego Piaseckiego odnaleziono dopiero w grudniu 1958 r. W trakcie śledztwa kolejno ginęły taśmy z nagraniami rozmów telefonicznych z porywaczami (dzwonili z żądaniem okupu), ślady ich odcisków palców. Wprawdzie aresztowano taksówkarza Ignacego Ekerlinga, który przywiózł kidnaperów na miejsce zbrodni, lecz oskarżenie o współudział szybko wycofano.
Pod koniec istnienia PRL w październiku 1984 r. funkcjonariusze SB porwali i zamordowali księdza Jerzego Popiełuszkę. Choć to wydarzenie wstrząsnęło całym krajem, do więzienia trafili jedynie bezpośredni wykonawcy rozkazów. Do dziś nie udało się jednoznacznie określić, kto był rzeczywistym mocodawcą.
Policyjne statystyki III RP pierwsze przypadki porwań dla okupu zanotowały dopiero po 1991 roku i prawdę mówiąc - mało kto wtedy tym się przejmował. Pewnie dlatego, że porwania zdarzały się niemal wyłącznie wśród ludzi powiązanych ze światem przestępczym. Oni wtedy mieli w Polsce pieniądze. - Duża część policjantów i prokuratorów wychodziła z założenia: niech się między sobą powybijają - przyznaje prokurator Kaczmarek.
Sukcesy planu Balcerowicza - wolny rynek, rozwój prywatnej inicjatywy - sprawiły, że potencjalnych ofiar porywaczy było coraz więcej. Ten okres zbiegł się w czasie ze spadkiem opłacalności przestępstw związanych z kradzieżami samochodów i coraz większym zagęszczeniem na rynku narkotykowym.
Zaczęły się porwania biznesmenów. Poczucie bezkarności sprawiło, że przestępcy poszli krok dalej i na celowniku znaleźli się zwyczajni, uczciwi ludzie. Byleby tylko mieli jakiś majątek. Niemal każda większa grupa przestępcza działająca w Polsce zaczęła "robić w porwaniach". Takie zarzuty zostały postawione członkom gangów dowodzonych przez Ryszarda Boguckiego i Ryszarda Niemczyka, ludziom z grupy Janusza Treli, ps. Krakowiak, osiłkom z mafii pruszkowskiej i wołomińskiej.
To była kasa. Szefowie łódzkiej ośmiornicy za trzech porwanych biznesmenów wzięli okup wynoszący łącznie ponad trzy miliony zł. Milion marek zażądali porywacze z gangu "Prezesa" za 45-letniego przedsiębiorcę wywodzącego się z Olsztyna, a prowadzącego interesy w Niemczech. Został uprowadzony 18 grudnia 2000 r. z placu budowy na oczach pracowników. Akcja wyglądała jak na sensacyjnym filmie. Do ofiary podeszło trzech mężczyzn w czarnych uniformach, kominiarkach, z długą bronią. Wyglądali jak policjanci z oddziału antyterrorystycznego. Szef gangu, "Prezes", udawał prokuratora. - Pan pozwoli z nami - powiedział. Biznesmen bez oporów wsiadł do ich samochodu.
Wyczyny gangu "Prezesa", który uprowadzał biznesmenów z woj. warmińsko-mazurskiego (oficjalnie zgłoszono policji cztery przypadki, nieoficjalnie mówi się o kilkunastu), odbiły się szerokim echem. Media rozpisywały się o cierpieniach ofiar, o wysokości płaconych okupów. - I rozsypał się worek z porwaniami - mówi jeden z policjantów.
Funkcjonariusze wciąż uczą się, w jaki sposób walczyć z plagą porwań. To trudne: przestępcy stają się coraz sprytniejsi, bardziej okrutni i nieprzewidywalni. - Dla nas najważniejsze jest życie ludzkie - mówi "Newsweekowi" prokurator Kaczmarek.
- Pierwszym zadaniem jest odzyskanie ofiary żywej, dopiero później łapanie przestępców.
W ściganiu porywaczy wyspecjalizował się wspomniany już Wydział do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw, CBŚ, a także w wydziałach kryminalnych komend miejskich i wojewódzkich są już ludzie umiejący radzić sobie z tym problemem. Jednak prokurator Janusz Kaczmarek mówi wprost, że kary za por-wania są zbyt niskie. I nawet jeśli coraz więcej porywaczy będzie trafiać do więzienia, pojawią się następcy. Odstraszyć ich może dopiero wizja znacznie surowszej kary.
Na razie możemy się więc tylko uspokajać, że w wyłapywaniu bandytów policja ma coraz więcej sukcesów. Grupa mokotowska została poważnie osłabiona. W styczniu w ręce policji wpadł jej szef Grzegorz Kiełek, ps. Ojciec, powszechnie szanowany sołtys wsi Brzózka koło Warszawy. Skupił on wokół siebie bandę złodziei i brutalnych bandytów, którzy od lat zarabiali w ten sposób na życie. Do tej pory zatrzymano 20 przestępców. Jednak sześciu nadal jest na wolności i to właśnie ich zdjęcia widnieją na plakatach rozwieszonych w całym kraju. A dopóki oni są na wolności, oznacza to jedno - następny może być prawie każdy z nas.
Dorota Kowalska, Violetta
Krasnowska, współpraca: Wojciech Rogacin, Joanna Jaraszek, Michał
Kacewicz, Urszula Kaczorowska, Dorota Malesa
www.o2.pl | Czwartek [07.05.2009, 15:25] 6 źródeł
POLITYCY ZAKAŻĄ GRY W PAINTBALL
Za strzelanie kulkami z farbą w Niemczech zapłacisz karę 5 tys. euro.
Niemiecka koalicja chce zaostrzyć przepisy dotyczące posiadania broni, w tym wprowadzić zakaz gier symulujących zabijanie. Chodzi o paintball - informuje "Berliner Zeitung".
To reakcja na masakrę w szkole w Winnenden, gdzie zginęło 12 osób.
Według ekspertów, którzy badali przyczyny tragedii, gry - takie, jak painball - stwarzają zagrożenie bagatelizacji przemocy. Przez to nie ma zahamowań przed jej stosowaniem.
Nowe przepisy przewidują również wprowadzenie niezapowiedzianych kontroli u posiadaczy broni - powiedział Wolfgang Bosbach, wiceprzewodniczący frakcji CDU/CSU.
Dla osób posiadających nielegalną broń, przewidziano
amnestię. | TM
www.o2.pl / www.sfora.pl | Wtorek [18.08.2009, 09:16] 1 źródło
ALKOHOLICY SĄ NIECZULI NA EMOCJE
Nie potrafią czytać z twarzy.
Nawet jeśli długo pozostają
trzeźwi, alkoholicy mają ograniczone zdolności do wyczuwania emocji innych osób
- podaje "Chicago Tribune".
Badaniom przy użyciu rezonansu
magnetycznego poddano alkoholików oraz abstynentów. W czasie testu mieli
określić jak inteligentna jest osoba, której twarz im pokazywano. Każda twarz
wyrażała pozytywne, neutralne lub negatywne emocje.
Abstynenci wykazywali wysoką
aktywność hipokampu oraz ciała migdałowatego, które razem tworzą układ limbiczny,
kiedy spoglądali na twarze przedstawiające silne emocje - pisze "Chicago
Tribune".
Twarze o neutralnym wyglądzie
nie wywoływały już podobnej reakcji.
Jednak u alkoholików (również u
tych, którzy porzucili nałóg) nie odnotowano silniejszej aktywności tych samych
obszarów mózgu.
Nie jesteśmy jeszcze pewni czy to alkoholizm prowadzi do
"otępiałości emocjonalnej" czy raczej nieczułość na emocje prowadzi
do nałogu - mówi Ksenja Marinkovic, jedna z autorek badań. | JP
2. ZDROWIE
"NEWSWEEK" nr 17,
27.04.2008 r.
SKOK ADRENALINY
Zwolnienia lekarskie bierzemy częściej z powodu stresu
niż przeziębień i grypy. Dopiero teraz naukowcy odkrywają rozmiar szkód, jakie
stres może spowodować w genach, mózgu, sercu.
Mało brakowało, a na przejściu dla pieszych potrąciłby cię samochód. Czemu cofnąłeś się w ostatniej chwili? Sygnał "uwaga" płynący z mózgu sprawił, że twoje nadnercza wyrzuciły do krwi adrenalinę. Tętno przyspieszyło. Zwiększyła się krzepliwość krwi na wypadek urazu. Mózg wyprodukował endorfiny o właściwościach przeciwbólowych. Ale co najważniejsze, zwiększyła się szybkość myślenia, dzięki czemu błyskawicznie zrobiłeś krok w tył, unikając tragicznego w skutkach wypadku. Stres uratował ci życie.
To genialny wynalazek natury. Co innego jednak mobilizacja w obliczu nagłego zagrożenia, a co innego życie na adrenalinie. Aż 55 proc. Polaków twierdzi, że przeżywa nadmiar stresów. Wśród ludzi z wyższym wykształceniem, żyjących w metropoliach, odsetek ten rośnie do 67 (według raportu "Społeczna świadomość czynników ryzyka chorób serca", sporządzonego na początku tego roku przez OBOP na zlecenie Unilever). W tej grupie stres ma już rozmiary epidemii. To on właśnie jest najczęstszą przyczyną zwolnień lekarskich w takich grupach zawodowych, jak menedżerowie, finansiści czy urzędnicy - wynika z badania Chartered Institute of Personnel and Development, którymi objęto 1100 pracujących umysłowo Brytyjczyków.
"W dzisiejszych czasach nieustannie wpadamy z jednej sytuacji stresowej w drugą. Nasze mózgi i organizmy mają kłopot z odróżnieniem bezpośredniego, zagrażającego życiu niebezpieczeństwa, od kłótni z rodziną albo trosk związanych z brakiem pieniędzy" - pisze Jennifer Akerman w wydanej właśnie w Polsce książce "Dzień z życia twojego ciała". Oznacza to, że znaleźliśmy się w potrzasku - wyrzut adrenaliny, który w zamyśle natury miał być impulsem do bezpośredniej walki lub ucieczki, nie pomoże nam przecież przyzwyczaić się do złej atmosfery w biurze czy poradzić sobie z nadmiarem obowiązków. Nieustannie podwyższony poziom hormonów stresu w organizmie może prowadzić tylko do choroby. Już ok. 1900 roku ostrzegał przed tym kanadyjski lekarz William Osler, nazywany ojcem nowoczesnej medycyny. Dopiero jednak teraz naukowcy zaczynają odkrywać rozmiar spustoszeń, jakie stres wywołuje w psychice i w ciele. Niekorzystnie wpływa na cały organizm, ale głównym celem jego ataku są geny, mózg i serce.
Z łatwością można wskazać ludzi, którzy nie radzą sobie ze stresem. Wyglądają na wypalonych i wyczerpanych, jakby trochę starszych, niż wynika to z metryki. Aby dociec, czemu stres tak wyraziście maluje się na ich twarzach, Elissa Epel z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco zaczęła badać geny 60 zestresowanych kobiet. Nie były one wprawdzie przeciążone pracą zawodową, ale opieką nad dziećmi cierpiącymi na tak ciężkie choroby, jak autyzm czy porażenie mózgowe. Badając DNA tych kobiet, Elissa Epel skupiła się na strukturach zwanych telomerami, które są w komórce miernikiem czasu i wskaźnikiem starzenia. Telomery znajdują się na końcach chromosomów, chroniąc je przed rozwinięciem nici DNA w sposób podobny do tego, w jaki małe plastikowe zakończenia zapobiegają strzępieniu sznurówek. Przy kolejnych podziałach komórki telomery "ścierają się" i stają się coraz krótsze. Im bardziej zestresowane były matki, tym mniejsze miały telomery. Oznaczało to, że stres związany z opieką nad chorymi dziećmi dodał im aż 9-17 lat. Nadmiar hormonów stresu w organizmie przyspiesza starzenie, ale co gorsze - jak podejrzewają naukowcy - może też niekorzystnie zmieniać zapisy w DNA, co sprzyja rozwojowi nowotworów. Chociaż akurat na to nie ma jeszcze twardych dowodów.
Wyniki nowych badań na zwierzętach i z udziałem ludzi wyraźnie pokazują natomiast, że zestresowana głowa nie może pracować normalnie. Hipokamp, struktura mózgu podobna kształtem do konika morskiego, odpowiadająca za proces uczenia i zapamiętywania, po prostu kurczy się pod wpływem stresu. Naukowcy zauważyli to najpierw u weteranów wojennych, którzy w piekle walk przeżywali wyjątkowo silne emocje. Uczeni zaczęli więc sprawdzać, czy stres pozostawił trwałe ślady - wykonywali skany mózgu za pomocą nowoczesnych aparatów do neuroobrazowania (niezależnie robiły to zespoły z uniwersytetów Yale, Harvarda i w San Diego). Okazało się, że u weteranów, którzy cierpieli na bezsenność, mieli koszmary i inne zaburzenia typowe dla zespołu stresu pourazowego, hipokamp był zmniejszony nawet o jedną czwartą. Nie wiadomo było jednak, czy zanik jest przejściowy, czy trwały. Wciąż otwarte pozostawało też pytanie, w jaki sposób hormony stresu szkodzą neuronom: tylko je uszkadzają czy może zabijają?
Dlaczego mózg się kurczy?
Na początku uczeni nie chcieli wierzyć, że stres może całkowicie niszczyć komórki nerwowe. Skłaniali się raczej ku temu, że pod jego wpływem wypustki łączące neurony się kurczą, ale kiedy on ustanie, znowu odrastają. I tak rzeczywiście jest, ale tylko wtedy, gdy poziom stresu nie jest nadmiernie wysoki. Przy silniejszym i dłuższym kortyzol może hamować nieustannie zachodzący w mózgu proces neurogenezy, podczas którego obumierające komórki nerwowe są zastępowane nowymi neuronami. Jeśli stare komórki umrą, a młode się nie wytworzą, hipokamp musi być mniejszy - kalkulowali badacze. Ten trop okazał się prawdziwy. Na początku tego roku prof. Ronald Duman, psychiatra i psychofarmakolog z Yale School of Medicine, prowadząc doświadczenia na myszach, znalazł specyficzne miejsca w mózgu, których pobudzenie sprawia, że w zestresowanej głowie przestają tworzyć się nowe komórki nerwowe. Zgłębienie tego mechanizmu daje szansę na znalezienie leku, który będzie zapobiegał niekorzystnej reakcji.
Jednak możliwe okazało się także to, w co naukowcy nie chcieli wierzyć - stres zabija komórki mózgu. Badania na szczurach przeprowadzone rok temu w amerykańskim Salk Institute pokazały, że do uśmiercenia neuronów wystarczy zaledwie 20 minut stresujących przeżyć. Badacze umieścili młodego szczura w klatce z dwoma większymi i agresywnymi osobnikami. Gryzły one i atakowały nowego lokatora. To było dla niego tak straszne doświadczenie, że po 20 minutach poziom hormonów stresu we krwi zwierzęcia sześciokrotnie przewyższał normę. Po tym epizodzie w ciągu tygodnia w hipokampie obumarła jedna trzecia młodych komórek nerwowych.
Nie ma dowodów na to, że gdy musimy zmagać się w pracy z nieuczciwą i agresywną konkurencją, nasze komórki nerwowe giną jak u szczura atakowanego przez dwa większe i silniejsze gryzonie. Skąd jednak te kłopoty z zapamiętaniem, ogólne rozkojarzenie i brak koncentracji? Gdyby w mózgu szwankował tylko główny ośrodek pamięci, nie byłoby jeszcze tak źle. W połowie ubiegłego roku naukowcy odkryli, że stres zmienia też inne struktury mózgu, włączone w proces zapamiętywania oraz emocje.
Skutki wojny w głowie
Uszkodzeniu w stresie ulega także przednia część zakrętu obręczy, struktura odpowiedzialna za utrwalanie śladów pamięciowych i przypominanie dawnych zdarzeń. Kiedy naukowcy z zespołu Rogera Pitmana z Uniwersytetu Harvarda wertowali dokumenty zgromadzone w Związku Weteranów Wojennych, natrafili na żyłę złota - dane dotyczące niewielkiej liczby bliźniaków jednojajowych, z których jeden został wysłany na wojnę do Wietnamu, a drugi został w domu. Kiedy wykonano im zdjęcia mózgów za pomocą rezonansu magnetycznego i porównano obrazy, zauważono różnicę w wielkości właśnie zakrętu obręczy. Naukowcy nie mieli wątpliwości, że tylko stres wojenny mógł za nią odpowiadać.
To, że przeżycia wojenne mogą zostawiać taki ślad w mózgu, da się zrozumieć. Okazuje się jednak, że identyczne zmiany powoduje stres wywołany prozaiczną w porównaniu z okrucieństwami wojny przyczyną - niskimi dochodami czy brakiem perspektyw życiowych. Tak wykazały badania, które przeprowadził prof. Peter Gianaros ze School of Medicine na uniwersytecie w Pittsburghu. Uczony dociekał, jaki związek ma pozycja społeczna z poziomem stresu oraz zdrowiem. W jego badaniu wzięło udział stu ochotników. Najpierw w ankiecie ocenili oni swoje miejsce na drabinie społecznej, a potem profesor prześwietlił ich mózg za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego. Jak się okazało, u tych, którzy byli zadowoleni z poziomu życia, nie zaobserwowano anatomicznych anomalii. Natomiast ci, którzy uplasowali siebie na samym dole społeczeństwa i stresowali się niedostatkiem, mieli takie same zmiany w zakręcie obręczy jak weterani wojenni Pitmana.
Przewlekły stres zmienia też działanie jądra migdałowatego, ośrodka emocji. Tutaj jednak neurony nie kurczą się jak w hipokampie, tylko wypuszczają więcej gałęzi i tworzą więcej połączeń. Efekt jest taki, że nawet drobiazg może powodować silne emocje - często jest to atak lęku. Ta zmiana w budowie jądra migdałowatego zdaje się wyjaśniać, czemu ludzie poddani stresowi nie tylko tracą sprawność intelektualną i mają kłopoty z pamięcią, ale stają się też często bardziej niespokojni i lękliwi.
Naukowcy przypuszczają, że zależnie od ilości stresów w ciągu życia zmienia się objętość mózgu i sieć połączeń nerwowych. Ostatnio mózg jest głównym przedmiotem badań, ale pamiętajmy, że stres nie działa wybiórczo i że zabijając komórki nerwowe, zadaje jednocześnie drugi cios - w serce.
Na kwietniowej konferencji Amerykańskiego Kolegium Kardiologicznego w Chicago ogłoszono, że stres jest najważniejszą przyczyną epidemii chorób serca i układu krążenia. Po trzęsieniu ziemi w Los Angeles w 1994 r. połowa ofiar nie umarła z powodu odniesionych ran, lecz zawałów serca spowodowanych silnym stresem. Mocno nadszarpnął on też zdrowie Amerykanów po atakach na World Trade Center - zgłaszali oni aż trzy-czterokrotnie więcej dolegliwości sercowych niż wcześniej. Najnowsze badania pokazują, jak szkodliwy dla układu krążenia jest codzienny stres związany z pracą.
W styczniu w "European Heart Journal" ogłoszono wyniki 12-letnich badań pod hasłem "Stres w pracy a serce", którymi objęto ponad 10 tys. brytyjskich urzędników państwowych. Od 1985 roku dr Tarani Chandola z University College London z mozołem zbierał dane medyczne dotyczące m. in. przypadków choroby wieńcowej i zgonów z jej powodu. Na podstawie zakresu obowiązków, częstości przerw w pracy, kontroli i presji, jakim podlegali chorzy, oceniał dodatkowo, na jak duży stres są narażeni. Wszystkie analizy pokazały, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni przeżywający w biurze stresy większe niż pozostali byli bardziej narażeni na chorobę wieńcową. I to aż o 68 proc.
Dlaczego stres jest jak nóż wbijany w serce? Wytwarzające się w mózgu hormony stresu pobudzają tzw. autonomiczny system nerwowy, który bez udziału naszej woli steruje wszystkimi narządami wewnętrznymi. Sygnały płynące z niego do serca (przez nerw błędny) każą zwiększyć liczbę uderzeń. Serce zaczyna pracować intensywniej i jeśli ma to miejsce przez dłuższy czas, prowadzi do niestabilności kardiologicznej.
Im więcej dowiadujemy się o szkodliwości stresu, tym bardziej możemy czuć się zestresowani. Nawet jeśli wydaje nam się, że mamy geny zwiększające podatność na stres, nie jesteśmy całkiem bezradni. Czasem pokonanie stresu to tylko sprawa nastawienia. Jeden z pilotów myśliwca wojskowego, który musiał startować na lotniskowcu w środku nocy podczas sztormu na Morzu Japońskim, przyznawał, że serce mu biło, a dłonie się pociły. Ten stres ustępował, kiedy mówił sobie: "To ja kontroluję sytuację". Każdy z nas jest takim pilotem, który musi wykonywać trudne manewry w życiu. W większości przypadków - jeśli tylko chcemy - możemy panować nad sytuacją. Po co więc te nerwy?
Jolanta Chyłkiewicz
"WPROST" Numer:
20/2009 (1375)
DŁUGOWIECZNA OSOBOWOŚĆ
Geny czy styl życia? Co decyduje o długim życiu? Ani
jedno, ani drugie. Najważniejsze jest to, jacy jesteśmy i jaki mamy stosunek do
codziennych spraw. Na podstawie cech osobowości już w dzieciństwie można
przewidzieć, czy dana osoba ma szanse na długie życie.
Osoby towarzyskie, ekstrawertyczne i sumienne mają znacznie większe szanse dożyć setki niż ponuracy i neurotycy – twierdzi w rozmowie z „Wprost" prof. Thomas Perls, dyrektor New England Centenarian Study z Boston University School of Medicine. Takie osoby znakomicie radzą sobie ze stresem i najtrudniejszymi nawet życiowymi przeciwnościami, podczas gdy inni popadają w depresję lub doznają załamania nerwowego. Po prostu nie przejmują się tak jak inni i zawsze szukają czegoś pozytywnego w każdej sytuacji.
Szczególnie ważna jest sumienność powiązana z innymi społeczno-środowiskowymi czynnikami wpływającymi na długie życie – mówi „Wprost" prof. Brent Roberts, psycholog z University of Illinois, Urbana– Champaign. Bo bycie sumiennym skłania do lepszych wyborów. Osoby sumienne częściej są aktywniejsze fizycznie, unikają używek i preferują stabilny tryb życia. Tworzą też bardziej stabilne związki i rzadziej się rozwodzą (dotyczy to szczególne mężczyzn). A stabilne związki mają korzystny wpływ na długość życia.
Ludzie sumienni już od wczesnych lat pracują na długie i zdrowe życie. Najpierw mają lepsze wyniki w szkole, co potem przekłada się na lepszą i bardziej satysfakcjonującą pracę, wyższe zarobki oraz lepsze zdrowie i dłuższe życie. Potwierdzają to badania, które objęły takie kraje jak USA, Kanada, Niemcy, Japonia, Norwegia i Szwecja. Z badań prof. Howarda Friedmana, psychologa z University of California, Riverside, wynika, że dzieci określone przez swoich rodziców jako sumienne w 1922 r. cieszyły się dłuższym o parę lat życiem niż pozostałe. Uczony wyróżnia trzy istotne aspekty sumiennej osobowości. To odpowiedzialność i umiejętność kontrolowania samego siebie, uporządkowanie i zdyscyplinowanie oraz zorientowanie na osiągnięcia.
Neurotycy mają skłonność do negatywnego myślenia, złości, nie potrafią dobrze sobie radzić ze stresem, miewają humory i stany lękowe. Wykazują też większą skłonność do nadużywania tytoniu, alkoholu, narkotyków. Tworzą mniej zadowalające związki, częściej się rozwodzą, mają więcej problemów w życiu i nie potrafią sobie radzić ze stratami. Prof. Daniel Mroczek, psycholog z Purdue University, przebadał 1600 mężczyzn w średnim i starszym ludzie sumienni od wczesnych lat pracują na długie i zdrowe życie. Bycie sumiennym skłania do lepszych wyborów wieku. Śledził zmiany w ich życiu i osobowości w okresie 12 lat. Okazało się, że najwięksi neurotycy z upływem lat stawali się coraz bardziej zestresowani, nerwowi, mieli skłonność do zamartwiania się i to sprzyjało pogarszaniu się stanu ich zdrowia. Najczęściej umierali z powodu chorób serca i nowotworów. Pocieszające jest to, że mężczyźni, którym choćby częściowo udało się pokonać własny neurotyzm i ustabilizować emocje, mieli większe szanse na dłuższe życie, niemal tak samo jak bardziej stabilne emocjonalnie osoby. Negatywny wpływ neurotyzmu można osłabić – twierdzi prof. Roberts. – Jeśli jesteś zarówno neurotykiem, jak i osobą sumienną, to już nie jest tak źle. Wyobraźmy sobie, że w młodości osoba była silnie neurotyczna, ale wraz z wiekiem ta cecha nieco się osłabiała. Na starość, choć nadal pewna doza neurotyzmu jest u niej obecna, zachowuje się ona coraz bardziej sumiennie, na przykład zaczyna się bardziej troszczyć o zdrowie, częściej się bada, stosuje się do zaleceń lekarzy. I to może pomóc jej zachować zdrowie i dłuższe życie – mówi prof. Roberts.
Badania stulatków i ich dzieci sugerują, że długowieczność jest dziedziczna. Ale możemy dziedziczyć zarówno skłonność do pewnych chorób, jak i cechy osobowości. Wychodząc z tego założenia prof. Perls przyjrzał się grupie 560 dzieci stulatków, których średni wiek wynosił 75 lat. W porównaniu z całą populacją osoby te cieszą się lepszym zdrowiem, a śmiertelność jest u nich o 120 proc. mniejsza niż w całej populacji. Czy dlatego, że mają „lepsze" geny? Dzieci stulatków są zazwyczaj ekstrawertykami o wyjątkowo niskim poziomie neurotyzmu. – Potomkowie stulatków zachowują te cechy nawet w zaawansowanym wieku. To istotne, bo ekstrawertyzm zwykle jest najsilniejszy w młodym wieku, potem słabnie. Nie ma przy tym większych różnic między obu płciami. Kobie- ty są bardziej skłonne do wyrażania swych emocji, a mężczyźni odwrotnie – raczej są zamknięci w sobie. Ale z naszych badań wynika, że długowieczne kobiety i mężczyźni są do siebie podobni – mówi prof. Perls. Ma to istotne znacznie, bo ekstrawertycy łatwiej nawiązują przyjaźnie, aktywnie angażują się w relacje, w życie społeczne i towarzyskie. Kiedy nawet wpadną w kłopoty, łatwiej sobie z nimi radzą, ponieważ mają wokół siebie ludzi, na których mogą polegać, którzy służą im pomocą i wsparciem.
W Australii badania prowadzone przez dziesięć lat na osobach powyżej 70. roku życia wykazały, że u ludzi z większym kręgiem przyjaciół występuje o 22 proc. mniejsze ryzyko zgonu w najbliższych 10 latach niż u osób niemających dobrych znajomych. Co ciekawe, utrzymywanie kontaktów z dziećmi, rodziną, krewnymi nie miało już tak dużego wpływu na wydłużenie życia. Nieznacznie pozytywny efekt dawało też pozostawanie w związku z partnerem czy małżonkiem. – Z wiekiem stajemy się coraz bardziej selektywni. Przyjaciół wybieramy, rodzina po prostu jest – twierdzi prof. Lynne Giles z Department of Rehabilitation and Aged Care na Flinders University w Australii.
To, że mamy przyjaciół, może wpływać na nasze zachowanie i wybory, na przykład na dbałość o zdrowie, palenie papierosów, picie alkoholu, aktywność fizyczną. – Przyjaciele mogą zachęcać nas do zachowań, które pomogą utrzymać dobre zdrowie i kondycję. Pomagają radzić sobie z depresją, podnoszą poczucie własnej wartości, zwiększają poczucie sensu w życiu – dodaje Giles.
Uczeni z Uniwersytetu Harvarda twierdzą, że u osób starszych utrzymujące kontakty towarzyskie szanse na rozwinięcie demencji i spadek funkcji poznawczych są mniejsze. A jeśli nawet do tego dojdzie, nastąpi to w późniejszym wieku niż u osób samotnych. Badania zostały wykonane na reprezentatywnej próbie Amerykanów w wieku powyżej 50 lat. Wszyscy uczestnicy byli testowani regularnie między 1998 r. a 2004 r. Ci, którzy byli najbardziej zintegrowani społecznie, tracili pamięć o połowę wolniej w porównaniu z osobami najmniej zintegrowanymi społecznie.
Czy można wpłynąć na samego siebie i zmienić się z ponuraka w osobę towarzyską, a z neurotyka w kogoś ustabilizowanego emocjonalnie i sumiennego? – Osobowość z jednej strony jest stabilna, pewna, ale z drugiej – do pewnego stopnia może się zmieniać w ciągu całego życia – uważa prof. Roberts. Bo osobowość podlega zmianom tak jak nasze ciało. Te zmiany zazwyczaj są pozytywne. Stajemy się milsi, sumienniejsi i bardziej stabilni emocjonalnie. W młodym wieku ludzie zazwyczaj są bardziej otwarci, ale i bardziej neurotyczni. Starsi z kolei są spokojniejsi i nie poddają się tak łatwo emocjom.
– Ludzie mogą stać się sumienniejsi pod wpływem otoczenia, na przykład po wstąpieniu w dobry związek małżeński albo po otrzymaniu stabilnej pracy – mówi prof. Friedman. Ale czy można takie zmiany wprowadzać świadomie? Zdaniem prof. Robertsa, zachodzą one poza naszą świadomością, są bardzo subtelne, pojawiają się powoli, w ciągu wielu lat wraz z zachodzącymi w życiu zmianami. Im dłużej znajdujemy się w jakiejś sytuacji, tym bardziej jesteśmy w stanie się zmienić.
W wielu firmach konsultingowych wprowadza się programy treningu osobowości. Chodzi o wyrobienie cech przywódczych, zwiększenie ekstrawertyzmu, zorientowania na odnoszenie sukcesów, samokontroli. – Uczestnicy mają się stać lepszymi liderami. Programy trwają sześć miesięcy, czasem rok – mówi Roberts. Na razie nie wiadomo, czy udaje się osiągnąć zamierzone rezultaty.
Autor: Aleksandra Postoła
www.o2.pl | Środa [25.02.2009, 09:25] 1 źródło |
PRACOHOLIKOM GROZI
DEMENCJA
Ponad 55 godzin pracy w tygodniu uszkadza mózg.
Optymalna ilość godzin pracy, mierzona co prawda na Brytyjczykach, to 41. Każda chwila ponad to może grozić złą pracą mózgu.
Wiele lat pracy w takim systemie sprawia, że w średnim wieku umysł będzie pracował wolniej, pamięć krótkookresowa będzie mniej wydajna i trudniej będzie nam przywołać z pamięci np. słowo, które akurat nam 'uciekło' - pisze "American Journal of Epidemiology", który publikuje badania na grupie 2214 urzędników państwowych.
Choć wiele osób uważa, że stres ich napędza i długie godziny pracy im nie szkodzą, są w błędzie. Urzędnicy pracujący ponad 30 lat są tego najlepszym dowodem.
Porównano trzy grupy: tych pracujących mniej niż 41 godzin tygodniowo, między 41 a 55 oraz ponad 55 godzin.
Najlepsze wyniki w testach na sprawność umysłu osiągnęli ci pracujący najmniej. Odpowiednio, u tych pracujących najwięcej wyniki były najsłabsze.
Dr Marianna Virtanen z Finnish Institute of Occupational
Health ostrzega jednocześnie, że badania udowodniły bezpośredni związek między
przepracowaniem a późniejszą zapadalnością na starczą demencję. | JS
www.o2.pl | Czwartek [19.02.2009, 14:12] 2 źródła
ŹLE ŚPISZ? MOŻESZ WPAŚĆ W DEPRESJĘ
Zaburzenia snu mogą wywoływać choroby psychiczne
Gdy pacjent cierpiał na schizofrenię lub depresję i miał problemy ze snem, to stwierdzaliśmy, że to normalne - mówi dr Robert Stickgold z Uniwersytetu Harvarda. - Do głowy nam nie przyszło, że może być odwrotnie.
A jednak przeprowadzone badania wykazały, że jest. Problemy z oddychaniem, bezdech i inne zaburzenia snu powodują depresję i inne objawy charakterystyczne dla chorób psychicznych.
Efekt? Chorym niepotrzebnie podaje się leki, które im nie pomagają, zamiast leczyć zaburzenia snu - twierdzą naukowcy. | BW
www.o2.pl / www.sfora.pl | Środa [19.08.2009, 20:21] 1 źródło
NIE MARTW SIĘ. BĘDZIESZ ŻYŁ
DŁUŻEJ
Zestresowani częściej
narażają życie.
Ludzie, którzy łatwo ulegają
stresowi, o wiele częściej wpadają w nałogi takie jak palenie papierosów, co w
efekcie zwiększa ich śmiertelność - mówi prof. Daniel Mroczek z Purdue
University.
Często nasze cechy charakteru
mogą stanowić zagrożenie dla naszego zdrowia. Należą do nich m.in.: ciągłe
zamartwianie się, niepokój, łatwość wpadania w depresję. To, jak udowadniają
eksperci, oznaki neurotyzmu.
W niedawnych badaniach naukowcy
zbadali jak neurotyzm łączy się z nałogami palenia papierosów i picia alkoholu.
Okazało się, że nałogowe palenie przyczynia się do około 25-40 proc.
śmiertelności wśród neurotyków - podaje sciencedaily.com. Pozostałe 60 proc.
pozostaje niewyjaśnione, jednak naukowcy przypisują to czynnikom biologicznym
lub wpływowi otoczenia.
W badaniach wzięto pod uwagę
dane zebrane od 1800 mężczyzn palaczy zebrane w trakcie 30 lat (1975-2005) od
pacjentów kliniki w Bostonie. | JP
www.o2.pl | Środa [05.08.2009, 11:35] 3 źródła
DLACZEGO NASTOLATKI PIJĄ NA UMÓR?
Z NUDÓW
Dla młodych Brytyjczyków
picie to tania rozrywka.
8 proc. nastolatków pije alkohol
przynajmniej raz w tygodniu ponieważ się nudzi. Z tego samego powodu chociaż
raz upiło się 29 proc. młodych Brytyjczyków - wynika z ostatnich badań.
Zdaniem specjalistów młodzi
ludzie piją znacznie częściej podczas wakacji. Przyznaje się do tego 61 proc.
młodzieży w wieku 16-17 lat. 13 proc. z nich woli wydawać pieniądze na alkohol
i imprezy niż na inne formy spędzenia wolnego czasu.
Dla wielu nastolatków picie
stało się po prostu tanią formą rozrywki - powiedział Don Shenker z organizacji
Alcohol Concern.
Eksperci uważają, że jedną z
przyczyn są niskie ceny alkoholu w porównaniu np. z cenami biletów do kina.
Należy wprowadzić surowe
regulacje dotyczące sprzedaży i reklamy alkoholu - twierdzi Peter Carter z
Royal College of Nursing. | TM
www.o2.pl | Czwartek [30.07.2009, 19:08] 1 źródło
NASTOLATKI CORAZ CZĘŚCIEJ SIĘ
OKALECZAJĄ
Zrobił lub myślał o tym co
czwarty 16-latek.
Badania Young Life and Times
Survey 2008 przeprowadzali w Irlandii Północnej eksperci z Queen’s University
oraz University of Ulster. Anonimowo przepytano blisko tysiąc osób.
Okazało się, że prawie
trzykrotnie częściej o samookaleczaniu się myślą dziewczęta (18 proc. w
stosunku do 7 proc. chłopców) i prawie trzykrotnie częściej faktycznie to robią
(13 proc. w stosunku do 5 proc. chłopców).
Wśród okoliczności skłaniających
młodzież do zadawania sobie krzywdy wymienia się presję otoczenia oczekującego,
że będą pić alkohol, palić i brać te same narkotyki co inni.
Istotne w badaniach była też
niezdolność do odchudzenia się - czytamy na serwisie Physorg.com.
Co czwarty badany przyznał się do poważnych problemów emocjonalnych. Choć rozumieli, że potrzebna im pomoc specjalisty tylko 9 proc. o nią prosiło. Co istotne, częściej okalecza się młodzież z rodzin niezamożnych. Dziewczęta sześciokrotnie częściej niż chłopcy. Dzieci z tych rodzin częściej też cierpią na zaburzenia psychiczne i emocjonalne (42 proc. dziewczyn i 19 proc. chłopaków) - czytamy w serwisie. | JS
www.o2.pl | Środa [06.05.2009, 10:43] 1 źródło, 2 wideo
KOBIETY PIJĄ CORAZ WIĘCEJ. I TO NA UMÓR
Ich liczba podwoiła się przez ostatnie 10 lat.
Fundacja Joseph Rowntree Foundation opublikowała raport, z którego wynika, że w Wielkiej Brytanii co najmniej jedna na sześć kobiet pije codziennie dwa razy więcej alkoholu niż przewiduje to dopuszczalna dawka.
Badacze z fundacji podkreślają, że zjawisko tzw. ciągów picia (binge drinkig) wśród kobiet bardzo przybrało na sile. W latach 1998-2006 ich liczba wzrosła dwukrotnie do 4,5 mln osób.
Tymczasem od 2000 roku spadła liczba pijących młodych mężczyzn - o niecałe 10 procent.
Eskperci z Joseph Rowntree Foundation uważają, że może być to efekt coraz większej niezależności kobiet, z którą nie potrafią sobie one poradzić. Zjawisku mogą też sprzyjać wyrafinowane reklamy alkoholi, skierowane do kobiecej grupy potencjalnych konsumentów. | AB
www.o2.pl / www.sfora.pl | Poniedziałek [17.08.2009, 07:21] 2
źródła
POLKI PIJĄ CORAZ WIĘCEJ
I uzależniają się od alkoholu
pijąc w samotności.
153 tys. kobiet w Polsce jest
uzależnionych od alkoholu. Rośnie proporcja alkoholiczek - na dwóch pijących
nałogowo mężczyzn przypada jedna kobieta - alarmuje "Nasz Dziennik".
Co trzeci alkoholik w Polsce
jest kobietą. Dekadę temu jedna nadużywająca alkohol kobieta przypadała na 10
pijących ponad miarę mężczyzn.
Badania mówią również, że w
sposób ryzykowny i na granicy uzależnienia pije 6 proc. wszystkich Polek, a od
4 do 7 proc. pań ma problemy związane z nadużywaniem alkoholu - donosi TVN24.
10 procent Polek w wieku 18-29
lat rocznie wypija ponad 7,5 l czystego alkoholu. Kobiety piją najczęściej w
samotności. | AJ
"NEWSWEEK" nr 36, 09.09.2007 r.
STRES
SZKODZI DZIĄSŁOM
Stres uważany jest - i słusznie - za przyczynę najróżniejszych chorób, w tym tak poważnych, jak zawały serca czy udary mózgu, które mogą prowadzić do śmierci. Ostatnie badania przeprowadzone przez dr Daiane Peruzzo z University of Campinas w Piracicaba w Brazylii każe tę czarna listę wydłużyć o choroby przyzębia. Zdaniem uczonej aż 57 procent tych schorzeń zastało wywołanych właśnie stresem.
Prawdopodobnie zjawisko to ma związek z wydzielaniem wtedy hormonem – kortyzolem, który uszkadza dziąsła i żuchwę, co w efekcie może prowadzić do utraty zębów. Poza tym osoby w stresie zwracają mniej uwagi na higienę jamy ustnej, więcej palą, piją alkohol i częściej używają narkotyków, komentuje badanie dr Preston D. Miller, przewodniczący American Academy of Peridontology.
www.medicinenet.com
"WPROST" Numer: 19/2009 (1374)
NEUROTYCZNI ASTMATYCY
Neurotyczna osobowość, uleganie niepokojowi i podatność na depresję zwiększają ryzyko zachorowania na astmę aż trzykrotnie – mówi Adrian Loerbroks z Heidelberg University. Badania na zwierzętach wskazują, że chroniczny stres zmienia poziom hormonów, a to powoduje stany zapalne dróg oddechowych. Loerbroks wierzy, że neurotyczny charakter ma taki sam efekt. | EN
3. PRAWIDŁOWY ROZWÓJ
DZIECI
www.o2.pl / http://www.sfora.pl/Wychowac-geniusza-przez-zabawe-wp8285
| 2 Sierpień 2009 13:40
WYCHOWAĆ GENIUSZA PRZEZ
ZABAWĘ
Gry i zabawy
Pragniesz, aby Twoje dziecko
rozwijało się harmonijnie i wykorzystywało w pełni swoje możliwości. Twoim
wielkim sprzymierzeńcem jest natura. Mózg malucha został tak zaprogramowany,
aby uczyć się i rozwijać. Dziecko wykazuje niespożytą energię i czerpie wielka
radość odkrywając, jak funkcjonuje otaczający je świat.
Bada właściwości przedmiotów za
pomocą wszystkich zmysłów, testuje zachowania rodziców. Poznaje prawa przyrody
poprzez proste doświadczenia. jak prawdziwy naukowiec stawia hipotezę i
wielokrotnie ją sprawdza, wprowadzając różne modyfikacje. Dla dorosłej osoby
takie odkrycia często bywają banalne, gdyż i bez tych eksperymentów wie, co
stanie się z wodą wylaną na piasek, kostką lodu posypaną solą, ale dla dziecka
wszystko to jest nowe, ekscytujące, niesamowite. Przecież ono dopiero wkracza
niepewnie w ten świat.
Mózg małego dziecka jest jeszcze
niedojrzały, na jego rozwój duży wpływ ma otoczenie, umożliwia mu to
przystosowanie się do warunków, w których będzie egzystował. Wszystko co maluch
czuje, widzi, myśli itp. kształtuje jego mózg, tworząc w ten sposób podwaliny
pod dalszą naukę.
Niepotrzebne są żadne specjalne
zajęcia ani drogie zabawki, aby dziecko zdobywało wiedzę o swoim otoczeniu.
Wystarczy wsparcie kochających opiekunów. Istnieje ścisły związek pomiędzy
emocjami a zdolnościami poznawczymi dziecka i dlatego nic nie zastąpi radosnych
zabaw z rodzicami.
Maluch uczy się, działając. Musi
mieć dużo czasu na samodzielną zabawę, podczas której czyni liczne obserwacje,
oraz ćwiczy różne umiejętności. Potrzebuje również cierpliwego i mądrego
przewodnika, który ukierunkuje jego działania, pomoże objaśnić wyniki i
sformułować wnioski.
Na podstawie: K. Mitros, Jak wychować geniusza przez zabawę
www.o2.pl / http://www.sfora.pl/Czy-dziecko-moze-bezgranicznie-ufac-doroslym-wp6323 | 27 maj 2009 13:15
CZY DZIECKO MOŻE
BEZGRANICZNIE UFAĆ DOROSŁYM?
Rodzice pamiętajcie: czego dziecko doświadcza w swym życiu i co autentycznie przeżywa, tego szybko się nauczy.
Jeśli dziecko żyje w atmosferze krytyki -
UCZY SIĘ POTĘPIAĆ!
Jeśli dziecko doświadcza wrogości -
UCZY SIĘ WALCZYĆ!
Jeśli dziecko musi znosić kpiny -
UCZY SIĘ NIEŚMIAŁOŚCI!
Jeśli dziecko jest zawstydzone -
UCZY SIĘ POCZUCIA WINY!
Jeśli dziecko żyje w atmosferze tolerancji -
UCZY SIĘ CIERPLIWOŚCI!
Jeśli dziecko żyje w atmosferze zachęty -
UCZY SIĘ UFNOŚCI!
Jeśli dziecko żyje w świecie uczciwości -
UCZY SIĘ SPRAWIEDLIWOŚCI!
Jeśli dziecko jest akceptowane i chwalone -
UCZY SIĘ DOCENIAĆ INNYCH!
Jeśli dziecko żyje w poczuciu bezpieczeństwa -
UCZY SIĘ UFNOŚCI!
Jeśli dziecko żyje w świecie aprobaty -
UCZY SIĘ LUBIĆ SIEBIE!
Jeśli dziecko żyje w świecie akceptacji i przyjaźni -
UCZY SIĘ, JAK ZNALEŹĆ MIŁOŚĆ W ŚWIECIE!
“Dziecko to taki sympatyczny początek człowieka”
Dzisiejsze nieśmiałe dziecko, to to, z którego wczoraj się śmialiśmy.
Dzisiejsze okrutne dziecko, to to, które wczoraj biliśmy.
Dzisiejsze dziecko, które oszukuje, to to, w które wczoraj nie wierzyliśmy.
Dzisiejsze zbuntowane dziecko, to to, nad którym się wczoraj znęcaliśmy.
Dzisiejsze zakochane dziecko, to to, które wczoraj pieściliśmy.
Dzisiejsze roztropne dziecko, to to, któremu wczoraj dodawaliśmy otuchy.
Dzisiejsze serdeczne dziecko, to to, któremu wczoraj okazywaliśmy miłość.
Dzisiejsze mądre dziecko, to to, które wczoraj wychowaliśmy.
Dzisiejsze wyrozumiałe dziecko, to to, któremu wczoraj przebaczyliśmy.
Dzisiejszy człowiek, który żyje miłością i pięknem, to dziecko, które wczoraj żyło radością.
— Ronald Russell
„WPROST”
nr 45(1093), 2003 r.
ZABÓJCZE
NIANIE
PRZYJMUJĄC OPIEKUNKĘ DO DZIECKA, MOŻESZ WPUŚCIĆ DO DOMU SADYSTKĘ.
Kobieta najpierw potrząsa płaczącym dzieckiem tak, że odbija się ono niczym piłka od materaca w łóżeczku. Potem zatyka mu ręką usta, aż dziecko zaczyna się dusić. Jeszcze później okłada je skręconym ręcznikiem, a w końcu bije pięścią po całym ciele. Powtarza te czynności wielokrotnie w ciągu kilku godzin. To nie sceny z głośnego filmu "Piastunka" z Rebeccą de Mornay. Tak opiekowała się dwuletnią dziewczynką i dziesięciomiesięcznym chłopczykiem Agnieszka K. z Wrocławia. W podobny sposób dwuletnią dziewczynką zajmowała się Sylwia M. z Gdyni. Opiekunki do dzieci, osób chorych i starych mają na koncie nie tylko pobicia i okaleczenia, ale nawet zabójstwa, a także rabunki, oszustwa i wyłudzenia. Często cierpią na paranoję, depresję, wybuchy gniewu, są alkoholiczkami bądź narkomankami. Miesiącami potrafią ukrywać swoje sadystyczne skłonności bądź nałogi, udawać czułość i opiekuńczość.
Policja i prokuratury prowadzą ponad dwieście postępowań rocznie przeciwko opiekunkom sadystkom i kryminalistkom (w Polsce pracuje prawie 200 tys. opiekunek). Postępowania toczą się jedynie w najbardziej drastycznych wypadkach - podejrzenia zabójstwa, ciężkiego pobicia bądź maltretowania. Inne przewiny kończą się zwykle wyrzuceniem z pracy. Większość opiekunek jest zatrudniana na czarno, więc osoby pokrzywdzone nie chcą zgłaszać przestępstw.
MORDERCZYNIE DZIECIŃSTWA
Pięcioletni Adrian Staniewicz na wspomnienie swojej opiekunki wybucha płaczem i dostaje drgawek. Choć od wyrzucenia z domu jego niani minęło już pół roku, chłopiec nie potrafi pozbyć się lęku, jest małomówny, zamknięty w sobie, nie chce się bawić z rówieśnikami. "Mamo, przeprowadźmy się do innego mieszkania, najlepiej takiego, gdzie nie ma kuchni" - prosi najczęściej mamę Krystynę.
- Adrian pamięta, że w kuchni spotykały go najcięższe kary: był straszony zamknięciem w piekarniku, zmuszany do czyszczenia kuchenki i płytek ściennych - tak, że na rączkach robiły mu się pęcherze. Musiałam też wyrzucić z domu wersalkę, w której był zamykany, bo na jej widok dostawał ataków histerii - opowiada Krystyna Staniewicz. Po kilku miesiącach kontaktów z nianią dziecko trafiło na miesiąc do szpitala psychiatrycznego. O sadystyczne skłonności Krystyna Staniewicz zaczęła podejrzewać opiekunkę dopiero wtedy, gdy nie mogła nawiązać kontaktu z synem. Kiedy pytała, go, co się dzieje, wybuchał płaczem i nic nie mówił. Krystyna Staniewicz wyrzuciła opiekunkę, ale nie miała dowodów na to, że znęcała się ona nad jej synem. Dlatego nie zawiadomiła policji ani prokuratury.
Agnieszka K. z Wrocławia, która opiekowała się dwuletnią dziewczynką i dziesięciomiesięcznym chłopczykiem, została aresztowana, bo jej podopieczna trafiła do szpitala z obrzękiem mózgu i lewostronnym paraliżem kończyn. Prokuratura ustaliła, że regularnie biła dzieci pięściami, dusiła poduszką i kocem, targała za włosy i ciągnęła za uszy. Sylwia M. z Gdyni powierzoną jej opiece dwuletnią dziewczynkę maltretowała, wbijając jej szpilki pod paznokcie, podnosząc za włosy, bijąc skarpetką, do której wkładała gruboziarnisty cukier. Często ją także dusiła - zatykając usta i nos, aż dziecko niemal traciło przytomność.
Policja i prokuratura są w trudnej sytuacji, bo z jednej strony mają chaotyczne zeznania przestraszonego dziecka, z drugiej - logiczne wyjaśnienia opiekunki, która najczęściej twierdzi, że dziecko kłamie. Jeśli nie ma śladów bicia, sprawa jest umarzana. Jak mówi Anna Kossak, psycholog ze Studia Treningu Życiowego Contra, firmy zajmującej się rekrutacją opiekunek, jedyną karą jest wpisanie na czarną listę krążącą po wszystkich agencjach pośredniczących w zatrudnianiu opiekunek. Jeśli są one zatrudniane na czarno, rodzice nie wiedzą o przeszłości tych kobiet.
Małgorzata P., która opiekowała się czterolatkiem w Chorzowie, porwała chłopca. Po kilkudniowych poszukiwaniach policja ujęła ją pod Sieradzem, gdzie ukrywała się wraz z uprowadzonym dzieckiem. Małgorzata P. uznała, że jest lepszą matką niż biologiczna matka dziecka.
WSTRZĄS NIEMOWLĘCY
W 1997 r. najczęściej oglądanym programem telewizyjnym w Stanach Zjednoczonych były relacje z procesu Louise Woodward, brytyjskiej opiekunki oskarżonej o zabójstwo niemowlaka. Początkowo stwierdzono, że dziecko zmarło na skutek tzw. wstrząsu niemowlęcego. Prokuratura udowodniła jednak, że do śmierci przyczyniły się "opiekuńcze" metody Woodward. Kobietę skazano najpierw na dożywocie. Po apelacji klasyfikację czynu zmieniono na zabójstwo nieumyślne. Po kilku latach odsiadki Louise Woodward wróciła do Wielkiej Brytanii.
W 1999 r. telewizja BBC pokazała film, w którym za pomocą ukrytych kamer zarejestrowano, co naprawdę robią nianie z pozostawionymi pod ich opieką dziećmi. Kamery zainstalowano po śmierci kilkunastu dzieci wskutek wstrząsu niemowlęcego. Okazało się, że opiekunki dusiły swych podopiecznych poduszkami, przewracały na brzuch i przyciskały do materaca, biły mokrymi, skręconymi ręcznikami czy otwierały zimą okna, kładąc rozebrane dzieci w pobliżu. W ten sposób udowodniono, że mogły one zamordować rocznie nawet sto dzieci, które potem uznano za zmarłe wskutek wstrząsu lub nieszczęśliwego wypadku. Okazało się, że wśród opiekunek znajduje się nieproporcjonalnie duża liczba sadystek i kobiet chorych psychicznie.
JAK SIĘ USTRZEC NIEBEZPIECZNYCH OPIEKUNEK?
- Zadziwia to, że osoby zatrudniające opiekunki nie sprawdzają nawet podstawowych danych personalnych, nie mówiąc o referencjach, tymczasem referencje to najlepsza polisa ubezpieczeniowa. W efekcie często wpuszczają do mieszkań kobiety z bogatą kartoteką kryminalną lub o sadystycznych skłonnościach. I takim ludziom powierzają swoje pociechy, czyli najcenniejsze, co mają - mówi nadkomisarz Zbigniew Matwiej z Komendy Głównej Policji. Agencje pośredniczące w zatrudnianiu opiekunek są szczególnie nieufne wobec osób, którym udowodni się choćby drobne kłamstwo.
- Kłamstwo i niska samoocena to koktajl, który z reguły wywołuje frustrację i agresję - mówi Anna Kossak.
- Trzech psychologów w naszej firmie bardzo rygorystycznie sprawdza kandydatki na opiekunki. Przeglądamy referencje, kontaktujemy się z ich poprzednimi pracodawcami, weryfikujemy kwalifikacje, badamy powody zakończenia pracy w poprzednim miejscu, robimy też testy psychologiczne - opowiada Cezary Sławecki z firmy Polskie Centrum Opiekunek. Radzi on, by przed skorzystaniem z usług agencji upewnić się, czy jest to sprawdzona firma, od kiedy jest obecna na rynku, ile osób skorzystało z jej pośrednictwa.
POLOWANIE NA STARCÓW
Ofiarami sadystycznych opiekunek są też osoby stare i chore. Przed sądem w Lublinie kilkakrotnie rozpoczynał się już proces Anety O., opiekunki oskarżonej o zabójstwo niedołężnego podopiecznego. Aneta O. przewróciła go na wersalkę, oparła się na nim kolanem i udusiła. Kobieta tłumaczyła w prokuraturze, że próbowała uciszyć hałasującego mężczyznę, by nie obudziły się śpiące w sąsiednim pokoju dzieci, będące również pod jej opieką. Kilka tygodni temu inna opiekunka, Joanna S. z Poznania, doprowadziła do śmierci 93-letniej staruszki. Urządziła w jej mieszkaniu libację alkoholową, podczas której goście rzucali w staruszkę butelkami i puszkami z piwem. Przerażona kobieta uciekła z mieszkania i schowała się w krzakach na podwórku. Była ubrana tylko w nocną koszulę, a że spędziła na dworze prawie całą noc, dostała zapalenia płuc. Zmarła po kilku dniach w szpitalu.
Agnieszka N. z Chełmna w pończosze na głowie i z atrapą pistoletu w dłoni napadła na swoją 74-letnią podopieczną. Kobieta o mało nie dostała zawału. Agnieszka N. tłumaczyła potem policjantom, że chciała tylko nastraszyć starszą panią - za to, że była uciążliwa i nie słuchała jej poleceń.
W filmie "Piastunka" cierpiąca na paranoję opiekunka zanim wpadła w szał, była osobą ujmującą, troskliwą, wrażliwą i inteligentną. Dostała pracę, bo proszona o referencje tłumaczyła, że zostawiła je w poprzednim mieszkaniu i przedstawi później. Potem jej pracodawcy o referencjach zapomnieli, co skończyło się katastrofą. Oczywiście referencje mogą też mieć sadystki i paranoiczki, ale znacznie ograniczają one ryzyko wpuszczenia do domu osoby niebezpiecznej. I nie warto zatrudniać opiekunek na czarno - pozorny zysk może się bowiem okazać niepowetowaną stratą.
CENTRUM OPIEKUNEK
Najwięcej opiekunek - ponad 50 tys. - pracuje w Warszawie i okolicznych miejscowościach. W stolicy działa prawie dwadzieścia agencji opiekunek i gospoś, które polecają klientom kandydatki z referencjami. Przy podpisywaniu umowy większość agencji oferuje gwarancje: jeśli kandydatka się nie sprawdzi, firma bezpłatnie przysyła następną. Większość agencji ma status firm doradztwa personalnego. W przyszłym roku wszystkie będą musiały uzyskać obowiązkowo wpis do rejestru prowadzonego przez Ministerstwo
Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej. Najdłużej działające w Warszawie agencje opiekunek i gospoś to JPB, Kajtek, Niania, Contra, Polskie Centrum Opiekunek, Pomoc dla Ciebie, Agter. Bez pośrednictwa agencji najczęściej zatrudnia się Ukrainki i Rosjanki. Pracują one zwykle na czarno - za 5 zł za godzinę.
Piotr Kudzia, Kamila Korab
www.o2.pl / www.sfora.pl | Czwartek [20.08.2009, 22:11] 2 źródła
ZATRUDNIASZ NIANIĘ? UWAŻAJ NA
DZIECKO
Większość opiekunek nic nie
wie o wychowaniu.
Polskie nianie rzadko czytają
dzieciom bajki, śpiewają piosenki czy grają w gry edukacyjne. Gdy rodzice
wychodzą do pracy, włączają telewizor. Siedem na dziesięć niań nie posiada
żadnej wiedzy o wychowaniu dzieci. Gorzej - nie mają też doświadczenia -
alarmuje "Dziennik".
Gazeta przytacza wyniki badań
naukowców z Wyższej Szkoły Pedagogiki Resocjalizacyjnej „Pedagogium".
Sprawdzili oni przygotowanie i wiedzę ponad 400 opiekunek do dzieci z Warszawy
i Trójmiasta.
Kobiety nie wiedziały, że
uczestniczą w badaniu więc dane są bardzo wiarygodne. Naukowcy przepytywali
bowiem nianie jako „rodzice", odpowiadający na prasowe anonse.
Tylko co piąta niania zajmuje
się cudzym dzieckiem dłużej niż trzy lata. Reszta nigdy nie pracowała w
zawodzie. Co gorsza, spora część opiekunek nie może się nawet pochwalić
wychowywaniem własnego potomstwa - informuje "Dziennik"
Większość to studentki zaoczne,
w wieku około 20 lat. Ponad połowa niań przyznaje się do oglądania telewizji
podczas pracy, co trzecia robi to ponad 5 godzin. Tyle samo zamiast bawić się z
dzieckiem rozmawia przez telefon, czyta lub się uczy.
Nianie na pytanie, co robią z
dziećmi odpowiadają (52 proc. ankietowanych), że oglądają telewizję. Dopiero
potem jest nauka (30 proc.) czy gry edukacyjne (14 proc.). 4 proc. dziewczyn
przyznaje, że romansuje z ojcem dziecka - dodaje "Gazeta Wyborcza". |
AJ
"WPROST"
Numer: 28/2009 (1383)
WYBIERZ
SWOJE IQ
Rozmowa z prof. Richardem
Nisbettem, psychologiem społecznym z University of Michigan w Ann Arbor
WPROST: W najnowszej książce
„Intelligence and How to Get It" przekonuje pan, że każdy może wybrać swój
iloraz inteligencji. Czy IQ nie zależy od naszych genów?
Richard Nisbett:
Przeświadczenie, że dziedziczność jest głównym czynnikiem wpływającym na
inteligencję, wynika z niewłaściwej interpretacji badań na bliźniętach.
Bliźnięta wychowywane oddzielnie są do siebie bardzo podobne pod względem IQ i
wielu innych cech. Rozumowanie jest takie, że jeśli wyrastają w innym
środowisku, to powód, dla którego są podobne, musi być czysto genetyczny. Ale w
rzeczywistości bliźnięta nie są wychowywane w losowo wybranych środowiskach.
Zazwyczaj żyją w tym samym mieście, są wychowywane przez krewnych, chodzą do
tych samych szkół. IQ dzieci adoptowanych w niewielkim stopniu przypomina IQ
adopcyjnych rodziców.
Czy nie oznacza to, że jednak
decydujący wpływ mają geny?
To jest drugi błąd w
rozumowaniu. Trzeba pamiętać, że rodziny adopcyjne bardzo odbiegają od innych
rodzin. Są zazwyczaj z klasy średniej i wyższej, zapewniają bardzo dobre
warunki wychowawcze i w miarę jednolite środowisko sprzyjające maksymalnemu
rozwojowi intelektu. Rodziny te są do siebie dużo bardziej podobne niż do ogółu
populacji. Zatem jeśli środowiska są niemal identyczne, to jedyny czynnik
powodujący różnice może być genetyczny. Jeśli natomiast spojrzymy na niższe
klasy w USA, czynnik dziedziczności jest tam bardzo niski, a środowiskowy
bardzo wysoki, gdyż te rodziny nie zapewniają dobrego środowiska, w którym
dzieci mogłyby rozwinąć swój potencjał genetyczny. Ostatni błąd jest taki, że
efekt środowiska znika, kiedy ludzie stają się dorośli. Wynika to ze
skrzywienia próby, na jakiej bada się IQ. Osoby biorące udział w testach są
zazwyczaj z klasy średniej. W efekcie otrzymujemy zawyżony czynnik
dziedziczności i zaniżony czynnik środowiskowy.
Geny nie mają żadnego wpływu?
Oczywiście można powiedzieć, że
rodzice z wysokim IQ mają tendencję do posiadania dzieci z wysokim IQ. Jednak
badania rodzin adopcyjnych pokazują, że to, co rodzice ze średniej klasy robią
dla swoich dzieci, jest bardziej efektywne niż to, co robią rodzice z klasy
niższej. Dzieci, które wyrosły w rodzinach adopcyjnych z klasy średniej i
wyższej, mają IQ wyższe średnio o 15 pkt od dzieci z niższej klasy, które
zostały w swoich biologicznych rodzinach. Również adoptowanie przez rodziców z
klasy niższej, średniej bądź wyższej ma znaczenie. Współczynnik IQ takich
dzieci wzrasta odpowiednio o 8, 16 i aż 20 pkt w porównaniu z dziećmi, które
pozostały w patologicznych rodzinach lub przytułkach. Wyniki w szkole dzieci
adoptowanych i wychowanych w domach klasy średniej są znacznie lepsze niż
dzieci z rodzin klasy niższej. Dyskutowanie z tymi faktami nazywam po prostu
ignorancją.
Co rodzice mogą zatem zrobić
dla swoich dzieci?
Najważniejsze jest rozmawianie z
dziećmi, uczenie o świecie, o naturze świata, zadawanie pytań, czytanie.
Charakterystyczną cechą rodzin z klasy niższej jest to, że nie rozmawiają z
dziećmi. Wydają polecenia, ale nie prowadzą konwersacji. Bardzo ważne jest
chwalenie dziecka. I okazuje się, że rodzice z klasy średniej i wyższej chwalą
swoje dzieci dużo częściej, niż ganią je za zrobienie czegoś złego. Rodzice z
niższej klasy chwalą swoje dzieci tylko nieznacznie częściej, niż karzą.
Natomiast czarne matki z niższej klasy karzą swoje dzieci dwa razy częściej,
niż chwalą. Ważne jest, żeby zachęcać dziecko do pracy, chwalić za włożony
trud, za ciężką pracę, a nie za intelekt.
Takie chwalenie zabija
inteligencję?
Dziecko chwalone za inteligencję
wybiera łatwe zadania, gdyż boi się stracić dobrą reputację. Chwalenie za
ciężką pracę powoduje, że dziecko chce pokazać, jak dużo potrafi z siebie dać,
i podejmuje trudniejsze zadania. Ważny jest też styl uczenia dzieci. Zły
nauczyciel od razu poprawia błędy, podaje dziecku gotowe zasady. Dobry
natomiast, widząc, że dziecko robi błędy, zadaje mu pytania: jak na to wpadłeś,
może spróbujesz inaczej. Zachęca do samodzielnego myślenia. U dzieci z klasy
wyższej i średniej w ciągu lata IQ wzrasta, a u dzieci z klasy niższej spada.
Dlaczego?
Ponieważ dziecko z klasy wyższej
jest cały czas stymulowane intelektualnie, uczestniczy w obozach letnich,
zajęciach, chodzi do muzeum, teatru, a to z niższej klasy jest pozbawione
takich bodźców. Zdrowsze dzieci mają wyższe IQ, bo mają większe szanse osiągnąć
maksimum swoich zdolności intelektualnych. Ale do pewnego stopnia IQ jest
uwarunkowane genetycznie.
Czyli różnice między klasami
nigdy nie znikną?
Nie, ponieważ bystrzejsi ludzie
osiągają więcej i przeskakują do wyższej klasy, więc będą mieć lepszą pracę,
wykształcenie, będą lepiej wychowywać dzieci, ponieważ mają geny pozwalające im
na wybicie się. Ale możemy te różnice zredukować. W Europie są one znacznie
mniejsze niż w USA, ponieważ nierówności ekonomiczne są mniejsze. Jeśli chcemy,
żeby biedni ludzie byli bystrzejsi, musimy pozwolić się im wzbogacić.
Nadal będzie się utrzymywać
przepaść w poziomie IQ między białymi a czarnymi Amerykanami?
Nie, te różnice znikną. Jestem o
tym przekonany. Jeszcze 30 lat temu różnica w IQ między białymi a czarnymi
wynosiła 15 pkt, obecnie skurczyła się do 9,5 pkt. Na razie czarni mają niższe
IQ niż biali w każdej klasie społecznej. Czarni rodzice najczęściej są
pierwszym pokoleniem klasy średniej i wychowują własne dzieci według wzorców,
jakie otrzymali w domu, czyli w klasie niższej. Bez względu na kolor skóry
dzieci wychowane przez białych rodziców miały IQ o 13 pkt wyższe niż dzieci
wychowane przez czarnych rodziców. Richard E. Nisbett, psycholog społeczny na
University of Michigan, jest członkiem National Academy of Sciences i autorem
wielu książek i publikacji naukowych na temat inteligencji oraz różnic
kulturowych i społecznych, szczególnie między mieszkańcami Zachodu a Azjatami,
wpływających na osiągnięcia w nauce i szanse odniesienia sukcesu w życiu.
Jeszcze lepiej niż Amerykanie i Europejczycy wypadają w testach IQ Azjaci.
Kultura Azjatów to konfucjanizm, który mówi o tym, że nasza mądrość i
osiągnięcia w dużej mierze zależą od tego, jak ciężko pracujemy. I na tej
zasadzie opiera się struktura rodziny. Rodzice wiedzą, że im więcej wymagają od
swoich dzieci, tym będą one mądrzejsze, a dzieci wiedzą, że ciężką pracą
przyniosą honor swoim rodzicom. Amerykańskie dzieci natomiast mogą powiedzieć:
nie chce mi się pracować, nie dbam o to.
A jak wyjaśnić fakt, że Żydzi
zdobyli ponad jedną trzecią Nagród Nobla, stanowią jedną trzecią studentów i
wykładowców na prestiżowych uczelniach, dominują na najwyższych szczeblach w
wielu dziedzinach?
Nie można wykluczyć, że na
poziomie genetycznym istnieje jakiś czynnik dający im przewagę. Spośród
wszystkich grup etnicznych, dla których mamy dane, Żydzi aszkenazyjscy osiągają
średnio 110-115 pkt w testach IQ. Ale ich osiągnięcia są znacznie większe, niż
by wskazywała na to ich inteligencja. Podobnie jak w kulturze konfucjańskiej,
dla Żydów bardzo ważna była i jest nauka, osiągnięcia intelektualne, a rolę
chińskiego patriarchy odgrywa żydowska matka.
Jaki etap edukacji jest
najważniejszy?
Niektórzy twierdzą, że
środowisko przestaje mieć znaczenie powyżej trzech, czterech lat. My wiemy, że
to nieprawda, bo inteligencja i osiągnięcia w nauce mogą być doskonalone w
każdym wieku. Z powodzeniem prowadzone są programy interwencyjne w gimnazjach
polegające na przekonaniu dzieci, że ich inteligencja jest pod ich kontrolą, że
mogą ją poprawić albo obniżyć. W jednej ze szkół średnich dla biednych dzieci
latynoskich w Los Angeles pracował nauczyciel Jaime Escalante. Wprowadził
nowatorski program nauki rachunku różniczkowego. I jego uczniowie osiągali
lepsze wyniki w końcowych testach niż uczniowie z najlepszych prywatnych szkół.
Również studia mają duży wpływ, szczególnie w wypadku redukowania przepaści
między białymi a czarnymi.
Współpraca: Aleksandra Postoła
„POLITYKA”
nr 1, 07.01.2006 r.
ZAPISANE W MÓZGU
Naturę człowieka ukształtowała ewolucja, a nie kultura, dlatego wpływ
rodziców na dzieci jest niemal zerowy – mówi Steven Pinker, słynny amerykański
psycholog, w rozmowie z Anetą Brzezicką i Marcinem Rotkiewiczem
Aneta Brzezicka, Marcin Rotkiewicz: – Czy studenci oblewają pana wodą i
buczą w trakcie wykładów?
Steven Pinker: – Dlaczego mieliby to robić?!
Pracuje pan na Uniwersytecie Harvarda, gdzie zatrudniony jest też
biolog Edward O. Wilson. Na jego głowie nieraz lądowała woda, a wykłady były
przerywane przez protestujących studentów. A pan przecież głosi tezy podobne do
Wilsona – że człowiek ma naturę zdeterminowaną genetycznie.
To prawda, ale Wilsona atakowano fizycznie w latach 70. Teraz się to nie zdarza.
Czyżby powszechnie zaakceptowano pogląd, że rodzimy się z pokaźnym
biologicznym bagażem?
Niestety nie. A na pewno nie podziela takiego spojrzenia na człowieka większość kręgów akademickich i intelektualnych. Zmieniło się natomiast jedno – nie jesteśmy już brutalnie atakowani i oskarżani np. o głoszenie faszyzmu. Ewolucyjne podejście do natury ludzkiej przestało być tabu. Aczkolwiek poglądy moje czy Wilsona nadal uważane są za bardzo kontrowersyjne.
W co zatem wierzy większość?
Można wyróżnić trzy bardzo popularne teorie czy przekonania odpowiedzialne za fałszowanie, wbrew faktom, obrazu natury człowieka: czystej tablicy, szlachetnego dzikusa i ducha w maszynie.
Zacznijmy od tej pierwszej – dlaczego jest błędna?
Tabula rasa, czyli pogląd, że człowiek rodzi się jako niezapisana tablica, którą dopiero środowisko, a więc np. rodzice czy szkoła, wypełnia treścią, jest po prostu niespójny. Bo nawet jeśli uczenie się jest ważne, a niewątpliwie jest, to jednak musi istnieć wrodzony mechanizm, który decyduje, jak ten proces przebiega. Gołym okiem widać, że jest on odmienny u rozmaitych gatunków zwierząt. Weźmy na przykład małego kota i ludzkie dziecko, wychowujących się w tym samym domu, a więc mających identyczne środowisko. Tylko dziecko potrafi nauczyć się mówić. Prawidłowe pytanie nie brzmi więc: czy potrafimy się uczyć, ale w jaki sposób biologicznie wrodzone mechanizmy umożliwiają nam uczenie się rozmaitych umiejętności, np. posługiwania się językiem, liczenia, odwzorowywania otaczającej przestrzeni czy podejmowania decyzji.
Rodzimy się zatem w pewien sposób ukształtowani?
Wiemy to choćby dzięki badaniom nad myszami i małpami, których mózgi mają już w momencie urodzenia bardzo skomplikowaną budowę. Istnieje też wiele ludzkich uniwersaliów, czyli cech umysłowych, które są niezależne od kultury czy czasu. Przychodzimy z nimi na świat – to jest nasz genetyczny bagaż.
A co ze „szlachetnym dzikusem”? Czy człowiek nie rodzi się z natury
dobry, a dopiero później psuje go cywilizacja?
Ta romantyczna wizja jest całkowicie fałszywa. Pod względem poziomu agresji nie różnimy się specjalnie od naszych najbliższych krewnych – małp. Obwody w mózgu odpowiedzialne za agresję są podobne u ludzi i zwierząt. W plemionach łowiecko-zbierackich, w których ludzie żyją niemal tak jak nasi przodkowie przed dziesiątkami tysięcy lat, agresja jest na porządku dziennym.
Ale czy ludzie w cywilizowanych społeczeństwach nie mordują się na
znacznie większą skalę niż plemiona żyjące w buszu?
To jeden z najbardziej rozpowszechnionych mitów.
Pan chyba żartuje! A miliony ofiar dwóch wojen światowych?
Proszę państwa, w plemionach łowiecko-zbierackich żyjących w stanie natury odsetek zgonów mężczyzn na skutek działań wojennych jest wielokrotnie wyższy niż w Europie i Stanach Zjednoczonych w XX w., włączając w to obydwie wojny światowe! To są obiektywne wyliczenia, a nie żadne domysły czy spekulacje. W mojej książce „Tabula rasa” jest tabela prezentująca te szokujące dane. Sporządzili ją specjaliści: historycy i antropologowie.
Cywilizacja zmniejszyła naszą agresję?
Nie, bo jest ona wrodzonym elementem natury człowieka. W uprzemysłowionych bogatych społeczeństwach większość ludzi, co wykazały badania, nadal miewa fantazje, w których dokonuje aktów przemocy. Jest też ona częścią rozrywki – i to nie tylko w grach komputerowych czy w brutalnych filmach, ale również w dziełach Szekspira, antycznych dramatach greckich. Natomiast liczbę rzeczywistych aktów przemocy udało się znacznie ograniczyć m.in. dzięki instytucji państwa.
Przejdźmy do „Ducha w maszynie” – przekonania, że częścią nas jest
niematerialna sfera myśli sterująca ciałem. Duszy w ogóle nie ma?
Badania jednoznacznie wykazują, iż każdy fenomen duchowy można przypisać odpowiednim procesom fizycznym zachodzącym w mózgu. Można np. zmierzyć elektryczną aktywność tego organu w momencie, gdy człowiek myśli. I na odwrót, gdy będziemy mózg stymulować elektrycznie, to osoba poddana takiemu eksperymentowi zacznie przeżywać określone stany psychiczne. To samo stanie się w przypadku oddziaływania na mózg za pomocą substancji chemicznych. Z kolei fizyczne uszkodzenia tego organu mogą radykalnie zmienić osobowość człowieka.
Czym więc jest nasza świadomość?
Mózg oglądany pod mikroskopem to miliardy komórek nerwowych i biliony łączących je synaps. Ta ogromnie skomplikowana sieć jest właśnie naszą świadomością.
Czym zatem jest natura człowieka w świetle nauk przyrodniczych?
Skomplikowanym systemem wielu oddziałujących ze sobą elementów. Mamy np. cały zespół zdolności poznawczych, które są wyspecjalizowane do konkretnych zadań – m.in. system językowy, system rozumienia innych ludzi, czyli ich umysłów. Mamy też wrodzoną zdolność do przeżywania pewnych emocji – zazdrości, miłości romantycznej i miłości do dzieci, zaufania do przyjaciół, złości czy strachu.
Skoro są to wrodzone elementy występujące u wszystkich ludzi, dlaczego
tak znacznie różnimy się między sobą?
Każda z wymienionych przeze mnie emocji czy cech obdarzona jest pewną wariancją (czyli zróżnicowanym pomiędzy osobami natężeniem). Oznacza to, że poziom – np. agresji – jest odmienny u poszczególnych osób, co nie wyklucza jednocześnie tego, że jest to cecha zdeterminowana biologicznie. Nie jesteśmy dokładnie tacy sami.
Słynny brytyjski biolog i ewolucjonista Richard Dawkins mówi tak:
stanowimy jedynie opakowanie dla naszych samolubnych genów, których jedynym
celem jest produkcja jak największej liczby własnych kopii. Nasza natura i
kultura też stanowi ich produkt. Przyzna pan, że nie jest to wizja napawająca
optymizmem.
Nie zgadzam się. Ten pesymizm jest spowodowany pomyleniem dwóch teorii czy idei. Pierwsza z nich mówi, że bardzo użyteczne jest postrzeganie naszych genów jako egoistycznych chemicznych cząsteczek – ich samolubność jest jednak jedynie metaforą, która pomaga wyjaśnić wiele zjawisk w świecie przyrody, łącznie z zachowaniami człowieka. Ale ludzie mylą ją z freudowską ideą, że mamy ukryte, nieuświadomione pragnienia, które są prawdziwymi przyczynami naszych zachowań. Tymczasem samolubne cele naszych genów nie są nieuświadomionymi pobudkami ludzi. To jest zupełnie inny poziom przyczynowości.
Ludzie nie zachowują się samolubnie?
Oczywiście, że tak. Na przykład dzisiaj przeczytałem w gazecie, że ileś tysięcy osób zginęło z powodu trzęsienia ziemi. To okropna wiadomość, ale prawdę mówiąc nie uroniłem ani jednej łzy. Odłożyłem gazetę, a teraz udzielam wywiadu. Gdyby stało mi się coś znacznie mniej groźnego – np. złamałbym rękę – to bardziej bym się tym przejął niż tamtą odległą tragedię. Każdy z nas nosi w sobie tego rodzaju samolubność. Choć oczywiście potrafimy się przyjaźnić, kochać i być miłosierni. To są dwie strony naszej natury i obydwie mogą być dziełem samolubnych genów. Istnieje co najmniej kilka teorii, które pokazują, jak samolubne geny mogą włączać altruistyczne uczucia. Dwie najbardziej znane spośród nich to altruizm odwzajemniony, czyli zasada „ty pomożesz mnie, to ja pomogę tobie”, oraz dobór krewniaczy, a więc wspieranie członków własnej rodziny.
Ale tego typu zachowania służą egoistycznym celom genów.
To prawda. Jesteśmy naturalnie predysponowani do faworyzowania naszej rodziny, naszego klanu, ale w obecnych czasach potrafimy rozszerzać ten krąg empatii na coraz większe grupy ludzi. Mamy do czynienia z postępem moralnym, np. w Europie i Ameryce w ostatnich dziesięcioleciach zniesiono prawa rasistowskie, nie stosuje się kar cielesnych za przestępstwa, zniesiono tortury. Ten kierunek zmian może zostać zachowany.
W rozdziale do książki „Nowy renesans” napisał pan: „Z czasem jakiś
przełącznik się przestawił i coraz większa część ludzkości zaczęła należeć do
kręgu ludzi, których interesy uznawaliśmy za nie mniej ważne niż nasze własne”.
Co to za przełącznik?
To bardzo ważne pytanie, ale niestety nie znamy na nie odpowiedzi. Istnieją natomiast co najmniej dwie hipotezy, próbujące wyjaśnić tę zagadkę. Autorem pierwszej jest biolog Robert Wright. Twierdzi on, że owym przełącznikiem jest rozszerzająca się sieć wymiany pomiędzy ludźmi. Zjawisko to spowodowały zmiany technologiczne – rozwój transportu i Internet. A jeśli z kimś handlujesz, wymieniasz się, to zamiast walczyć i rywalizować, zaczynasz współpracować. Życie drugiego człowieka staje się dla ciebie coraz więcej warte. Sieć wymiany zmieniła więc sieć wartości moralnych. W USA znany jest taki dowcip: istnieje co najmniej jeden powód, dla którego nie powinniśmy bombardować Japończyków – to oni wyprodukowali nasze telewizory. Podobnego zdania jest wybitny ewolucjonista John Maynard Smith. Według niego historia życia na Ziemi jest historią rosnącej kooperacji – od współpracujących ze sobą genów, poprzez zespoły komórek tworzących złożone organizmy, aż po społeczeństwa zwierząt i ludzi.
Druga teoria związana jest z naszą wrodzoną zdolnością do empatii, czyli wczuwania się w sytuację innych ludzi. Niebagatelną rolę odgrywa tutaj dziennikarstwo, a zwłaszcza przekaz obrazów. Dzięki niemu możemy zobaczyć, jak cierpią inni, zrozumieć, że ludziom dzieje się krzywda i potrzebują pomocy. Obydwie te teorie mogą być prawdziwe.
Czy dotyczy to również religii albo sztuki, tzn. czy ich pochodzenie da
się wyjaśnić z ewolucyjnego punktu widzenia?
Jeśli skłonność do wierzeń religijnych i do uprawiania sztuki jest wrodzona, to można w sposób uzasadniony pytać, dlaczego tego typu aktywności umysłowe wyewoluowały. Jednak nie spotkałem się z żadną przekonującą teorią, która by pokazywała, że religia daje ewolucyjną przewagę jakiejś grupie, albo dlaczego muzyka czy malarstwo miałyby mieć znaczenie adaptacyjne.
Nie wspomniał pan jednak o ciekawej teorii psychologa Goffreya Millera,
który uważa, że muzyka, literatura czy sztuki plastyczne są produktem niezwykle
silnego czynnika ewolucyjnego – doboru płciowego. Byłyby one takim ludzkim
odpowiednikiem pawiego ogona, czyli sposobem na przyciągnięcie partnera
seksualnego.
Czy można traktować ludzką inteligencję albo język jako produkt doboru płciowego – wątpię. W porównaniu z pawim ogonem, język i inteligencja są bardzo użyteczne. Dlatego zresztą powstały w toku ewolucji. Inteligencja bardzo przydawała się podczas polowania, leczenia, budowania koalicji społecznych. Język służył do przekazywania wiedzy, negocjowania.
Ale cechy te są bardzo atrakcyjne.
Tu pojawia się pytanie, co było pierwsze: atrakcyjność czy użyteczność. Coś bardzo atrakcyjnego, jak np. gładka skóra, błyszczące oczy czy bycie silnym, oznacza, że jesteśmy dobrze przygotowani do walki z chorobami, mamy silne organizmy. Są to sygnały atrakcyjne dla partnerów seksualnych, ale są one również pewnego rodzaju produktem ubocznym takich cech jak zdrowie czy siła. Inaczej niż pawi ogon, który nie jest adaptacyjny i służy wyłącznie wabieniu partnerek.
A muzyka, malarstwo – nie są rodzajem popisów?
Trudno uznać muzykowanie czy malowanie jako produkty doboru seksualnego, skoro tego typu aktywności przejawiają przedstawiciele obydwu płci, a także dzieci, ludzie starsi czy osoby będące w stałych związkach. Dlatego nie zgadzam się, że osoby będące świetnymi malarzami czy muzykami są bardziej seksy. Ich zdolności nie ujawniają się wyłącznie w kontekście seksualnym.
A co z religią? Jak mogła wyewoluować, skoro, według pana, nie dawała
naszym przodkom korzyści adaptacyjnych?
Religia może być produktem ubocznym umysłu, tzn. takich jego funkcji jak przypisywanie myśli i uczuć innym osobom. Człowiek potrafi wyciągać wnioski na temat stanu umysłów innych ludzi, nawet jeśli nie widzi tych osób. A stąd już tylko mały krok do przypisywania zdolności myślenia rzeczom, które nas otaczają. Ponadto istnieje w nas skłonność do dostrzegania projektu – jeśli patrzymy np. na zegarek, to myślimy, że musiał go zaprojektować i wykonać jakiś konstruktor. Podobnie, gdy patrzymy na przyrodę, jesteśmy skłonni twierdzić, że stanowi ona dzieło jeszcze większego konstruktora.
Rozdział „Tabula rasa” poświęcony dzieciom wywołuje kontrowersje.
Powołuje się pan na badania psycholog Judith Harris, która twierdzi, że rodzice
nie mają wpływu, na kogo wyrosną ich pociechy.
Zgadzam się z Harris, że rola rodziców w rozwoju osobowości dziecka oraz jego socjalizacji jest mocno przeceniana. Wiele efektów, które były powszechnie przypisywane wpływowi ojca i matki, okazało się być dziełem genów albo rezultatem działania kultury.
To brzmi wręcz obrazoburczo.
Nic na to nie poradzę. Badania naukowe istnieją po to, by wyjaśniać zjawiska, a nie dopasowywać się do najbardziej rozpowszechnionych przekonań. Dwoje dzieci dorastających w tej samej rodzinie powinno być bardziej podobnych do siebie niż dzieci wychowujące się w różnych rodzinach. A wcale tak nie jest! Z kolei bliźnięta jednojajowe, czyli będące swoimi genetycznymi kopiami, rozdzielone tuż po urodzeniu wykazują zaskakująco dużo podobieństw. Mój ulubiony przykład to dwoje bliźniąt pochodzenia żydowskiego, które w trakcie wojny zostały rozdzielone. Jeden z braci wychowywał się w kulturze i religii zupełnie odmiennej niż drugi. A jednak gdy po raz pierwszy spotkali się po kilkudziesięciu latach, okazało się, że mają takie same zawody, bardzo podobnie się ubierają itd. Najbardziej szokujące było to, że obydwaj uwielbiali udawać kichanie w zatłoczonej windzie i patrzeć, jak ludzie w popłochu wysiadają na najbliższych piętrach.
Co zatem decyduje o tym, kim staną się nasze dzieci?
W bardzo dużym stopniu geny i grupa rówieśnicza, czyli krąg przyjaciół, kolegów i znajomych. Według mnie bardzo ważnym, a niedocenianym czynnikiem są również pewne losowe zdarzenia, które czasami mogą znacząco wpływać na rozwój jednostki (np. tragiczny wypadek, nagła śmierć jednego z rodziców) – są one nieredukowalne ani do oddziaływań biologicznych, ani kulturowych. Wpływ rodziców jest natomiast bardzo mały.
Trudno w to uwierzyć.
To zrozumiałe, bo bardzo chcielibyśmy mieć wpływ na nasze dzieci, zwłaszcza znać przepis na wychowanie ich na szczęśliwych ludzi. Proszę jednak spojrzeć na wyniki badań wśród dzieci imigrantów. Stykają się one z kulturą swoich rówieśników, która często jest całkowicie odmienna od kultury rodziców. Którą wybierają? Oczywiście grupy rówieśniczej. Najlepiej widać to w języku, bo dzieci imigrantów nie mają żadnych problemów z przyswojeniem sobie języka kraju, do którego trafiły. Podobnie rzecz ma się z akcentem, ubiorem, rodzajem słuchanej muzyki.
Czy takie poglądy nie zwalniają rodziców z odpowiedzialności?
Absolutnie nie. Proszę zwrócić uwagę na to, co mówi Harris: rodzice mają wielką władzę nad dziećmi i mogą wpływać na ich poczucie szczęścia – np. poświęcając im czas albo zaniedbując. Między dziećmi a rodzicami powstaje emocjonalna więź. Jaka ona będzie, zależy w dużym stopniu od rodziców. Dlatego patrzmy na dzieci nie jak na modelinę nadającą się do dowolnego kształtowania, ale jak na partnerów, z którymi jesteśmy emocjonalnie związani.
Napisał pan w jednej z książek, że nie chce mieć dzieci. Czy dlatego,
że zdał pan sobie sprawę właśnie ze znikomego wpływu rodziców na potomstwo? A
może ta decyzja jest buntem przeciw samolubnym genom, które nakazują nam
tworzyć swoje kopie?
Nie (śmiech). Chciałem tylko w metaforyczny sposób pokazać, że to, czego ludzie pragną doświadczać w kontaktach ze swymi partnerami, to raczej różnego rodzaju uczucia, np. pożądanie czy bliskość, a nie chęć reprodukowania genów, czyli płodzenia jak największej liczby potomków.
rozmawiali: Aneta Brzezicka i Marcin Rotkiewicz
Steven Pinker (51 l.) jest profesorem na Wydziale
Psychologii Uniwersytetu Harvarda. Urodził się w Kanadzie, a jego rodzina
dotarła tam z Polski. Przez znaczną część swojej kariery pracował w słynnym
Massachusetts Institute of Technology, gdzie kierował Wydziałem Nauk o Mózgu i
Procesach Poznawczych. Był wielokrotnie nagradzany za swoje prace badawcze nad
językiem i wyobrażeniami wzrokowymi. Po polsku ukazały się dwie jego książki:
„Jak działa umysł” (wyd. Książka i Wiedza, 2002 r.) oraz „Tabula rasa. Spory o
naturę ludzką” (Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2005 r.).
www.o2.pl | Wtorek [07.04.2009, 22:53] 1 źródło
"SUPERNIANIE" SZKODZĄ DZIECIOM
Programy telewizyjne zachęcają do złego zachowania.
Brytyjski związek zawodowy "Association of Teachers and Lecturers", reprezentujący ponad 160 tys. wykładowców wydał komunikat potępiający programy telewizyjne z cyklu "Superniania".
Nauczyciele twierdzą, że dzieci oglądające te programy starają się naśladować złe zachowania swoich rówieśników podpatrzone w telewizji i zaczynają sprawiać kłopoty - donosi "The Daily Telegraph".
Programy "Superniania" nie powinny być pokazywane, według związku brytyjskich nauczycieli, przed godziną 21.
Choć potwierdzają właściwość udzielanych rodzicom rad, uważają, że dzieci nie powinny ich oglądać. Szczególnie te małe, które nie są w stanie rozróżnić złych zachowań i zaczynają je naśladować - informuje gazeta. | JS
www.o2.pl | Niedziela [14.06.2009, 10:57] 2 źródła
JESTEŚCIE RAZEM TYLKO DLA DOBRA DZIECI? TO BŁĄD
Robicie im w ten sposób krzywdę.
Wiele par postanawia pozostać ze sobą tylko dlatego, że - ich zdaniem - dzieci powinny wychowywać się w pełnej rodzinie. Tak jest lepiej dla dzieci - twierdzą. Nic bardziej błędnego. Właśnie w ten sposób można dziecko skrzywdzić - twierdzą naukowcy.
Naukowcy z Cornell University przebadali ponad 2 tysiące par. Śledzono losy ich pociech od 4 do 34 roku życia. I co się okazało?
Jedna trzecia młodych ludzi, których rodzice zdecydowali się utrzymywać związek ze względu na dobro dzieci, przynajmniej raz w miesiącu się upija lub zażywa narkotyki, 20 proc. z nich inicjację seksualną przeszło zanim ukończyło 16 rok życia, 9 proc. z nich miało dziecko przed ślubem, a 40 proc. zakończyło swój pierwszy związek małżeński rozwodem.
U dzieci z rodzin wysokiego konfliktu, czyli takich, w których rodzice żyją razem tylko ze względu na swoje pociechy, prawdopodobieństwo wyrzucenia ze szkoły, pijaństwa, słabych ocen, zażywania narkotyków, wczesnej inicjacji seksualnej, niechcianej ciąży a w późniejszym okresie rozpadu własnego związku, wzrasta o 45-75 proc. w stosunku do dzieci, które wychowały się tylko z ojcem lub matką - twierdzi Kelly Musick z Cornell University.
Jej zdaniem dla dzieci najważniejsze jest poczucie bezpieczeństwa, dobre stosunki na linii dziecko-rodzic i konsekwencja w wychowaniu.
Małżeństwo nie jest plastrem na wszystkie problemy - twierdzi Musick.
Wyniki badań z ulgą przyjęli doradcy rodzinni, między innymi Christine Northam, która od 14 lat pomaga małżeństwom rozwiązywać ich problemy.
Od dawna mówię to wszystkim parom, które przychodzą do mnie i mówią, że są ze sobą tylko dla dobra dzieci. Dziecko, która dorasta w takiej rodzinie będzie miało w przyszłości problemy z okazywaniem uczuć, nikt go przecież nie nauczy, jak powinny wyglądać prawidłowe stosunki w rodzinie i jak rozwiązywać codzienne problemy - twierdzi. | WB
www.o2.pl | Środa [22.07.2009, 21:56] 1 źródło
OJCOWIE SĄ
WCIĄŻ NIEZASTĄPIENI
W prawidłowym wychowaniu
dzieci.
Naukowcy od dawna zastanawiali
się jaką rolę w wychowaniu dzieci pełni ojciec. Wcześniejsze badania
wskazywały, że dziewczynki, które chowały się bez ojców częściej zachodziły w
ciążę jako nastolatki a chłopcy mieli niższe poczucie wartości i gorzej czuli
się w sytuacjach intymnych. Jednak dlaczego tak się dzieje?
Postanowili to sprawdzić
kanadyjscy naukowcy, poddając badaniu myszy kalifornijskie, które - podobnie
jak ludzie - są monogamiczne i wychowują potomstwo razem - podaje "New
Scientist".
Eksperyment porównuje zachowania
myszy, które były wychowywane przez oboje rodziców oraz tych, którym naukowcy
zabrali ojców.
Po porównaniu ich zachowań,
okazało się, że myszy wychowywane tylko przez matki były mniej zainteresowane
swoimi rówieśnikami.
Zazwyczaj dwa zwierzęta badają
się obwąchując i dotykając nawzajem. Jednak w tym przypadku po prostu się
ignorowały - mówi Gabriella Gobbi z McGill University w Montrealu.
Dlaczego tak się dzieje? Badania
mózgów zwierząt pokazały zmniejszoną aktywność części odpowiedzialnej za
interakcje społeczne. Ich organizmy wydzielały mniejszą ilość oksytocyny, która
odpowiada za "przytulanie się".
Jednak wnioski z badań wcale nie
muszą być jednoznaczne - oponują inni naukowcy.
U myszy kalifornijskich to
ojciec ma więcej kontaktu z młodym. Niedorozwój myszy pozbawionej kontaktu z
ojcem może być spowodowany po prostu brakiem kontaktu fizycznego, a nie brakiem
ojca - mówi Michael Meaney badający efekty opieki macierzyńskiej również na
McGill University.
A jak wygląda to u ludzi? Ruth
Feldman z Uniwersytetu Bar-Ilan w Ramat-Gan w Izraelu odwiedziła 80 pary tuż po
porodzie i sześć miesięcy później. Okazało się, że u kobiet, a także u
zajmujących się dziećmi mężczyzn wzrósł poziom oksytocyny - hormonu miłości.
Ojcowie i matki mają do
spełnienia bardzo ważną rolę w rozwoju społecznym i emocjonalnym dziecka -
twierdzi dr Feldman. - Te role są różne, ale nawzajem się dopełniają. | JP
www.o2.pl | Poniedziałek [06.04.2009, 23:38] 1 źródło
SAMOTNE WYCHOWYWANIE DZIECKA JEST WBREW NATURZE
Tak twierdzą antropologowie.
Ludzie nie zostali stworzeni, by samotnie wychowywać swoje dzieci. Idea, że jednak potrzebujemy siebie nawzajem kłóci się z zaakceptowaną w ostatnich latach teorią, że nasze zachowania też ewoluują.
Przez dekady biolodzy ewolucyjni twierdzili, że wszystkie żywe organizmy są samolubne. Teraz jednak siłę zyskuje teoria, że ważniejsza jest umiejętność współpracy, której uczymy się od obojga rodziców - czytamy na serwisie
Live
Science, który cytuje książkę "Mothers and Others; The Evolutionary
Origins of Mutual Understanding" Sary Blaffer.
To nie tyle rewolucja w poglądach, ile powrót podejścia tradycyjnego. Zakłada ono, że choć samolubność jest elementem naszej natury, to jest nią też umiejętność współpracy. A znaczenie tej dziecko poznaje od małego.
Myśliwi i zbieracze, nasi przodkowie, polegali na sobie, dzielili się też obowiązkiem opieki nad dziećmi. Małymi zajmowały się na zmianę matki, córki, babcie, ale i ojcowie. Cała komuna dbała, by dzieci były bezpieczne, nakarmione, oraz by miał się z nimi kto bawić. Dzieci uczone były operować w tych komunach, ucząc się kiedy - i jak - należy polegać na innych - pisze Live Science. | JS
www.o2.pl | Wtorek [21.07.2009, 14:01] ostatnia aktualizacja: Wt
[21.07.2009, 14:02] 3 źródła
ASTMĘ U DZIECI WYWOŁUJĄ...
ZESTRESOWANI RODZICE
Tak twierdzą naukowcy.
Badania przeprowadzono w
zanieczyszczonych obszarach miejskich.
Okazało się, że dzieci
zestresowanych rodziców znacznie częściej zapadają na astmę niż ich sąsiedzi ze
spokojniejszych rodzin - podaje BBC.
Eksperci wykazali już wcześniej,
że matki, które przeżywają stresy podczas ciąży, ryzykują urodzenie astmatyków
lub alergików częściej niż te, które prowadziły zrelaksowany tryb życia.
Ryzyko choroby zwiększyło się
znacznie u dzieci, których rodzice mówili o swoim życiu, że "wymknęło się
spod kontroli" lub "jest przytłaczające" - mówi prof. Rob
McConnell prowadzący badania.
W badaniach wzięło udział 2500 zdrowych dzieci ze szkół podstawowych w płd. Kalifornii. | JP
www.o2.pl | Czwartek [14.05.2009, 23:32] 1 źródło
MULTIMEDIA ZASTĘPUJĄ DZIECIOM RODZICÓW
Lekarze ostrzegają przed nowym uzależnienieniem.
W Polsce narasta zjawisko infoholizmu, czyli uzależnienia od internetu. Szacuje się, że w naszym kraju jest już ok. 20 tys. osób, które wymagają leczenia - uważa prof. Mariusz Jędrzejko z Fundacji Pedagogium w wywiadzie udzielonym "Newsweekowi".
Według Jędrzejki, w polskich domach brakuje więzi międzyludzkich, którą zastępuje gonitwa za pieniądzem. Skutkuje to tym, że dzieci zastępują nieobecnych rodziców urządzeniami multimedialnymi i przechodzą w relacje natury cyberprzestrzennej.
Jakie są tego objawy? Według specjalistów najmłodsi wolą porozumiewać się ze sobą za pomocą komunikatorów internetowych, zamiast spotykać się ze znajomymi. W "Newsweeku" czytamy, że taka sytuacja ma charakter uzależnienia psychicznego, dlatego jest szczególnie niebezpieczna.
Dowodem na to jest przywołana przez Jędrzejkę historia dziecka, które wzięło jedzenie z lodówki, zabarykadowało się w garażu domu i przez 4 dni nie wychodziło z niego grając non-stop w gry komputerowe. | AB
www.o2.pl | Sobota [14.03.2009, 21:35] 1 źródło
SZKOŁY WYCHOWUJĄ GENERACJĘ NARCYZÓW
Uczenie młodych Brytyjczyków pewności siebie doprowadziło do patologii.
Tak przynajmniej twierdzą eksperci. Doktor Carol Craig ostrzega, że obsesyjne podnoszenie dzieciom poczucia własnej wartości powoduje, że w Wielkiej Brytanii powstaje generacja narcyzów.
Narcyzi myślą tylko o swoich potrzebach. Są kiepskimi partnerami w związkach, rodzicami i pracownikami - twierdzi Craig.
Dodaje, że wyeliminowanie krytyki wobec uczniów źle wpływa też na poziom nauczania.
Za ten stan rzeczy Craig wini nauczycieli, którzy próbują zastępować psychologów zamiast uczyć, oraz rodziców, którzy są przekonani, że zła ocena u dziecka zawsze jest winą szkoły, a nie ich pociechy. | G
www.o2.pl | Wtorek [31.03.2009, 14:56] 1 źródło |
DLACZEGO DZIECIOM TRZEBA POWTARZAĆ WSZYSTKO KILKA RAZY?
Bo nie potrafią planować jak dorośli - twierdzą
naukowcy.
Dzieci nie ignorują upomnień rodziców. Mimo że często trzeba im powtarzać polecenia, twierdzą naukowcy z University of Colorado. Okazuje się, że napomnienia są odkładane w umyśle dziecka do późniejszego wykorzystania.
Naukowcy tłumaczą, że to dlatego, bo dzieci w wieku przedszkolnym i młodszym nie planują tak jak dorośli i starsze dzieci.
Jeśli rodzic powie im, że na polu jest zimno i trzeba wziąć kurtkę, to odłożą tą informację na później. Przypomną ja sobie dopiero, gdy wyjdą i poczują chłód - mówią naukowcy.
Dodają, że dzieci po prostu przywołują przeszłe wydarzenia dopiero, gdy są im potrzebne.
Nie wymagaj od dziecka, aby planowało, ale wskaż warunki z
jakimi się zetknie. | G
www.o2.pl | Piątek [27.03.2009, 16:34] 1 źródło
DZIĘKI DYSCYPLINIE DZIECI LEPIEJ SIĘ ROZWIJAJĄ
Ale rodzice muszą też okazywać czułość - twierdzą naukowcy.
Dyscyplina jest potrzebna, by dzieci wyrosły na porządnych ludzi - nie mają wątpliwości badacze z London's Institute of Education.
Dodają, że jeżeli rodzice wymagają dużo od swoich dzieci, to te szybciej dojrzewają.
Wiele badań pokazało, że dzieci dla których rodzice są autorytetami okazują się być bardziej rozwinięte i lepiej radzą sobie w szkole niż koledzy, których rodzice mają inne podejście. - twierdzą naukowcy.
Zaznaczają, że dyscyplina jest szczególnie ważna w wychowaniu dziewczynek. Bo zwiększa u nich poczucie własnej wartości. | JS
"WPROST" nr 10(1263), 11.03.2007 r. NAUKA I ZDROWIE
RÓZGA W GENACH
GENY MAJĄ WIĘKSZY WPŁYW NA ZACHOWANIE NIŻ ŚRODOWISKO
Rodzice, którzy dużo rozmawiają ze swoimi dziećmi, mają wygadane potomstwo. Ci, którzy dają lanie, mają dzieci skłonne do stosowania przemocy. Błędne jest jednak przekonanie, że rodzice w ten sposób źle lub dobrze wychowują swoje dzieci. Skoro agresywni rodzice mają dzieci, które biją rówieśników i są konfliktowe, może to dowodzić, że odpowiadają za to geny. - Dzieci są takie, jakie są, dlatego że wyrastają w określonych domach. Ale wyrastają w zależności od tego, jakie drzemią w nich geny - mówi "Wprost" prof. Steven Pinker, psycholog z Uniwersytetu Harvarda. Jego niepoprawny politycznie pogląd jest często krytykowany, ale coraz częściej potwierdzają go badania naukowe. Badacze z Uniwersytetu Wirginii przeprowadzili obserwacje na grupie ponad tysiąca dorosłych bliźniaków jedno- i dwujajowych oraz ponad 2,5 tys. ich nastoletnich dzieci. Okazało się, że dzieci, które tyranizują rówieśników, wagarują i uciekają z domu, odziedziczyły agresywne geny po rodzicach.
DOBRE Z URODZENIA
"Nie mogę zdzierżyć poglądu, często przedstawianego - zwłaszcza w bajkach dla dzieci mających uczyć, jak być dobrym - że niemowlęta z urodzenia są jednakowe, czynniki odpowiadające za różnice powstające ostatecznie między dwoma chłopcami, a potem dwoma mężczyznami, wynikają tylko z wychowania i moralnego wysiłku włożonego w kształtowanie charakteru" - tak w 1869 r. pisał Francis Galton, kuzyn i przyjaciel Darwina, twórca określenia eugenika, czyli "dobre z urodzenia". Późniejsze obserwacje wykazywały, że osoby, które od dzieciństwa były agresywne, mają skłonność do wybierania podobnych do siebie partnerów. Tworzą w ten sposób destrukcyjne związki i jeszcze pogłębiają swoje aspołeczne zachowania. W rezultacie dzieci z takich małżeństw mają silne predyspozycje do zachowań agresywnych i sprawiają problemy wychowawcze.
- Nasze badania potwierdziły przypuszczenia, że kłótnie małżeńskie i problemy wychowawcze są związane z genami. Sam konflikt między rodzicami nie wpływa znacząco na zaburzenia zachowań dzieci. Znaczenie mają raczej cechy osobowościowe rodziców, które zależą od uwarunkowań genetycznych. I te geny, jeśli zostaną przeniesione na dzieci, powodują takie a nie inne zachowania - mówi "Wprost" dr Paige Harden z Uniwersytetu Wirginii, główna autorka badań opublikowanych w czasopiśmie "Child Development".
- Badania Paige Harden potwierdzają moje przypuszczenia - mówi Judith Rich Harris, autorka głośnej książki "Geny czy wychowanie". Amerykańska psycholog uważa, że kiedy przyjrzymy się osobom adoptowanym we wczesnym dzieciństwie, okaże się, że w dorosłym życiu zupełnie nie przypominają przybranych rodziców ani przybranego rodzeństwa. Z kolei kiedy porównamy osobowość, zainteresowania czy uzdolnienia rozdzielonych w niemowlęctwie jednojajowych bliźniąt dorastających w innych domach, okaże się, że przypominają siebie nawzajem w takim samym stopniu jak bliźnięta wychowujące się razem.
KODEKS RODZINY
Większość badaczy jest zgodna, że mniej więcej w połowie nasze zachowania, inteligencja i zdolności zależą od genów odziedziczonych po rodzicach. Pytanie tylko, co kształtuje pozostałe 50 proc.? Judith Rich Harris nie ma wątpliwości, że tym czynnikiem jest środowisko, z którym dzieci i nastolatki stykają się poza domem, szczególnie grupa rówieśnicza. Wpływ rodziców na dzieci jest raczej niewielki i ogranicza się głównie do przekazania im genów. - Rodzice wpływają przede wszystkim na przestrzeganie przez dzieci zasad panujących w rodzinie. W jakimś stopniu mają też wpływ na wybór środowiska poza domem; wybierają szkołę, a zatem częściowo również grupę rówieśniczą. Ale proces socjalizacji przebiega poza domem, wśród rówieśników - mówi Harris. Dzieci w domu podporządkowują się narzuconym regułom, wchodzą w swoje role, na przykład zdominowanego najmłodszego z rodzeństwa, ale kiedy znajdą się wśród rówieśników, domowy schemat znika. Badania, które cytuje Harris w swojej najnowszej książce "No Two Alike", sugerują, że młodsze rodzeństwo zachowuje się w domu mniej agresywnie niż starsi bracia i siostry, ale już w środowisku rówieśników te różnice znikają. Jest to szczególnie widoczne wśród dzieci imigrantów, które przejmują akcent kraju, w którym się wychowują, czyli kolegów, a nie rodziców mówiących z obcym akcentem. Podobnie jest z kulturą, którą wchłaniają jak własną, mimo że ich rodzice czują się obco w nowym kraju. Indywidualne różnice wśród rodzeństwa i bliźniaków jednojajowych wynikają z tego, że każdy samodzielnie uczy się, jak się zachowywać w grupie, jakie relacje stworzyć między poszczególnymi osobami, jak walczyć o swoje. I każdy robi to inaczej, bo warunki początkowe są w każdym wypadku inne, nawet u bliźniąt trafiających do jednej grupy.
PIĘTNO GENÓW
Prof. Thalia C. Eley z Instytutu Psychiatrii w Londynie, prof. Jim Stevenson z brytyjskiego Uniwersytetu Southampton oraz prof. Paul Lichtenstein z Instytutu Karolinska w Sztokholmie badali aspołeczne zachowania - zarówno agresywne, jak i nieagresywne (wagarowanie, kradzieże) - bliźniąt z uwzględnieniem ich płci (na grupie 1500 par bliźniąt). Okazało się, że skłonność do nieagresywnych zachowań jest u chłopców bardziej związana z negatywnym wpływem środowiska, a u dziewcząt jest raczej zależna od genów. Naukowcy zauważyli też, że połączenie zachowań agresywnych i nieagresywnych występuje równie często u obu płci. Skłonność do agresji zaś jest cechą wrodzoną.
Zwolennikiem tej teorii jest prof. Sarnoff Mednick z Uniwersytetu Południowej Kalifornii, od lat - wraz z prof. Jasmine Tehrani - prowadzący badania rodzin mających adoptowane dzieci i bliźnięta. Zauważył on, że osoby wychowane w rodzinach adopcyjnych, ale urodzone przez kobiety odsiadujące wyroki, jako dorośli znacznie częściej niż osoby z grupy kontrolnej popadały w konflikt z prawem. Podobne badania - przeprowadzone na dużej grupie rodzin w Szwecji - potwierdziły przypuszczenie, że jeśli biologiczni rodzice są genetyczne predysponowani do zachowań aspołecznych, to ich dzieci, nawet jeśli wychowają się w innych rodzinach, będą miały skłonność do popełniania przestępstw.
PIĘTNO OSOBOWOŚCI
- Dla dzieci nie ma znaczenia, w jakim modelu rodziny się wychowały - mówi prof. Pinker. - Czy była to wzorcowa rodzina, komuna hipisowska, czy rodzice tej samej płci, czy dziecko spędzało czas w domu, czy w świetlicy, było jedynakiem czy miało dużo rodzeństwa. Żadna z tych okoliczności nie wyciska piętna na osobowości człowieka, jeśli jest on częścią normalnej grupy rówieśniczej - uważa amerykański psycholog.
Z badań nie wynika jednak, że rodzice są zwolnieni z odpowiedzialności za dzieci. Nawet jeżeli wpływ genów jest najważniejszy, to ciągłe przepychanki między rodzicami nie wpływają korzystnie na psychikę dziecka. Jak napisał Czechow, "człowiek może stać się lepszy, gdy pokażesz mu, jaki jest".
CHEMIA AGRESJI
Prof. Keith McBurnett, psychiatra z uniwersytetu w Chicago, przeprowadził badania na grupie agresywnych chłopców w wieku 7-12 lat. Okazało się, że wszyscy chłopcy, którzy sprawiali kłopoty wychowawcze już we wczesnym dzieciństwie, mieli niedobór kortyzolu. Ten hormon jest wydzielany w sytuacjach stresu - jego niski poziom sugeruje, że reakcja na taką sytuację będzie zbyt słaba. Dziecko może się nie obawiać ukarania, nie odczuwa strachu, dlatego nie boi się wchodzić w sytuacje konfliktowe.
McBurnett twierdzi, że dzieci cierpiące na silne zaburzenia emocjonalne mogą mieć geny, które powodują nieprawidłową produkcję określonych hormonów. Podobnie niekorzystnie może wpływać nieprawidłowe wydzielanie serotoniny, neuroprzekaźnika odgrywającego istotną rolę w takich zaburzeniach jak depresja czy lęki. Niski poziom serotoniny prowadzi do zachowań impulsywnych i agresji. Badania dzieci sprawiających problemy wychowawcze i cierpiących na zaburzenia zachowania wykazały, że mają one za niski poziom tego składnika we krwi. Niedawno opublikowane badania dr. Andreasa Meyera-Lindenberga z Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego w Maryland łączą z kolei wpływ nieobecności genu o nazwie MAOA, produkującego enzym monoaminę oksydazę A, ze skłonnością do agresji u mężczyzn. Choć u ludzi brakuje tego genu niezwykle rzadko, to jego mało aktywny wariant MAOA-L spotyka się już częściej. Jak wykazały eksperymenty, u osób mających tę mutację inaczej niż u innych działa ośrodek w mózgu odpowiadający za emocje i percepcję. O ile odczuwanie emocji u takich osób jest bardzo intensywne, o tyle kontrolowanie ich i powściąganie gwałtownych uczuć, szczególnie negatywnych, jest niemal niemożliwe, stąd tak często reagują one agresją.
Aleksandra Postoła "Wprost"
prof. Steven Pinker, psycholog z Uniwersytetu Harwarda
www.o2.pl | Wtorek [14.04.2009, 07:49] 1 źródło
OSOBOWOŚĆ DZIECKA POZNASZ W DNIU JEGO NARODZIN
Tak sugerują naukowcy.
Na Uniwersytecie w brytyjskim Hull zbadano 85 osób i wyróżniono cztery główne typy osobowości.
Stwierdzono, że różnice w osobowości zależą od różnej budowy mózgu - informuje "The New Zealand Herald".
Testy prowadzono z użyciem maszyny, która z dokładnością do milimetra sześciennego umiała policzyć objętość danych
fragmentów mózgu. To różnice między nimi były wskazówkami łączącymi budowę mózgu z danym typem osobowości.
Osoby określane jako impulsywne miały większy obszar mózgu powyżej oczodołów (niższa część płata czołowego). Osoby, które tę część mózgu miały mniejszą, były bardziej nieśmiałe, szukające poparcia. Testy pokazały, że przyjemności szukają często w czynnikach zewnętrznych jak jedzenie czy narkotyki - twierdzi prof. Annalena Venneri.
W podobny sposób zestawiono odpowiednie obszary mózgu z typami osobowości odpowiednimi dla pesymistów czy np. perfekcjonistów.
Co wynika z tych badań?
Jeżeli potwierdzą się informacje przekazane przez naukowców z Hull, trzeba będzie założyć, że dzieci rodzą się z różnymi typami osobowości i ich mózgi różnią się coraz bardziej wraz z dorastaniem. Od tego wniosku krok do badania przyszłej osobowości dziecka tuż po narodzinach - sugeruje nowozelandzka gazeta. | JS
"WPROST" Numer:
7/2009 (1362)
BÓL RODZINNY
Bóle głowy zwane napięciowymi nękają 40 proc. dzieci do 18. roku życia. To cena, którą maluchy płacą za tempo życia współczesnej rodziny. Niektóre cierpią bez przerwy przez wiele dni. Migreny są rzadsze, dotykają około 5 proc. dzieci do 10. roku życia i do 20 proc. dzieci starszych.
Na bóle głowy najbardziej narażone są dzieci inteligentne, ambitne, wiele od siebie wymagające. Bardziej podatni na migrenę niż na bóle napięciowe są alergicy i dzieci cierpiące na chorobę lokomocyjną. Duży wpływ na bóle napięciowe mają kłopoty w szkole lub w domu. Ataki bólu mogą się zdarzać nawet kilka razy w miesiącu. Bywają tak silne, że kończą się torsjami. – Na wystąpienie migreny duży wpływ mają zmiany atmosferyczne i nieodpowiednia dieta – mówi dr Ewa Pilarska, neurolog z Akademii Medycznej w Gdańsku. U dziewczynek częściej niż chłopców podatność na migrenę może być dziedziczna. Kluczowe znaczenie ma prawidłowe zdiagnozowanie przyczyny i rodzaju bólu. To może zrobić tylko neurolog dziecięcy, który wcześniej wykluczy chorobę mogącą dawać takie objawy. Choć jest to częsta dolegliwość, w Polsce działa tylko jedna poradnia bólu głowy dla dzieci.
Dzieci są przeciążone dodatkowymi zajęciami, uczą się kilku języków obcych, trenują sporty, grają na instrumentach. Wiele z nich sobie z tym nie radzi. Dziewczynki, które trafiają do gdańskiej kliniki, skarżą się na przykład, że nie chcą chodzić na balet. – Gdy w szpitalu są zwolnione od nadmiaru zajęć, wiele z nich czuje się dobrze, nie potrzebują żadnej terapii – mówi dr Pilarska. Leczenia szpitalnego wymagają dzieci, u których bólowi głowy towarzyszą objawy jednostronne, na przykład cierpnięcie jednej ręki, zaburzenia pracy jednego oka. – W takiej sytuacji szukamy ogniska bólu. Jest duże prawdopodobieństwo, że jego źródłem jest choroba. Bywa, że ból staje się niemożliwy do zniesienia, a torsje są tak gwałtowne, że dziecko może się odwodnić – mówi prof. Marek Kaciński z Kliniki Neurologii Dziecięcej w Krakowie. Napięciowe bóle głowy nie są leczone farmakologicznie. Doraźnie stosuje się środki przeciwbólowe. Lekarz powinien kierować pacjentów do psychoterapeuty, bo tylko on może pomóc odpowiedzieć na pytanie, z czym jest związany stres, nauczyć rodziców, jak wpływać na emocje dziecka i organizować rytm jego życia. – Rodzice czasami bagatelizują dolegliwości dziecka lub poświęcają im nadmierną uwagę. A każda z tych postaw może prowadzić do nasilania dolegliwości – mówi psycholog Milena Pyra. Rodzicom trudno jest przyznać, że dolegliwości ich dziecka mają podłoże psychiczne. – Ból głowy to rodzaj delegacji rodzinnej do psychologa. Zdarza się, że po dwóch, trzech spotkaniach, gdy zaczynam się zajmować rodziną, dolegliwości ustępują – dodaje Milena Pyra.
Dorośli nie powinni się obwiniać za chorobę dziecka. Fakt, że jest ono uwikłane w konflikt między rodzicami, trudno nazwać błędem. To raczej wynik braku umiejętności radzenia sobie z sobą czy komunikowania się. Do psychoterapeuty często trafiają dzieci wrażliwe, które nie umieją nazywać emocji ani ich rozróżniać. Żyją w rodzinach, w których nie okazuje się słabości. Przyczyną bólu głowy może być też kryzys w rodzinie. Dlatego podstawowym leczeniem jest psychoterapia – rodzinna, zajmująca się relacjami między jej członkami, i indywidualna, skupiająca się na emocjach i na tym, żeby dziecko umiało je rozróżniać oraz zrozumiało powód bólu głowy. Czasami jest on związany ze stresem szkolnym oraz poczuciem, że należy zadowalać i nauczycieli, i rodziców.
Lekarze przestrzegają przed nadmierną wiarą w biofeedback – metodę reklamowaną jako antidotum na trudności w koncentracji i słabą pamięć, kłopoty z emocjami, a równocześnie na bóle głowy i ADHD. Jest to rodzaj gry komputerowej, podczas której siłą woli utrzymuje się pewną aktywność bioelektryczną mózgu. Wielokrotnie powtarzane treningi powodują przestrojenie, nie zawsze trwałe, tej czynności mózgu. – Jeśli jednak ta metoda ma rzeczywiście oddziaływać na jakieś zaburzenia, powinna być prowadzona przez lekarzy. Tymczasem wiele aparatów do biofeedbacku znajduje się w placówkach, w których lekarza nie ma. Taki trening może być pomocny w leczeniu napięciowego bólu głowy, ale już nie w wypadku migreny, która ma bardziej złożone przyczyny – mówi prof. Kaciński. Czy dziecko może wyrosnąć z napięciowego bólu głowy? Według statystyk, u około 20 proc. dzieci te dolegliwości mijają z wiekiem, a 15 proc. wyrasta z migreny, zwłaszcza jeśli zaczęła się ona już w przedszkolu. Jeżeli napięciowe bóle głowy pojawiły się w okresie dojrzewania, mogą zamienić się w bóle przewlekłe w dorosłym życiu. Jednak to, co potocznie nazywamy wyrastaniem, jest jedynie ewolucją dokonująca się w środowisku dziecka, szczególnie w domowym, i efektem świadomego działania rodziców. – Pamiętajmy, że dzieci są tylko dziećmi i ich możliwości radzenia sobie z problemami nie są takie jak ludzi dorosłych – mówi Milena Pyra.
Co wyzwala ból
- kino, telewizja, gry komputerowe, migające światła dyskoteki, patrzenie na falującą wodę
- hałas, głód, silny zapach, zbyt mało lub zbyt dużo snu
- zmiany pogody – wahania temperatury, zmiany ciśnienia, wiatry, burze
- jazda samochodem lub pociągiem, jazda na karuzeli, zabawa na huśtawce
- pokarmy zawierające prekursory serotoniny – żółty ser, czekolada, cytrusy; alergia pokarmowa
Autor: Ewa Nieckuła
www.o2.pl | Poniedziałek [20.07.2009, 19:29] 1 źródło
DŁUGIE MIESZKANIE Z RODZICAMI
RODZI AGRESJĘ
Lepiej zaryzykować mieszkanie
w samotności, bo...
Młodzi mężczyźni, którzy nie
opuścili rodzinnego domu po 20. roku życia częściej używają przemocy niż ich
rówieśnicy żyjący na własny rachunek. Naukowcy stwierdzili, że więcej wydają
też na alkohol i narkotyki - donosi sciencedaily.com
Do takich wniosków doszli
badacze z University of London po przeprowadzeniu sondażu wśród ponad 8 tysięcy
młodych Brytyjczyków. Ankietowani musieli opowiedzieć o przypadkach swojego
agresywnego zachowania i określić problemy ze zdrowiem psychicznym.
Okazało się, że mieszkanie z
rodzicami ma bardziej negatywny wpływ na młodych mężczyzn, niż kobiety. Grupa
ta stanowi zaledwie 4 proc. męskiej populacji Wielkiej Brytanii, ale jest
odpowiedzialna za 16 proc. wszystkich pobić w ostatnich 5 latach.
Zdaniem psychologów to wynik
tego, że nie mają żadnych obowiązków, nie znają poczucia odpowiedzialności
i - co ciekawe - nie dane jest
im korzystać z pozytywnego wpływu jakie daje życie pod jednym dachem z kobietą.
Zbyt długie mieszkanie z
rodzicami jest najwyższym czynnikiem generującym u młodych mężczyzn skłonności
do przemocy. Są oni też bardziej zagrożeni alkoholizmem, narkomanią i częściej
mogą dopuszczać się ryzykownych zachowań seksualnych - uważa prof. Jeremy Coid.
| AJ
4. RÓŻNE
www.o2.pl | Piątek [05.06.2009, 12:21] 1 źródło
CO DZIEJE SIĘ W MÓZGU PSYCHOPATY
To często dobrzy sąsiedzi i mili ludzie.
Brak empatii, nieumiejętność odwzorowywania uczuć, słabsze
odczuwanie bólu - to podstawowe cechy charakteryzujące psychopatów. Jak
wynika z ostatnich badań psychopaci stanowią jeden procent społeczeństwa, 15 do
20 procent mieszkańców więzień i 15 procent osób uzależnionych.
Psychopatami są osoby pozbawione uczucia empatii. Nie potrafią one odwzorowywać
uczuć - twierdzi Monika Marczak z Uniwersytetu Warszawskiego. Traktują też
instrumentalnie innych ludzi i zawsze wybierają krótszą drogę do osiągnięcia
celu, nawet jeśli wiąże się to z podjęciem kroków moralnie nagannych. Źródło
psychopatii tkwi w mózgu, a nie tylko w osobowości człowieka - twierdzi Monika
Marczak. Naukowcy nie są pewni czy psychopatów należy leczyć. Twierdzą bowiem,
że operacja mózgu wiązałaby się także ze zmianą osobowości. | TM
"WPROST" Numer:
8/2009 (1363)
URODZONE OFIARY
Przestępcy rzadko atakują przypadkowo, pod wpływem
impulsu. Na ogół starannie wybierają ofiary. „Wiele osób kusi przestępcę, wręcz
prosi się o to, by je zaatakować” – pisał w 1948 r. Hans von Hentig w książce
„The Criminal and His Victim”.
Niektóre osoby mają skłonność do bycia wykorzystywanymi. Nieświadomie wysyłają sygnały, że łatwo je zaatakować – mówi „Wprost" prof. David Buss, psycholog z University of Texas. – Inni są bardziej podatni na bycie prześladowanym – są zgodni i ekstrawertyczni. Osoby zgodne nie chcą urazić innych, a ekstrawertyczne są skłonne do współpracy – wyjaśnia prof. Buss.
Psychologowie potrafią precyzyjnie określić, kto może być ofiarą przestępstwa. Na molestowanie seksualne najbardziej podatne są kobiety pasywne. Niektóre panie zeznające w sprawie gwałtu mówiły, że zachowywały się biernie i cicho, ponieważ sprawca groził, że jeśli będą krzyczeć, będzie jeszcze bardziej agresywny. Ofiarami przestępstw bywają też osoby agresywne. – Pasywne osoby są wybierane dlatego, że wydają się łatwym łupem. Zachowanie agresywnych jest wyzywające, więc według sprawcy takie osoby zasługują na złe traktowanie – mówi prof. Leora Rosen, antropolog społeczny z University of Southern California.
Sprawcy dobierają ofiary także ze względu na miejsca, w których łatwo je spotkać. Seryjny morderca z Rosji Aleksander Piczuszkin, który w 2007 r. został oskarżony o zamordowanie 48 osób, dokonywał zbrodni w parku Bitcewskiego w Moskwie. Zwabiał tam ofiary, którymi w większości byli bezdomni starsi mężczyźni uzależnieni od alkoholu lub narkotyków. Zaciągał ich w zarośla i powoli mordował. Psychologowie Betty Grayson i Morris Stein analizowali, jaki sposób poruszania się zwiększa ryzyko napaści. Nagrali ukrytą kamerą 60 osób idących jedną z ulic Nowego Jorku. Filmy pokazali 53 więźniom skazanym za napaść. Oceny wszystkich przestępców były bardzo podobne. Osoby, które wybraliby na ofiary, miały nieskoordynowane ruchy, ich krok był albo zbyt długi, albo za krótki, nienaturalny. Poruszały się według schematu: prawa noga, prawa ręka. Ofiary, stawiając kroki, podnosiły całą stopę jednocześnie, inni wykonywali płynne ruchy pięta-palce. Audrey O’Mara, mieszkanka Manchesteru, od dziesięciu lat zmaga się z traumą, której doznała, gdy została napadnięta i obrabowana. Po tym zdarzeniu zaczęła cierpieć na agorafobię. Jej przypadek analizował prof. Geoff Beattie z University of Manchester, ekspert komunikacji niewerbalnej. Według niego, O’Mara jest łatwą ofiarą. Idąc, nerwowo ściska torebkę przy ciele, jej krok jest nienaturalnie szybki, zbyt często mruga oczami, co sygnalizuje lęk i niepewność. – Zmienić język ciała jest znacznie trudniej niż sposób wypowiadania się, ponieważ robimy to nieświadomie. Można się tego jednak nauczyć – uważa prof. Beattie. Uczeni z University of Canterbury badali, w jakim stopniu podatność na atak jest uzależniona od ubioru. Jasne jest, że kobieta w wąskiej spódnicy i na szpilkach porusza się inaczej niż ta sama osoba ubrana w spodnie i sportowe buty. Wzięli pod uwagę tylko sposób poruszania się, a nie wygląd i atrakcyjność kobiet. Wszystkie uczestniczki eksperymentu zostały sfilmowane w różnych strojach podczas spaceru. Według mężczyzn, łatwiejsze do zaatakowania były kobiety ubrane w spódnice i szpilki. Poruszanie się na wysokich obcasach sprzyjało atakowi również wtedy, kiedy kobieta miała na sobie spodnie. Spódnica i szpilki zmuszały kobiety do zmiany sposobu poruszania się – ich krok stawał się krótszy, mniej machały rękami, ich ruchy były znacznie bardziej skrępowa- ne, chód wolniejszy i mniej energiczny niż wtedy, gdy były ubrane w spodnie i płaskie buty. Kikue Sakaguchi i Toshikazu Hasegawa z Uniwersytetu Tokijskiego sprawdzali podatność kobiet na zaczepki z podtekstem seksualnym i dotyk przez obcych w miejscach publicznych, na przykład w metrze. Z testów psychologicznych wynika, że ofiarami najczęściej badają osoby neurotyczne, introwertyczne i nieśmiałe. Na dotykanie miejsc intymnych bardziej były narażone kobiety w spódnicach i butach na obcasie niż ubrane sportowo.
Sprawcy napadów i gwałtów najczęściej dobierają swoje ofiary intuicyjnie. Sposób, w jaki dokonują wyboru, jest czasem trudny do przewidzenia, ponieważ zależy od stanu ich umysłu w danej chwili – mówi „Wprost" prof. Volkan Topali, kryminolog z Georgia State University. Gdy są zdesperowani i natychmiast potrzebują pieniędzy, będą mniej wybiórczy i bardziej agresywni. Na ofiary mogą wtedy wybrać osoby, które wydają się trudnym celem, na przykład dilerów narkotyków. – Kiedy pytałem przestępców, dlaczego atakują właśnie ich, mówili, że dilerzy mogą być agresywni i dobrze zbudowani, ale za to nie pójdą na policję i nie zgłoszą rabunku. Dodatkowo mają przy sobie wszystko, czego przestępca potrzebuje: pieniądze i narkotyki. Są zatem atrakcyjnym celem – wyjaśnia prof. Topali.
Podobnie jest w wypadku prostytutek, które są wyjątkowo narażone na przemoc. Kilka lat temu głośno było o Johnie Eriku Armstrongu, seryjnym mordercy prostytutek pochodzącym z Detroit, który kilka lat pracował na okręcie amerykańskiej marynarki wojennej. Został on oskarżony o zamordowanie przynajmniej kilkunastu prostytutek, które spotykał w portach na całym świecie i w rodzimym Detroit. Jak stwierdził Benny Napoleon, szef policji z Detroit, Armstrong wybierał prostytutki, bo wiedział, że będzie mógł przez długi czas uniknąć ścigania przez prawo. W jednym wypadku ponad miesiąc po morderstwie nikt nie zauważył zniknięcia ofiary. Sprawcy najczęściej specjalizują się w jednym rodzaju przestępstw i za każdym razem wybierają podobne ofiary o specyficznych cechach. – Złodziej okradający staruszki raczej nie napadnie na dilera narkotyków – mówi prof. Topali. Jeśli znamy cechy ofiary, można domniemywać, jakie cechy miał przestępca, jak próbował podejść ofiarę, jak ją zaatakował, co ułatwia prowadzenie śledztwa.
Autor: Aleksandra Postoła
www.o2.pl | Środa [04.03.2009, 20:53] 1 źródło
UWAŻAJ! MOŻESZ PRACOWAĆ Z PSYCHOPATĄ
Często ujawniają się dopiero w sytuacji kryzysowej.
Według australijskich ekspertów recesja sprzyja ujawnianiu się w miejscach pracy osobowości psychopatycznych. Powodem tego jest większa presja pod jaką znalazły się osoby zatrudnione w korporacjach.
Mogą oni zaszkodzić reputacji firmy - ostrzega Jason Blaik, psycholog. - Firmy powinny być czujne zwłaszcza w kryzysie.
Zdaniem specjalistów psychopatów cechuje brak uczciwości, skromności i wiarygodności. Nie doświadczają miłości, empatii i poczucia winy.
Szacuje się, że stanowią 1 procent społeczeństwa, ale już około 3 procent świata korporacji.
Powszechnie psychopata kojarzy się z mordercą, ale to nie jest prawda. Faktycznie wykazują oni cechy cenione przez świat biznesu. Ich brak empatii i skrupułów jest postrzegany jako zdolność do podejmowania trudnych decyzji - tłumaczy Blaik. | TM
"WPROST" Numer:
8/2009 (1363)
WIRUSY UMYSŁU
Zachowania ludzi rozprzestrzeniają się jak wirusy.
Kryzys gospodarczy jest tego świetnym przykładem. Aż 61 proc. Polaków planuje
cięcia w codziennych wydatkach, prawie 40 proc. zamierza zrezygnować w tym roku
z wakacji, a 65 proc. obawia się kłopotów finansowych. Dzieje się tak, choć
większość z nas nie odczuwa jeszcze skutków kryzysu. – Łatwo ulegamy nastrojom
i opiniom innych, poddajemy się tzw. procesowi społecznego zakażania – mówi dr
Joanna Heidtman, psycholog z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Kryzys stał się tematem codziennych rozmów. Mówimy o
nim, nawet jeśli nas nie dotyczy. To budzi emocje, a te wywołują działania.
Jeśli osoby, z którymi się spotykamy, wyprzedają akcje lub rezygnują z wyjazdu,
bo boją się utraty pracy, my – niewiele myśląc – robimy to samo. Często
niepotrzebnie. Na nasze zachowania wpływają nawet osoby, których nigdy nie
spotkaliśmy. Ich nastroje i poglądy docierają do nas przez tzw. sieć społeczną.
Tak rozprzestrzeniają się depresja, uzależnienia, otyłość.
Analizy Jamesa Fowlera z University of California w San Diego i Nicholasa Christakisa z Harvard Medical School w Bostonie wykazały, że jeśli ktoś z naszych przyjaciół staje się otyły, my stajemy się o 60 proc. bardziej narażeni na tę chorobę niż inni. Otyły przyjaciel zmienia nasze przekonanie o tym, jaka sylwetka jest powszechnie akceptowana, i sami zaczynamy przybierać na wadze. Podobnie jest z nałogami. Jeśli ktoś z naszego towarzystwa zaczyna palić, chętniej sięgamy po papierosa. Tak samo jest z rozwodami. Otoczenie ma nawet wpływ na samobójstwa, o czym świadczy przykład wielkopolskiego Wągrowca. Od marca do czerwca 2007 r. odebrało sobie tam życie 19 osób – dwa razy więcej niż w całym 2006 r. Podobnie było w Miluzie we Francji – przez pół roku samobójstwo popełniło sześciu pracowników tamtejszej fabryki Peugeota. Tak samo działają pozytywne przykłady. Jeśli jedna osoba przestaje palić, łatwiej rzucić palenie innym.
„Zakaźne" są nawet cechy, które uznawano za przejaw indywidualizmu, takie jak preferencje wyborcze, gust muzyczny, poczucie szczęścia. Badania Christakisa dowodzą, że szczęśliwi ludzie trzymają z sobą nie dlatego, że naturalnie kierują się ku sobie, ale dlatego, że poczucie szczęścia się rozprzestrzenia. Co więcej, nie zależy ono jedynie od najbliższych przyjaciół, ale także od przyjaciół naszych przyjaciół, choć nasze szanse na szczęśliwość rosną tym bardziej, im bliżej jesteśmy związani ze szczęśliwymi ludźmi. Epidemie zachowań nie są wywoływane przez silne osobowości. Na ogół nie mają liderów. – W mikroskali proces zakażania społecznego wyraźnie widać wśród kibiców sportowych – ludzie zarażają się nastrojem i tak samo reagują. Podobnie dzieje się w Polsce w samolotach. Gdy maszyna dotknie kołami ziemi, biją brawo wszyscy, nawet obcokrajowcy, którzy wcześniej o takim zwyczaju nie słyszeli. Nikt nie myśli racjonalnie, że radość jest przedwczesna, bo wiele wypadków zdarza się już po lądowaniu – mówi doc. Janusz Heitzman z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
Spektakularnym przykładem społecznej infekcji była reakcja na słuchowisko radiowe „Wojna „Wojna światów", które w 1938 r. przygotował Orson Welles. Słuchacze potraktowali je jako prawdziwą relację z inwazji Marsjan i wpadli w panikę. Obserwując sąsiadów, zaczynali się pakować i uciekać, dzwonili na policję. Naśladownictwo najczęściej się zdarza w sytuacjach, które budzą przerażenie, ale nie tylko. Psychiatrzy nazywają takie zjawisko obłędem udzielonym. W 1237 r. w Utrechcie epidemia zbiorowego tańca doprowadziła do zawalenia się mostu: 200 osób opętanych taneczną psychozą utonęło. Takie ekstazy były powszechne aż do XIV wieku. Sekty taneczników podróżowały między Holandią a Niemcami, zakażając taneczną histerią coraz więcej osób. Dziś proces zakażania społecznego przebiega szybciej niż dawniej, bo sieci społeczne są gęstsze – mamy więcej powiązań z innymi ludźmi. Dawniej ludzie z różnych warstw społecznych niechętnie się kontaktowali. Teraz większość z nas ma dostęp do różnych środowisk. Nie jesteśmy też zdani tylko na kontakty bezpośrednie – mamy do dyspozycji media i Internet. Dlatego idee rozprzestrzeniają się szybciej i szybciej się mobilizujemy, czego przykładem jest Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Lokalna inicjatywa błyskawicznie tworzy efekt globalny. Tak tworzą się trendy i rozprzestrzeniają ideologie. – Ludzie nie są dziś bardziej zależni od opinii i działania innych niż dawniej. Chodzi jedynie o to, że nie jesteśmy całkowicie niezależni. Zachowania i nastroje każdego człowieka są jak fale rozchodzące się wokół kamienia wrzuconego do wody. Ma to związek z tzw. inteligencją kolektywną sieci społecznych. Ludzie w takiej sieci zachowują się jak ptaki w stadach. Decyzja o rzuceniu palenia, gdy robią to osoby w naszym środowisku, nie jest bardziej samodzielna niż decyzja ptaka, który zmienia kierunek lotu na taki, jaki wybrała reszta jego stada – twierdzi Nicholas Christakis.
Wpływom społecznym ulegamy nieświadomie. Jesteśmy istotami społecznymi i nie uda nam się ich uniknąć. Takie naśladownictwo wykształciła w nas ewolucja, by ułatwić nam przetrwanie – kiedy nie mamy dobrego rozwiązania problemu, podpatrujemy innych. Barbara Wild z uniwersytetu w Tybindze zauważyła, że im wyraźniej malują się emocje na naszej twarzy, tym silniej doświadczają ich osoby, które nas obserwują. Niektórzy naukowcy uważają, że wynika to z działania neuronów lustrzanych. Są to komórki mózgu, które się aktywują, kiedy obserwujemy zachowanie innych. Nie wiadomo tylko, czy to naśladowanie aktywuje neurony lustrzane, czy też naśladujemy innych pod wpływem działania tych komórek. Sam mechanizm zakażania społecznego jest neutralny. Katastrofalne mogą być skutki rozprzestrzeniania się idei szkodliwych społecznie. A ponieważ zawsze będziemy podatni na wpływ innych osób, warto się upewnić, czy przebywamy w towarzystwie odpowiednich ludzi.
To, jak bardzo jesteśmy podatni na wpływ innych, zależy od naszych relacji z otoczeniem. Jeśli nasz dobry przyjaciel, który mieszka kilkadziesiąt kilometrów od nas, odczuwa zadowolenie, szansa, ze my staniemy się szczęśliwsi, wzrasta o ponad 60 proc. Nastrój sąsiada, który mieszka bliżej, ale nie jesteśmy z nim tak związani, ma na nas o połowę mniejszy wpływ. Łatwiej zakażamy się kształtem sylwetki od osób tej samej płci. To wyjaśnia, dlaczego wśród młodych dziewcząt szerzy się epidemia zaburzeń odżywiania. Najnowsze badania sugerują, ze podatność na zakażanie społeczne jest w pewnym stopniu uwarunkowana genetycznie – bliźnięta jednojajowe tworzyły gęstsze sieci społeczne niż bliźnięta dwujajowe.
Autor: Monika Florek-Moskal
„NEWSWEEK” nr 18,
07.05.2006 r.
CZY
CZUJESZ TO, CO JA CZUJĘ
Znaczna część naszego mózgu zajmuje się tym, co mają w
głowach inni ludzie. Dzięki neuronom lustrzanym odbieramy i odczuwamy cudze
emocje.
[Za pośrednictwem wyrazu czyichś oczu, mimiki, tzw. mowy
ciała, intonacji głosu, zachowania, treści przekazu; Tak więc wygląd,
postępowanie, zachowywanie się osób (np. nikotynizm, narkomania, alkoholizm,
zboczenia, marginalne sposoby uprawiania seksu, religijność (obłęd), choroba
psychiczna, tiki, nawyki, w tym grymasy (żucie gumy), wydawanie dźwięków itp.
(również np. pety, smród trucizny nikotynowej, butelki, smród alkoholu,
strzykawki, symbole religijne – są źródłem informacji o czyimś postępowaniu)
stanowiących cząstkę, element, społeczeństwa nie jest tylko i wyłącznie czyjąś
prywatną sprawą – skoro i w ten sposób wpływa się, negatywnie, na innych. –
red.]
Empatia, czyli odbieranie i współodczuwanie cudzych emocji, nie ma nic wspólnego ze zdolnościami paranormalnymi. To umiejętność, którą posiedliśmy wszyscy, tylko nie wszyscy korzystamy z niej w jednakowym stopniu. Za to, że przejmujemy stres kolegi, który miał scysję z szefem, albo że na widok pająka na ręce innej osoby sami czujemy obrzydzenie, odpowiadają neurony lustrzane. (...)
W ludzkim mózgu też wykryto neurony lustrzane, a ściślej całą ich sieć. Naukowcy byli jednak zaskoczeni, kiedy okazało się, że rozpoznają nie tylko ruch, ale także intencje i emocje.
Doktor Marco Iacoboni z uniwersytetu w Los Angeles, autor wielu badań nad neuronami lustrzanymi, tłumaczy: - Jeśli widzisz, że rzucam piłkę, twój mózg symuluje tę czynność. Jeśli wyciągam rękę, jakbym chciał rzucić piłkę, masz w mózgu kopię tego, co chcę zrobić, czyli odczujesz moje intencje. I dalej, jeśli jestem zestresowany, twój mózg symuluje mój stres. Wiesz dokładnie, co czuje, bo ty czujesz to samo. Empatia włącza się automatycznie. [W tym dzięki własnym, podobnym doświadczeniom. A w przypadku ich braku dochodzi do symulacji, imitacji, odpowiednich symptomów. – red.]
(...) Ale wiadomo już, że identyfikowanie i odbieranie przez nas takich uczuć, jak onieśmielenie, duma, obrzydzenie, poczucie winy czy odrzucenia, jest możliwe dzięki neuronom lustrzanym, znajdującym się w części mózgu zwanej wyspą.
(...) empatia służy nie tylko do kontaktów się z światem, ale także do uczenia się świata. – System neuronów lustrzanych odpowiada za indywidualny rozwój i działa niemal od chwili narodzin. Dzięki temu dzieci mogą naśladować swoich opiekunów od pierwszych chwil życia – twierdzi dr Andrew Meltzoff z uniwersytetu w Waszyngtonie. Około ósmego tygodnia pojawia się u nich zdolność do takiego przetwarzania obrazu, dzięki któremu może odczytywać uczucia, pojawiające się na twarzach opiekuna. – We wczesnym dzieciństwie współodczuwanie emocji opiekunów jest jednym z najważniejszych sposobów utrzymywania kontaktu ze światem – mówi prof. Trzebińska. – Dzięki empatii z matką dziecko ma już swoje życie emocjonalne, co jest niezbędne do kształtowania się psychiki.
[Więc i z tego powodu b. ważne jest, by dzieckiem zajmowały się odpowiednie osoby. – red.]
(...) Empatia jest jednym z drogowskazów, pomagających orientować się w życiu, przewidywać działania innych ludzi, odczytywać ich intencje. Człowiek pozbawiony tej zdolności zachowuje się jak emocjonalny inwalida i raz po raz napotyka trudności w relacjach społecznych. (...)
Chodzi więc o to, by korzystać z empatii tylko wtedy, kiedy może być ona pomocą, a nie przeszkodą w życiu.
Jolanta Chyłkiewicz
www.o2.pl | Sobota [04.07.2009, 17:04] 1 źródło
SPOCONY STUDENT SIEJE NIEPOKÓJ NA EGZAMINIE
Jego koledzy strach wyczuwają nosem.
Studenci przed wejściem na egzamin ustny wysyłają do siebie sygnały o nadchodzącym niebezpieczeństwie przez... pot. Badania potwierdzające komunikację przez zapach przeprowadzili naukowcy z Dusseldorfu - donosi newscientist.com
Im student bardziej przestraszony tym bardziej może liczyć, że jego zapach wzbudzi współczucie u innych żaków. Dowiedziono także, że jeżeli jeden ze studentów zacznie panicznie się bać i pocić, pozostali także nie będą mogli opanować niepokoju.
W niemieckim eksperymencie uczestniczyło 49 osób, które za godzinę podchodziły do ważnego egzaminu. Pod pachami studentów umieszczono wchłaniające pot wkładki. Drugie badanie przeprowadzono tuż po egzaminie.
Kolejną grupę studentów zaangażowano do wąchania pobranych próbek potu, monitorując jednocześnie reakcję mózgu na zapachy. Wyniki wskazały, że pot studentów zebrany przed egzaminem natychmiast pobudzał aktywność obszarów kory mózgowej, które odpowiadają za relacje między ludźmi i empatię.
Naukowcy uważają, że strach powoduje uwolnienie w organizmie substancji chemicznej, która automatycznie działa na osoby w bliskim otoczeniu. One także poczują lęk i obawy, ale również współczucie wobec osoby, która wysyła sygnały o niebezpieczeństwie. | AJ
www.o2.pl / www.sfora.pl | Środa [05.08.2009, 22:14] 1 źródło
UCZYMY SIĘ NA WŁASNYCH
BŁĘDACH? TO BZDURA
Prawdziwą wiedzę czerpiemy
tylko z sukcesów.
Mózg ssaków lepiej przetwarza
informacje dotyczące sukcesów niż porażek - twierdzą naukowcy, którzy dowiedli
tego badając małpy.
Chodzi o funkcjonowanie neuronów
w obszarach mózgu odpowiedzialnych za proces uczenia się. Podczas testów
skanowano właśnie te fragmenty małpich mózgów.
Okazało się, że neurony dłużej
przetrzymują informację o sukcesach (małpa dobrze wykonała polecenie, dostała
nagrodę) niż o porażkach (pomyłka, żadnej nagrody) - za ekspertami z należącego
do MIT Picower Institute for Learning and Memory donosi serwis LiveScience.com.
Co ciekawe, neurony poprawiały
swoje funkcjonowanie (dostrajały się - jak piszą naukowcy) w momencie
osiągnięcia sukcesu. Im więcej sukcesów, tym łatwiej małpie przychodziły
kolejne.
Gdy popełniamy błąd, neurony nie
zmieniają swojej budowy - czytamy w serwisie.
Badania pamięci przeprowadzone
na małpach opisano w sierpniowym numerze pisma "Neuron". | JS
www.o2.pl | Czwartek [09.04.2009, 18:41] 1 źródło
ODKRYTO ŹRÓDŁO LUDZKIEJ MĄDROŚCI
Miejsce w mózgu, które pozwala wybrnąć z moralnych dylematów.
Wysokiej jakości skany mózgu pokazują, że w czasie rozpatrywania trudnych, często życiowych decyzji, uruchamia się część mózgu łączona dotąd z prymitywnymi uczuciami jak pożądanie, strach i złość - badania na ten temat mają być opublikowane w najnowszym numerze pisma ""Archives of General Psychiatry.
W tym miejscu mózgu rodzą się rozważania z dziedziny religii i filozofii.
Nasze badania pokazują, że mądrość może mieć neurobiologiczne podstawy - mówi autor badania Dilip Jeste, profesor psychiatrii i neurolog na uniwersytecie kalifornijskim w San Diego.
Odkrył on, że gdy człowiek waży problem, który wymaga altruistycznej odpowiedzi, w jego mózgu reaguje kora przyśrodkowa przedczołowa (odpowiada za naszą inteligencję i zdolność do nauki). Gdy jednak staje przed nami dylemat natury moralnej, uruchamiają się jednocześnie ośrodki odpowiedzialne za prymitywne emocje i racjonalne myślenie.
Za mądrość człowieka odpowiadają różne części mózgu, a właściwie balans między nimi. Szczególnie balans między układem limbicznym a korą przyśrodkową przedczołową - tłumaczy naukowiec.
Wedle profesora Jeste mądrość i wolna wola wynikają raczej z budowy mózgu, niż zjawisk metafizycznych.
Poznanie bliżej ośrodków odpowiedzialnych za mądrość może w przyszłości pozwolić na jej zwiększanie - uważa. JS
"NEWSWEEK" nr 4,
29.01.2006 r.
PIĘKNY UMYSŁ PO
CZTERDZIESTCE
Pora, byśmy przestali traktować czterdzieste urodziny
jako początek końca. Z badań wynika, że najlepsze lata nasz mózg ma dopiero
przed sobą.
Gdy dobiegałem pięćdziesiątki, stwierdziłem ze zdziwieniem, że koledzy martwią się o mnie. Myśleli, że przechodzę kryzys wieku średniego. Wprawdzie byłem - nadal jestem - dyrektorem Center on Aging, Health and Humanities na Uniwersytecie Jerzego Waszyngtona, ale z upodobaniem oddawałem się nowej pasji: projektowaniu gier dla osób w wieku podeszłym.
- Przechodzisz na prawo? - zażartował znajomy neurofizjolog. Nie chodziło mu o poglądy polityczne. Pytał, czy wyrzucam na złom logiczne, analityczne skłonności lewej półkuli mózgu, a wybieram twórcze, nieuporządkowane prawej. Ale ja niczego nie wyrzucam na złom. Korzystam z obu półkul, tworząc dla siebie nowe możliwości. To, co moim znajomym wydawało się kryzysem wieku średniego, było początkiem nowego etapu życia.
Mamy skłonność do postrzegania starzenia się jako procesu wyłącznie negatywnego. Oczywiście, nie da się zaprzeczyć, że starość przynosi ze sobą trudności i straty. Najnowsze badania neurofizjologiczne wykazują jednak, że mózg w podeszłym wieku jest znacznie bardziej elastyczny, niż się dotychczas wydawało. Z badań wynika, że obie półkule mózgowe w średnim wieku mocniej się ze sobą integrują, a to otwiera nowe możliwości twórcze. Jeśli mózg jest intensywnie wykorzystywany i stawia się go przed trudnymi zadaniami, to z wiekiem działa coraz lepiej. Wiek średni i starość to okres nowych możliwości.
"Mniej więcej w 50. roku życia elastyczność procesów umysłowych, od których zależy
skuteczność terapii, jest z reguły niewystarczająca. Starych ludzi nie można już kształcić" - napisał w 1907 r. Zygmunt Freud. I napisał to, chociaż miał lat 51, a wiele ze swoich najlepszych dzieł stworzył w ciągu następnych piętnastu lat. Nie był jedynym z pionierów psychologii, którzy proces starzenia się rozumieli błędnie.
Wiek nie tylko zmienia nasze spojrzenie na życie, przekształca także nasz mózg. Bardzo łatwo przeoczyć najważniejszą różnicę między mózgiem starszym a młodym: starszy zgromadził więcej wiedzy niż młody. W ciągu życia nasze myśli i wspomnienia odbijają się w tworzonych nowych połączeniach między komórkami nerwowymi. Być może z wiekiem neurony tracą trochę na szybkości w przetwarzaniu danych, wzrasta za to liczba połączeń między nimi. Pod mikroskopem mózg aktywnego umysłowo pięćdziesięciolatka wygląda jak gęsty las splątanych gałęzi. Dlatego wiek jest niezwykle cenny w takich dziedzinach, jak redagowanie, prawo, medycyna, szkolenie innych, zarządzanie. Zdobyta wiedza jest czymś niezastąpionym.
Wiedza i mądrość to nie jedyne przychodzące z wiekiem korzyści. Najnowsze badania wskazują, że im gęstsza sieć połączeń, tym mniej wyraźny jest podział mózgu na dwie półkule. Łączy je wiązka włókien nerwowych zwana spoidłem wielkim (lub ciałem modzelowatym, corpus callosum). U większości osób lewa półkula jest wyspecjalizowana np. w mowie, myśleniu logicznym, a prawa zajmuje się realizacją takich zadań intuicyjnych, jak rozpoznawanie twarzy czy odczytywanie stanów emocjonalnych. Nowoczesne metody obrazowania mózgu, m.in. rezonans magnetyczny czy tomografia pozytonowa, dowodzą, że wzorzec ten zmienia się z wiekiem. W przeciwieństwie do ludzi młodych, osoby starsze używają obu półkul równocześnie. Robert Cabeza,
neurofizjolog z Uniwersytetu Duke'a, określił to zjawisko skrótem HAROLD (ang. hemispheric asymmetry reduction in older adults - zmniejszenie asymetrii półkul u osób starszych). Z jego badań wynika, że zmiana ta wcale nie jest przypadkowa.
W przeprowadzonym w 2002 r. eksperymencie Cabeza dał trzem grupom badanych zestaw zadań. Pierwsza grupa składała się z osób młodych, druga ze starszych uzyskujących słabe wyniki w testach umysłowych, a trzecia ze starszych osiągających dobre wyniki. Osoby w podeszłym wieku uzyskujące słabe wyniki, podobnie jak ludzie młodzi, przy rozwiązywaniu postawionych zadań korzystali tylko z jednej połowy kory mózgowej. Natomiast starsi, którzy mieli w testach wysokie wyniki, używali obu półkul. Nikt do końca nie wie, co to wszystko oznacza. Nie ma jednak wątpliwości, że wyniki te wskazują, iż zdrowy mózg kompensuje sobie straty sprawności, wynikające z wieku, tworzeniem rozleglejszej sieci połączeń, wykraczającej poza podział mózgu na półkule. Taka integracja mózgu nie tylko pozwala nam utrzymać poziom inteligencji, lecz ułatwia też pogodzenie myśli z uczuciami. Gdy ktoś mówi "rozum dyktuje mi co innego niż serce", to tym kimś jest raczej dwudziestolatek niż człowiek po pięćdziesiątce. Jeden z moich pacjentów, mężczyzna 51-letni, pamięta, jak trudno mu było podejmować decyzje, gdy miał dwadzieścia parę lat. Kiedy stuknęła mu czterdziestka, a potem pięćdziesiątka, okazało się, że łatwiej mu zaufać wewnętrznemu przekonaniu.
W miarę jak nasz mózg się starzeje, robimy się nie tylko mądrzejsi, lecz także bardziej zrównoważeni. Wszystkie nasze emocje zakorzenione są w strukturach neuronowych, zwanych układem limbicznym. Niektóre z najsilniejszych emocji negatywnych rodzą się w ciałach migdałowatych, parzystym narządzie, mieszczącym się w pobliżu środka mózgu. Jego zadaniem jest śledzenie danych napływających z narządów zmysłów pod kątem informacji zwiastujących niebezpieczeństwo. Ciała migdałowate, gdy tylko stwierdzą cień zagrożenia, wysyłają sygnały, które zmieniają nasze zachowanie, zanim nasz mózg ma szansę wkroczyć. Dlatego serce zaczyna nam walić, gdy w ciemnym zaułku zauważymy postać idącą z przeciwka. Dlatego reagujemy bez namysłu na afront czy obrazę. Ciała migdałowate z wiekiem "łagodnieją". Badania z użyciem technik obrazowania funkcji mózgu wykazują u osób starszych mniej objawów strachu, gniewu czy nienawiści niż u osób młodych. Testy psychologiczne to potwierdzają - seniorzy są mniej impulsywni i rzadziej dają upust uczuciom negatywnym.
Mój znajomy redaktor z nowojorskiego wydawnictwa jest tu dobrym przykładem. Ukończył 60 lat i wybierał się na emeryturę, gdy zdał sobie sprawę, że przecież dopiero teraz dojrzał naprawdę do tej pracy. Był wprawdzie bardzo inteligentny i swój zawód uprawiał z pasją, lecz mnóstwo czasu i energii w życiu tracił zrażając do siebie ludzi szorstkimi uwagami krytycznymi i brakiem wrażliwości. Jak powiedział mi niedawno przy obiedzie, wreszcie uczy się umiejętności interpersonalnych. Kiedy okazało się, że w rozwoju emocjonalnym dogonił wreszcie swój poziom intelektualny, zmienił się z wybitnie inteligentnego, ale oschłego i ostrego samotnika w mistrza i nauczyciela młodych oraz mediatora w konfliktach.
Widać więc, że mózg seniorów jest sprawniejszy, elastyczniejszy i zdolniejszy niż sądziliśmy. Nie oznacza to jednak, że można usiąść i czekać, aż to się ziści. W badaniach udało się określić kilka rodzajów aktywności, które - pod warunkiem że wykonuje się je regularnie - wzmacniają sprawność, jasność i precyzję umysłu osób starszych.
Trzeba też ćwiczyć ciało. Liczne badania wskazują wyraźnie, że aktywność fizyczna wiąże się z lepszą sprawnością umysłową. Dotyczy to w szczególności ćwiczeń aerobowych, czyli stałego, rytmicznego wysiłku, związanego z używaniem dużych grup mięśniowych. Korzystny wpływ tych ćwiczeń wynika ze wzmożonego przepływu krwi przez mózg, wytwarzania endorfin, skuteczniejszego odprowadzania odpadowych produktów przemiany materii z mózgu i poprawy natlenienia.
Trzeba ćwiczyć umysł. Pod tym względem mózg nie różni się od mięśni. Jeśli się go nie używa, sflaczeje. Warto więc znaleźć coś, co nam się podoba i stawia przed nami wyzwania. W jednym z programów dla osób starszych, którym współkierowałem, naszym celem było badanie seniorów szczególnie utalentowanych. Pewna 93-letnia pani, którą ankietowaliśmy, powiedziała nam, że nie wie, czy znajdzie dla nas czas na następne badanie, ponieważ właśnie otwiera przewód doktorski.
Oczywiście doktorat to nie jedyny sposób, by utrzymać kondycję umysłową. W eksperymencie, którego wyniki ogłoszono w 2003 r., wyłoniono pięć sposobów spędzania wolnego czasu, które obniżają zagrożenie demencją starczą. Są to: taniec, gry planszowe, gra na instrumencie, rozwiązywanie krzyżówek i czytanie. Zmniejszenie zagrożeń wiąże się z częstością wykonywania danego zajęcia. Na przykład u osób w podeszłym wieku, które rozwiązują krzyżówki cztery razy w tygodniu, ryzyko demencji jest o 47 proc. niższe niż u tych, które rozwiązują je tylko raz w tygodniu.
Trzeba starać się być dobrym w tym, co się robi. Wyniki badań z udziałem osób w podeszłym wieku wskazują na bardzo istotną cechę wpływającą na zdrowie umysłowe. Jest to poczucie kontroli - już osoby w wieku średnim, mające poczucie mistrzostwa w tym, co robią, są zdrowsze od tych, które są tego pozbawione.
Gdy nasze mózgi dojrzewają, wraz z nimi ewoluują wiedza i emocje.To, jak wykorzystujemy te zdolności, wpływa na mózg, skłaniając go do tworzenia nowych połączeń i konfiguracji niezbędnych do dalszego rozwoju psychicznego. Świadomość, że tak jest, powinna dodać odwagi każdemu, kto wkracza w wiek średni. Jeśli przełamiemy mity na temat starzenia się mózgu, zyskamy szansę na robienie rzeczy wielkich.
Dr Gene Cohen
"NEWSWEEK" nr 31,
06.08.2006 r.
ZASADA GENIUSZU
Gdzie się zaczyna, a gdzie kończy wiek kreatywny? Zależy - odpowiadają uczeni. Może pojawić się wkrótce po urodzeniu, może tuż przed śmiercią, a może właśnie przecieka ci między palcami.
Dziesięcioletni Mozart dawał koncerty, podczas których grał równie dobrze, jak dorośli muzycy. W wieku kilkunastu lat Chopin tworzył kompozycje, które rozbrzmiewają w salach koncertowych do dziś. Przez wiele lat myślano, że prawdziwy geniusz musi ujawnić się wcześnie. Przeczą temu jednak najnowsze badania, wedle których istnieją dwa różne typy kreatywnych osobowości. Jeden rzeczywiście ujawnia swe możliwości w młodym wieku, lecz blednie z upływem lat. Drugi natomiast eksploduje pod koniec życia. Ten błysk jest efektem prowadzonych przez całe życie prób i eksperymentów. Na taką dwoistą naturę geniuszu wskazuje prof. David Galenson z University of Chicago. Swoją teorię uczony opisuje w książce "Old Masters Young Geniuses", która właśnie ukazała się w USA.
(...)
Dlaczego geniusz pojawia się w dwóch formach? Dlaczego u jednych wybucha w młodości, a u innych pod koniec życia? Na te pytania Galenson, ekonomista, nie daje odpowiedzi. Można je jednak próbować odnaleźć w najnowszych badaniach psychologów i neurobiologów. Przekonują oni, że młody twórca, który szybko osiąga ogromny sukces, bardzo często wpada w pułapkę własnej psychiki. - Nagle staje się mędrcem, autorytetem, ekspertem, osobą powszechnie szanowaną i cenioną. W efekcie maleje w nim chęć kształcenia się i tworzenia nowej jakości. Zastyga w tym, co dotychczas stworzył, a jego myśl nie podąża nowymi torami - tłumaczy dr Nancy Andreasen z University of Iowa, dyrektor MIND Institute i autorka książki "The Creating Brain: The Neuroscience of Genius".
Z kolei osoba, która w młodości nie zostaje wyniesiona na piedestał, a czuje, że dysponuje olbrzymim potencjałem twórczym, staje się uparta. Dzięki temu może pracować nad jakimś zadaniem nawet przez całe życie. W efekcie jej sukcesy przychodzą później.
Paweł Górecki
"WPROST" Numer:
33/34/2006 (1236)
NIEŚMIALI ZDOBYWCY
Prawie połowa szefów dużych firm to osoby nieśmiałe
Nie trzeba mieć osobowości przywódcy, by osiągać sukcesy. Dr James Collins z University College London prowadził badania wśród szefów firm, które co najmniej przez 20 lat stale odnosiły sukcesy. Zaobserwował, że żaden z nich nie był postacią rzucającą się w oczy. Wszystkich cechowała nieśmiałość i towarzysząca jej chęć do tworzenia rzeczy wielkich oraz niespotykana determinacja w działaniu. - Rynek zwalcza osoby źle przygotowane, a nie nieśmiałe. Wstydliwość nie stanowi przeszkody w osiąganiu sukcesów - mówi biznesmen Jerzy Starak, czternasty na liście 100 najbogatszych Polaków "Wprost". - Nigdy nie odradzam osobom nieśmiałym uprawiania aktorstwa - mówi Jan Englert.
Naukowcy z University of Pittsburgh pod kierunkiem prof. Brada Agle'a przez 11 lat obserwowali funkcjonowanie 128 przedsiębiorstw i działanie ich prezesów. Wśród badanych znaleźli się Paul Allaire z firmy Xerox, Bill Marriott, Christie Hefner z Playboy Enerprises i Tony O'Reilly z H.J. Heinz. Umowa o utajnieniu wyników badań nie pozwoliła wyjawić, którzy z biznesmenów mają typowe cechy przywódcy. Część informacji, które można było podać do publicznej wiadomości, jednoznacznie wskazywała jednak, że nieśmiali i pozornie niezauważalni szefowie osiągali co najmniej takie same sukcesy w rozwijaniu swoich przedsiębiorstw jak prezesi z charyzmą.
"Błędne jest nawet dość powszechne przekonanie, że osoby nieśmiałe zwykle zawodzą w trudnych sytuacjach i zamiast walczyć, wycofują się" - uważa dr James Collins, autor wydanej niedawno książki "Good to Great". Jego badania dowiodły, że osoby nieśmiałe cechuje wyjątkowa siła woli. Podejmują działania nawet wtedy, kiedy wszyscy inni twierdzą, że się nie uda. Mają też silne poczucie wewnętrznej kontroli, co powoduje, że zawsze doprowadzają rozpoczęte zadanie do końca i dotrzymują obietnic. Tak właśnie postępował Paweł Kukiz, który przez wiele lat konsekwentnie dążył do osiągnięcia wyznaczonych przez siebie celów. Jak sam przyznaje, od dzieciństwa stronił od życia towarzyskiego, przestał być nieśmiały zaledwie parę lat temu. - Pozbyłem się niepewności dopiero wtedy, kiedy poczułem, że moja twórczość jest akceptowana przez innych. Dzięki temu wreszcie odnalazłem siebie - mówi muzyk.
NEUROPRZEKAŹNIKI NIEŚMIAŁOŚCI
Nieśmiałość jest związana z funkcjonowaniem mózgu - sugerują uczeni z Harvard Medical School. Za pomocą rezonansu magnetycznego badali oni osoby dorosłe, które w dzieciństwie były nieśmiałe. Kiedy uczestnikom eksperymentu pokazywano twarze nieznanych osób, ich jądro migdałowate, obszar mózgu związany z poczuciem lęku, działało aktywniej niż u osób, które w dzieciństwie były otwarte i przebojowe. Z kolei badania Marco Battaglii z Uniwersytetu San Rafaele w Mediolanie, wykonane z użyciem elektroencefalogramu, wykazały, że u osób nieśmiałych mniej aktywna jest kora mózgowa odpowiedzialna za logiczne myślenie. Nieśmiałe osoby miały także krótszą jedną lub dwie kopie genu odpowiedzialnego za przepływ w mózgu serotoniny, neuroprzekaźnika, którego poziom wpływa na nastrój. Poziom nieśmiałości u tych osób był jednak niewiele większy niż u osób mających gen o prawidłowej długości. Badania przeprowadzone w Emory University i Center for Behavioral Neuroscience w Atlancie wskazują, że osoby nieśmiałe mają mniej receptorów wazopresyny, substancji przewodzącej impulsy nerwowe, w obszarach mózgu odpowiedzialnych za zachowania społeczne i opiekę rodzicielską.
Zakompleksieni perfekcjoniści
Prawie połowa szefów dużych firm to osoby nieśmiałe - wynika z badań dr. Jamesa Collinsa. Brenda Barnes, prezes firmy Sara Lee, uznana przez magazyn "Forbes" za jedną z najbardziej wpływowych kobiet na świecie, kategorycznie odmawiała publicznych wystąpień i wywiadów. William Swanson, prezes zarządu firmy Reytheon, prawie nigdy nie wypowiada się publicznie, a na zebraniach zamiast uwag robi głównie notatki. Takie osoby nie dbają o pochwały i są bardziej skoncentrowane na działaniu. Dzięki temu osiągają najwyższe szczeble kariery zawodowej
Osoby nieśmiałe chcą wszystko robić perfekcyjnie. Stawiają sobie wysokie wymagania i mają ogromne aspiracje, nieustannie widzą rozbieżność między tym, kim się czują, a tym, kim chciałyby być. Ponieważ najważniejszy jest dla nich rozwój ich dzieła, ambicje kierują na rozwój firmy, a nie tylko na siebie. "Moja nieśmiałość spowodowała, że postanowiłem się zasłaniać swoimi filmami i funkcjonować w życiu nie jako Steven, ale jako autor swoich dzieł" - mówi Steven Spielberg, reżyser, który już w wieku 13 lat zdobył pierwszą nagrodę za 40-minutowy film wojenny "Escape to Nowhere".
Dzięki takiej postawie Charles Schwab, który nigdy nie uchodził za przebojową osobowość, stworzył The Charles Schwab Corporation, jedną z największych firm na rynku finansów, i zrewolucjonizował rynek, oferując usługi brokerskie przez Internet. Z kolei założyciel firmy Berkshire Hathaway Warren Buffett, uchodzący za skrajnie nieśmiałego, został najsłynniejszym inwestorem i jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Nieśmiałość pomogła zaistnieć na scenie także Korze Jackowskiej. - Powściągliwość w życiu prywatnym pozwala mi kumulować energię, którą wyzwalam dopiero na koncertach - mówi piosenkarka.
Chudy geniusz
- Osoby nieśmiałe są na ogół spokojne, ciche i mają dużo pokory. Dlatego potrafią docenić umiejętności innych ludzi, budują twórcze zespoły profesjonalistów i umieją nimi kierować - mówi dr Joanna Heidtman z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bill Gates, "chudy i niezgrabny", jak powszechnie o nim mówiono, od dzieciństwa był samotnikiem. Na studiach stronił od towarzystwa i prawie nigdy nie chodził na przyjęcia. Kiedy ze swoim jedynym przyjacielem Paulem Allenem założył pierwszą firmę Traf--O-Data, skupił wokół siebie silny zespół fachowców, dzięki którym jego firma mogła się rozrastać. Podobnie było w wypadku Chrisa Scherpenseela, szefa Microsoft's 140. "Scherpenseel idealnie potrafi dopasować zadania do umiejętności ludzi. Dzięki temu firma odnosi sukcesy" - przyznaje jeden z jego pracowników na łamach "USA Today".
- Nieśmiałość ma jeszcze tę zaletę, że często łagodzi obyczaje, ponieważ pomaga powstrzymać negatywne reakcje, które mogłyby zniechęcić do nas innych. Dzięki niej można zażegnać wiele niepotrzebnych konfliktów - uważa adwokat i polityk Krzysztof Piesiewicz. Silne poczucie wewnętrznej kontroli powoduje, że osoby nieśmiałe są wytrwałe w pracy i dlatego z reguły wypracowują innowacyjne rozwiązania. Potwierdziły to badania przeprowadzone wśród 240 prezesów dużych przedsiębiorstw przez firmę PsyMax Solutions z Cleveland. Okazało się, że osoby nieśmiałe, stroniące od innych należą do najbardziej kreatywnych ludzi, choć wolą pracować samodzielnie niż w grupie. Tak jak James Copeland, były prezes Deloitte Touche Tohmatsu, który zwykle opuszczał zebrania zarządu, tłumacząc, że źle się czuje podczas tak licznych zgromadzeń, a nad problemami dotyczącymi rozwoju firmy pracował w samotności. Davida Grossa, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki z 2004 r., współpracownicy nazywali "geniuszem zamkniętym we własnym świecie".
Lęk przed światem
W badaniach przeprowadzonych przez Shyness Research Institute na Indiana University do nieśmiałości przyznało się aż 90 proc. osób. W Polsce 77 proc. badanych przyznało, że są lub byli nieśmiali w którymś okresie swojego życia, przy czym u większości była to jedynie tzw. łagodna nieśmiałość. Występuje ona szczególnie wśród nastolatków, którzy są przeczuleni na punkcie swojego wyglądu i mają niestabilny obraz samych siebie.
- Nieśmiałość może być przeszkodą w osiągnięciu sukcesu tylko wtedy, kiedy przybiera postać patologicznego lęku przed światem - powiedział w rozmowie z "Wprost" prof. Jerome Kagan. Uczony przez ponad 20 lat obserwował nieśmiałe dzieci począwszy od drugiego roku życia. Okazało się, że aż dwie trzecie z nich pozostało nieśmiałymi w wieku 10 lat. Były to jednak głównie dzieci rodziców, którzy pielęgnowali obawy przed tym, co nowe, i zniechęcali do działania lub stawiali dzieciom zbyt wygórowane wymagania. Chorobliwie nieśmiałe okazały się też dzieci wychowywane za pomocą nakazów i zakazów oraz te, za które wykonywano wszystkie czynności. - Jeśli dziecko od dzieciństwa żyje w przekonaniu, że zakres jego działania jest niewielki, dorasta w poczuciu, że nie potrafi sprostać stawianym mu wymaganiom - mówi prof. Kagan. Tylko w takich wypadkach nieśmiałość może przybrać rozmiary fobii i doprowadzić do nerwic.
Autor: Monika Florek-Moskal
"WPROST" Numer:
42/2006 (1244)
SYNDROM LADY MAKBET
Wypadkom samochodowym najczęściej ulegają ludzie, którzy źle o sobie myślą
SPLOT FRUSTRACJI
Osoby silnie ściskające dłoń przy powitaniu są otwarte i mniej nerwowe niż osoby z lekkim, niedbałym uściskiem. Agresję i chęć dominacji zdradza naprężona dłoń skierowana ku dołowi. - Ruchy dłoni są tak mechaniczne, że ułudą jest przekonanie, iż można celowo nimi manipulować, by osiągnąć oczekiwany efekt. Właśnie dlatego są one doskonałym barometrem odczuć - mówi prof. Chen Bo Hong z University of Toronto. Zacieranie rąk jest wyrazem pozytywnych oczekiwań. Splecione dłonie na wysokości twarzy, na biurku czy na wysokości pasa wyrażają frustrację. Pocieranie oka jest kojarzone z próbą oszustwa. Drapanie szyi oznacza niepewność, a pocieranie ucha psychologowie tłumaczą jako próbę niesłyszenia niepomyślnych wiadomości.
Wypadkom samochodowym najczęściej ulegają ludzie, którzy źle o sobie myślą
Małżonkowie, którzy w czasie snu przytulają się do siebie, wcale nie tworzą idealnego związku, jak się powszechnie sądzi. Bliski kontakt w łóżku jest dla nich próbą zrekompensowania chłodnych relacji panujących w ich stosunkach na co dzień. Takie zaskakujące wnioski płyną z badań prof. Paula Rosenblatta z University of Minnesota. Uczony przebadał 44 małżeństwa i stworzył mapę pozycji ciała podczas snu, które sygnalizują skrywane emocje, napięcia psychiczne i konflikty. Okazało się, że pary, których wzajemne relacje układają się harmonijnie, w łóżku nie dotykają się zbyt często.
- Poczucie bezpieczeństwa takich osób jest wystarczająco silne, by podczas snu mogły się rozdzielić. Dlatego podświadomie układają się w łóżku swobodnie, nawet w oddaleniu od siebie - wyjaśnia w rozmowie z "Wprost" prof. Rosenblatt. Wiele motywów naszego postępowania tkwi w podświadomości, tak jak sugerował Zygmunt Freud. Część z nich wynika z głęboko ukrywanego poczucia winy. Zdradzają je jednak zachowania nie kontrolowane. "Ciało jawnie wyraża to, co skrywa umysł" Đ przekonuje Philippe Turchet, kanadyjski specjalista w synergologii, dziedzinie zajmującej się odczytywaniem znaczenia gestów.
Samobiczowanie
Ludzie, którzy nie są z siebie zadowoleni, nieświadomie dążą do ukarania samych siebie. Dowiedziono nawet, że najczęściej wypadkom samochodowym ulegają osoby, które źle o sobie myślą. Tak jak Erin Brockovich, bohaterka filmu Stevena Soderbergha: gdy jako matka trójki dzieci straciła pracę i długo nie mogła znaleźć następnej, tak bardzo zwątpiła w siebie, że prowadząc auto, doprowadziła do kolizji. Podobne zachowanie zauważył dr Fernando G. Miranda, psycholog z Bright Minds Institute w USA, który obserwował dzieci mające kłopoty z uczeniem się. Okazało się, że prawie wszyscy ci uczniowie niezdarnie się poruszają, często się potykają i upuszczają na podłogę przybory szkolne. Do tego nieustannie za wszystko przepraszają.
Dzieci niezadowolone z siebie mają silne poczucie winy z powodu niespełniania oczekiwań dorosłych. Często upadają lub obijają się o meble, nieświadomie chcąc się ukarać. - Podświadomie dążą do osiągnięcia równowagi psychicznej, co tylko pozornie je uspokaja - mówią w rozmowie z "Wprost" prof. Chen Bo Hong i dr Katie Lilienquist z University of Toronto. Osoby, które popełniły czyn uznawany za niemoralny, przejawiają chęć natychmiastowej kąpieli lub przynajmniej umycia rąk, jak Lady Makbet, bohaterka dramatu Williama Szekspira. Nie popełniła zbrodni, ale ponieważ do niej namawiała, odczuwała tak silne wyrzuty sumienia, że na swych rękach ciągle widziała plamy krwi, których w żaden sposób nie mogła zmyć.
Uczestnicy przeprowadzonego przez specjalistów z Toronto eksperymentu mieli sobie przypomnieć jakiś dobry albo zły uczynek, a potem uzupełnić brakujące litery w wyrazach, z których mogły, ale nie musiały, powstać słowa związane z higieną. Okazało się, że osoby, które przypomniały sobie złe czyny, tworzyły wyrazy kojarzące się z czystością, takie jak kąpiel, prysznic, mydło. Podobną skłonność zauważono podczas zajęć resocjalizacyjnych u przestępców i kobiet, które dokonały aborcji. Kiedy w czasie psychoterapii przypominali sobie złe uczynki, natychmiast odczuwali potrzebę umycia rąk. Badacze byli zaskoczeni, kiedy teatralne prysznice zapełniały się po spektaklach osnutych na motywach morderstwa. Regularnie po przedstawieniu korzystają z nich aktorzy, którzy grają role czarnych charakterów. Okazuje się, że chęć oczyszczenia pojawia się nie tylko wtedy, kiedy sami jesteśmy sprawcami niemoralnych uczynków, ale nawet w sytuacjach, kiedy jesteśmy ich świadkami.
Czyszczenie sumienia
Prof. Chen Bo Hong i dr Katie Lilienquist polecili jednej grupie badanych przepisanie opowiadania o udzielaniu pomocy innymi, a drugiej - o zakłócaniu spokoju w pracy. Potem badani mieli ocenić w skali od 1 do 7 przydatność różnych przedmiotów, wśród których znajdowały się także środki czystości. Wszyscy ci, którzy przepisywali historię o negatywnym wydźwięku, uznali środki czystości za niezbędne. Kolejne badania wykazały, że osoby ze skrywanym poczuciem winy są częstymi klientami salonów piękności, sauny i zakładów fryzjerskich. Więcej też wydają na luksusowe kosmetyki i akcesoria do kąpieli. - Znaleźliśmy dowód na to, że w ocenie ludzi czystość moralna wiąże się z czystością fizyczną - mówi prof. Chen Bo Hong.
Uczony, prowadząc badania z użyciem rezonansu magnetycznego, zauważył, że kiedy odczuwamy niechęć do niesmacznej potrawy, w naszym mózgu są pobudzane te same obszary co podczas odczuwania niesmaku z powodu niemoralnego zachowania. Dlatego oczyszczające rytuały, które narodziły się w prymitywnych plemionach, do dziś są obecne niemal we wszystkich religiach, m.in. w chrześcijaństwie, buddyzmie i islamie, a obmywanie ciała jest symbolem oczyszczenia duszy.
Natrętnie częste mycie rąk, podobnie jak symetryczne układanie znajdujących się wokół rzeczy, może być także przypadłością osób, które chcą się pozbyć agresji lub chęci zemsty. David Beckham po licznych konfliktach w drużynie Manchester United miał obsesję utrzymywania przedmiotów w określonym porządku. "Wszystko musiałem mieć do pary. Nawet puszki z napojami ustawiałem w lodówce w równym rządku" - przyznaje gwiazda futbolu. Podobną obsesję mieli aktor Billy Bob Thornton i piosenkarka Natalie Appleton, która na widok bałaganu wybuchała płaczem.
Melodia emocji
Psychologowie z University of California w Los Angeles dowiedli, że kobiety w czasie dni płodnych ładniej się ubierają niż w innych dniach cyklu miesięcznego. Zwykle wkładają wtedy spódnice zamiast spodni i zakładają więcej biżuterii. Wybierają także stroje zgodne z trendami mody.
Podświadomie wybieramy nawet rodzaj muzyki, która zdradza nasz stan emocjonalny. Potwierdzają to badania dr. Adriana Northa, psychologa z University of Leicester. Wynika z nich, że fani hip-hopu i muzyki dance są na ogół agresywni i mają trudności z przystosowaniem się do ogólnie panujących zasad. Aż 53 proc. fanów hip-hopu i 57 proc. miłośników dance przyznało się do popełnienia czynu niezgodnego z prawem. Prawie 40 proc. w ciągu ostatnich pięciu lat miało więcej niż jednego partnera seksualnego. Miłośnicy tego rodzaju muzyki deklarowali się także jako mniej religijni, mniej interesowali się ekologią i sprawami społecznymi oraz wzrostem podatków. Częściej niż inni próbowali też narkotyków.
Poza rozumem
Reakcje emocjonalne są mocno zakorzenione w biologii. W każdej kulturze gesty wyrażające radość, smutek czy złość są takie same. Różnią się jedynie gesty wyuczone, tzw. subkulturowe, wspólne tylko niektórym społeczeństwom. Dlatego nie mamy trudności z rozszyfrowaniem zachowań innych osób i równie łatwo je przyswajamy. Podświadomie przystosowujemy się do rozmówcy i jego stanów emocjonalnych. Podczas analizy nagrań wideo z sesji terapeutycznych zauważono, że kiedy psychoterapeuta unosił brwi, jego pacjent odruchowo czynił to samo. Kiedy badanym pokazano film, którego bohaterami byli kłócący się małżonkowie, okazało się, że im bardziej ciało obserwatora naśladowało obserwowaną osobę, tym dokładniej potrafił on określić doznawane przez nią uczucia. Do nastroju innych podświadomie dostrajamy nawet ton głosu. Psychologowie z University of Chicago wykazali, że modulując głos, staramy się stworzyć dodatkowy kanał porozumienia z rozmówcą. To wyjaśnia, dlaczego aż 40 proc. informacji o innych wyciągamy na podstawie głosu. Choć rozum jest uważany za kapitana, a podświadomość jedynie za wiernego sługę, to właśnie ona decyduje o naszych działaniach i wyborach. Często wbrew naszej woli.
ZDRADA MÓZGU
Znaczna część przetwarzania informacji przebiega podświadomości. Dlatego sposób, w jaki wykonujemy rutynowe czynności, często zdradza to, co naprawdę dzieje się w naszym umyśle.
* Poczucie winy - częste mycie rąk
* Kłótnia - symetryczne układanie przedmiotów
* Podświadoma chęć podobania się (kobieta w czasie owulacji) - modny, seksowny strój, ozdobiony biżuterią
* Niezadowolenie z siebie - wypadek samochodowy
* Dobre relacje małżeńskie - podczas snu swobodne pozycje, nie przytuleni
* Agresja i chęć dominacji - mocny uścisk dłoni z trzaskaniem kostek
Autor: Monika Florek-Moskal
"WPROST" Numer:
51/52/2008 (1356)
CZY ZWIERZĘTA MAJĄ DUSZE
Zwierzęta to jedynie bezduszne, bezrozumne stworzenia,
mechanicznie reagujące na różne bodźce – twierdził Kartezjusz. Zgrzeszył pychą.
Badania biologów dowodzą, że ludzki umysł nie jest wyjątkiem. A zwierzęta nie
są wcale bezduszne.
Nie dość, że istnieje duże podobieństwo życia psychicznego
ludzi i szympansów, to jeszcze ludzka moralność wcale nie powstała skokowo,
lecz wyewoluowała. To, że człowiek jest z gruntu dobry, wynika z faktu, że
dobrą naturę odziedziczyliśmy po zwierzęcych przodkach. Tak twierdzi prof.
Frans de Waal, wybitny znawca zwierzęcych zachowań. Dowodzi on istnienia
pierwotnych form moralności u zwierząt.
Rzymskie przysłowie „człowiek człowiekowi wilkiem" krzywdzi i wilki, i ludzi. Homo sapiens pochodzi z długiej linii gatunków, dla których życie w grupie było strategią zapewniającą przetrwanie. Gatunki społeczne mogły istnieć dzięki wzajemnej pomocy i współpracy. W tym wypadku natura nie promowała „kłów i pazurów", ale najłagodniejsze istoty – twierdzi w rozmowie z „Wprost" prof. de Waal. Największe szanse na przetrwanie miała grupa małp, w której albo najsilniejsze samce przyjmowały role rozjemców przerywających bójki, albo samice łagodziły spory między samcami.
Nasza zdolność do czynienia dobra (przynajmniej od czasu do czasu) ewolucyjnie pochodzi z emocji, które pojawiły się już u zwierząt. Ludzka natura to nie ogrodowy krasnal, którego gipsową istotę pokrywa cienka warstwa dobra. Właściwiej byłoby porównać ludzką naturę do rosyjskiej matrioszki, która do najbardziej wewnętrznego poziomu ma jednolicie dobrą naturę – dowodzi Frans de Waal w swej najnowszej książce „Primates and Philosophers: How morality evolved" („Naczelne i filozofowie. Jak ewoluowała moralność"). I odcina się od hipotez, które przez setki lat wykopały przepaść między Homo sapiens a resztą stworzeń.
W filmie „Odyseja kosmiczna 2001" z 1968 r. małpolud dotyka menhiru, kamiennego monolitu, który obcy pozostawili na Ziemi. I od tego zaczyna się jego droga do człowieczeństwa. Pozostałość po kosmitach przekazuje wiedzę o stosowaniu narzędzi. Tak rozpoczęcie nowego rozdziału ewolucji wyjaśnia filmowy traktat filozoficzny.
To nie de Waal, ale już Karol Darwin twierdził, że korzenie moralności tkwią w instynkcie społecznym. Choć w miarę łatwo przełknięto teorię ewolucji Darwina, przyjęto jedynie część związaną z materialną powłoką. Nawet biolog Thomas Huxley, który zażarcie broniąc pod koniec XIX wieku idei ewolucji, zyskał epitet „psa łańcuchowego Darwina", w jednym nieuważnie słuchał swego mistrza. Karol Darwin twierdził, że różnica między moralnym zachowaniem u zwierząt i u ludzi tkwi jedynie w stopniu jego zaawansowania. Huxley natomiast przyjął, że moralność przypomina pracę ogrodnika prowadzącego nieustanną walkę z chwastami. Etyka jest jedynie powierzchowną warstewką pokrywającą pokłady zła i agresji. To efekt kultury, gdyż ewolucja promowała wyłącznie aspołeczne i konkurencyjne istoty. W ostatnich trzech dekadach badań naukowcy dowodzili, że inteligencja, kultura, stosowanie narzędzi, język, uczucia i emocje nie są jedynie domeną człowieka. Znawcy tajników zwierzęcej psychiki twierdzą, że istnieje u nich teoria umysłu, a mówiąc prościej – zwierzęta wiedzą, co wie i czuje inna istota. Na dowód, że się nie mylą, przytaczają przykłady eksperymentów, które takie zdolności potwierdzają.
W jednym z doświadczeń pies i jego właściciel siedzą naprzeciwko siebie. Pies widzi dwie piłki, właściciel tylko jedną z nich. Człowiek patrzy tylko na psa i wydaje polecenie: „przynieś piłkę". Pies znacznie częściej przynosi tę, która znajduje się w zasięgu wzroku jego pana (skoro ją widzi, to o tę mu przecież chodzi). Gdy człowiek zostaje posadzony do psa plecami i wydaje polecenie: „przynieś piłkę", pies przynosi wybrane losowo zabawki.
Modrowronka, północnoamerykańska krewna naszej sroki, zakłada spiżarnie i bardzo chętnie ogołaca cudze. Skoro sama kradnie, jest wyczulona na to, czy nie jest obserwowana. Chowając pokarm, bacznie się rozgląda i jeśli się zorientuje, że była śledzona, zmienia skrytkę. Często też wprowadza złodzieja w błąd, trzymając pokarm ukryty w dziobie i udając, że chowa go w kilku różnych miejscach.
Teoria umysłu rzeczywiście dotyczy wiedzy na temat myśli drugiego osobnika, ale także wiąże się z umiejętnością patrzenia tam, gdzie on patrzy. Tylko niektóre zwierzęta potrafią manipulować innymi i oszukiwać – mówi dr Maciej Trojan z Zakładu Psychologii Zwierząt Uniwersytetu Warszawskiego. W teorię umysłu u zwierząt, nawet u szympansów, nie wierzy natomiast Daniel Povinelli, biolog badający zdolności poznawcze zwierząt na University of Oklahoma. Nauka wymaga niezbitych dowodów wielokrotnie potwierdzonych eksperymentami, a w tych zawodzą nawet szympansy. Povinelli przytacza własne doświadczenia, m.in. to, w którym szympansy prosiły o pokarm osoby mające zasłonięte oczy (chustką, dłońmi, a nawet kubłem nałożonym na głowę), jak ludzi, którzy mieli oczy niezasłonięte. Co by znaczyło, że szympansom było wszystko jedno.
Tym wszystkim, którym nie udało się dowieść, że szympansy mają teorię umysłu, Frans de Waal odpowiada, że negatywny wynik jest niemożliwy do zinterpretowania, gdyż „brak dowodów nie jest dowodem na nieobecność".
Człekokształtne wprawnie rozwiązują problemy: wiedzą, jak ochronić dziecko przed atakiem innych, uniknąć konfliktu z samcem alfa, wymknąć się na randkę z samicą zdominowaną przez innego samca, ale to nie musi znaczyć, że ich umysł działa tak jak u człowieka. Jedynym sposobem na zbadanie zwierzęcego umysłu są eksperymenty, które angażują je intelektualnie i emocjonalnie.
Wydawałoby się, że prostszy do zinterpretowania jest test lustra. Eksperyment z lustrem wszedł do kanonu zwierzęcej psychologii poszukującej odpowiedzi nie tylko na pytanie, czy zwierzęta mają samoświadomość, ale także, czy podobnie jak ludzie odczuwają emocje. Najprawdopodobniej do empatii zdolne są tylko te gatunki, które zdają test lustra, czyli potrafią odróżnić siebie od innych.
Na pytanie, czy zwierzę rozpoznaje siebie w odbiciu, pierwszy próbował odpowiedzieć Gordon Gallup, amerykański biolog, który na początku lat 70. XX wieku przeprowadził doświadczenie na szympansach, wstawiając lustro do ich pomieszczenia. Po kilku dniach oswajania się z nowym przedmiotem małpy zaczęły je praktycznie wykorzystywać – dłubały w zębach, oglądały trudno dostępne części ciała, czyściły futro. W następnym etapie eksperymentu Gallup uśpił szympansa i zrobił mu na czole kolorową plamę bezwonną farbą. Założył, że jeśli zwierzę po przebudzeniu będzie próbowało dotknąć kolorowej plamy na czole albo ją usunąć, to takie zachowanie dowiedzie istnienia świadomości.
Test lustra zdało 75 proc. egzaminowanych szympansów. Równie łatwy okazał się ten test dla orangutanów, ale beznadziejnie utknęły na nim goryle. Egzamin zdał tylko jeden osobnik – Koko, goryl, który przez całe życie przebywał z ludźmi. Potem do elity mającej samoświadomość dołączyły delfiny, jeden słoń i jedna sroka.
Nawet ludzie muszą się nauczyć własnego odbicia i robią to we wczesnym dzieciństwie. Mieszkańcy Grenlandii, do których w 1818 r. dotarł brytyjski badacz Arktyki John Ross, robili miny i zaglądali za szklany przedmiot w nadziei, że znajdą tam kogoś, kto ich przedrzeźnia. Nie inaczej zachowuje się pies, który zawsze oblewa test lustra. Czy to dowodzi, że nie ma samoświadomości?
– Czy zwierzęta, które mają kłopoty z rozpoznaniem się w lustrze, nie rozpoznają się, bo nie mają świadomości introspekcyjnej, czy też nie rozpoznają się dlatego, że założenia eksperymentu są błędne? Wyobraźmy sobie odwrotną sytuację: ktoś stawia nas przed urządzeniem zapachowym, które emituje nasz własny zapach. Stoimy i się nie rozpoznajemy – mówi dr Trojan. A to dlatego, że zwierzęca percepcja świata jest inna niż nasza.
W opinii wielu psychologów zwierząt samoświadomość jest bardzo pierwotną cechą, która pozwala funkcjonować w środowisku. Jeśli wierzyć filozofom tej miary co Kant, bez języka nie ma samoświadomości. Także psycholingwiści twierdzą, że pewien stopień abstrakcji możliwy jest dopiero wtedy, gdy istnieje język. Badacze zwierzęcego umysłu argumentują, że język wcale nie musi być potrzebny do wytwarzania pewnych pojęć. A może zwierzęta mają pojęcia bez potrzeby nazywania ich jakimś dźwiękiem?
W sporze o to, czy jesteśmy wyjątkową, czy jedynie udoskonaloną wersją zwierzęcia, zwolennicy podrasowanego modelu często powołują się na duże pokrewieństwo genetyczne z człekokształtnymi. – I co z tego, że z szympansem dzielimy 98,6 proc. genów – ripostuje dr. Povinelli. – Choć z brokułami mamy wspólnych 50 proc. sekwencji nukleotydów, szczerze wątpię, by mój umysł był w połowie taki jak u warzyw. Nawet jeśli odkryjemy w pewnym momencie, że nasz umysł jest w 75 proc. umysłem szympansa, czy coś z tego wynika?
Genetyczne porównanie jest zbyt powierzchowne, by zrozumieć złożone podobieństwa i różnice, które istnieją między psychicznym życiem człowieka i szympansa. Sławni i popularni badacze, tacy jak Jane Goodall i Sue Savage-Rumbaugh, radykalnie antropomorfizują świat zwierząt. Głoszą, że szympansy są przynajmniej na etapie rozwoju dwu-, trzylatków. Dlaczego to ludzka linia, a nie szympansia gruntownie się przeobraziła, po tym jak zeszliśmy ze wspólnej gałęzi drzewa ewolucji? Od czasu tego rozstania ludzkie ciało przeszło radykalne zmiany od czubka głowy po palce u stóp – w przenośni i dosłownie. To my staliśmy się dwunożni, miednica, kolana i stopy zostały przebudowane, a wkrótce po nich zmieniła się ręka. Na końcu zmiany objęły naszą głowę – potroiliśmy objętość mózgu, przy czym nieproporcjonalnie zwiększył się płat przedczołowy – centrum operacyjne wyższych funkcji poznawczych mózgu. I oczywiście na jakimś etapie tych zmian (niewykluczone że 50 tys. lat temu) pojawił się język, najwybitniejsze z ludzkich przystosowań. Na tym poziomie powstał kod moralny. – Większość tego procesu odbyła się w sposób niewidoczny – od uzyskania zdolności językowych do wynalezienia pisma (5 tys. lat temu). Na tym etapie też człowiek stał się ogrodnikiem kierowanym impulsem nakazującym wyrywanie chwastów ze swojej psychiki – twierdzi Philip Kitcher, filozof z Columbia University.
W przeciwieństwie do ludzi szympansy prawie się nie zmieniły w porównaniu ze stanem, który dzieliły razem z nami w osobie wspólnego przodka. – To oczywiste, że nasz umysł jest efektem wielkiego skoku, a nie owocem powolnego pełzania ewolucji. Darwin się mylił – napisał Povinelli na łamach czasopisma „Behavioral and Brain Sciences".
Spór o to, czy ewolucja ludzkiej psychiki przebiegała w sposób ciągły, czy skokowy, mogłoby rozstrzygnąć odkrycie biochemicznego mechanizmu świadomości – tego, gdzie jest jej miejsce w mózgu i jak działa. Ale tego najprawdopodobniej nigdy nie będziemy wiedzieć. Za tezą, że świadomość jest bardzo pierwotną cechą, przemawia fakt, że osoby, którym we wczesnym dzieciństwie wycięto nawet duży fragment mózgu, normalnie funkcjonują w dorosłym życiu. Wszystkie funkcje usuniętego obszaru zostają przejęte przez inne rejony mózgu. – Gdyby w naszym mózgu działało coś inaczej niż we wszystkich pozostałych albo istniałyby duże różnice w jego budowie, to byłby jedyny rozstrzygający argument przemawiający za dużym skokiem ewolucyjnym. Tak jednak nie jest – mówi dr Trojan.
Ewolucja zachowania jest o wiele bardziej złożonym procesem niż ewolucja budowy organizmów. Ale skoro udowodniono ewolucyjną genezę wielu procesów, to może także nasze emocje, uczucia i moralność kształtowały się w długim procesie tworzenia. Co nie oznacza, że genetycznie oraz ewolucyjnie nie jesteśmy też uwikłani w agresję i wojny. Wiele gatunków zwierząt wyniszcza się grupowo – stado przeciwko stadu, gniazdo przeciwko gniazdu. Wojna nie jest więc ludzkim wynalazkiem.
Niektórzy uważają, że najpierw należy poznać ludzki umysł – jako najbardziej skomplikowany, a potem wszystkie inne. Historia nauki pokazuje jednak, że sukces daje jedynie przechodzenie od prostych elementów do bardziej złożonych, a nie odwrotnie. Niestety, mimo zgromadzonej wiedzy o zwierzęcej psychice nadal wielu ludzi wątpi w to, czy zwierzęta myślą, czy mają duszę.
ZWIERZĘTA Z DUSZĄ
Rozmowa z prof. Fransem de Waalem, etologiem i psychologiem, profesorem Emory University w Atlancie
„Wprost": Czy zwierzęta odczuwają emocje i uczucia podobne do ludzkich?
Prof. Frans de Waal: Trudno jest znaleźć emocje, których człekokształtne nie odczuwają. Nieobce są im zazdrość, gniew, szczęście, lęk, wstręt, miłość. Nie mają jedynie wstydu i poczucia winy, które wymagają wiele samoświadomości.
Mówimy tylko o emocjach małp człekokształtnych?
Sądzę, że wszystkie ssaki i ptaki mają mnóstwo emocji, które się wiążą z życiem społecznym i seksualnym. W wypadku gadów, ryb, owadów i ślimaków nie jestem tego pewien. Byłem kiedyś świadkiem dyskusji, że tego typu emocje po raz pierwszy pojawiły się u płazów, ale nie jestem znawcą tej grupy zwierząt.
Czy to nie za daleko idące wnioski?
O słuszności naszych obserwacji przekonują neurolodzy. Wiedzą, które obszary w ludzkim mózgu odpowiadają za poszczególne emocje. Te same partie mózgu mają szczur, pies czy osioł. Najprawdopodobniej te same obszary mózgu pełnią podobne funkcje u zwierząt. Skoro z naszych badań wynika, że zwierzę odczuwa strach, a neurolodzy nam mówią, że u tego gatunku znaleźli rejon odpowiedzialny za jego odczuwanie, to uznajemy, że właśnie tak jest. Wśród biologów i neurologów nikt nie wątpi, że ze światem zwierząt łączy człowieka emocjonalne kontinuum.
Czy istnieje różnica między ludzkim a zwierzęcym
altruizmem?
Nie istnieje. Przeprowadziliśmy eksperyment, podczas którego siedzące w parach małpy wybierały między dwoma opcjami. Wybór nazwany przez nas samolubnym nagradzał przysmakiem tylko jedno zwierzę, przy wyborze prospołecznym także kompan dostawał jabłko. W większości wypadków zwierzęta wybierały zachowanie altruistyczne. Miały wrodzoną tendencję do zachowań prospołecznych, co jak sądzę ma związek z empatią. Czuły się dobrze, dając coś drugiej małpie. Podobnie jak ludzie robiący coś dla innych „bezinteresownie".
Na czym polega zwierzęca empatia?
Empatia to dostrojenie się do cudzych uczuć i zachowań. Występuje u wielu ssaków. Udowodniono ją u myszy, następnie u psów, z pewnością jest obecna u naczelnych. Wydaje się, że jest to podstawowa cecha ssaków, która wiąże się z matczyną opieką. Samice muszą natychmiast reagować na dyskomfort swojego potomstwa.
Czy podziela pan pogląd, że nie jesteśmy jedynymi
istotami mającymi osobowość?
To stuprocentowa prawda. Obecnie studiuję osobowość ryb – gupików. Gupiki mają bardzo prosty typ osobowości, są lękliwe lub odważne. U szympansów osobowość jest o wiele bardziej skomplikowana i ma wiele wymiarów. Zwierzęta te są uczciwe i nieuczciwe, introwertyczne i ekstrawertyczne. Całą terminologię, którą mieliśmy zarezerwowaną dla ludzkiej osobowości, można stosować do szympansów. Ten, kto miał dwa psy czy koty, wie, że mają różne osobowości.
Czy nie uczłowiecza pan na siłę świata zwierząt?
W gruncie rzeczy człowiek i szympans są bardzo blisko spokrewnieni – jest między nimi większe pokrewieństwo niż między koniem a zebrą. Skoro zwierzęta tak blisko z nami spokrewnione działają podobnie w podobnych sytuacjach, muszę używać tej samej terminologii na określenie tego, co robią i czują.
Czy człowieka i szympansa więcej dzieli, czy łączy?
Dla mnie główna różnica między ludźmi i szympansami, o ile w ogóle istnieje, leży w języku, w symbolicznej komunikacji. To jedyny obszar, na którym się wyróżniamy. To język pozwala nam nie tylko się komunikować w sprawach, które wydarzyły się dwa miesiące temu, albo tych, które wydarzą się w przyszłości, ale także umożliwia organizowanie życia, logiczne i abstrakcyjne myślenie.
Czy badania człekokształtnych wpłynęły na sposób, w
jaki oceniamy ludzką psychikę i moralność?
Naukowcy badający człekokształtne po kolei podważali różnice nakreślone przez filozofów i biologów między ludźmi i szympansami. Efektem ich pracy jest erozja tezy o ostrej różnicy między zwierzęciem a człowiekiem, między zwierzęcym umysłem i umysłem człowieka. Pod znakiem zapytania stawia to wyjątkowość naszego gatunku.
Rozmawiała Ewa Nieckuła
Słonie są wybitnie empatyczne, okazują sobie delikatność, czułość, pomagają chorym i umierającym zwierzętom, przeżywają żałobę. Naukowcy odkrywają patologie u młodych zwierząt, które były świadkiem śmierci bliskich i wychowują się bez matki. Samice zachodzą w ciążę kilka lat wcześniej niż przeciętnie, a samce wyrastają na żądnych krwi morderców, zabijających bez powodu inne zwierzęta, na przykład nosorożce.
Walenie – podobno są to najinteligentniejsze zwierzęta na planecie i najwrażliwsze społecznie. Orki karłowate trwają przy boku cierpiącego towarzysza, dopóki nie umrze. Pozostają przez wiele dni nawet na bardzo płytkiej wodzie, gdzie grozi im poparzenie słoneczne lub wyrzucenie na brzeg. Orki przeżywają żałobę po utraconym dziecku. W mózgu waleni znaleziono komórki wrzecionowate, o których przez długi czas sądzono, że istnieją tylko w mózgu ludzkim i mózgu małp człekokształtnych. Humbaki, orki, kaszaloty mają je w tym samym rejonie mózgu co człowiek. Komórki te mogą uczestniczyć w powstawaniu empatii i uczucia miłości.
Skala empatii według Fransa de Waala
Ludzka empatia ma swoje prymitywne odpowiedniki
Emocjonalne zarażenie
stan właściwy większości ssaków:
na przykład gryzoniom i psom, jest całkowicie automatyczną fizjologiczną reakcją. Jeśli jednej z myszy zostanie wstrzyknięta substancja powodująca ból, inne myszy, które obserwują jej cierpienia, staną się wrażliwsze na bodźce powodujące ból.
Atrybucja
zarezerwowana wyłącznie dla ludzi:
potrafimy przyjąć perspektywę innej osoby dzięki wyobraźni. Człowiek nie musi obserwować reakcji innej soby, by poznać jej emocje. Na przykład wystarczy informacja, że zmarł jej bliski.
Poznawcza empatia
zdolne są do niej ssaki o dużych mózgach:
człekokształtne, słonie, delfiny. Potrafią się wczuć w sytuację innego osobnika. Najprawdopodobniej do tego typu empatii zdolne są tylko te gatunki, które zdają test lustra.
ZWIERZĘTA, JAKICH NIE ZNAMY
Nie przewidują?
W ogrodzie zoologicznym w San Diego spuszczono wodę z fosy o dwumetrowej głębokości otaczającej wybieg bonobo. Po oczyszczeniu rowu robotnicy wypuścili małpy i skierowali się do zaworu, by go ponownie napełnić wodą. W tym momencie stary samiec Kakowet zaczął wrzeszczeć i wymachiwać ramionami, by zwrócić ich uwagę. Po wielu latach przebywania w zoo znał rutynę czyszczenia wybiegu. Kilka młodych zwierząt zeszło na dno rowu, ale nie potrafiły się z niego wydostać. Bonobo wyszły z fosy po drabinie, którą przynieśli robotnicy. Poza najmłodszym, którego wyniósł Kakowet.
Nie pomagają?
W ogrodzie zoologicznym w Arnhem po czyszczeniu pomieszczenia szympansów wszystkie opony zostały powieszone na drągu wystającym pionowo ze ściany. Szympansica Krom wybrała sobie oponę, w której zebrała się woda, ale opona była ostatnia w rzędzie. Po dziesięciu minutach prób jej ściągnięcia poddała się. Obserwujący ją samiec Jakie podszedł do drąga, zdjął po kolei wszystkie opony i ostrożnie ostatnią z wodą, po czym wręczył ją Krom.
Nie wczuwają się w sytuację innych?
Pewnego dnia Kani, samica bonobo z Twycross Zoo w Wielkiej Brytanii, złapała synogarlicę. Ptak był przerażony, ale na pierwszy rzut oka nic mu się nie stało. Opiekun nalegał, by Kani wypuściła synogarlicę. Bonobo chwyciła ją w jedną rękę i wspięła się na najwyższy punkt drzewa. Objęła nogami pień, by uwolnić obie ręce. Delikatnie rozłożyła skrzydła synogarlicy i z całych sił wyrzuciła ją w powietrze w kierunku ogrodzenia. Ptak jednak musiał być ranny, bo szybko opadł na ziemię, gdzie potem Kuni długo go strzegła przed innymi bonobo.
Dr Zbigniew Wróblewski
filozof przyrody,
Katolicki Uniwersytet Lubelski
Zbyt daleko idące analogie psychiki zwierzęcej i ludzkiej nie są uprawnione. Pada sugestia, że ewolucyjnie człowiek może stać bardzo blisko zwierząt. Tym samym redukuje się specyficzne własności człowieka. Jeśli uznajemy teorię ewolucji, szukanie analogii jest oczywiste. Mimo podobieństw dowodzonych przez nauki przyrodnicze istnieją jednak różnice, które nazywam nieciągłościami ewolucyjnymi. Do nich należą specyficzne właściwości człowieka – umysł, poznanie moralne, język. Wielu filozofów nie przyjmuje radykalnego naturalizmu, który zakłada, że wszystkie wyższe własności psychiczne, moralne, dają się zredukować do własności niższego rzędu, własności biologicznych. Nauka nie jest w stanie wszystkiego wyjaśnić, zwłaszcza jeśli chodzi o psychikę, którą trudno badać doświadczalnie. Zagadnienie umysłu jest przykładem naszych ograniczeń poznawczych. Psycholodzy ewolucyjni próbują empirycznie poznawać to, co nazywam kostiumem emocjonalnym, czyli zewnętrzne skutki przeżyć. Nie można na tej podstawie redukować zachowań i przeżyć moralnych. Te bowiem są pierwotne dla człowieka, nie mają form
bardziej pierwotnych, na przykład zachowań moralnych zwierząt. Właściwości umysłu człowieka są efektem skoku, a nie ciągłego procesu ewolucyjnego.
Prof. Paweł Ostaszewski
Wydział Psychologii
Uniwersytetu Warszawskiego
Wątpię w możliwość zbadania wiedzy i wyobrażeń zwierząt o tym, co myśli inny osobnik. Teoria umysłu u zwierząt nie jest zdolnością do mniej lub bardziej uświadomionych rozważań, ale zachowaniami pojawiającymi się w obecności złożonych sygnałów, które w przeszłości niosły określone skutki. Im bardziej zaawansowany ewolucyjnie gatunek poddajemy badaniom – jak delfiny czy małpy – tym bardziej złożone bodźce ze środowiska mogą kontrolować zachowanie zwierzęcia. Badacze teorii umysłu nie doceniają znaczenia procesów uczenia i kontroli zachowania przez specyficzne sygnały, z których my, ludzie, możemy sobie nawet nie zdawać sprawy – choćby niedostępne nam bodźce zapachowe. Behawiorysta będzie analizował wpływ wcześniejszych zachowań zwierzęcia wobec innych osobników i konsekwencje, jakie były efektem tego zachowania. Jeśli skutki były pozytywne, reakcja się powtórzy, jeśli niekorzystne, wzrośnie szansa, że reakcja zostanie zastąpiona przez nowe zachowanie. Taki proces uczenia się towarzyszy nam i zwierzętom w każdej chwili naszego życia. Problem w tym, że do wyobraźni ludzi znacznie łatwiej trafiają analizy przepełnione antropomorfizacją, bo takie są bardziej interesujące. Ale czy na pewno poszerzają naszą wiedzę o świecie?
Diagnoza w pigułce
Człowiek jest wyjątkiem w świecie zwierząt, dzięki kulturze, językowi, myśleniu symbolicznemu, moralności; moralność jest wyborem
Teoria przemiany niemoralnego zwierzęcia w moralnego człowieka nie tłumaczy, dlaczego człowiek zachowuje się lepiej, niż nakazują mu jego geny.
Istnieje kontynuacja pomiędzy ludzką moralnością i umiejętnościami społecznymi zwierząt; moralność jest efektem ewolucji.
Są dowody empiryczne na teorię ewolucji moralności zakładającą przemianę społecznego zwierzęcia w zwierzę moralne – zostały zebrane przez neurologów, psychologów i etologów
Autor: Ewa Nieckuła
"WPROST" Numer: 1/2/2009 (1357) POCZTA
CZY ZWIERZĘTA MAJĄ DUSZE
W artykule „Czy zwierzęta mają dusze" (nr 51-52) autorka dowodzi, że ssaki i ptaki kierują się emocjami, które wiążą się z życiem społecznym. Psy wiedzą, co czują ich właściciele, zdają sobie nawet sprawę z tego, na co w danej chwili patrzą, spojrzeniem starają się zwrócić na siebie uwagę. Niektóre ssaki potrafią się wczuć w sytuację innego osobnika, ich zachowania bywają wręcz altruistyczne. Niejednokrotnie media informowały o wypadkach, kiedy zwierzęta ostrzegły człowieka o niebezpieczeństwie czy nawet uratowały mu życie. Wiemy też, jak potrafią się zachowywać ludzie w stosunku do tak zwanych braci mniejszych. Sama tylko w ciągu ostatnich kilku miesięcy słyszałam między innymi o psie oblanym wódką i podpalonym przez swoich właścicieli w czasie libacji, kocie skopanym na śmierć przez nastolatków, szczeniaku ze związanymi łapkami rzuconym pod samochód, suce obdartej ze skóry przez „opiekuna”, psie bitym regularnie pałką (dwa razy dziennie) przez właściciela. A schroniska? Jakże często pracujące tam osoby okrutnie traktują powierzone ich opiece zwierzęta, biją je, pozwalają, by miesiącami umierały w cierpieniach, nie zapewniając im leczenia… Proponuję, aby dziennikarze „Wprost” tym razem głębiej zastanowili się nad rozwojem emocjonalnym i moralnym ludzi. Najlepiej w artykule zatytułowanym „Czy ludzie mają dusze”.
„NEWSWEEK” 19.10.2003 r.
Nawet zwierzęta potrafią złożyć ofiarę w imię sprawiedliwości. Czy to odkrycie powinno zmienić nasz pogląd na ludzką naturę?
Sprawiedliwość,
jeśli w ogóle istnieje, wydawała się wymysłem i udziałem wyłącznie człowieka.
Wiele religii świata otacza sprawiedliwość aurą świętości, uznając ją za dar
pochodzący od Boga. Większość świeckich myślicieli zastanawiała się, czy
sprawiedliwość jest nieodłączną częścią naszej tożsamości, czy raczej - jak
sądzą ekonomiści - przejawem kultury narzuconej gatunkowi, który nigdy nie
uwolni się od nieokrzesanego egoizmu. Motywy postępowania człowieka, twierdzą
ci drudzy, sprowadzają się do jednego - własnej korzyści.
Ten problem
postanowili zbadać naukowcy. Czy pogodzą filozofów, ekonomistów i teologów? Wiele
na to wskazuje, bo po czterech miesiącach laboratoryjnych badań nad
kapucynkami Frans de Waal i Sarah Brosnan z Emory University w Atlancie (USA)
doszli do zaskakujących wniosków - niektóre ssaki z rzędu naczelnych mają
zakorzenione poczucie sprawiedliwości. Przeciwko niesprawiedliwości potrafią
protestować nawet kosztem własnego dobra.
Wyniki tych badań, opublikowane w czasopiśmie "Nature" w
drugiej połowie września, wskazują, że sprawiedliwość nie jest kwestią
wychowania, lekcją przekazywaną człowiekowi przez rodziców i społeczeństwo. To
raczej cecha rozwinięta w procesie ewolucji. Związki przyczynowo-skutkowe są
jasne: jeśli niższe naczelne mają wrodzone poczucie sprawiedliwości, zostali w
nie wyposażeni przez naturę także ludzie.
Czy to oznacza, że filozof Thomas Hobbes (1588-1679) i brytyjski
ekonomista Adam Smith (1723-1790) pomylili się w ocenie naszego samolubstwa?
Hobbes głosił koncepcję niezmienności ludzkiej natury, twierdząc też, że
człowieka cechuje egoizm i to on wyznacza kierunek jego postępowania. A Smith
wręcz pochwalał egoizm, uważając, że jedynie dzięki tej cesze może sprawnie
rozwijać się system rynkowy.
- Ekonomiści zawsze lekceważyli poczucie sprawiedliwości, ponieważ nie
jest ono racjonalnym motywem postępowania - twierdzi Brosnan, współautorka
pracy opublikowanej w "Nature". - Dziś wydaje się, że poczucie
sprawiedliwości istniało na długo przed wytworzeniem się kultury - dodaje.
Jak to się stało, że Brosnan i de Waal odkryli, że małpy mają zmysł
sprawiedliwości? Najpierw zbadali zachowanie dwóch kapucynek. Dwóch, bo małpy
te znane są z tego, że potrafią ze sobą współpracować. Naukowcy wręczali
kapucynkom żetony, a potem z wyciągniętą ręką czekali na ich zwrot, w zamian
oferując ogórek. Na początku małpki były zadowolone z tego handlu wymiennego, z
chęcią oddawały żetony za nagrodę.
Przełomowy moment nastąpił, gdy naukowcy zaczęli traktować swoje
podopieczne niesprawiedliwie. Jednej z małp dali słodkie winogrono. Drugiej,
która widziała nagrodę koleżanki, zaoferowali zwykły ogórek. Reakcja była
impulsywna i zdecydowana. Kapucynka wzgardziła ogórkiem, choć nie mogła
oczekiwać, że taka reakcja zmusi opiekunów do tego, aby także jej wręczyli
winogrono. Naukowcy poddali próbie pięć samic kapucynek. Test powtórzyli ponad
50 razy i w 40 proc. przypadków pojawiła się ta sama buntownicza reakcja.
Gdy badacze posunęli się o krok dalej i bez powodu wręczyli jednej z
małp winogrono, niezadowolenie pozostałych samic nasiliło się. W czterech
przypadkach na pięć kapucynka albo odmawiała oddania żetonu za ogórek, albo
gardziła warzywem. Niektóre małpki wyrzucały nawet w gniewie żetony z klatki.
Według Fransa de Waal odkrycie zdolności naczelnych do egoistycznego
oburzania się sugeruje, iż ludzkie zachowanie jest uwarunkowane ewolucyjnie.
Rozzłoszczone małpy zdawały sobie sprawę z tego, że padły ofiarą
niesprawiedliwości, o czym świadczyło ich nieracjonalne zachowanie. Kapucynki
oddawały ogórki-nagrody tylko po to, by zademonstrować swoje niezadowolenie z
nierównego traktowania. Wydaje się więc, że poczucie sprawiedliwości jest tak
samo pierwotne jak podstawowe emocje, przekazywane w procesie ewolucji.
Także ostatnie badania nad ludźmi potwierdzają tezę, że sprawiedliwość
ma pozakulturowe korzenie. Grupa naukowców z uniwersytetu w Princeton za pomocą
tomografu komputerowego zbadała zmiany zachodzące w mózgu człowieka reagującego
na niesprawiedliwość. Okazało się, że najbardziej aktywna jest wtedy część
mózgu odpowiadająca za negatywne emocje, takie jak złość i obrzydzenie. Wynika
z tego, że sprawiedliwość nie jest uczuciem wyższym i nie wynika z pobudek
racjonalnych.
"WPROST" Numer: 29/2006 (1232)
CHWASTY MÓZGU
Wszyscy mamy głęboko zakodowane uprzedzenia wobec ludzi innej rasy, narodowości czy płci
Uprzedzenia, szczególnie w Europie, są jak chwasty - gdy tylko zostaną wyrwane, natychmiast odrastają na nowo" - stwierdziła z goryczą Dubravka Ugrešić, chorwacka pisarka i historyk literatury, autorka książki "Kultura kłamstwa". Włosi nie darzą już względną sympatią Niemców. Stefano Stefani, były włoski minister kultury, w jednej z wypowiedzi nieopatrznie stwierdził, że Niemcy to "aroganccy, hałaśliwi, zarozumiali i brzuchaci supernacjonaliści". Pod adresem Polaków w prasie niemieckiej nie używa się już epitetu "polnische Wirtschaft", ale od kilku miesięcy pojawiają się oskarżenia, że jesteśmy zadufani, roszczeniowi oraz antyniemieccy i antyrosyjscy. Brytyjczycy całą Europę Wschodnią postrzegają jako ciemnogród, bastion europejskiego zacofania i homofobii.
Nie łudźmy się - Polacy nie są lepsi. Wszyscy mamy głęboko zakodowane w naszej podświadomości uprzedzenia wobec innych bez względu na tzw. polityczną poprawność. Po raz pierwszy wykazały to badania mózgu przeprowadzone przez psychologów z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. Poddanym eksperymentowi ochotnikom pokazywano zdjęcia ludzi o różnym wyglądzie i kolorze skóry. Żadna z tych osób, jak wcześniej sprawdzono, nie miała poglądów rasistowskich. Mimo to na widok ludzi innej rasy, szczególnie czarnej, w jądrze migdałowatym badanych powstawała automatyczna negatywna reakcja emocjonalna. Najbardziej zaskakujące było to, że negatywny stereotyp był tak głęboko zakorzeniony, iż podobną reakcję mózgu na widok Murzynów wykryto również u Afroamerykanów.
Mit obiektywności
Nawet osoby szczerze przekonane o swej obiektywności często wykazują utajone uprzedzenia wobec ludzi innych ras, narodowości, płci lub grup mniejszościowych. Przekonała się o tym prof. Mahzarin Banaji z Uniwersytetu Harvarda, jeden z najbardziej znanych psychologów społecznych zwalczających stereotypy. Uczona wychowała się w południowych Indiach i od dzieciństwa stykała się z różnymi kulturami i wyznaniami. Gdy jednak poddała się testowi tzw. skojarzeń utajonych, okazało się, że ona również żywi nieuświadomione, silne uprzedzenia w stosunku do ludzi innej rasy.
Uprzedzenia i stereotypy podobnie wpływają na inne zachowania ludzi - na karierę zawodową, sposób spędzania czasu wolnego, a nawet rodzaj uprawianych sportów. Sprzyjają nieświadomemu faworyzowaniu niektórych osób, na przykład ludzi młodych, mężczyzn albo kobiet, co w przedsiębiorstwach jest często przyczyną błędnych decyzji przy obsadzaniu stanowisk. Ujawnił to opublikowany niedawno raportu Instytutu Badań nad Demokracją i Przedsiębiorstwem Prywatnym. Okazało się, że kobiety są bardziej oddanymi pracownikami niż mężczyźni, wciąż jednak mniej zarabiają i rzadziej są obsadzane na najwyższych stanowiskach.
Stereotypy w kołysce
- Każdy człowiek, niezależnie od inteligencji i wykształcenia, ma skłonność do przypisywania pozytywnych cech sobie oraz tym osobom, które zna i lubi, a negatywnych tym, których się obawia - mówi "Wprost" kierujący badaniami nad stereotypami dr Antonio Terraciano z National Institute of Aging. Tak było już w starożytności. Egipcjanie hieroglifami wyrażali niechęć do mieszkańców Asyrii i Babilonu, bo bali się, że odbiorą im ziemie, a Grecy wszystkich, którzy nie znali ich języka, nazywali barbarzyńcami.
Uprzedzenia nie mają jednak nic wspólnego z genetycznymi predyspozycjami. Rasizmu nie wysysa się z mlekiem matki, jak powiedział były premier Izraela Icchak Szamir, zarzucając antysemityzm Polakom. W naszym umyśle mocno zakodowana jest jedynie skłonność do uprzedzeń, ujawniająca się już od najmłodszych lat. Zdaniem prof. Banaji, można by ją wykryć nawet u niemowląt. Betty Repacholi z Washington University i Samanta Pickering z University of Sydney przebadały 600 dzieci w wieku 5-11 lat. Dzieciom pokazano film, w którym kobiety grały na instrumentach uważanych za typowo kobiece, a mężczyźni na instrumentach "męskich". Po projekcji dzieci zachowywały się zgodnie ze stereotypem związanym z płcią - nawet pięcioletni chłopcy chętniej chwytali za trąbkę, perkusję czy saksofon, z kolei dziewczynki wolały flet lub skrzypce.
Instynkt kulturowy
Podobnie powstają uprzedzenia rasistowskie, bo "cenimy i uważamy za dobre to, co powszechnie wyczuwalne" - jak twierdzi prof. Banaji. Uczona wykazała to na przykładzie dzieci pochodzenia latynoskiego, które traktują poszczególne rasy zgodnie z nastawieniem powszechnie obowiązującym wśród dorosłych - uważają się za lepsze od Afroamerykanów, ale gorsze od białych rówieśników. W Polsce badania Polskiego Towarzystwa Psychologicznego wykazały, że już dzieci w szkole podstawowej z uprzedzeniem traktują przybyszów z krajów bałkańskich, Europy Wschodniej, a także Romów i Żydów.
Dzieci aż w 84 proc. podzielają opinie swoich rodziców - wykazały badania socjologów z Uniwersytetu Princeton. Wszelkie sygnały kulturowe przejmują od dorosłych instynktownie. Na przykład podczas oglądania telewizji mogą zaobserwować, że starsi niechętnie traktują inne nacje. U młodszych dzieci uprzedzenia są wyjątkowo niebezpieczne, bo maluchy mogą sądzić, że stereotypy są raczej zasadami niż tylko społeczną umową.
Defekty umysłu
Uprzedzenia i stereotypy są swego rodzaju "defektem umysłu", związanym z procesem nieuświadomionego uczenia się. Prof. Antonio Terraciano uważa, że jest to nabyta z doświadczeniem uproszczona wiedza w pigułce ze wszystkimi jej ułomnościami. Polega na automatycznym kategoryzowaniu spostrzeżeń i doświadczeń, szczególnie w odniesieniu do obcych ludzi. Ta wykształcona ewolucyjnie umiejętność ułatwiająca przetrwanie najbardziej przydaje się w nowych sytuacjach, gdy trzeba zareagować natychmiast, by uniknąć jakiegoś niebezpieczeństwa. Wykazali to psychologowie Uniwersytetu Warszawskiego, którzy badali stosunek studentów do Żydów. Badani mieli ocenić obraz, którego autorem była osoba pochodzenia żydowskiego. Tak jak się spodziewano, studenci oceniali obraz zgodnie z własnym poczuciem estetyki, jeśli nic nie zaprzątało ich uwagi. Jeśli jednocześnie musieli liczyć, np. do stu, w ich ocenie do głosu dochodziła podświadomość i ukryte postawy wobec Żydów. Takie uprzedzenia ujawniają się w sytuacjach zagrożenia lub odwoływania się do dumy narodowej, co działa podobnie jak zadanie rozpraszające uwagę. "Wtedy tracą znaczenie pozytywne jawne postawy, zasady równości i tolerancji. Zwłaszcza gdy jesteśmy w dużej grupie i nikt nie czuje się odpowiedzialny za to, co się dzieje. Taki układ czynników mógł sprzyjać pogromom w czasie wojny, również w Jedwabnem" - twierdzi na łamach miesięcznika "Charaktery" dr Norbert Maliszewski, psycholog z UW. Niestety, wszelkim formom agresji jeszcze bardziej mogą sprzyjać ukryte w naszej podświadomości niechęć i dyskryminacja, polegająca na klasyfikowaniu obcych jako mniej wartościowych lub w ogóle pozbawionych ludzkich cech.
Społeczna psychodrama
Jane Eliot, nauczycielka z Iowa, doprowadziła do konfliktu w swej szkole, gdy chciała jedynie udowodnić prostym eksperymentem psychologicznym, jak bezsensowne są rasizm i uprzedzenia. Pani pedagog podzieliła dzieci w klasie według koloru oczu. Jasnookie miały być mądre i dobrze wychowane, a ciemnookie nic niewarte. Już po upływie pół godziny szkolna psychodrama zamieniła się w awanturę dwóch wrogo nastawionych grup. Lasana Harris i Susan Fiske z Uniwersytetu Princeton badali funkcjonalnym rezonansem magnetycznym mózgi studentów podczas oglądania fotografii ludzi z różnych grup społecznych oraz zdjęć przedmiotów. Gdy prezentowano im fotografie osób cieszących się społecznym uznaniem, na przykład biznesmenów, naukowców czy lekarzy, zgodnie z oczekiwaniami wyraźnie aktywna była przyśrodkowa kora przedczołowa. Ta część mózgu jest bowiem odpowiedzialna za postrzeganie innych ludzi i dokonywanie sądów moralnych. Zupełnie inna była reakcja mózgu, gdy studentom pokazywano zdjęcia bezdomnych, narkomanów i ludzi starych - wtedy większą aktywność wykazywało jedynie jądro migdałowate, odpowiadające m.in. za uczucie negatywne, takie jak wstręt, żal i obrzydzenie. Ten sam obszar mózgu reaguje na widok przedmiotów. Świadczy to o tym - twierdzą amerykańscy psychologowie - że wobec osób nieakceptowanych społecznie w podświadomości zachodzi proces tzw. infrahumanizacji. Ludzie spoza własnej grupy, którzy na dodatek są negatywnie odbierani, zostają częściowo odhumanizowani, a nawet mogą być traktowani jako "podludzie", mimo że w świadomości są postrzegani jako ludzie.
Proces infrahumanizacji może tłumaczyć, dlaczego podczas pogromów w Krakowie i Kielcach po zakończeniu II wojny światowej mogła ożyć absurdalna plotka, że Żydzi w celach rytualnych zabijają chrześcijańskie dzieci. Ten mit mordu rytualnego krążył wśród chrześcijan w całej Europie od wczesnego średniowiecza i zawsze pojawiał się w sytuacjach konfliktowych. W Polsce po raz pierwszy w 1407 r. pisał o nim Jan Długosz w odniesieniu do Żydów krakowskich. Świadectwem pierwszych w kraju procesów w tej sprawie jest znajdujący się w katedrze w Sandomierzu obraz "Posądzenie Żydów sandomierskich o mord rytualny na dzieciach w roku 1698".
Ten wciąż mało uświadamiany mechanizm nietolerancji, za którym ukrywają się negatywne emocje, jest znacznie bardziej niebezpieczny niż negatywne stereotypy. Tym bardziej że wraz z nim rodzi się świadomość "nadczłowieka" ze wszystkimi tego konsekwencjami. Potwierdza to metaanaliza 57 badań na temat uprzedzeń z ostatnich 50 lat, jaką przeprowadziła dr Susan Fiske. Okazało się, że negatywne emocje ponaddwukrotnie częściej poprzedzają świadczące o nietolerancji zachowania niż negatywne stereotypy. To one doprowadziły do torturowania więźniów irackich w Abu Ghraib przez żołnierzy amerykańskich.
Skłonności do uprzedzeń trudno wyeliminować, ale można je kontrolować, tak przynajmniej przekonują psychologowie. Ważne decyzje ludzie na ogół podejmują świadomie, pod kontrolą rozumu. Negatywne emocje wobec innych ludzi może leczyć wzajemne zbliżenie i przyjaźń. Z badań prof. Mahzarin Banaji wynika, że najmniej uprzedzeń jest między tymi ludźmi, którzy mimo różnego koloru skóry, narodowości czy wyznania wychowywały się razem. Nie można nienawidzić ludzi, których się dobrze zna i traktuje jak swoich. Chyba że celowo będziemy pielęgnować uprzedzenia, które uznamy za korzystne jedynie dla siebie. W ten sposób można prześladować zarówno "czarnych" i rudych, jak też flecistów, organistów i ornitologów.
MITY NARODOWE
Żyd jest chciwy i przebiegły, Hiszpan to ognisty kochanek, Japończyk jest pracoholikiem, a Anglik to flegmatyk w meloniku. Tak uważa ponad 80 proc. mieszkańców krajów rozwiniętych. Zaprzeczają temu badania amerykańskiego National Institute of Aging, które wykazały, że powszechne stereotypy narodowe nie zawierają prawdy ani o innych, ani o nas samych. Są jedynie powtarzanymi od pokoleń i nie weryfikowanymi opiniami. - Nie ma typowego przedstawiciela danego narodu, a jakiekolwiek próby określenia go to jedynie poruszanie się między dwoma biegunami: cnoty i jej zaprzeczenia - mówi prof. Antonio Terraciano.
Włosi są tak samo romantyczni jak Szwedzi.Polacy, wbrew własnym przekonaniom, wcale nie lubią nowych doświadczeń, a do tego są konfliktowi. Hindusi, którzy uważają się za otwartych na nowe doświadczenia, okazali się bardziej zamknięci niż inne narody. Czesi - uznawani za kłótliwych - dowiedli, że są skromni i bezinteresowni. Niemcy, postrzegani jako odpowiedzialni miłośnicy ładu, tak samo dbają o porządek jak mieszkańcy Turcji, a uznający się za wyjątkowo stanowczych Amerykanie zdradzali jednakową uległość jak Kanadyjczycy.
Większość schematów dotyczących myśle-nia o innych narodach nie zmieniła się od prawie dwustu lat. Stereotyp polskiego chaosu już w XVIII wieku był tak mocno zakorzeniony w kulturze europejskiej, że w pierwszej na świecie encyklopedii hasło "anarchia" zostało opatrzone jedynie polskim przykładem. Wśród Brytyjczyków - jak zauważył amerykański publicysta Richard Reeves - od czasu podboju Irlandii wciąż pokutuje stereotyp zacofanego i zapijaczonego Irlandczyka, chociaż Irlandczycy aż do XVI wieku kształcili europejskie elity, a teraz w USA pod względem wykształcenia i sukcesów finansowych ustępują jedynie Żydom. Szczególnie długo, bo od czasu podbojów Karola X Gustawa, obciążony przeszłością jest obraz Szwedów. W Polsce, Niemczech i Wielkiej Brytanii uchodzą oni za gwałtownych i zamkniętych, chociaż badania socjologów dowodzą, że przynajmniej od 200 lat, odkąd żyją w dobrobycie, są łagodni, opanowani i otwarci na inne narodowości.
Autor: Zbigniew Wojtasiński
Współpraca: Monika Florek-Moskal
www.o2.pl | 2008-09-16 12:33
MATKI BANDYTÓW
Kiedy w połowie lat 90. rozpoczynały się procesy członków zorganizowanych grup przestępczych, matki tych bandziorów stały w korytarzach sądu i krzyczały na śledczych, prokuratorów i dziennikarzy, że im tego nie darują.
Kochany jedynak
Kiedy ktoś pyta panią Basię, co robi w Anglii jej syn, ona uśmiecha się promiennie i mówi, że pracuje tam jako kierownik sali w restauracji. Ma dużo wolnego czasu i mnóstwo pieniędzy. Pani Basia może o swoim jedynaku opowiadać w nieskończoność, o tym, jaki jest dobry, jaki opiekuńczy i szlachetny. Syn przysyła jej pieniądze i płaci także alimenty na dziecko, które ma ze swoją pierwszą żoną. Dlaczego ta żona go zostawiła? Bo to zła kobieta była. Pani Basia nie ma co do tego wątpliwości. Porzuciła jej kochanego Piotrusia dla jakiegoś nędzarza bez widoków na przyszłość.
- Każdy wie, że ten jej syn to bandyta - mówi Wojtek, sąsiad pani Basi. - Miał tu sprawę za wymuszenia i odsiedział wyrok. Potem się ożenił, bo namącił dziewczynie w głowie, że jest uczciwy, że już nigdy więcej, no takie tam standardowe bzdury. Jasne jest, że taki facet nie weźmie się do roboty, bo on po prostu tego nie potrafi, a poza tym praca go upokarza. Gdy tylko trafiła się okazja, wyjechał razem z kumplami na Wyspy i tam kroją bogatych Angoli, to jest normalna "bandyterka". Ona opowiada tak o swoim synu, no bo co ma mówić? Że jest przestępcą?
Matka nigdy nie pozwoli powiedzieć złego słowa na własne dziecko, choćby to dziecko miało 30 lat i kilka spraw karnych na koncie. Choćby przez to dziecko wylało się morze ludzkich łez. To wszystko nie ma żadnego znaczenia. Matka będzie kłamać ludziom w żywe oczy, byle tylko nie powiedzieć czegoś niedobrego o swoim synu.
- Okropne są te jej łgarstwa - mówi Wojtek. - Przecież wszyscy go tu znamy i wszyscy się go baliśmy, to jest wariat, człowiek niezrównoważony, z którego wychowaniem ona po prostu sobie nie poradziła. Gdyby jeszcze siedziała cicho albo odzywała się tylko wtedy, kiedy ktoś ją zapyta, ale nie: jeśli tylko ma okazję zaczepić kogoś i opowiedzieć o tym swoim Piotrku, natychmiast zaczyna mówić, tak jakby ją ktoś nakręcił. Gada o tym, jaki jest dobry, jaki szlachetny, jaki pracowity i uczynny, jakby nie chodziło o starego byka, który terroryzuje ludzi i zabiera im pieniądze, tylko o dziecko przystępujące do pierwszej komunii.
Morderca też człowiek
Nawet kiedy syn ma kompletnie zszarganą opinię, matka będzie go bronić i łgać ile wlezie. Im bardziej ludzie będą szydzić z jej ukochanego syna za jej plecami, tym bardziej ona będzie go bronić. Pani Ewa, kiedy mówi o swoim synu, ma łzy w oczach. Opowiada o tym, jaki był kochany, kiedy miał siedem lat, jak przynosił jej papierosy i pomagał w domu. Teraz, według opowieści pani Ewy, jej syn jest na kuracji antynarkotykowej, ponieważ - tak mówi pani Ewa - wpadł w złe towarzystwo, które zniszczyło mu życie. W rzeczywistości jej syn Robert siedzi w więzieniu za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Czynu tego dokonał w czasie "roboty", na którą wybrał się z dwoma kolegami. Zaskoczył ich w nocy jakiś przypadkowy facet i trzeba było mu zamknąć usta. Potem jego koledzy, do których policja dotarła w trakcie śledztwa, bez mrugnięcia okiem wskazali go jako głównego sprawcę. Matka woli mówić ludziom, że jej syn jest narkomanem, zdegenerowanym ćpunem. Nie może znieść myśli, że jej kochany chłopaczek kogoś zamordował, że przez niego płacze jakaś inna matka.
Kłamstwa, przemilczenia i ścieżka wydeptywana do kościoła to codzienność matek, które miały to nieszczęście, że ich synowie okazali się bandytami. Modlą się za nich, płaczą i przeklinają po cichu cały świat, bo przecież to nie ich dziecko jest winne, że stało się bandytą. - Pracowałem kiedyś z kobietą, która opowiadała niestworzone rzeczy o swoim synu - mówi Marek. - Jasne było od początku, kim był ten facet. Ona zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że ludzie wiedzą, ale miała inną taktykę. Nie kłamała, tylko zwalała winę na innych. To nie on jest winien tego, że siedzi w więzieniu za ciężkie przestępstwa, to winna jest szkoła albo przemiana ustrojowa w Polsce. Jakby była komuna, to on by miał pracę i nie musiałby rabować, żeby godnie żyć. Winny jest prezydent Reagan, choć już nie żyje, bo to on doprowadził do upadku komuny, i papież Jan Paweł II, bo mu w tym pomógł. Takie farmazony snuła owa pani codziennie, bez względu na to, o czym akurat toczyła się rozmowa. Nie mogła przestać, bo tylko tym żyła.
Matka, która wszystko rozumie
Nie każda matka jednak wstydzi się swojego syna bandyty i kłamie w jego imieniu, narażając się na śmieszność i drwiny otoczenia. Nie każda matka potrafi współczuć tym ludziom, których skrzywdził ich syn. Są matki, które uważają wręcz, że to, co robił i robi ich syn bandyta, jest usprawiedliwione i nie ma o co się denerwować. Najważniejsze przecież, że pieniądze do domu przynosi, a co tam ludzie gadają, to nieważne, bo kto by się przejmował ludzkim gadaniem.
Kiedy syn pani Marii trafił po raz pierwszy do więzienia, nawet nie myślała, by to ukrywać. Chodziła po osiedlu i opowiadała ludziom, że to nie jego wina, ale tych, których pobił, bo go zaczepili. Potem mówiła, że w więzieniu nauczy się życia. Kiedy wypuścili go za dobre sprawowanie, paradowała z nim po osiedlu pod rękę i była dumna, że ma takiego dziarskiego chłopaka przy boku. Kiedy posadzili go drugi raz, była już wściekła na cały świat i jeszcze bardziej zadowolona z tego, że jej syn siedzi. Opowiadała innym, jak radzi sobie w więzieniu, jak rządzi celą i jak daje popalić strażnikom. Kiedy wyszedł na przepustkę, urządziła mu w domu imprezę, na którą zaprosiła całą rodzinę. Wszyscy śpiewali i pili, jakby to było nie wiadomo jak ważne wydarzenie. No, ale z drugiej strony - w końcu syn z więzienia wrócił. Pani Maria nie wstydzi się swojego syna. Uważa, że jest w porządku, dobry z niego chłopak. Nie ukrywa niczego i nie kłamie. Takie widać pisane jej było życie.
O wiele gorzej niż matki tragedię rodzinną, jaką jest bez posiadanie dziecka przestępcy, znoszą ojcowie. Dla mężczyzny sytuacja, gdy jedyny syn trafia za kraty, jest nie do zniesienia. To gorzej niż córka, która się puszcza, gorzej niż pożar, który strawił dom, lub powódź, która go zalała.
- Kiedy dowiedziałem się, że mój chłopak ma iść siedzieć - mówi pan Wacław - odechciało mi się żyć. Nie chodziło o nic wielkiego, tylko o przekręty na fakturach przy sprowadzaniu towaru z Niemiec. To było coś strasznego. Myślałem oczywiście, że jest niewinny, chciałem wynająć adwokata, ale kiedy dowiedziałem się, ile bierze taki adwokat, opadły mi ręce. To nie są wydatki dla normalnego człowieka. W trakcie śledztwa okazało się jednak, że coś tam było rzeczywiście w tych fakturach. Serce we mnie zamarło. Kiedy odwiedziłem go w więzieniu, o mało go nie zatłukłem, strażnik mnie odciągnął. Myślałem, że umrę. Syn pana Wacława będzie siedział do przyszłego roku. Ojciec nie wie, jak mu się tam żyje, bo nie odwiedza go wcale. Wstydzi się.
Rafał Majchrzak
"FAKTY I MITY" nr 50, 20.12.2007 r. CZYTELNICY DO PIÓR
CO W NAS DRZEMIE
KIEDY KOLEGA Z PRACY PRZYNIÓSŁ MI DO PRZEJRZENIA SWÓJ ZBIÓR FILMÓW, OGARNĘŁO MNIE PRZERAŻENIE. KAŻDY FILM TO STUDIUM LUDZKIEJ DEGRADACJI, OBSESYJNEJ PRZEMOCY, WYRAFINOWANEGO SPOSOBU ZABIJANIA.
Co takiego drzemie w człowieku, że jest gotów wydać pieniądze na oglądanie tak przerażających scen. Uwłaczające godności człowieka jest ekscytowanie się okrucieństwem, śmiercią i gwałtem. Dziwię się, że jeszcze nikt nie sprzedaje biletów na sekcję zwłok. Kiedyś nie do pomyślenia było w kinie pokazywanie zabójstwa na oczach widzów – odbywało się to zawsze poza kadrem. Nawet obraz Bitwa pod Grunwaldem nie pokazuje kropli krwi. Obecnie krew ścieka po wszystkim, a mózg na ścianie to normalność. Nie zauważyliśmy, że już dawno przekroczono dopuszczalną granicę obsceniczności. Współczesna sztuka filmowa to ślepy tor prowadzący ludzkość w otchłań samozniszczenia. Czternastoletnie morderczynie swej koleżanki z klasy opowiadały w TVP, że chciały sprawdzić, „czy się umiera tak jak na filmach”. Były rozczarowane.
W szkołach i akademikach uczniowie strzelają do rówieśników, tak jak ich filmowi bohaterowie. Czy rozmawiano w mediach o zakazie epatowania śmiercią z ekranu? Nie, sugerowano jedynie większe zabezpieczenia i ograniczenia dostępu do broni. To jest chore. Jesteśmy manipulowani przez show-biznes, on ustala nasze morale. Żadna tematyka nie usprawiedliwia propagowania zabijania. Czemu mam się ekscytować jakąś kampanią wojenną czy sprzętem wojskowym do rozszarpywania ludzkich ciał? Dlaczego patriotyzm to tylko wojsko, śmierć i martyrologia?
Obłuda aktorów jest równie porażająca. Nie słyszałem jeszcze nigdy od nich słowa „przepraszam” za to, że w swych filmach przeklinają w co drugim słowie, że pokazują, jak się zabija człowieka, jak bije i upokarza. Mówią natomiast pięknie, w wywiadach, jakie to głębokie wartości chcą nam przekazać swą rolą. Czy nikt nie może oskarżyć aktora, producenta lub dystrybutora za promowanie czynów zabronionych?! Uważajmy, co oglądamy, co oglądają nasze dzieci. Zło przyciąga zło, dobro czyni dobro. Nie zgadzajmy się na wulgaryzmy naszych „gwiazd”, im tego po prostu nie wolno robić. Wymówkę, że „to taki zawód”, stosują także prostytutki i złodzieje. Tylko że tamci nie rozdają autografów.
Zbigniew Kosiński
„WPROST”
nr 46(1299), 2007 r.
WIELKIE DOŁOWANIE
NIE PODDAJĘ SIĘ NEGATYWNYM
OPINIOM – TAK SĄDZI WIELU Z NAS. TO ZŁUDNE PRZEKONANIE.
Negatywne argumenty są tak silne, że nawet jeśli wielokrotnie wysłuchamy ich z ust tylko jednego człowieka, wpływają one na nas tak przekonująco, jak zapoznanie się z opiniami wielu różnych ludzi. – Pod wpływem negatywnego nastawienia innych szybko zmieniamy własną opinię, nie tylko z dobrej na złą, ale także ze złej na jeszcze gorszą – mówi dr Adam Duhachek z Indiana University.
Aż 82 proc. badanych przez firmę Goodmind stwierdziło, że w ostatnich 12 miesiącach dokonali zakupu, kierując się opinią innych osób, a 74 proc. pod wpływem negatywnych opinii innych zrezygnowało z poważnego zakupu, na przykład komputera, sprzętu elektronicznego lub samochodu. – Rozwój Internetu wytworzył grupę klientów, która jest wręcz uzależniona od opinii innych osób. Ci klienci tworzą grupy wymieniające opinie mailami. Opierają się zarówno na zdaniu przyjaciół, jak i globalnej sieci klientów – mówi Peter Mackey, szef firmy Goodmind. Negatywnym opiniom ulegamy tym bardziej, im ważniejszą decyzję mamy do podjęcia. Amerykański biolog Paul Ewald z Amherst College porównuje rozprzestrzenianie się ich do zakażeń bakteriami opornymi na antybiotyki. Nie ma na nie lekarstwa.
ŚMIERTELNY PESYMIZM
– Jeśli często słyszymy złe opinie na swój temat, na przykład z ust partnera czy szefa w pracy, zaczynamy w nie wierzyć i zatracamy poczucie własnej wartości. W efekcie spada jakość naszego działania, stajemy się gorsi w pracy i rodzinie. Wpadamy w błędne koło, które paraliżuje nasze działania – wyjaśnia doc. Janusz Heitzman z Kliniki Psychiatrii Sądowej Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Często takie zachowanie jest warunkowane od dzieciństwa. Wtedy podatność na zakażanie negatywnymi opiniami jest największa, szczególnie ze strony najbliższych osób. Dziecko, które słyszy od rodziców: „Ty nigdy nic nie robisz dobrze", traci motywację do rozwoju. W efekcie nie podejmuje wyzwań także w życiu dorosłym. „Negatywne opinie błyskawicznie się rozprzestrzeniają, infekują umysły i zmieniają nasze zachowanie, tak jak wirus komputerowy zakłóca działanie oprogramowania" – stwierdził Aaron Lynch w książce „Thought Contagion” (Zaraza myśli). Becca Levy z Yale University dowiodła, że osoby, które negatywnie myślą o swojej starości, żyją o siedem i pół roku krócej niż ci, którzy z pogodą ducha akceptują upływ czasu.
Niszczącą siłę negatywnych opinii potęguje to, że przypisanie komuś jednej negatywnej cechy powoduje, iż łatwo obarczamy go innymi wadami, nawet takimi, których nigdy nie zaobserwowaliśmy. Jedynie na podstawie niejasnych przesłanek łatwo przypisujemy kogoś do „grupy trzymającej władzę" czy do „układu". Zjawisko to stało się fundamentem działania tzw. czarnego PR. Manipuluje on negatywnymi informacjami na temat ludzi, organizacji czy instytucji, żeby podważyć ich wiarygodność. Na świecie pionierem w wykorzystaniu tego zjawiska w polityce był amerykański XVIII-wieczny polityk Samuel Adams. Głosił on zasadę: „Przedstaw wroga w złym świetle, a już w nim pozostanie”. Walcząc przeciwko brytyjskiemu prawu kolonialnemu, organizował komitety korespondencyjne w celu rozpowszechniania fałszywych antybrytyjskich informacji.
W Polsce prekursorem politycznego czarnego PR był Stan Tymiński. W 1990 r. opowiadał o czarnej teczce, która pomoże mu pogrążyć rywali. Udało mu się przekonać do siebie tak wiele osób, że obok Lecha Wałęsy przeszedł do II tury wyborów prezydenckich. Przykładem siły rażenia negatywnych opinii jest zdarzenie związane z Donaldem Tuskiem. Kiedy przed drugą turą wyborów w 2005 r. pojawiła się informacja, że jego dziadek ochotniczo służył w Wehrmachcie, stracił część poparcia, chociaż informacja okazała się nieprawdziwa.
WIARYGODNA PLOTKA
Skłonność do ulegania negatywnym opiniom nie oznacza, że człowiek z natury jest pesymistą. Nie ma też nic wspólnego z siłą sugestii, jak dotychczas sądzono. Uleganie wpływom innych jest w nas genetycznie zaprogramowane. Nasi przodkowie naśladowali to, co robią inni, by uniknąć niebezpieczeństwa. Zdolność do bacznego ob