![]() |
ARTYKUŁY
(RELIGIA A...)
CIEKAWOŚĆ TO PIERWSZY KROK DO... WIEDZY
(WROGA ORGANIZACJI RELIGIJNYCH – STĄD STRASZONO PIEKŁEM...)
SPIS
TEMATÓW:
DO PRZEMYŚLENIA
ORGANICZNA FORMA MATERII – PO PROSTU ŻYCIE
ROZWIĄZANIA NATURY
– absurdy
– anegdoty lub opis prawdziwych zdarzeń
– cytaty
– działania
– myśli
– pomysły
– postulaty
–
powiedzenia
– inne, różne
![]()
DO PRZEMYŚLENIA
„FAKTY I MITY”:
"FAKTY I MITY" nr 48, 06.12.2007 r. ŻYCIE PO RELIGII
BŁOGOSŁAWIENI
DOCIEKLIWI
Ludzka skłonność do
zmyślania i dawania wiary w opowieści zmyślone jest tak silna, że aż
fascynująca. Historia, także ta najnowsza, nie przestaje dostarczać przykładów
tej specyficznej człowieczej „twórczości”.
Na łamach „FiM” wspominaliśmy już o mitach i legendach, w jakie obrosło wydarzenie stosunkowo nieodległe – słynny poznański Czerwiec’56. Sprawa jest fascynująca, bo przecież rozruchy, o których mowa, nie działy się przed wiekami i w jakimś odległym zakątku świata. Żyją wśród nas świadkowie tamtych wydarzeń, są zdjęcia i dokumenty. Tymczasem poważni badacze tamtych wydarzeń wciąż demaskują artykuły prasowe i książki pełne kłamstw o tamtych wydarzeniach, nie brak też „świadków” i „kombatantów”, których zeznania uznano za zmyślone. I jak zwykle zmyślone opowieści przenikają do świadomości zbiorowej i funkcjonują własnym życiem, jakby kompletnie niezależnym od rzeczywistych wydarzeń sprzed pół wieku.
Kilka dni temu na łamach „Przeglądu” ukazał się tekst pt. „Poznański Katyń”, którego autor, dr Łukasz Jastrząb, demaskuje niektóre kłamstwa na temat wydarzeń poznańskich, m.in. o rzekomych masowych egzekucjach, ostrzeliwaniu miasta z powietrza, zaginionych, zbuntowanych przeciw władzy żołnierzach, a nawet piersiastych, rudych Rosjankach (sic!) strzelających z okien do polskich kobiet i dzieci.
Dlaczego te sprawy miałyby interesować czytelników „Życia po religii”? Otóż skłonność do zmyślania i powielania wymyślonych opowieści ma nieodłączny związek z funkcjonowaniem mitów religijnych. Wyjaśnienie mechanizmów powstawania tego rodzaju legend miałoby kapitalne znaczenie dla oceny zjawisk religijnych, świadectw o cudach, uzdrowieniach itp.
Sprawa wymagałaby, oczywiście, badań całych zespołów naukowych, ale na potrzeby niniejszego tekstu zwróćmy uwagę na dwa elementy związane z kwestią tworzenia zmitologizowanych relacji – motyw zysku oraz – czasem z nim luźno związany, czasem niezależny – czynnik mitomański. Na przykładzie historii poznańskiego Czerwca widać, że w przypadku tego rodzaju wydarzeń zawsze pojawiają się osoby skłonne czerpać korzyści z rozpowszechniania kłamliwych opowieści. W Poznaniu np. pojawiły się osoby, które zaczęły się określać mianem „przywódców antykomunistycznego powstania”. Niektórzy z nich załapali się nawet na niezasłużoną sławę w mediach. Wykreowano nigdy nieistniejącą tajną szkołę podchorążych AK, której absolwenci rzekomo mieli brać udział w owych wydarzeniach. Ponoć absolwenci tej pochorążówki sami tłoczą medale i sami się nimi dekorują. Najbardziej „zasłużony” miał nawet otrzymać 40 (sic!) takich odznaczeń.
Sądzę także, że wiele tego typu historii zostaje puszczonych w obieg przez ludzi, którzy mają zwyczaj łączenia swoich życiorysów z ważnymi wydarzeniami lub osobami, co poprawia im znacząco samopoczucie i podnosi ocenę własną. Nie wykluczam, że część z nich szczerze wierzy w zmyślone przez siebie opowieści. Problem polega na tym, że ludzie zupełnie normalni, ale nie dość dociekliwi i krytyczni, dają wiarę takim historiom, powielają je i upowszechniają.
Można się z tego wszystkiego śmiać, gdyby nie to, że tego typu mistyfikacje są udziałem znacznej części ludzkości. Ludzie budują swoje życie na fundamencie „świadectw” spisanych przed tysiącleciami, których prawdziwości w żaden sposób nie jesteśmy w stanie udowodnić, nie wiemy też z całą pewnością, kto je spisał i ile razy przeredagował. Teksty te uważane są obecnie za „natchnione”, nieomylne i nienaruszalne. Zdumiewające zmitologizowanie wydarzeń poznańskich (mimo iż upłynęło od nich zaledwie 50 lat!), w których przecież uczestniczyło tysiące ludzi, niech będzie dla nas przestrogą, aby zbytnio nie ufać zeznaniom nawet „naocznych świadków”, jeśli istnieje podejrzenie, że mogli ulec zbiorowej histerii. Roztropny sceptycyzm jeszcze nikomu nie zaszkodził – bezgraniczna ufność natomiast pozbawiła miliony ludzi jeśli nie samego życia, to z całą pewnością wielokrotnie zawartości portfela.
Marek
Krak
"FAKTY I MITY" nr 48, 06.12.2007 r. CZYTELNICY DO PIÓR
KORZENIE GŁUPOTY
„Bóg was
kocha i ciągle na was patrzy. Wie o każdej waszej myśli i uczynku. Wie, co
będziecie robić jutro i za miesiąc. Wie także o krzywdach, które się wam
dzieją, bo w ten sposób was doświadcza, podobnie jak biblijnego Hioba. Bóg jest
wszechmogący i miłosierny. Może dać, ale także zabrać. Nic na świecie nie dzieje
się bez Jego wiedzy i zgody”.
Tak niewiele tych słów, a tyle w nich niedorzeczności i kłamstw! Od dzieciństwa jesteśmy karmieni taką właśnie papką. Szczególnie w szkole, o co zadbał i robi dalej watykański Kościół, wymuszając na rządzących, by religia była wliczana do średniej ocen. Kłamstwa te niezwykle łatwo udowodnić. Wystarczy bowiem odrobina zdrowego rozsądku i logicznej analizy tej papki oraz trochę odwagi, by zrezygnować z biernej postawy, którą narzuca nam Kościół.
Jeśli bowiem Bóg (którego wyobrażamy sobie jako osobę, co jest oczywistym błędem) jest „miłosierny”, to po co aż tak gnębił tego biednego Hioba?! Jeśli natomiast wszystko wie, bo jest „wszechmogący”, to przecież wiedział, co Hiob zrobi, a więc po co go sprawdzał?! Czyżby diabłu chciał zaimponować?! A może po prostu lubi znęcać się nad słabszymi od siebie istotami, które stworzył?!
Jeśli w ogóle istnieje, to albo nie interesuje się nami, albo nie jest „miłosierny”, lecz wręcz nieludzki i sadystyczny, a wszelkie zło, które w nas siedzi, pochodzi właśnie od niego, bowiem stworzył nas na swój obraz i podobieństwo – jak mówi Biblia.
Według niej, Bóg gnębił człowieka od samego początku. Najpierw wypędził go z raju, a przecież już przed zerwaniem jabłka przez Ewę musiał wiedzieć („jako wszechmogący”), że ona to zrobi. Był to więc z jego strony podstęp. To on przemawiał do niej ustami węża, bo przecież „nic się nie dzieje bez jego wiedzy i zgody”.
Potem rękami Kaina z premedytacją zabił Abla i całą winę zwalił na niego, zadając mu jeszcze dziwne pytania –„Gdzie jest twój brat, Abel?”; „Cóżeś uczynił?”.
Wymordował ludzi w Sodomie i Gomorze, a przecież byli jego dziełem. Jego dziećmi.
Powinien się więc na siebie wściekać, że stworzył takich „zboczków”.
Następnie (choć jako „wszechmogący” musiał wiedzieć, że to nic nie da) zesłał potop, mordując w ten sposób wszystkich mieszkańców ziemi oprócz Noego i jego rodziny. Cóż za wspaniałomyślność z jego strony!
Wniosek, jaki się sam narzuca, jest oczywisty – Bogiem kierowała niepohamowana wręcz żądza zabijania, którą stosuje do tej pory. Zmienił jedynie system, bowiem w Biblii często działał osobiście, a teraz wybiera sobie pełnomocników do wykonywania wyroków, a ci bardzo często z jego imieniem na ustach i napisami na sztandarach: Bóg – Honor – Ojczyzna, dokonywali (i dokonują) rzezi. Zbiera więc żniwa na wojnach, w katastrofach i wypadkach drogowych oraz siejąc różnego rodzaju epidemie, pożary i powodzie.
Tak właśnie wygląda żydowski Bóg w wersji oryginalnej, którego funkcjonariusze Kościoła rzymskokatolickiego ucywilizowali, przerabiając na własne kopyto. Stworzyli nową religię (i cały czas w niej grzebią), by zawłaszczać świat w sposób nie tylko duchowy, lecz nade wszystko materialny, czego dowody widzimy u nas na każdym kroku. Kultura chrześcijańska, o korzeniach której ciągle mówi prawica, to kultura śmierci, co wyżej udowodniłem na kilku przykładach wyjętych z Biblii, a w praktyce potwierdził to rzymski katolicyzm, będący motorem napędowym krzyżowych wojen, świętej inkwizycji, pogromu amerykańskich Indian, słynnej nocy św. Bartłomieja oraz tysięcy innych krwiożerczych epizodów.
Nic dziwnego zatem, że kraje Unii nie wyobrażają sobie w preambule konstytucji europejskiej jakiegokolwiek zapisu odwołującego się do tych krwawych korzeni. Zresztą tak naprawdę to wszelkie pozytywne wartości Europa wyniosła ze starożytnej kultury Greków i Rzymian. Ale niby skąd nasza prawica, wychowana w katolickim (za)duchu, ma to wiedzieć! Dlatego cała Europa (i nie tylko) uznała nas za ciemniaków i dewotów. Tylko my spośród 27 krajów Unii Europejskiej chcemy Boga w jej konstytucji, co wyraża się stosunkiem 26:1. Kolejna kompletna klapa świadczy o tym, że korzenie naszych wiodących prawicowców sięgają raczej do starożytnej Abdery – miasta słynącego z głupoty jego mieszkańców. Wypada zatem współczuć polskiej młodzieży, wychowującej się na takich wzorcach, gdyż wyjdzie ona z tego podobnie okaleczona, jak jej niewątpliwie zakłamane autorytety, mające wpływ na obecny kształt polskiej edukacji.
Patrząc na nasz kraj z ciągle rosnącą liczbą watykańskich meczetów, na zasoby Kościoła pęczniejące dzięki prezentom kolejnych rządów po 1989 roku, na lawinową zmianę nazw ulic, placów, budynków i prawie wszystkiego, co nas otacza; obserwując wyprzedaż niemal całego majątku narodowego (niejednokrotnie za złotówkę) Watykanowi i innemu obcemu kapitałowi, musimy dojść do wniosku, że już tylko z nazwy i koszmarnych długów jesteśmy Rzecząpospolitą Polską.
Witold Pater
"FAKTY I MITY" nr 11, 14-20, 03.2008 r. LISTY
RATUJ SIĘ, KTO
MOŻE!
Średniowieczny, nawiedzony Katoland... W środku Europy, w XXI wieku... Z ciemnym motłochem, który już wkrótce rozpali stosy dla biednych, chorych psychicznie ludzi, których choroba bezczelnie jest wykorzystywana przez kler do swoich otumaniających praktyk. Zgroza... Podczas gdy w cywilizowanych krajach praktyki egzorcystów są zabronione pod karą więzienia (np. Kanada), w Polsce za aprobatą władz, polskiej inteligencji, prokuratorów i lekarzy tworzy się kościelne centra egzorcystów, gdzie pozwala się klechom znęcać nad psychicznie chorymi ludźmi. Świat się śmieje, aż wstyd się przyznać, że jest się Polakiem. Już dawno utarła się opinia, że Polakom najlepiej wychodzą modły... Czy jesteśmy społeczeństwem opętanym przez jakiegoś szatana, czy raczej przez kler, który Polską rządzi już od wieków?
Krzysia i Wojtek
"FAKTY I
MITY" nr 7, 15-21.02.2008 r. CZYTELNICY PISZĄ
OTO KOŚCIÓŁ
Usłyszeliśmy w internecie krzyk.
Wsłuchajmy się weń wspólnie...
Obserwuję Kościół katolicki. Jego wiernych,
kapłanów oraz hierarchów. Analizuję historię, dogmaty. Obserwuję wyczyny – te z
przeszłości i teraźniejsze. I z coraz większym zdumieniem zastanawiam się, jak
to możliwe, żeby coś tak absurdalnego i tak mocno – w sumie – skierowanego
przeciwko człowiekowi mogło w tak masowym wymiarze egzystować i przez tysiące
lat trzymać władzę nad umysłami tak ogromnej rzeszy ludzi.
Bo czymże była, jest i zapewne długo jeszcze będzie ta przedziwna instytucja? Jest jedną z największych na świecie sekt doskonale wyspecjalizowanych w praniu mózgów swoich owieczek. Jest instytucją i sektą zarazem, mroczną i tajemniczą, w jakiś ciemny sposób trzymającą władzę nad umysłami ogromnych mas ludzkich. Zawsze był, jest i chyba pozostanie zapiekłym wrogiem wszelkiego postępu, rozwoju nauki, oświecenia, wolnej myśli.
A oto „osiągnięcia” Kościoła katolickiego:
¤ Hołubiąc i broniąc swojego patriarchalnego tworu, przez całe wieki czynił kobiecie niewyobrażalną krzywdę jako istocie rzekomo gorszej i nieczystej, a ledwo narodzone i niczego nieświadome dzieci przywłaszcza sobie rytuałem zwanym chrztem;
¤ Z erotyzmu i jego całego piękna uczynił grzech. Seks, miłość wolną, piękną, pełną doznań duchowych i zmysłowych, sprowadził do ohydnego podziemia ludzkiej świadomości i trzyma tam – u swoich wyznawców – do dzisiaj;
¤ Do perfekcji doprowadził sztukę fałszerstw, kłamstw, przeinaczeń;
¤ Przez wieki sam tworzył dogmaty i wynaturzone prawa, wmawiając maluczkim boskie w tym sprawstwo;
¤ Z Boga uczynił pamiętliwego, złośliwego kata karzącego na lewo i prawo za wszystko i wszędzie, strącającego do wymyślonego przez Kościół piekła bez opamiętania wszystkich, którzy mu pod rękę wpadną;
¤ Ustanowił przymusowy celibat dla duchownych – jeden z najbardziej chorych pomysłów, jaki tylko można sobie wyobrazić – tylko po to, aby majątki zgromadzone przez księży po ich śmierci nie wpadły w ręce potomków, lecz wróciły do Kościoła. Ten posunął się nawet do superbzdury, wymyślając niepokalane poczęcie i pozbawiając matkę Chrystusa – czołowej przecież postaci Kościoła – wszystkich pięknych cech kobiecości, macierzyństwa, miłości nie tylko zmysłowo-cielesnej, ale i duchowej;
¤ Prowadził krwawe krucjaty, nawracając niewiernych ogniem i mieczem na łono „jedynie słusznej wiary”;
¤ Wsławił się takimi „wynalazkami” jak Święta Inkwizycja, palenie na stosach wolnomyślicieli, ludzi nauki, sztuki, oświecenia i postępu;
¤ Zapisał się niezwykłą wręcz chciwością, gromadząc dobra nieprzebrane i od wieków nie ustając w tej działalności.
Myślę, ja – ateista zatwardziały – że Bóg musi być istotą niezwykle dobrą, mądrą i tolerancyjną. Albo go po prostu nie ma. Inaczej nie potrafię sobie wytłumaczyć Jego milczącej zgody na wyczyny Kościoła, który przecież imieniem tego
Boga się pieczętuje. Chyba że ten Bóg rzeczywiście jest taki, jakim go Kościół katolicki przedstawia...
Kościół katolicki to instytucja wciąż zaborczo aktywna. Nigdy nie spoczywa na laurach, a wszędzie tam, gdzie mu na to pozwolą, zwłaszcza w Polsce i krajach Trzeciego Świata, przypuszcza totalną ofensywę. Czuję się osaczony wyznawcami jedynie słusznej religii. Jest wszędzie. W prasie, telewizji, radiu. Jest w szkole, w urzędach i na ulicy. Wciska się do mojego domu i łóżka. Nie mogę wysłuchać wiadomości bez informacji o poczynaniach papieża, kardynałów, biskupów, księży... Co tydzień jakieś ważne kościelne wydarzenie zajmuje łamy nie tylko oficjalnych mediów. Co miesiąc jakaś ważna rocznica związana z papieżem Janem Pawłem II. Co pół roku następny wspaniały o NIM film. Im dalej od śmierci Karola Wojtyły, tym więcej cudów, których rzekomo był autorem...
Wszędzie krzyże, pomniki, tablice upamiętniające, dzwony, święte relikwie, cudowne obrazy, płaczące Madonny, cuda na kominach, drzewach i na szybach w oknach. Kraj prześciga się w budowaniu coraz większych krzyży, pomników, figur, dzwonów i świątyń. Pielgrzymka goni pielgrzymkę. Młodzież wędruje tam i z powrotem pod szczupakiem czy też karpiem w Lednicy. Nawet na plaży w Międzyzdrojach pełno młodych ludzi ubranych w koszulki z napisem: „Pokolenie Jana Pawła II”. Co druga ulica to ulica Jana Pawła II. Setki (tysiące?) szkół to szkoły Jana Pawła II. Szpitale, skwery, osiedla... – Jana Pawła II lub Prymasa Tysiąclecia. Drzewa w lesie, ponoć dęby – Jana Pawła II...
Naród płaci niewyobrażalne pieniądze na budowanie coraz to wymyślniejszych i absurdalnych budowli sakralnych. Nowi władcy Polski, którzy wygrali właśnie wybory, zamierzają swojego Boga i wyznanie wprowadzić do konstytucji, prawodawstwa i ustawodawstwa. Decyzje polityczne, ekonomiczne i społeczne podejmuje się po uzyskaniu aprobaty hierarchów Kościoła...
¤ ¤ ¤
Instytucje kościelne i przykościelne stoją ponad prawem państwa polskiego. Nie płacą należnych podatków. Nie muszą się rozliczać ze swoich dochodów, przychodów
i wydatków. Decydują o kształcie
i formie oświaty i szkolnictwa,
o życiu i zdrowiu kobiety ciężarnej...
To proboszcz kształtuje kręgosłup moralny lokalnych społeczności. Zastępy dewotek i bigotów w moherowych beretach potworzyły czujki i patrolują sklepy i ulice, węsząc rozprzężenie moralne; stanowią o wartościach moralnych społeczeństwa. To, co wczoraj było po prostu śmieszne, dzisiaj staje się normą społeczną.
Żyję w państwie wyznaniowym. Moher w triumfalnym marszu zajmuje coraz to nowe pozycje. Czuję się osaczony dominującą w tym kraju religią. Jestem wystraszony szturmem Kościoła katolickiego, który wciska mi się powoli wszędzie.
Słyszałem gdzieś, że państwo polskie miało być państwem świeckim z wyraźnym rozdziałem Kościoła od państwa. Chyba mi się wydawało, że słyszałem... Zastanawiam się, kiedy na ulicach pojawią się wreszcie kościelne komanda w czarnych mundurach. Taka religijna policja. Brr... skóra mi cierpnie.
Pozdrawiam wszystkich wolnych od katolickich uzależnień.
Oprac. AT
"FAKTY I MITY" nr 1, 10.01.2008 r. ŻYCIE PO RELIGII
W
CICHEJ IZDEBCE
Jestem bardzo wdzięczny mojemu redakcyjnemu koledze, panu Bolesławowi Parmie, za polemikę z działem „Życie po religii” („FiM” 48/2007), zatytułowaną „Spór o Boga”. Dobrze jest rozmawiać ze sobą, przedstawiać swoje racje i mierzyć się na argumenty, co pozwala nie tylko lepiej poznać innych, ale też jaśniej zobaczyć własne stanowisko. Dla Czytelnika jest to szansa na przewartościowanie własnej postawy i wybór opcji, która wydaje mu się słuszniejsza.
Redaktor Parma prowadzi na łamach „Faktów i Mitów” dział zatytułowany „Okiem biblisty”, przeznaczony dla tych naszych Czytelników, którzy wierzą lub poszukują wiary. Jego rozważania są pisane w duchu ewangelicznego chrześcijaństwa, które dla mnie, człowieka niereligijnego, nie jest kierunkiem myślenia i życia szczególnie bliskim. Jednak cenię autora za konsekwentną prezentację światopoglądu ewangelicznego, który jest cenną religijną alternatywą dla dominującego w naszym kraju rzymskiego katolicyzmu. Cenię go także za to, że wewnątrz własnego nurtu chrześcijaństwa potrafi prezentować śmiałe poglądy – na przykład doceniać wkład liberalnego protestantyzmu w refleksję nad Biblią. W kraju pseudoreligijnym, w którym wiara najczęściej mylona jest z bezmyślnym podążaniem za tzw. tradycją, twórcza refleksja i odwaga są w wielkiej cenie.
Mój redakcyjny kolega podkreśla w poznaniu Boga rolę indywidualnego doświadczenia poprzedzonego aktem wiary. A zatem „kto chce poznać Boga i przekonać się o jego istnieniu (...) musi w niego uwierzyć i w to, co przekazał za pośrednictwem proroków i Jezusa Chrystusa. Dopiero wówczas, zgodnie z biblijną obietnicą, każdy bez wyjątku może oczekiwać, że Bóg objawi mu siebie”. Zatem – najpierw akt wiary, a później doświadczenie jego skutków. Autor podkreśla także, że ten, kto chce poznać Boga, na pewno go znajdzie, a ten, komu na tym nie zależy, nawet gdyby widział wiele cudów, to i tak nie uwierzy.
Z punktu widzenia społecznego postawę autora traktuję jako cenną, ponieważ widać w niej podkreślenie roli indywidualnych doświadczeń i przeżyć, które raczej nie nadają się do narzucania innym. Każdy sam musi spróbować, jak to jest z tym „poznaniem” Boga. I to jest bezpieczne, bo dalekie od chęci narzucania czegokolwiek innym, dekretowania istnienia Boga w konstytucjach i prawach. W kraju na pół wyznaniowym, takim jak Polska, po stokroć bardziej wolę takie chrześcijaństwo od rzymskiego katolicyzmu próbującego narzucić wszystkim swój obraz świata w imię pseudoobiektywnych racji. Tacy chrześcijanie jak mój redakcyjny kolega z pewnością ramię w ramię ze świeckimi humanistami będą bronić świeckości państwa przed religijną czy antyreligijną dyktaturą.
Jednak z punktu widzenia światopoglądowego sporu o Boga, postawa sugerująca, że można go poznać głównie w „cichej izdebce” własnego serca, by odwołać się do tego biblijnego obrazu, nie jest w mojej ocenie przekonująca. Bowiem wymaganie uwierzenia przed doświadczeniem sprawia, że po akcie wiary wszelkie przeżycia będą oceniane i analizowane przez wierzącego z punktu widzenia przyjętej wcześniej wiary i doktryny. Poznawczo jest to stanowisko dosyć niebezpieczne, bowiem nie prowadzi do żadnej bardziej obiektywnej wiedzy. W konsekwencji każdy „w swoim sercu” może kolekcjonować wrażenia i przeżycia podobne, ale służące do usprawiedliwienia przeciwnych sobie doktryn i sprzecznych „prawd wiary”. I tak np. cudowne uzdrowienia, wzniosłe duchowe przeżycia czy wreszcie poczucie „bycia prowadzonym przez Boga” występują w każdej religii i wyznawcy każdej z nich odczytują je jako dowody prawdziwości własnego stanowiska. Nadprzyrodzone wydarzenia u religijnej konkurencji traktują bądź jako objawy działania sił ciemności (u fundamentalistów), bądź jako dowody, że wszyscy mają trochę racji (u światopoglądowych liberałów). Pierwsze stanowisko mnie, racjonaliście, wydaje się moralnie podejrzane, drugie – nic niewnoszące do poznania świata. Bo skoro Bóg prawdziwy może być jednocześnie zarówno zazdrosnym Bogiem Izraela, jak i świętą krową hinduizmu, to po co w ogóle zawracać sobie nim głowę? Nad postawy: „tylko my mamy rację” (zarozumiała) i „wszyscy mają rację” (naiwna) bezpieczniejsza i bardziej racjonalna wydaje mi się postawa: „nikt nie może mówić, że ma rację, jeśli nie potrafi jej udowodnić”.
Marek Krak
„FAKTY I MITY” nr
30, 02.08.2007 r.
CHWAŁA PANU!
Kościół ma problem w ustaleniu, czy za tragiczną śmiercią pielgrzymów
stoi Bóg czy szatan. Tymczasem francuska prokuratura twierdzi, że to księża
organizatorzy...
Zginęło 26 osób, a 24 odniosło obrażenia – część z nich wciąż walczy o życie. „Pojechali szukać Boga i znaleźli go...” – zapewniał podczas mszy żałobnej wikariusz generalny Biskupa Polowego WP, ksiądz pułkownik Sławomir Żarski. To nieszczególna zachęta dla następnych pielgrzymek... Obecni na tej smutnej uroczystości przedstawiciele najwyższych władz państwowych z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele usłyszeli też, że ludzie, którzy rankiem 22 lipca zginęli we francuskich Alpach koło Grenoble, wracając z pielgrzymki po sanktuariach maryjnych w Europie, „jechali po to, by spotkać Boga. I oni go znaleźli, on wyszedł im na spotkanie. Oni są w niebie i chwała Panu, że w ten czas powołał ich do siebie” – pocieszał zebranych klecha.
– To byli święci, ludzie gotowi na spotkanie z Oblubieńcem. Są już w niebie, bo Boga odnaleźli, kończąc swoją pielgrzymkę na Ziemi – powiedział o zmarłych ks. Żarski, sugerując, że ci, którzy przeżyli wypadek, byli mniej godni...
Tymczasem francuska prokuratura szuka winnych i przesłuchała jednego z kierowców (drugi z nich, prowadzący pojazd w chwili wypadku, zginął) oraz kilku lżej rannych pasażerów.
Z wstępnych zeznań świadków oraz rekonstrukcji przebiegu wypadku wynika, że:
* kierowca absolutnie nie miał prawa znaleźć się na tej drodze. Ten wyjątkowo stromy jej odcinek jest wyłączony dla transportu publicznego, o ile pojazdy nie mają specjalnego pozwolenia;
* stan techniczny autokaru wciąż jest badany, ale wiadomo już, że podczas długiego i ostrego zjazdu hamulce nie wytrzymały obciążenia;
* objazd byłby o 30 kilometrów dłuższy, ale siedzący z przodu księża wymogli na kierowcy, żeby pojechał krótszą, górską trasą, bo chcieli zobaczyć szlak, którym w 1815 roku cesarz Napoleon wracał z Elby. Kilku pielgrzymów natychmiast to podchwyciło. Zresztą parafianie wiedzą, kto rządzi, zwłaszcza na pielgrzymce...
-------------------------------------------------------------------------
Premier Jarosław Kaczyński zapowiedział, że przeznaczy po 100 tys. zł dla każdej z rodzin osób poszkodowanych w wyniku wypadku autokaru we Francji.
– Wesprzemy ich dodatkową kwotą, przekraczającą 10 tysięcy złotych – obiecuje szef gabinetu prezydenta Maciej Łopiński.
Polacy na forach internetowych zaczynają pytać:
* „Czy ofiary zawalenia się hali w Katowicach i rodziny górników z Halemby też tak zostały docenione jak pielgrzymi?”;
* „Czy rodziny ofiar wypadków na polskich drogach, matki okaleczonych dzieci i sieroty, które straciły rodziców, będą dostawać porównywalne kwoty?”.
Odpowiadamy: 2 x NIE!
* „Czy Watykan, Episkopat lub parafia organizująca wyjazd też zabezpieczą potrzeby bytowe rodzin pielgrzymów?”.
Odpowiadamy: TAK! Modlitwą.
* „Na ile ta nadzwyczajna hojność polskiego rządu jest związana z przewidywanymi, przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi?”.
Odpowiadamy: odpowiedzcie sobie sami!
------------------------------------------------------------------------
Przypomnijmy jeszcze:
* wrzesień 2005 r. – dziewięciu maturzystów z Białegostoku plus dwaj kierowcy autobusu wiozącego ich na pielgrzymkę do Częstochowy. Spłonęli żywcem. Zginął też kierowca tira, z którym zderzył się pojazd z pielgrzymami. 40 dziewcząt i chłopców zostało rannych. „Pan tak chciał” – wytłumaczyli tragedię kościelni organizatorzy;
* czerwiec 2002 r. – nieopodal węgierskiego jeziora Balaton zginęło 20 polskich pielgrzymów do Medjugorie. Ok. 30 osób doznało obrażeń. „To szatan nie chciał pozwolić, by dotarli do Medjugorie! Chciał, żeby wszyscy zginęli!” – wyjaśnił na łamach Rydzykowego „Naszego Dziennika” światowej sławy egzorcysta, ks. Gabriel Amorth.
Francuska prokuratura upiera się, że to jednak księża wymogli na kierowcy przejazd zakazaną trasą...
Dominika Nagel
"FAKTY I MITY" nr 12,
21-27.03.2008 r. ŻYCIE PO RELIGII
ZARZĄDZANIE CUDZĄ NIEWIEDZĄ
Czas świąt
Wielkiej Nocy to w Polsce okres zwiększonej medialnej agresji panów w czerni,
specjalistów od objawiania tajemnic oraz od nadawania sensu życiu. To żniwa
menadżerów od zarządzania brakiem wiedzy.
Słowo „zarządzanie”
zrobiło wielką karierę w ciągu ostatnich dwóch dekad. Obecnie można nie tylko
skutecznie zarządzać firmą czy personelem tej firmy, ale czasem nawet kryzysem
lub strachem. Spróbujmy to modne określenie zastosować do działu gospodarki
polegającej na sprzedaży ubezpieczeń na życie wieczne, czyli do branży
religijno-kościelnej.
Wielokrotnie
na tych łamach dowiedliśmy, że Kościół żyje z ludzkiej niewiedzy. Kiedy wiedza
naukowa była jeszcze w powijakach, religie udzielały odpowiedzi na pytania
dotyczące pochodzenia świata i człowieka. Nie przez przypadek Kościół tak
zapiekle zwalczał wolną myśl naukową, skoro ona wydzierała mu pole, na którym
prosperował, psuła mu rynek. Odkąd przegrał tę walkę, skupił się bardziej na
nadawaniu celu ludzkiemu życiu, na sprzedawaniu na przemian strachu i nadziei.
Odkąd już prawie nikt nie boi się piekła, pozostało handlowanie nadzieją.
Święta
Wielkiej Nocy to doskonała okazja do przypomnienia o świadczonych usługach.
Kościół z wielką pewnością siebie opowiada o zmartwychwstaniu pewnego
żydowskiego proroka sprzed dwóch tysięcy lat. W tamtych czasach nie wierzyli w
to zmartwychwstanie nawet niektórzy z jego wyznawców, o czym święty Paweł pisze
ze sporym żalem. Inni widzieli ponoć swego mistrza żywego, ale nie poznali, tak
bardzo ów cud go odmienił. Ale duchowni po upływie tysiącleci wiedzą o
zmartwychwstaniu z niezachwianą pewnością, choć dotąd nie udało się ustalić,
gdzie właściwie przebywa owa zmartwychwstała i ponoć bardzo aktywna osoba. Nie
mniej pewni okazują się redaktorzy programów telewizyjnych goszczący panów w
czerni. Zmartwychwstanie to już nie tylko przedmiot wiary chrześcijan, to
pewnik, fakt empirycznie stwierdzony – przynajmniej na terenie współczesnej
Polski...
Skoro
przedmiot wiary Kościoła „nie podlega wątpliwości”, dla lepszego efektu wypada
jeszcze zakwestionować to, co już nauka potrafi w miarę obiektywnie ustalić.
I tak w
jednym z tegorocznych przemówień Benedykt XVI dowodził, jak bardzo potrzebna
jest wiara i teologia, skoro nauka „nie może powiedzieć, kim jest człowiek,
skąd przybywa i dokąd zmierza”. Papież pięknie narysował szczelinę, w której
schronił się Kościół, uciekając przed nawałem współczesnej nauki – to pytania o
cel i sens człowieczeństwa. To nieważne, że nauka zna większość odpowiedzi na
Benedyktowe pytania, ważne, że ludzie o tym nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć. I
właśnie tą ich niewiedzą firma papieska bardzo skutecznie zarządza.
Nauka od
dawna wie, kim jest człowiek. Otóż jest on ssakiem, jednym z podgatunków istot
człekokształtnych, którego historia ma najwyżej kilkaset tysięcy lat. Wiadomo
też, skąd przybywa – z równin wschodniej Afryki, a uczeni są w stanie dzięki
badaniom genetycznym prześledzić nawet poszczególne fale i kierunki jego
migracji.
A dokąd
zmierza? Tego nie wie nikt – nawet Benedykt XVI – i nie jest to pytanie, na
które można oczekiwać odpowiedzi zgodnej z prawidłami logiki. Nie mamy danych,
aby na nie odpowiedzieć, bo dane te znajdują się w przyszłości, czyli w czymś,
czego jeszcze nie ma. Obserwując historię rozmaitych gatunków zwierząt, można
jedynie domniemywać, że prędzej czy później znikniemy – za sprawą własnych
działań lub w przegranym pojedynku z naturą. O sensie życia człowieka nie da
się też powiedzieć niczego innego poza tym, że każdy z nas może go sam sobie
nadać.
Istnieje
wiele powodów ku temu, aby być rozczarowanym losem, jaki natura zgotowała
człowiekowi; można się o to obrażać lub nawet gniewać. Ale zatykanie sobie
uszu, by nie usłyszeć prawdy i zastępowanie jej opowieściami głoszonymi przez
rozmaitych cwanych menadżerów od niewiedzy wydaje się niegodne homo sapiens –
człowieka myślącego.
Marek Krak
"FAKTY I MITY" nr 10, 7-13.03.2008 r.
NAUKA NA INDEKSIE
To fragment
wstępu do Indeksu ksiąg zakazanych (Index librorum prohibitorum) w ostatnim
jego wydaniu z roku 1948. Instytucja ta została przez Kościół zorganizowana w
roku 1559, po wynalezieniu druku oraz umocnieniu się protestantyzmu. Po wydaniu
tego pierwszego generalnego spisu miało miejsce WIELKIE PALENIE. W roku 1572
papież Pius V utworzył tzw. trybunał indeksu, departament w ramach Kongregacji
Świętego Oficjum, który miał za zadanie doglądanie i aktualizowanie Spisu.
Oczywiście, zakazywanie i palenie ksiąg sięga prawie samych początków
chrześcijaństwa. (...)
Nigdy nie znalazły się na nim dzieła Hitlera,
Rosenberga, Mussoliniego czy Franco. Dużo niebezpieczniejsza była bowiem
astronomia, kosmologia, biologia, psychologia, medycyna, geografia, geologia,
zoologia czy nawet optyka. Bo teologowi łatwiej się dogadać z faszystą niż z
biologiem...
Mariusz Agnosiewicz
www.racjonalista.pl
„FAKTY
I MITY” nr 14, 08.04.2004 r. ŻYCIE PO
RELIGII
CKLIWOŚĆ
Język
chrześcijańskiej propagandy
przez wszystkie
przypadki odmienia
słowo „miłość”.
Wszyscy wszystkich
kochają: Bóg –
ludzi; Kościół
– Chrystusa;
wierzący – bliźnich;
ofiary – swoich
oprawców. Tyle w tym jest
odniesienia do
rzeczywistości, co w partii
narodowosocjalistycznej
było socjalizmu,
a w Kraju Rad –
demokracji przedstawicielskiej...
Chrześcijaństwo
samo siebie
nazywa religią
miłości. Istotnie,
w żadnej innej
religii o miłości
nie mówi się tak
wiele. W żadnej
też słowa tego tak
bardzo się
nie nadużywa.
Odejście od religii
oznacza porzucenie
językowych
nadużyć kościołów
w imię szacunku
dla prawdy.
Najbardziej
kuriozalna jest chyba
słynna „miłość
nieprzyjaciół”, do
której wzywa
swoich wyznawców Jezus
z Nazaretu.
Pojęcie miłości, obok
większej lub
mniejszej dozy życzliwości
okazywanej komuś,
zawiera w sobie
także silny
ładunek emocjonalny.
Nie ma miłości bez
intensywnych
uczuć pozytywnych.
Tymczasem nie
ma żadnego powodu,
aby takimi
uczuciami obdarzać
ludzi nas nienawidzących,
czyli wrogów.
Więcej
– kochanie
nieprzyjaciół jest psychologicznie
niemożliwe. Wbrew
temu,
czego uczą
kościoły, miłości nie można
w sobie sztucznie
rozpalić albo
„wzbudzić”, jak
każe Krk. Miłość raz
powstałą
spontanicznie można co
najwyżej w sobie
pielęgnować. Tymczasem
wobec
nieprzyjaciół możemy
żywić wszelakie
uczucia: strach, nienawiść,
odrazę, ale z
pewnością nie
miłość! Sama idea
nadstawiania drugiego
policzka jest
zresztą odrażająca
i niebezpieczna.
Winniśmy ludzi
traktować tak, jak
na to zasługują,
bo to jest dobre
zarówno dla nich,
jak i dla nas.
Sprawiedliwość działa
wychowawczo, choć
oczywiście nie
gwarantuje
pedagogicznego sukcesu.
Sprawiedliwe
postępowanie buduje
w nas poczucie
własnej wartości
i przynosi
poczucie bezpieczeństwa
– wróg właściwie
potraktowany prawdopodobnie
nie odważy się
zaatakować w przyszłości.
Sławetna „miłość
bliźniego” jest
również językowym
nieporozumieniem.
W rzeczywistości
jesteśmy
w stanie kochać
bardzo ograniczoną
liczbę osób. W
stosunku do innych
powinniśmy
okazywać tolerancję,
życzliwość,
sympatię, współczucie,
jeśli oczywiście
na nasze pozytywne
uczucia zasługują.
Wskazana jest
też pewna doza
nieufności, bo takie
jest życie. Tak
również (w poczuciu
nieufności do
obcych, a nie
ufnej miłości)
powinniśmy wychowywać
nasze dzieci,
chyba że nam nie
zależy na ich
przyszłości. Dlaczego,
spyta ktoś, mamy
być życzliwi dla
innych? A choćby
dlatego, że sami
oczekujemy od
innych sympatii.
W jej promieniach
zdecydowanie łatwiej
żyć. Powszechne w
kościelnym
żargonie nazywanie
miłością
zwykłej
życzliwości czy litości jest
niepotrzebnym,
ckliwym mieszaniem
pojęć. Jego
wynikiem jest
brak trzeźwej
oceny rzeczywistości,
a to zawsze
prowadzi do mniejszych
lub większych
kłopotów.
Jest rzeczą
doprawdy zdumiewającą,
że właśnie
najwięcej zbrodni
w historii
ludzkości dokonano w imię
religii, która nie
przestaje mówić
o miłości. To jest
jakieś niewiarygodne
szyderstwo natury
wobec tych, którzy
nią pogardzili i
zabrali się za
ideologiczne i
nieliczące się z rzeczywistością
reformowanie
ludzkiej osobowości.
Obyśmy się wszyscy
mniej
„miłowali”, a
bardziej byli sobie życzliwi.
Marek Krak
"FAKTY I MITY" nr 11, 14-20, 03.2008 r. ŻYCIE PO RELIGII
STRAŻACY PODPALACZE
Chyba każdy
choć raz słyszał o strażakach, którzy sami podkładają ogień, aby później
wykazać się bohaterstwem przy gaszeniu pożaru lub zarobić więcej pieniędzy.
Analogicznie istnieją także „wrogowie grzechu”, którzy potrafią świetnie się
urządzić na pobudzaniu cudzej grzeszności.
Bycie dobrym
katolikiem jest trudne, by nie powiedzieć niemożliwe. Bo któż nie grzeszy
codziennie „myślą, mową, uczynkiem”, a zwłaszcza „zaniedbaniem”? Któż
dostatecznie czyni zadość na przykład „zaspokajaniu materialnych potrzeb
Kościoła”, skoro wiadomo, że apetyt tegoż jest nienasycony, a „potrzeby”
nieustannie się mnożą? Kto wie, czy wierny katolik nie powinien, zamiast
kupować na przykład nowy samochód, przeznaczyć pieniędzy na dokończenie budowy
jednego z niezliczonych nowych kościołów albo dokończenie remontu
istniejących... Jeśli tego nie zrobi, a kupi dziecku nowy komputer, niechybnie
zgrzeszy zaniedbaniem. Przykazania kościelne niczego nie mówią przecież o
kupowaniu komputerów, a o zaspokajaniu kościelnych potrzeb – owszem. Na
dziecko, zgodnie z powiedzeniem ludu, ma dać Bóg, który sprowadził je na świat,
a na Kościół – ludzie, bo... najwidoczniej to ludzie tę instytucję wymyślili.
Jest jedna,
szczególna dziedzina, która – dzięki zabiegom Kościoła – tryska nieustannym
wręcz strumieniem grzeszności. Chodzi oczywiście o... seksualność. Sfera ta
jest w doskonały sposób obłożona przez Kościół zakazami tak, że niemal
wszystko, co się zrobi, powie, a zwłaszcza pomyśli, jest grzechem co najmniej
lekkim. Dozwolony jest wyłącznie seks małżeński, i to tylko w określonych
sytuacjach, a mianowicie, gdy współżycie zakłada intencję lub choćby nie
wyklucza poczęcia dziecka. Chodzi, oczywiście, wyłącznie o heteroseksualne
małżeństwa zawarte w kościele, bo pozostałe są z zasady „niegodziwe”.
Dzięki
potępieniu wszystkiego, co nie mieści się w tych wąziutkich ramach, każdy
katolik, jeśli poważnie traktuje nakazy swego Kościoła, powinien od rana do
wieczora chodzić oblepiony świadomością grzechu. Bo któż zdrowy na ciele często
nie „grzeszy myślą” lub „pożądliwym spojrzeniem”? Kto może przysiąc, że nie
współżył z nie dość otwartą na nowe „poczęcie” intencją? Takich ubabranych
grzechem delikwentów z otwartymi ramionami wita Kościół – ten sam, który ich
tak skutecznie w poczuciu winy zanurzył. Nieszczęśnikom, którym bardzo współczuje,
oferuje od kołyski aż po mogiłę, a nawet poza grób (czyściec!) odpuszczenie
owych spreparowanych (PRZEZ SIEBIE!!!) grzechów. Oferuje spowiedź i budujące
kazania, misje i rekolekcje, a wszystko po to, aby leczyć stworzonego przez
siebie grzesznika z poczucia winy i strachu przed sądem boskim. Ponieważ
bombardowanie poczuciem winy jest nieustanne i permanentne, terapia
rozgrzeszająca nigdy nie jest wystarczająco skuteczna. Pacjent nigdy zatem nie
wymknie się swoim lekarzom i sprawcom choroby jednocześnie. I tak koło się
zamyka.
Duchowni
geniusze tego interesu mają swoich świeckich naśladowców. I tak okazuje się, że
ultrakonserwatywny katolicki dziennik „Rzeczpospolita” publikuje płatne
ogłoszenia oferujące... nielegalną aborcję. Czy to nie genialne, że środowisko,
które aborcję w Polsce niemal zupełnie zdelegalizowało, a nawet chce jej
konstytucyjnie zakazać, czerpie zyski z czarnego rynku usług ginekologicznych?
O podziemiu
aborcyjnym w „Rzepie” wiem z donosu, jaki ukazał się w zatroskanym innym
konserwatywnym „Dzienniku”, który walczy z tym pierwszym tytułem o katolickich
czytelników. „Dziennik” sam nie jest jednak dużo lepszy. Kilka dni temu razem z
tą gazetą sprzedawany był film, słynny gejowski romans „Tajemnica Brokeback
Mountain”. Ten popularny, piękny i bardzo przygnębiający film („FiM” 11/2006)
opowiada o nieszczęśliwej miłości dwóch mężczyzn, ich uwikłaniu w zakłamane
małżeństwa i wreszcie linczu na jednym z nich, a wszystko to w kontekście
chrześcijańskiej obyczajowości amerykańskiej prowincji. Przypomnijmy – na tym
filmie, który jest metaforą losu milionów ludzi uwikłanych w życiowy koszmar,
zarabia gazeta codziennie walcząca na swych łamach o umocnienie „wartości
chrześcijańskich” w Polsce, czyli m.in. o pomnażanie w nieskończoność tego typu
tragedii. I tak będą tematy na kolejne wzruszające filmy, dołączane odpłatnie
do konserwatywnych dzienników...
Marek Krak
"FAKTY I MITY" nr 6, 8-14, 2008 r. ŻYCIE PO RELIGII
DOBRE SAMOPOCZUCIE
Ledwie LiD
nieśmiało się wychylił z postulatami dotyczącymi rzeczywistego rozdziału
Kościoła od państwa, a natychmiast odezwała się prasa katolicka, aby wybić
„komuchom” z głowy tego rodzaju pomysły. Uderz pięścią w stół, a... winni się
tłumaczą.
Do LiD-u
strzelał najpierw „Tygodnik Katolicki”, a później swoje dorzuciła „Niedziela”.
Argumenty przeciwko państwu świeckiemu zawsze te same – obłudne i histeryczne.
Kiedy tylko
lewica zająknie się na temat neutralności światopoglądowej państwa, natychmiast
słyszy „wiązankę” o komunistach prześladujących Kościół, o rewolucji francuskiej
i jakobinach, Stalinie, Bierucie i Karolu Marksie. Zupełnie tak, jakby postulat
świeckości państwa kojarzył się ze zbrodniami systemów totalitarnych, a nie
miał nic wspólnego z podstawowymi zasadami demokracji i poszanowaniem praw
człowieka (państwo dla wszystkich, czyli – neutralne światopoglądowo!). W
zgiełku histerycznych ataków nie dowiemy się jednak, że nowoczesne systemy
totalitarne stosowały wiele metod wypracowanych i udoskonalonych w
chrześcijańskiej Europie, w okresie średniowiecznego triumfu Kościoła, że
wspomnę tylko postulat państwa ideologicznego, pilnującego urzędowej, jedynie
słusznej ortodoksji, nawyk kontroli myśli (cenzura kościelna) czy
prześladowanie opozycji pod hasłem obrony jedności i szczęścia społeczeństwa.
Szczególnie
zabawnie w roli obrońcy wolności Kościoła, któremu rzekomo państwo świeckie
zagraża, wypada endekoidalny tygodnik „Niedziela”. Nie przez przypadek właśnie
on prowadzi wytrwałą krucjatę przeciwko książce Jana Grossa „Strach”. Ksiądz
Walerian Słomka, wykładowca teologii duchowości na KUL-u, pyta retorycznie na
łamach „Niedzieli”: „Komu przeszkadza krzyż?” na ścianach polskich szkół, i
dowodzi za Janem Pawłem II, że „postulat, aby do życia społecznego nie
dopuszczać w żaden sposób wymiaru świętości, jest postulatem ateizowania
państwa i życia społecznego i niewiele ma wspólnego ze światopoglądową
neutralnością”. Dodaje także, nadal za JPII, że „bardzo wielu z nas czułoby się
nieswojo w państwie, z którego struktur wyrzucono by Boga, a to pod pozorem
neutralności światopoglądowej”.
Cóż to jest
„dopuszczanie wymiaru świętości” albo „niewyrzucanie Boga ze struktur państwa”?
To oznacza Boga w strukturach państwa! Czyli dokładnie to, przed czym
przestrzegał Jezus. Czy to może być czymś innym niż państwem wyznaniowym, zdominowanym
przez Kościół i zorganizowanym tak, aby służyć jego korzyściom? Innymi słowy –
Kościół zgodzi się na „państwo neutralne światopoglądowo”, pod warunkiem że ono
zrezygnuje ze swojej neutralności i będzie wspierało postulaty jednego ze
światopoglądów. No i to zmartwienie, aby katolicy nie czuli się nieswojo we
własnym państwie, gdyby ono było zbyt świeckie... Już to tyle razy
przerabialiśmy: segregację rasową wprowadzono, aby biały nie czuł się źle,
widząc obok siebie sikającego przy pisuarze Murzyna; Żydów zamykano w gettach,
aby dobrzy chrześcijanie i naziści nie cierpieli na ból głowy, widząc „parchów”
szwendających się po „chrześcijańskich ulicach”. Kilka lat temu przykościelni
politycy w Polsce domagali się przeganiania z ulic gejów i lesbijek, aby nie
zakłócali im dobrego samopoczucia... Jak cenną rzeczą jest samopoczucie
niektórych katolików!
Warto
przypomnieć, że w stosunku do państwa nie istnieją katolicy, muzułmanie czy
ateiści, lecz obywatele. Państwo nie powinno się interesować tym, jakie są
przekonania obywatela, a obywatel nie powinien wymagać, aby było ono
ukształtowane na wzór i podobieństwo wyznawanej przez niego religii. Podobnie
jak dla zarządu mojej spółdzielni mieszkaniowej obojętne jest moje wyznanie, a
mnie nie powinna martwić bezwyznaniowość mojej spółdzielni. Bo spółdzielnia,
podobnie jak państwo, nie została założona po to, aby zajmować się sprawami
mojego światopoglądu, lecz zgoła czym innym.
Ksiądz Słomka
twierdzi nawet, że państwo klasycznie neutralne światopoglądowo jest nienaukowe
i zacofane, i proponuje własny pogląd – „nowoczesny i naukowy”. Otóż, według
niego, państwo jest po to, aby „dopełnić swoje posługiwanie człowiekowi
wartościami, którym służy Kościół, i umożliwić taką obecność religijnemu
posługiwaniu, by z jego owoców mogli korzystać wszyscy obywatele i samo
państwo”. Ufff... A więc pod pozorem naukowości mamy powrót średniowiecza w
całej krasie – państwo na usługach Kościoła, z którego „posługi” korzystają
„wszyscy obywatele”, zapewne niezależnie od tego, czy sobie tego życzą, czy
nie. Bo wszak to „korzystanie” polega najczęściej na przymusowym dokarmianiu
kleru.
Marek Krak
"FAKTY I MITY" nr 47, 30.11.2006 r. KOMENTARZ NACZELNEGO
CO Z TYM JONASZEM?
Od sześciu lat otrzymuję listy z dwoma pytaniami.
Ludzie chcą, abym się jasno określił – czy ja, były ksiądz, Roman Kotliński,
jestem człowiekiem wierzącym, czy nie jestem... Drugi problem dotyczy tygodnika
„Fakty i Mity” – jaka jest jego linia programowa, co to znaczy „nieklerykalny”
itp. Pisałem już o tym nie raz, ale nowych Czytelników wciąż przybywa, a i
pamięć ludzka jest zawodna. Zacznę od końca.
(...) Nigdy,
także – nawet jako kleryk i ksiądz – nie rozumiałem ludzi, którzy „poświęcają
się Bogu bez reszty”. Zamykają się w klasztorach czy pustelniach i modlą po 8 godzin
na dobę. Wyciągają łapki po datki, zamiast pracować na swoje utrzymanie i dla
dobra innych. Miłością do Boga nikt mnie tutaj nie przekona. Rozumiem, że ktoś
może poprzez praktyki duchowe wprowadzić się w stan mistyczny, że wydaje mu
się, iż kocha swego Boga bardziej od świata, ludzi i siebie samego. Ale co komu
– na czele z Bogiem – po takiej platonicznej miłości?! W Biblii jest raczej
zachęta do dobrych uczynków, wypełniania przykazań, pracy dla dobra innych, a
nie do mamrotania tych samych modlitw przez całą szychtę. Podobnie „praca”
różnej maści teologów – jest tylko biciem piany, bo i tak na końcu każdego
traktatu można, a właściwie trzeba napisać: „Oto wielka tajemnica wiary”. Dla
tych wszystkich, którzy mają ambicję zgłębić boską naturę, mam jedną dobrą
radę: jeśli wierzycie w Boga, poprzestańcie na swojej wierze i na Biblii, bo
żaden kaznodzieja nigdy nie powiedział i nie napisał nic ponad to, co jest tam
napisane. Nie muszę dodawać, że dokładnie przeciwnie postępują katoliccy
apologeci, zresztą zgodnie z oficjalną doktryną Kościoła, w którym Traditio
(Tradycja) zawsze dominowała nad Fides (Wiarą) i Scriptura (Pismem). Zdaję
sobie sprawę, że mojej rady nie posłuchają księża i inni teolodzy, którzy żyją
z opowiadania bajek o swoim bogu.
Naturalnie Boga
szukają także ludzie czystego serca, ze szczerych pobudek. Nigdy ich nie
brakowało, także wśród katolików. Zawsze też istniały zbory wierne nauce
apostołów, począwszy od arian aż po dzisiejsze chrześcijańskie kościoły
ewangeliczne. Dopiero jednak Luter i protestanci spektakularnie, na masową
skalę, zerwali z bogiem stworzonym przez ludzi. Z bogiem odstępczego Rzymu i
Watykanu. Z bogiem, którego nie ma z całą pewnością. Dlaczego? Ponieważ
ukształtowała go tradycja – z natury swej niedoskonała (znacie zabawę w głuchy
telefon?) – i wymyślili omylni ludzie, przy niewielkiej pomocy ksiąg Nowego i
Starego Testamentu. (...)
Jonasz
"FAKTY I MITY" nr 28, 20.07.2006 r.
SPOWIEDŹ PO WŁOSKU
Włochy to – po Polsce – najbardziej katolicki kraj
w Europie. Aż 88,6 proc. Włochów otrzymało w ciągu życia jeden lub więcej
sakramentów świętych. Jest tu ponad 26 tys. parafii, 36 tys. księży i 125 tys.
sióstr zakonnych. Szacuje się, że jedna osoba duchowna przypada na 290
mieszkańców, podczas gdy jeden lekarz obsługuje 234 osoby.
W
przeciwieństwie do Polski – we Włoszech o Kościele rozmawia się otwarcie, bez
strachu i zabobonu. Jednym z najlepszych tego przykładów jest książka Giordano
Bruno Guerriego „Ja cię rozgrzeszam” (Io ti assolvo, Baldini&Castoldi,
Milano 1993). Ten znany i ceniony włoski dziennikarz to zdeklarowany ateista
wykształcony na Uniwersytecie Katolickim w Mediolanie. Giordano Bruno Guerri
postawił dwa poważne pytania:
1. Jaki wpływ
ma sakrament spowiedzi (w którym wierny otrzymuje rozgrzeszenie) na stosunki
społeczne regulowane przez prawo, jeżeli religia pod wieloma względami jest
sprzeczna z etyką laicką oraz antyspołeczna?
2. Czy
spowiednicy są przygotowani profesjonalnie do spełniania tak delikatnej misji?
Czy można powierzać im małe dzieci, które przed pierwszą komunią są zmuszane do
pierwszej spowiedzi?
Guerri przez
kilka miesięcy jeździł po włoskich parafiach z ukrytym dyktafonem i „spowiadał
się” w różnych konfesjonałach. Przyznawał się do grzechów wymyślonych, ale
odzwierciedlających w pełni zakazy ustanowione w „Dziesięciu przykazaniach”
oraz wszystkie inne słabości ludzkie. Przyznawał się więc do kłamstwa,
szantażu, zdrady, cudzołóstwa, kradzieży, a nawet zabójstwa. To samo robiła
dziennikarka Claudia Rocchini, która z nim współpracowała. Oboje zarejestrowali
100 różnych spowiedzi, które zostały później opublikowane w całości.
„Ja cię
rozgrzeszam” to beznamiętny sondaż włoskich konfesjonałów pokazujący, jak
szkodliwy dla jednostki oraz antyspołeczny jest sakrament spowiedzi. Kiedy
książka „Ja cię rozgrzeszam” ukazała się we Włoszech, była równie wielkim
bestsellerem jak „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. I w tym przypadku Watykan
próbował wszystkich środków, aby podważyć wiarygodność autora. Guerri na łamach
watykańskiego „L’Osservatore Romano” został oskarżony o to, że złamał tajemnicę
spowiedzi świętej. Autor bronił się: „Ja jestem dziennikarzem, a nie
spowiednikiem – mnie tajemnica nie obowiązuje. Poza tym jako ateista nie wierzę
w święty sakrament spowiedzi”.
Nie ma się co
dziwić wytykańskiemu zdenerwowaniu – konkluzje Guerriego były bardzo gorzkie:
„W normalnych
trybunałach, kiedy uniewinnia się oskarżonch, wierzy się w to, że nie popełnili
oni zbrodniczych czynów. W konfesjonałach natomiast uniewinnia się osoby, które
wyznały swoje zbrodnie, a rozgrzeszenie księdza zmywa całkowicie nawet
najgorszą winę i zastępuje państwowe trybunały”.
Kościół,
występując w roli „reprezentanta Boga Zbawiciela”, działa przede wszystkim w
sferze intymnej jednostki, próbując wywierać jak największy wpływ na jej wolny
wybór oraz ograniczając do minimum wolność osobistą. Nie przywiązuje natomiast
żadnej wagi do tego, jaką rolę jednostka powinna odgrywać w demokratycznym
społeczeństwie.
Kiedy Guerri
przyznał się jednemu ze spowiedników, że jest bogatym biznesmenem produkującym
artykuły spożywcze, ale – podobnie jak konkurencja – dodaje do nich substancje,
które mogą wywoływać raka, spowiednik rozgrzeszył go. Za to jednak, że korzysta
ze środków antykoncepcyjnych, rozgrzeszenia mu nie dał. Kiedy Guerri „przyznał
się”, że jest pracującym dla mafii kurierem i dealerem narkotykowym,
spowiednika zainteresowało to nieporównanie mniej niż jego życie w
konkubinacie, do czego też „się przyznał”. Autor książki podszył się również
pod księgowego, który oszukuje państwo, wypełniając fałszywe deklaracje
podatkowe swoich klientów. Aby uzyskać rozgrzeszenie, wystarczył fakt, że od
wyłudzonych sum (nawet bez zgody swoich mocodawców) odprowadza rzekomo 8/1000
na Kościół. Natomiast kiedy powiedział, że pracuje dla komunistycznego
dziennika „Il Manifesto”, bo nie dostał żadnej innej pracy jako dziennikarz, i
że musiał napisać tekst przeciwko lokalnemu biskupowi – rozgrzeszenia nie
otrzymał.
Sondaż
przeprowadzony we Francji potwierdził, że 83 procent grzechów wyznawanych w
konfesjonale to „grzechy seksualne” – dziedzina, w której Kościół specjalizuje
się od 2000 lat. Nie dziwi więc, że także włoscy księża spowiednicy pod tym
względem są najlepiej przygotowani. O stosunkach seksualnych, masturbacji,
miesiączkach oraz o naturalnych metodach regulacji narodzin Billingsa i
Ogino-Knausa wiedzą wszystko. Nie ulega wątpliwości, że podczas spowiedzi
właśnie to rajcuje ich najbardziej, co eksperyment Bruno Guerriego potwierdza w
całej pełni. Jednym z najczęściej zadawanych pytań jest: „Czy się masturbujesz?”.
Większość spowiedników używa tego pytania, aby rozpocząć rozmowę na tematy
seksualne i aby wywołać w spowiadającym się poczucie winy. Pytanie to jest
bardzo często stawiane dzieciom w wieku komunijnym, co nasuwa wątpliwości, czy
dzieci w tak wczesnym okresie w ogóle powinny przystępować do spowiedzi. Księża
traktują masturbację na równi ze stosowaniem środków antykoncepcyjnych, a co za
tym idzie – na równi z zabójstwem życia nienarodzonego reprezentowanego przez
plemnik. Dla większości księży (zwłaszcza starszych), u których spowiadał się
Guerri i współpracująca z nim dziennikarka – seks oralny i analny to zachowanie
zwierzęce, do którego zniżają się jedynie zachłanne na pieniądze prostytutki.
Księża są natomiast przyzwyczajeni do żon uskarżających się na zbyt częste
zachcianki mężów i do mężów narzekających na zbyt częste bóle głowy ich żon.
W pierwszym
wypadku przekonują żony do posłuszeństwa małżeńskiego, w drugim – dają
mężczyznom wolną rękę w kwestii wymuszania żoninego posłuszeństwa. Jak trzeba,
mąż może żonie nawet przylać. Przed stosunkiem zalecają „Zdrowaś Maryjo”.
Księża nie
radzą sobie zupełnie z mniej konwencjonalnymi zachowaniami. Kobieta wymagająca
większej uwagi od mężczyzny, stosunki seksualne w trójkącie, kazirodztwo,
pedofilia, gwałt – przed takimi problemami uciekają, chowają głowę w piasek i
odsyłają jak najszybciej z konfesjonału. W przypadku pedofilii rodzinnej, gdy
ojciec wykorzystuje córkę – nie namawiają do pójścia na policję, lecz do
ochrony pozorów i dobra rodziny. Kiedy dziewczyna zajdzie w ciążę na skutek
gwałtu lub kazirodztwa, dla większości spowiedników priorytetem jest oczywiście
„życie nienarodzone”, nawet gdy gwałt był szczególnie okrutny. Bardzo rzadko
zdarzają się księża, którzy udzielają rozgrzeszenia za aborcję, gdy kobieta
zaszła w ciążę na skutek gwałtu.
W
konfesjonale spowiednicy są bardziej wyrozumiali dla mężczyzn niż dla kobiet.
Według Kościoła, najważniejsza jest rodzina będąca oczywiście fundamentem
wspólnoty chrześcijańskiej. Księża, u których spowiadał się Guerri, byli w
stanie rozgrzeszyć nawet ciężkie zbrodnie oraz każdą zdradę, byle ratować
małżeństwo kościelne.
W stosunku do
homoseksualistów księża często wykazują pogardę, nazywają ich dewiantami,
wysyłają do psychiatry. Dla formalnej przykrywki ich homoseksualizmu doradzają
zawieranie małżeństw heteroseksualnych.
W
konfesjonałach dzieją się rzeczy najbardziej z pozoru nieprawdopodobne.
Współpracującej z Guerrim dziennikarce Claudii Rocchini zdarzyło się podczas
„spowiedzi” zbyt wiele dziwnych propozycji, aby żywić złudzenia, co robią
spowiednicy z niektórymi stałymi grzesznicami. O tym, że po skandalu pedofilii
w Kościele amerykańskim jest to kolejna plama na watykańskim honorze, świadczą
ostatnie seksualne skandale w Kościele włoskim.
Agnieszka Zakrzewicz
Rzym
"FAKTY I MITY" nr 28, 20.07.2006 r.
KONTROLER
NIESKONTROLOWANY
Ktoś w niebiosach nie lubi arcybiskupa Cincinnati
Daniela Pilarczyka. Najpierw reputacja hierarchy została srodze nadszarpnięta,
kiedy wyszło na jaw, że osłaniał pedofilię swych podwładnych, później było
jeszcze gorzej.
Pragnąc się
zrehabilitować, Pilarczyk zatrudnił specjalistę, który miał sprawdzać akta
przyszłych pracowników archidiecezji oraz to, czy figurują w kartotekach
policyjnych. Miało to nie dopuścić do przyszłych afer. Tymczasem... wywołało
kolejną. Biskupi spec od szperania w przeszłości, Alex Henties, okazał się
bowiem pospolitym kryminalistą skazanym wcześniej dwukrotnie. Ostatni raz na
tydzień przed zatrudnieniem go przez arcybiskupa, któremu jakoś nie przyszło do
głowy, by sprawdzić przeszłość kontrolera moralności. W liście do księży
Pilarczyk pisze: „Głęboko żałuję poważnego błędu w podejmowaniu decyzji. Do
lustracji akt zatrudnianych osób – co miało zapewnić ochronę dzieciom –
przyjęty został przestępca”.
Były
lustrator Henties siedzi obecnie za narkotyki i oskarża Vincenta Frashera,
swego przełożonego z archidiecezji, o seksualne molestowanie go w dzieciństwie.
TW
"FAKTY I MITY" nr 21, 01.06.2006 r. MROCZNE KARTY HISTORII KOŚCIOŁA (6)
AGONIA CIEKAWOŚCI
Od samych początków pisarze kościelni, ojcowie
Kościoła i teologowie – niemal jednogłośnie i zwartym szeregiem – wystąpili z
potępieniem nauki, wykształcenia, wiedzy („ludzkiej”), a nawet... ciekawości.
Podstawowa
tego przyczyna była oczywista: nauka i kształcenie to dziedziny z gruntu
„pogańskie” – nie było ani szkół, ani też myślicieli czy badaczy
chrześcijańskich, którzy zaprzątaliby sobie głowę rozmyślaniami nad stricte
świeckimi badaniami i umiejętnościami. Inne przyczyny miały głębsze źródła,
rzec by można – doktrynalno-teologiczne (biblijne potępienie mądrości „tego
świata”). Wreszcie nie bez znaczenia dla triumfu nowych ruchów religijnych
pozostaje klimat mentalny i intelektualny. Osłabienie krytycyzmu i propaganda
antynaukowa sprzyjają warunkom inkubatorowym dla rozpowszechniania nowych
dogmatów. Stąd też polemiczne z gruntu pisma teologów wczesnochrześcijańskich
kładą na to wyraźny nacisk.
Laktancjusz
(ok. 250–330) uważa nauki przyrodnicze za oczywiste głupstwa. Św. Ambroży (ok.
339–397), biskup, ojciec i doktor Kościoła, uważał je za obrazę majestatu
boskiego. „Co mają wspólnego Ateny i Jerozolima, Akademia i Kościół? Od czasu
Chrystusa nie odczuwamy już żadnej ciekawości i nie potrzebujemy badań od czasu
Ewangelii” – pisał Tertulian (ok. 160–230).
Pismo Święte
miało dawać całościowy obraz świata lub co najmniej mówiło tyle, ile wiedzieć
potrzeba: „Ilekroć zauważam, że jakiś brat chrześcijanin nie zna tych zagadnień
i plącze w nich jedne rzeczy z drugimi, cierpliwie słucham jego wywodów i myślę
sobie, że nic mu nie zaszkodzi taka niewiedza o układach i procesach
materialnego świata, byleby tylko o Tobie, Panie, Stwórco wszechrzeczy, nie
myślał rzeczy niegodnych” – pisze w swych „Wyznaniach” św. Augustyn (354–430),
największy filozof i teolog chrześcijański. Ciekawość świata potępiał
jednoznacznie.
W swym dziele
„O państwie Bożym” dowodzi, że słowo „demon” od wiedzy się wywodzi, czyli jej
pragnienie – ciekawość – diabelską ma naturę.
Najpełniej
wyraził to w księdze dziesiątej „Wyznań”, gdzie dowodzi, że ciekawość jest złem
najgorszym, już choćby przez to, że mąci błogość modlitwy: „A jest jeszcze inny
rodzaj pokusy [poza pokusami zmysłów], kryjący w sobie rozliczne
niebezpieczeństwa. Oprócz owej pożądliwości, która pociąga do napawania się
wszelkimi rodzajami przyjemności zmysłowych i której hołdownicy, gdy się
oddalają od Ciebie, giną – istnieje też w duszy popęd do posługiwania się tymi
samymi zmysłami już nie do cielesnych przyjemności, lecz do zaspokojenia
próżnej, nieuzasadnionej ciekawości, okrytej – niby płaszczem – mianem wiedzy
(...). Jakąż może dać przyjemność widok rozdartych, budzących trwogę zwłok?”.
Jak wiemy, dzięki Kościołowi przez całe wieki zakazane było w Europie
przeprowadzanie sekcji zwłok (z tej przyczyny kłopoty z inkwizycją miał
Vesalius).
Dalej czytamy
u Augustyna: „Tej samej chorobie pożądliwości służą pokazywane w teatrach
przedziwności różne. Stąd też wynika pęd ludzi do poznania takich tajemnic
natury, które nie dotyczą naszego życia; wiedza ta nie przynosi żadnego
pożytku, ludzie chcą ją zdobywać tylko dla niej samej (...). A czym to
usprawiedliwić, że nieraz, kiedy siedzę w domu, nie mogę oderwać oczu od
jaszczurki łowiącej muchy albo od pająka oplątującego je pajęczyną? (...).
Jeśli bowiem serce nasze jest naczyniem, w którym owe rzeczy się gromadzą,
jeśli jest aż tak zatłoczone niesłychanymi głupstwami, to przecież z tego
powodu modlitwy nasze nieraz się przerywają albo zamącają. Kiedy, stojąc przed
Twoim obliczem, wznosimy ku Tobie głos z głębi serca, nagle nie wiadomo skąd
takie niedorzeczne myśli się wyłaniają – i oto tak wielkie uniesienie się
roztrwania”. Dlatego też wiedza ma być posłuszna wierze, bo jeśli „jakaś teza
rozumu ludzkiego zwraca się przeciwko autorytetowi pism natchnionych, to w
jakikolwiek sposób byłaby ona przemyślna, zwodzi jedynie naśladownictwem
prawdy, prawdą jednak być nie może”. O matematykach Augustyn pisał: „Dobry
chrześcijanin powinien wystrzegać się matematyków i tych, którzy głoszą puste
nauki. Istnieje niebezpieczeństwo, że matematycy zawarli ugodę z diabłem, aby zaciemnić
ducha i pogrążyć człowieka w odmętach piekieł”.
Podobną
pogardę wyrażał Euzebiusz z Cezarei (ok. 260–ok. 340), teolog, biskup i
historyk kościelny: „Gardząc świętymi pismami Boga, zajmują się geometrią, bo
są ludźmi związanymi z ziemią, mówią po ziemsku i nie znają tego, który
przychodzi z góry. Pilnie studiują geometrię Euklidesa. Podziwiają Arystotelesa
i Teofrasta. Niektórzy modlą się, być może, do Galena”. Claudius Galenus był
sławnym medykiem starożytności, kontynuatorem dzieła Hipokratesa. Chrześcijanie
przez długi czas sceptycznie odnosili się do medycyny konwencjonalnej, bo
przecież Biblia mówi wyraźnie o istocie chorób, a Jezus pokazywał, jak należy
je leczyć. Wedle Ewangelii choroby to złe duchy, zaś uzdrawianie polegało na
przeganianiu owych czartów. Określenie „chory” stosuje Jezus zamiennie z
określeniem „opętany” lub „diabelstwo mający”. Jeśli stan chorego jest ciężki,
pisze się, że ma w sobie wielką liczbę czartów trapiących go. Epilepsja i
lunatyzm to „duch niemy” (Mk 9. 13), niemowa to „czart niemowy” (Łk 11. 14),
artretyzm to „duch niemocy” (Łk 13. 10). W przypadku chłopca chorego na
epilepsję Jezus wyjaśnia: „Ten rodzaj żadnym sposobem wyniść nie może, jeno za
modlitwą i postem” (zob. Mk 9. 13nn.). Jest więc zrozumiałe, że przez długi
czas chrześcijanie podejrzliwie lub niechętnie traktowali medycynę.
Carl Sagan
pisze: „W średniowieczu medycyna rozwijała się w świecie islamu, podczas gdy w
Europie był to mroczny okres. Większość wiedzy o anatomii i chirurgii została
utracona. Rozkwitała wiara w modlitwę i cudowne uzdrowienia. Zanikła
działalność laickich lekarzy. Powszechnie stosowano modły, cudowne mikstury,
horoskopy i amulety. Ograniczono lub całkowicie zakazano sekcji zwłok, co
pozbawiło osoby trudniące się medycyną najważniejszego źródła wiedzy o ludzkim
ciele. Badania medyczne zamarły”. Aż do końca XVIII wieku utrzymywano pogląd,
że przyczyną obłędu jest opętanie przez demony.
Z wielką
niechęcią odnoszono się również do leczenia ziołami. W ten sposób wyrażali się
m.in. patriarcha Sewer z Antiochii i Eznik z Kolb. Chrześcijański apologeta
Tacjan Syryjczyk (ok. 130–ok. 193), uczeń św. Justyna, uważający kulturę grecką
za niemoralną, pisał, że sztuka lecznicza jest dziełem złych duchów: „Demony
podstępnie odciągają ludzi od czci boskiej, nakłaniając ich, by wierzyli w moc
ziół i korzeni (...). Dlaczego ludzie, którzy pokładają ufność w rzeczywistości
materialnej, nie chcą zaufać Bogu? Dlaczego nie przyjdziesz do mocniejszego
Pana i wolisz leczyć się jak pies ziołami (...). Sztuka lekarska i wszystko, co
się z nią łączy, pochodzi z tego samego oszukańczego warsztatu”. Na marginesie
warto wspomnieć, że „demony” po kilkunastu wiekach założyły w łonie Kościoła
swoją agendę, bo za taką, w świetle świadectwa Tacjana, z pewnością może być
uznany zakon bonifratrów, który specjalizuje się w ziołolecznictwie i do dziś
oferuje w specjalnych aptekach tanie leki ziołowe „na wszystko” – o dość
mizernej skuteczności.
Tacjan
potępiał tych, którzy za pomocą geofizyki wyjaśniali trzęsienia ziemi. Gromił
też zajmowanie się astronomią: „Jak można wierzyć komuś, kto twierdzi, że
Słońce jest rozżarzoną masą, a Księżyc ciałem takim jak Ziemia? Są to sporne
hipotezy i niedowiedzione fakty... Jaką korzyść przynoszą... pomiary ziemi,
badania pozycji gwiazd i ruchu Słońca? Żadną”. Była to niejako antycypacja
procesu Galileusza.
Utrzymywanie
ignorancji w zakresie wiedzy o naturalnych czynnikach fenomenów przyrodniczych
nie było powodowane czystą nienawiścią do „pogańskiej” nauki, ale miało jasno
określony cel. Jak zauważyli badacze analizujący pod tym kątem pisma
wczesnochrześcijańskie, zawierają one wielkie nagromadzenie odwołań do
najrozmaitszych zjawisk atmosferycznych, które miały być argumentem w sporze z
„pogaństwem” czy z „heretykami”. Przekonywano więc, że na przykład za
pośrednictwem klęsk, powodzi, tsunami, gradów, komet czy piorunów Bóg pokazuje,
po której jest stronie. Bóg złości się na pogan, stosując „boską chłostę”.
Każdy większy pomór czy zaraza radowały apologetów, gdyż pracowały na rzecz
„sprawy chrześcijańskiej”. Każdy deszczyk w czasie bitwy wojsk chrześcijańskich
urastał w apologetyce do rangi znaku Bożego.
Tymczasem już
przed naszą erą grecki historyk Polibiusz pisał: „Tam, gdzie poznanie przyczyny
jest dla człowieka niemożliwe lub nazbyt trudne, możemy w naszej niewiedzy
odwołać się do jakiegoś boga lub do Tyche; na przykład kiedy zdarzają się
obfite i długotrwałe deszcze czy śniegi albo z drugiej strony susze czy mrozy”.
Tymczasem
chrześcijanie ciskają piorunami i zarazami nie tylko w pogan, ale i między
sobą. I tak – relacjonując wydarzenia związane z kształtowaniem się doktryny
Trójcy Św. na soborze nicejskim – proariański historyk Filostrogios odnotowuje,
że w czasie soboru, opanowanego według niego w większości przez
„homouzjonistów”, wydarzyło się trzęsienie ziemi (znak od Boga), które
spowodowało śmierć piętnastu biskupów, co z wyraźną satysfakcją odnotowuje
autor. Inne obrady soborowe, w Nikomedii, dotyczyły tej samej materii i –
według Filostrogiosa – miały być przerwane przez potężne tsunami. Aby żywioły
mogły być skutecznie zaprzęgnięte do propagandy, należało tłumić wszelkie
zainteresowanie ich naturalnymi przyczynami.
Istota wiary,
wedle Tertuliana, implikowała konieczność pozostawienia poznania racjonalnego
poza obrębem zainteresowań człowieka wierzącego. „Wierzę, bo niedorzeczne” –
kwitował Tertulian. „Umarł Syn Boga – to całkiem wiarygodne, gdyż jest to
niedorzeczne. Został pogrzebany i zmartwychwstał, to pewne, gdyż jest to
niemożliwe”. W wyniku tego pogardliwego stosunku do wiedzy ludzkiej i
uświęcenia „pobożnego głuptactwa”, rzymski filozof Celsus tak pisał o
chrześcijanach około 170 roku:
„Takie są ich
nauki: nikt wykształcony, mądry, roztropny nie zbliża się do nich (cechy te
bowiem uważają za złe), lecz jeśli znajdzie się jakiś nieuk, szaleniec,
nieokrzesaniec, głupiec, to taki ufnie przychodzi do nich. Wyznając, że tacy
ludzie są godni ich Boga, sami przyznają, że chcą i mogą zjednywać sobie
wyłącznie głupców, prostaków, szaleńców, niewolników, proste kobiety i małe
dzieci”.
Nie wydaje
się jednak słuszne twierdzenie, że antyintelektualne idee chrześcijaństwa miały
jedyny wpływ na zapaść nauki i edukacji, która zaczęła postępować wraz z
rozpowszechnieniem się chrześcijaństwa w Cesarstwie Rzymskim (II–IV w.). Dawny
naukowy impet świata grecko-rzymskiego uległ załamaniu ok. III wieku n.e. i
odtąd następował upadek tego sposobu twórczego myślenia, który możemy określić
mianem naukowego. Dogmatyczne chrześcijaństwo opierające się na objawieniu
bardziej na tym skorzystało.
Mariusz Agnosiewicz
www.racjonalista.pl
"PRZEGLĄD" nr 15(329), 16.04.2006 r. LISTY I E-MAILE
CZY KOŚCIÓŁ ZA COŚ ODPOWIADA
Czasami czytam „Przegląd”, uważam, że to bardzo potrzebne pismo. Szkoda, że jego dostępność jest bardzo mała. Nasunęło mi się kilka uwag dotyczących Kościoła. Jeśli ciągle słyszymy, że w Polsce około 95% społeczeństwa należy do Kościoła rzymskokatolickiego, to nie można mówić, że Kościół jako wspólnota nie ma wpływu na życie społeczne. Inaczej należałoby uznać, że wszystkie grzechy – przestępstwa, kradzieże, morderstwa itd. popełniają wyznawcy innych religii albo ateiści.
Czy zatem Kościół, którego znaczenie i rolę w Polsce uznaje się powszechnie za bardzo ważne odpowiada za grzechy, które popełniają katolicy?
Czy wpływ księży, którzy wychowują dzieci już od przedszkola, ma wpływ na zachowanie tych dzieci? Czy zachowanie uczniów w szkole poprawiło się od czasu wprowadzenia lekcji religii? Czy nauki przedmałżeńskie i śluby konkordatowe wzmocniły rodzinę, ograniczyły jej patologie?
A także czy za zakupy niedzielne w supermarketach odpowiadają ateiści?
Moim zdaniem, nic nie wskazuje na to, że zwiększenie obecności Kościoła, czyli duchowieństwa, w życiu publicznym miało dobry wpływ na zachowanie członków wspólnoty, liczba popełnianych grzechów chyba się nie zmniejszyła. Czy zatem Kościół za coś odpowiada? I jeśli tak, to za co?
I czy są podstawy, aby sądzić, że dalsze zwiększanie udziału Kościoła w życiu publicznym przyniesie zmiany na lepsze? I dlaczego państwo ze środków publicznych finansuje działania, które nie przynoszą oczekiwanych pozytywnych społecznych skutków?
Aldona Kroczkowska, e-mail
"FAKTY I MITY" nr 49, 13.12.2007 r. ŻYCIE PO RELIGII
UDRĘKI
WIARY
Nadzieja, jaką niesie ze
sobą wiara chrześcijańska – w zbawienie i życie wieczne – wydaje się na ogół
czymś atrakcyjnym. Nawet jeśli uważana jest za nadzieję racjonalnie
nieuzasadnioną. Bywa jednak także koszmarem.
Tygodnik katolicki „Gość Niedzielny” przytacza obszerne fragmenty opublikowanych w USA fragmentów korespondencji Matki Teresy z Kalkuty z jej powiernikami duchowymi. Okazuje się, że najsłynniejsza katolicka święta przeżywała duchowy i życiowy koszmar przez... 50 lat swojego życia. Zmagała się z własną niewiarą, zwątpieniami, rozterkami. Katoliccy komentatorzy oblewają te wstrząsające wyznania sosem mistycznej pobożności, piszą o znanej wielkim religijnym wizjonerom „ciemnej nocy wiary”. Ale uważny i niezmanipulowany religijnym lukrem czytelnik dostrzeże w listach Teresy zwykłe piekło życiowej udręki, a może nawet niemałe pokłady hipokryzji „świętej”...
Teresa pisała: „Ciemność jest tak ciemna – a ja jestem samotna, niechciana, opuszczona. Samotność serca, które pragnie miłości, jest nie do wytrzymania. Gdzie jest moja wiara? Nawet głęboko we mnie nie ma nic prócz pustki i ciemności. Mój Boże, jak bolesny jest ten nieznany ból. Boli nieustannie. Nie ma wiary. Nie potrafię wykrztusić słów i myśli, które kłębią mi się w głowie i zadają ból niewypowiedzianej agonii. Tak wiele pytań bez odpowiedzi żyje we mnie. Boję się je odsłonić, boję się bluźnierstwa. Jeśli jest Bóg, niech mi przebaczy...”. Ten opis walki i przejmującego cierpienia wzrusza. Wzrusza szczególnie każdego, kto – jak ja sam – był człowiekiem religijnym, dla kogo wiara była czymś najcenniejszym, godnym każdej ceny i każdego niemal wyrzeczenia. Teresa, która była wówczas już gwiazdą nie tylko swojego zgromadzenia, ale także szerokich kręgów chrześcijańskich, na niezliczonych spotkaniach i w publicznych wystąpieniach musiała – jak to się mówi – trzymać fason. Sama twierdziła, że jej miła powierzchowność i uśmiech ofiarowywany otoczeniu to zaledwie „płaszcz, którym zasłania swą pustkę i nędzę”. I tak osoba, która sama nie znajdowała pociechy religijnej, niosła tę pociechę innym. Można się i tym wzruszać, ale można też dostrzec wielką niekonsekwencję. Skoro ktoś buduje całe swoje życie na wierze, to musi mieć odwagę spuścić z tonu i wycofać się aż do uporządkowania swoich prywatnych spraw z Bogiem, skoro poddaje w wątpliwość samo jego istnienie. Inaczej jej słynne „promieniowanie wiarą”, którym fascynowały się katolickie media, nie bardzo różni się od wiary na pokaz, od efektownej sprzedaży złudzeń, kuglarstwa, w które samemu nie bardzo się już wierzy. Wiem, o czym piszę, bo sam po wielu wahaniach, pogrążony w takiej „nocy wiary”, miałem odwagę odmówić, kiedy oferowano mi kościelną karierę. Wiedziałem, że na dłuższą metę nie dam rady żyć w takim zakłamaniu.
Teresa, „Misjonarka Miłości”, pisała także: „Miłość – słowo, które nic nie mówi. Powiedziano, że Bóg mnie kocha, a tymczasem ciemność, chłód i pustka są tak wielkie. Czy popełniłam błąd, poddając się ślepo wezwaniu Najświętszego Serca?”. Teresa pisze, że kiedyś słyszała głos Chrystusa, i to kilkakrotnie. I że ów głos stoi u początku jej powołania. Przyszły jednak wielkie wątpliwości, bolesna nieobecność Boga.
Jak sądzę, niewielu z czytających te słowa było w życiu religijnym aż tak głęboko zaangażowanych, aby „słyszeć słowa Chrystusa”. Wygląda na to, że im głębsza wiara i zaangażowanie, tym większe rozczarowania przychodzi przeżywać wierzącym, tym głębsze wątpliwości, mocniejsze rozterki. Wiara, ta poważnie traktowana, zamiast źródłem pociechy, często staje się powodem nieskończonych cierpień. Do tych typowo religijnych trzeba jeszcze dodać rozczarowania z powodu „braci i sióstr”, które bolą tym mocniej, im większe oczekiwania wiązało się ze wspólnotą religijną „wybranych”, którzy, koniec końców, okazują się zupełnie zwykłymi ludźmi – pełnymi namiętności, nieciekawych pragnień, zazdrości i niezdrowych ambicji.
Marek
Krak
[DLACZEGO JESTEM
AKTYWNYM ATEISTĄ I ANTYKLERYKAŁEM
Dlatego że ponoszę materialne, intelektualne, psychiczne destrukcyjne skutki aktywności org. religijnych, osób przez nich poszkodowanych, religijności – więc się przed tym bronię; dlatego że usunięcie destrukcyjnych skutków działalności org. religijnych, religijności jest w szerokopojętym interesie wszystkich (więc i w moim). Dlatego iż domaga się tego moja naturalna, nieskażona religią prawość; dlatego że jestem osobą aktywną, konstruktywną, twórczą; że wymienione działania takich osobników wywołują u mnie irytację, złość!
Nie oddałbym
swoich zdolności do trzeźwego postrzegania świata ZA ŻADNE SKARBY ŚWIATA (nawet
gdyby wszyscy najbogatsi ludzie na ziemi chcieli mi oddać cały swój majątek)!!!
Dają mi one GŁĘBOKĄ satysfakcję i wolałbym być najbiedniejszym człowiekiem na
świecie niż okaleczonym religijnie kaleką!!! – red.]
„WPROST” nr 50(1303), 2007 r.
ZEW DEKALOGU
LUDZIE
MIELI POCZUCIE MORALNOŚCI, ZANIM UKSZTAŁTOWAŁ SIĘ JĘZYK I ZACZĘTO NAZYWAĆ, CO
JEST DOBRE, A CO ZŁE
„Im więcej dajesz, tym więcej otrzymujesz" – te słowa św. Franciszka z Asyżu nie pojawiły się w wyniku objawienia. Są zakorzenione w naszej biologii. Dr Jordan Grafman z National Institute of Neurological Disorders and Stroke wykazał, że w mózgu osób, które stawiały dobro innych ponad własnym, stawał się aktywny tzw. układ nagrody. Czynienie czegoś dla innych, na przykład przekazanie pieniędzy na cele charytatywne, daje taką samą satysfakcję jak seks czy zaspokojenie głodu. Francuski filozof i pisarz Denis Diderot już w XVIII w. twierdził, że zasady moralne nie zostały nam narzucone przez Boga. Teraz potwierdzają to badania naukowe. „Dekalog to zew natury. Przestrzeganie zawartych w nim zasad służy przetrwaniu gatunku" – twierdzi prof. Wolfgang Wickler z Instytutu Maksa Plancka, autor książki „Biologia dziesięciu przykazań".
PRZYMUS MORALNOŚCI
Szympansom instynkt zabrania kraść. Prymatolog Jane Goodall zauważyła, że upragnioną zdobycz dostaje ten osobnik, któremu uda się ją upolować. Łup jest uznawany za jego własność. Eksperymenty przeprowadzane z udziałem pawianów płaszczowych dowodzą, że zwierzęta te przestrzegają zasad fair play w zdobywaniu względów partnerów. Pawiany żyją w haremach. Dorosłe samce dysponują kilkoma samicami. Gdy się z nimi połączą, żaden inny samiec nie próbuje ich odbić. Wyjątki zdarzają się jedynie w wypadku przemieszczania różnych stad. Samica lisa polarnego, która dawała dzieciom fałszywe alarmy o niebezpieczeństwie, żeby odpędzić je od pokarmu i się pożywić, zaczęła być ignorowana przez stado. To samo działo się z drozdami, które fałszywie wieściły zagrożenie, gdy ktoś zabierał im smakołyk. Zwierzęta instynktownie wyczuwają, że, gdyby takie zachowania utrwaliły się w populacji, ich skutki obróciłyby się przeciw wszystkim.
Zakaz zabijania, pożądania cudzej żony, a także poszanowanie własności innych regulowały współżycie pierwotnych wspólnot rolniczych, zanim pojawiły się wyryte na kamiennych tablicach przykazania, które Mojżesz miał otrzymać na górze Synaj. Podobne normy królowały w plemionach Masajów, zamieszkujących stepy Afryki Wschodniej. Koczujący hodowcy bydła nie mieli wśród swoich reguł jedynie przykazania świętowania, bo nie mogli sobie pozwolić, by choć na jeden dzień ustała ich praca.
„Ludzie mieli poczucie moralności, zanim ukształtował się język i zaczęto nazywać, co jest dobre, a co złe. Kierowaliśmy się wówczas emocjami. To one ukształtowały kompas moralny, którym posługują się zarówno wierzący, jak i ateiści" – twierdzi prof. Antonio Damasio z University of Southern California. Jezus w Ewangelii św. Marka na pytanie bogacza: „Co mam robić, aby zyskać życie wieczne", nie przypadkiem wymienia te spośród dziesięciu przykazań, które odnoszą się do współżycia w grupie: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę. Te prawa zawsze były wspólne dla całej ludzkości, we wszystkich religiach. Są niezbędne dla przetrwania ludzkiej społeczności. Jak podkreślał Jan Paweł II, Bóg, przekazując ludziom dekalog, jedynie potwierdził swoim autorytetem zasady wpisane w naturę człowieka. Każde ze słów kodeksu synajskiego bierze w obronę podstawowe dobro życia. Jeżeli kwestionuje się to prawo, współżycie między ludźmi staje się zagrożone.
Dzięki badaniom obrazowania mózgu zaobserwowano, że kiedy podejmujemy decyzje związane z moralnością, aktywują się najbardziej pierwotne obszary związane z emocjami, takimi jak wstręt, strach, złość, smutek i zadowolenie. Dr Jonathan Haidt z University of Virginia wiąże moralność z uczuciem wstrętu. To ono, zdaniem badacza, nie pozwala krzywdzić innych. To, co budzi nasz wstręt, uważamy za złe. Podobnie jest ze smutkiem, strachem i złością. Zadowolenie z kolei kojarzyło się z dobrem. Do opisywania tych uczuć ludzie nie potrzebowali języka. Rozpoznawali je po wyrazie twarzy. Było to możliwe dzięki empatii – zdolności rozpoznawania i współodczuwania tego, co przeżywają inni. Rozwinęła się ona, gdy pojawiły się pierwsze gatunki żyjące w grupach. Umożliwiała nawiązywanie relacji i współpracę.
Zdolność empatii mają i ludzie, i zwierzęta. Wśród zwierząt zdarza się nawet, że poświęcanie się dla innych wykracza poza indywidualne korzyści. Wymowne przykłady dały obserwacje szczurów. Kiedy gryzonie, które otrzymywały pokarm, widziały, jak ich sąsiadów z klatki rażono prądem, przestawały sięgać po pożywienie. Rozwój empatii mogły przyspieszyć zmiany klimatyczne. Nasi przodkowie żyjący na sawannach stali się łatwym celem dla drapieżników. Aby przetrwać, musieli się przystosować do życia w nowych warunkach, udoskonalić metody polowania, a także współpracy i dzielenia się, zwłaszcza pokarmem. Zdaniem dr Grafmana, rozwój empatii był milowym krokiem w ewolucji zachowań społecznych, które umożliwiały przetrwanie grupom.
ETYKA MÓZGU
Brazylijscy neurolodzy Jorge Moll i Ricardo de Olivera-Souza obserwowali działanie mózgu osób zdrowych i psychopatów podczas dokonywania wyborów moralnych. Zdrowe osoby bez namysłu właściwie wskazywały, co jest złe. W ich mózgu aktywował się obszar związany z emocjami. U osób ze zdiagnozowaną psychopatią działanie tego obszaru było zaburzone. Kiedy teoretycznie rozwiązywali dylematy moralne, świetnie odróżniali dobro od zła i podejmowali moralne decyzje. Kiedy jednak oglądali w telewizji wstrząsające sceny wojny, przemocy czy historie dzieci porzuconych przez rodziców, połączenia korowo-limbiczne w ich mózgu, związane z odczuwaniem emocji, pozostawały w spoczynku. „To dowód na to, że ich skłonność do przestępstw wynikała z zaburzeń fizjologii mózgu, tak jak niedowład kończyn po udarze mózgu czy utrata mowy" – twierdzi dr Moll. Tak było w wypadku pacjenta o imieniu Elliott, badanego przez dr Michaela Koenigsa z National Institute of Neurological Disorders and Stroke. Wzorowy mąż, ojciec i pracownik zaczął zaniedbywać pracę, przestał szanować żonę i stracił zainteresowanie własnymi dziećmi po tym, jak rosnący w jego mózgu guz osiągnął wielkość dziecięcej pięści. Guz zaczął uciskać prawy i lewy płat czołowy mózgu, niszcząc tkankę nerwową. Podobne zjawisko dr Koenigs zaobserwował u sześciu innych pacjentów z uszkodzoną korą przedczołową.
Obszar mózgu, w którym znajduje się kora przedczołowa, jest związany z odczuwaniem tzw. emocji społecznych, takich jak empatia, wstyd i poczucie winy. Osoby, u których działanie tego obszaru jest zaburzone, potrafią chłodno kalkulować, kto ma żyć, a kto nie. Kierują się jedynie celem. Nie dostrzegają zła w środkach, które prowadzą do jego osiągnięcia. Nie zawahałyby się wepchnąć pod pociąg przypadkowej osoby, jeśli mogłoby to uratować życie kilku innych. Dwukrotnie częściej niż zdrowi opowiadają się za podaniem trucizny komuś, kto zamierza potajemnie zarażać innych wirusem HIV.
GŁOS BOGA
Niektórzy teologowie przekonują, że św. Augustyn z Hippony, mówiąc o „głosie Boga w człowieku", miał na myśli wrodzony mechanizm moralności. Podobnie można interpretować słowa Emmanuela Kanta: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie". Ten mechanizm podobnie jak pionowa postawa czy język ukształtował się w procesie ewolucji naszego mózgu. „U ludzi poczucie moralności rozwinęło się najintensywniej, bo w porównaniu z innymi naczelnymi najbardziej rozwinęła się u nas kora przedczołowa" – mówi dr Haidt. Powiększenie tego obszaru mózgu stworzyło podstawę do rozwoju zdolności językowych i komunikacji w grupie. Dzięki temu potrafimy oceniać zachowania z punktu widzenia ich moralności i dokonywać wyborów. Religijność mogła być motorem przyspieszającym ten rozwój.
Zdaniem dr. Haidta, zachowania religijne są wynikiem doboru naturalnego. Ukształtowały się, kiedy grupy ludzi rywalizowały między sobą. Ten, kto potrafił nawiązać współpracę z innymi i stworzył grupę, wygrywał. Religijność stała się źródłem więzi społecznej. Dzięki tworzeniu się wspólnot religijnych ludzie zaczęli wychodzić poza związki rodzinne i rozszerzać pojęcie bliźniego poza kilkuosobową grupę krewnych.
Dr Joshua Greene z Harvard University dowiódł, że podczas podejmowania moralnych decyzji w mózgu rywalizują różne sieci neuronalne. Proste decyzje pobudzają pierwotne obszary mózgu związane z emocjami. Trudne wybory wymagają zaangażowania wielu obszarów mózgu, które walczą z sobą o pierwszeństwo. Dr Greene obserwował mózgi ochotników, którzy wyobrażali sobie, że ukrywają się w schronie przed wojskami wroga. Jeśli obce wojsko ich znajdzie, zabije wszystkich. Nagle jedno z ukrywających się dzieci zaczynało płakać. Czy je zabić, żeby nie zdradziło pozostałych? Badani odpowiadali na to pytanie dopiero po długim namyśle. Jak wykazało badanie, obszary związane z emocjami, które sygnalizowały, że zabicie dziecka jest złem, walczyły z obszarami związanymi z zimnym kalkulowaniem. Dopiero wtedy, szacując zyski i straty, możemy dojść do błędnego wniosku, że cel uświęca środki.
PIĘCIOKSIĄG MOJŻESZA
Dziesięć przykazań to kluczowa część Pięcioksięgu Mojżeszowego, czyli Tory – części Starego Testamentu. Naród Izraela traktował ich treść jako dokument przymierza. Nakazy te sformułowano na wzór dokumentów typowych dla starożytnego Wschodu. Żydów obowiązywało wówczas aż 613 przepisów. Spośród nich wybrano te, które regulowały współżycie w pierwotnych wspólnotach. W tradycji semickiej liczba dziesięć symbolizowała pełnię.
Monika Florek-Moskal
„FAKTY I MITY” nr 27, 10.07.2003 r.
UCIEKINIER
Ksiądz Marek S. z Częstochowy
– sprawca tragicznego
w skutkach wypadku drogowego
i śmierci pięciu osób – miał
pójść za kratki. Ale nie pójdzie,
bo... uciekł.
Marek S. (lat 40) skazany został
na pięć lat więzienia, czyli za
każdą z ofiar wypadku miał odsiedzieć
rok. Długotrwały proces potwierdził,
iż feralnego dnia
18.06.1999 r. jechał za szybko i podczas
wyprzedzania pod górkę,
w miejscu niedozwolonym, staranował
samochód jadący z przeciwka.
Krewni zabitych byli wstrząśnięci
zarówno skandalicznie niską wysokością
kary, jak i butną postawą
księdza, który nawet nie przeprosił
za swoje przestępstwo i głupotę
(o wypadku i kilkuletnim procesie
pisaliśmy wielokrotnie: „FiM” 13,
19, 47/2001, 9/2003).
Wkrótce po wyroku rozpoczęła
się zabawa w kotka i myszkę.
Ksiądz to odwoływał się od wyroku,
to znów nie pojawiał się na kolejnych
rozprawach i robił wszystko,
by uniknąć odsiadki. Nic to jednak
nie dało i w kwietniu ubiegłego
roku wyrok uprawomocnił się.
Jednak Marek S. i tym razem nie
poddał się. Najpierw złożył wniosek
o odroczenie kary na 3 miesiące,
argumentując, że właśnie
nawala mu zdróweczko, potem twierdził,
że nie może powędrować za
kratki, gdyż musi rozliczyć się z kolonii,
które organizował w swojej parafii.
Sąd cierpliwie przymykał oczy
na te bzdury i – jak to w Katolandzie
bywa – pozwalał sukienkowemu
wodzić się za nos.
Bezczelność Marka S.
nie miała granic – w kolejnym
wniosku poinformował
on Temidę, że nie może stawić się
w więzieniu, bo... potrzebuje więcej
czasu na przekazanie parafii
swojemu następcy. Tymczasem zadbał
o to, by jego wniosek o ułaskawienie
trafił do prezydenta RP.
Na szczęście sąd negatywnie zaopiniował
tę prośbę i pozytywna dlań
decyzja nie zapadła.
W końcu miarka się przebrała.
Gdy policjanci z Pabianic pojawili
się pod wskazanym adresem (miejsce
zameldowania), zastali tam tylko
jego matkę. Kobieta stwierdziła
najspokojniej, że jej syn wyjechał
z kraju i nie wiadomo, gdzie się
obecnie znajduje.
Rzecznik prasowy Sądu Okręgowego
we Włocławku Zbigniew
Siuber z rozbrajającą szczerością
oświadczył „Faktom i Mitom”, że
nie spodziewano się, iż akurat ksiądz
wywinie taki numer, dlatego nie
odebrano mu paszportu, co zawsze
w takich sytuacjach ma miejsce.
– Policja nie zaprzestanie poszukiwań
księdza – potwierdza sędzia
Siuber. – Jeśli zajdzie taka
potrzeba, zostanie wydany międzynarodowy
list gończy i wcześniej
czy później Marek S. trafi do więzienia.
O mój ty Boże! Jak Wam nie
wstyd tak polować na osobę duchowną?!
RK, RP
nr 27, 10.07.2003 r.
RZESZÓW Prokuratura Okręgowa wniosła pozew przeciwko księdzu
Tadeuszowi N. oskarżonemu o przejechanie po rannej 8-letniej dziewczynce leżącej na jezdni, ucieczkę z miejsca wypadku i nieudzielenie jej pomocy, w wyniku czego dziecko zmarło („FiM” 20/2003). Za to wszystko może na 12 lat trafić do więzienia. Świadkowie twierdzą, że w pierwszym samochodzie, który potrącił dziewczynkę, jechał biskup...
...ale to już za wysokie progi dla polskich
prokuratorów.
nr 32, 13.08.2003 r.
DOBRODZIEJ
Ksiądz z
Gołdapi twierdził, że
po tragicznym
wypadku
podmieniono
wyniki badań krwi
(1,5 promila),
bo ktoś usiłuje go
wrobić.
Wątpliwości rozwiały
badania DNA.
Do wypadku doszło w maju
ubiegłego roku. Ksiądz Waldemar
Barnak, 42-
letni proboszcz
z Gołdapi, jadąc
z prędkością
ok. 140
km/godz., stracił na zakręcie panowanie
nad kierownicą, przekroczył
oś jezdni i zderzył się z nadjeżdżającym
z przeciwka pojazdem
kierowanym przez nauczycielkę
z Olecka, Annę P., która zginęła
na miejscu. Jadący z nią mężczyzna
i dziewczynka zostali ciężko
ranni. Sprawca tragedii wyszedł
z wypadku bez szwanku.
Mimo ewidentnej winy, pirat
w sutannie bronił się na wszelkie
sposoby. Nie przyznawał się do picia
alkoholu i zarzucał policjantom
i laborantom, że celowo podmienili
fiolkę z pobraną po wypadku
krwią. Sąd Rejonowy w Ełku – ze
względu na udział w wypadku księdza
i komplikacje, których w takich
przypadkach w Katolandzie nie brakuje
– wyjątkowo starannie, krok
po kroku, wyjaśniał wszystkie okoliczności
wypadku. Jedyną możliwością
wykluczenia machinacji sugerowanych
przez kapłana było zlecenie
przez sąd kosztownych badań
DNA zachowanej próbki krwi.
Wynik potwierdził
zarzuty
wobec księdza.
Po ponad
roku zapadł wyrok:
cztery lata pozbawienia wolności.
Obrońca pirata nie zgodził się
z wysokością kary – niższą od wnioskowanej
przez prokuratora (6 lat)
– i zapowiedział apelację. Wyrok nie
jest więc prawomocny, jesienią sprawa
księdza z Gołdapi znajdzie się
powtórnie na wokandzie, tym razem
Sądu Okręgowego w Olsztynie. Co
teraz wymyśli ksiądz „dobrodziej”,
żeby uniknąć pobytu za kratkami?
Kogo oszkaluje?
I jeszcze gorzka refleksja: po
śmierci Anny P. jej 12-letnią córką,
ranną w wypadku, musi opiekować
się starsza siostra. Ksiądz Barnak,
na co dzień nawołujący do miłości
bliźniego, do dziś nie zainteresował
się jej losem...
RP
PRZED SĄDEM
Kolejna afera odkryta przez „FiM” znalazła swój finał
w sądzie! Katecheta ksiądz Franciszek
Wróbel, który znęcał się
psychicznie i fizycznie nad dziećmi („FiM” 26/2002) stanie przed sądem 4 lutego
2003 roku. Proboszczowi z Pielgrzymki koło Złotoryi grozi od 3 miesięcy do
pięciu lat pozbawienia wolności.
A.C.
„FAKTY I MITY”
TRUPIE PACIORKI
Wiara w cuda o mały włos doprowadziłaby
do wybuchu epidemii w Lichnowach
koło Chojnic. Krewni zmarłego 39-letniego
mężczyzny
trzymali w domu jego zwłoki przez 59
dni, czyli tyle, ile jest paciorków w różańcu,
i wierzyli, że trup zmartwychwstanie.
Lichnowy to mała wieś popegeerowska,
więc bieda tutaj aż piszczy. Tym bardziej że
uciec też nie ma dokąd, bo na środkowym
Pomorzu trudniej o jakąkolwiek robotę niż,
dajmy na to, o Chińczyka w środku pobliskich
Borów Tucholskich. Czas tu leci od taniego
winka do samogonu, bo ludziska z rozpaczy
piją. Inni liczą dni od niedzieli do niedzieli,
bo kościół to jedyna „rozrywka”.
W coś w końcu w życiu wierzyć trzeba, więc
tu wierzy się w cuda.
Tadeusz Porożyński, szef chojnickiego zakładu
pogrzebowego, twierdzi, że czegoś tak
obrzydliwego on i jego ludzie to jeszcze nigdy
nie widzieli. Zwłoki 39-letniego Waldemara
C. kilkunastoosobowa rodzina umieściła w osobnym
pokoju tuż po jego śmierci 14 listopada.
Nikt obcy o zgonie mężczyzny nie wiedział, a
trup – zgodnie z prawidłami biologii – zaczął
po prostu gnić. Aby w chałupie nie czuć było
trupiego fetoru, rodzina drzwi do pokoju obłożyła
kocami i okleiła taśmą izolacyjną.
Kiedy 12 stycznia do pokoju weszły „łapiduchy”,
smród był niewyobrażalny. Na resztkach tego,
co kiedyś było Waldemarem C., zalęgły się larwy
much. Kłębiące się robactwo sprawiało wrażenie,
że zmarły... oddycha. Pracownicy „pogrzebówki”
na dzień dobry... porzygali się. Nie ulega
wątpliwości, że gdyby trup poleżał do wiosny, na
mur-beton wioskę wytrułaby jakaś zaraza czy inna
cholera.
O tym, że w domu od prawie dwóch miesięcy
leży trup Waldemara, powiadomił lichnowskiego
proboszcza Mieczysław C., brat zmarłego. Nie
potrafił racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego rodzina
nie pochowała mężczyzny tak, jak się grzebie
innych zmarłych – w trzy dni po zgonie. Z jego
niespójnych wywodów pleban zrozumiał jednak,
że w chałupie wszyscy czekali na... zmartwychwstanie.
Miało ono nastąpić 59 dni po śmierci.
Dokładnie tyle jest paciorków w różańcu. W tym
czasie z trupem w jednym domu
mieszkało kilkanaście osób,
w tym dziewięcioro dzieciaków.
Ludziska w Lichnowach
twierdzą, że przez jakiś czas
w gospodarstwie C. gnieździła się dziwaczna maryjna
sekta, którą założył pewien młody mieszkaniec
Chojnic. Członkowie sekty wierzyli, że gdy
będzie ich 59, to wszyscy będą mieli zapewnione
zbawienie. Guru zaś na prawo i lewo leczył ludzi
i ich – rzecz jasna – uzdrawiał. Tyle że, pech jakiś,
Waldemara jakoś nie uzdrowił.
Śmiercią Waldemara C. zajęła się Prokuratura
Rejonowa w Chojnicach. Wykluczono udział
osób trzecich i możliwość oskarżenia kogokolwiek
o sprofanowanie zwłok zmarłego. No bo i profanacji
przecież żadnej nie było, tylko pobożne czekanie
na cud, w który wierzy przecież każdy katolik.
Cud jednak też nie przyszedł.
A co z maryjną sektą „paciorkowców”? Wyprowadziła
się do innej wioski w okolicach Chojnic.
Wyznawcy nadal odliczają, czy jest ich już 59,
bo bardzo chcą wstąpić do maryjnego nieba.
A ich guru w dalszym ciągu leczy i uzdrawia.
Czyż to nie jest piękny kraj? Roman Krawiecki
„FAKTY I MITY”
KOLEKCJA FAŁSZERSTW
Gdyby zgromadzić wszystkie relikwie związane z osobami
Chrystusa
i Matki Boskiej, powstałoby jedyne w swoim rodzaju muzeum fałszerstw.
Oto mały przegląd „cudownych i najprawdziwszych” eksponatów.
Szczątków krzyża, na którym umarł Chrystus
doliczono się grubo ponad tysiąc.
Około 150 kościołów wciąż twierdzi, że jest
w posiadaniu przynajmniej jednego ciernia
z korony, która mogła mieć ich najwyżej 40.
Korona cierniowa, bez jednego ciernia, znajduje
się w katedrze Notre Dame w Paryżu
i pokazywana jest wiernym w Wielki Piątek.
Krople krwi Chrystusa znajdują się m.in.
w bazylice św. Marka w Wenecji, w bazylice
św. Krwi w Brugii (Belgia) oraz w rzymskich
kościołach: Santa Croce, Santa Maria Maggiore
i San
Giovanni in Laterano.
Niezwykle bogata jest kolekcja gwoździ,
którymi ciało Chrystusa miało być przybite
do krzyża. Ponad trzydzieści kościołów w różnych
miejscowościach twierdzi, że ma co najmniej
jeden „oryginalny” gwóźdź. Po jednym
mają: kościół na Lateranie, św. Krzyża w Rzymie,
św. Marka w Wenecji i katedra w Mediolanie.
W Krakowie w Kaplicy Zygmuntowskiej
jest jeden cały gwóźdź, a po połówce
mają: kaplica św. Kosmy i Damiana oraz
kościół Świętej Trójcy. Jeszcze do niedawna
sporym wzięciem cieszył się kult świętego napletka.
Posiadaniem tego „autentycznego”
chwaliło się aż trzynaście świątyń, m.in. Santiago
de Compostela w Hiszpanii i bazylika
św. Jana na Lateranie w Rzymie.
W całej Europie bardzo rozpowszechnione
są kryształowe fiolki z mlekiem, którym
Matka Boska karmiła małego Jezuska. Ich
posiadaniem szczyci się wiele miast we Włoszech,
Francji i Hiszpanii. Kosmyk włosów
Dziewicy Maryi znajduje się w katedrze
w Reims we Francji oraz w bazylice św. Marka
w Wenecji. Święta tunika, czyli fragment
szaty, którą miała nosić Matka Boska podczas
narodzin Jezusa obecnie jest przechowywana
w katedrze w Chartres we Francji
oraz na Lateranie. Pieluszka, w którą po narodzeniu
został zawinięty Jezus, znajduje się
w kościele św. Dionizego w Paryżu. Strzępy
tuniki z wełny (własnoręcznie utkanej przez
Matkę Boską), w którą Jezus był ubrany
w drodze na Kalwarię, można oglądać w Trewirze
w Niemczech. Pięć fragmentów drewna
ze żłóbka, w którym leżał mały Jezusek, jest
co roku wystawianych na widok publiczny
z okazji świąt Bożego Narodzenia w Santa
Maria Maggiore w Rzymie.
Część stołu z Ostatniej Wieczerzy znalazła
schronienie w rzymskiej bazylice św. Jana
na Lateranie, a kawałek stołu z wesela
w Kanie Galilejskiej jakimś cudem zachował
się w kościele św. Franciszka w Asyżu.
Fragmenty obrusa z Ostatniej Wieczerzy są
w Lizbonie w kościele św. Rocha oraz w kościele
św. Andrzeja w Krakowie.
Absurd absurdowi nierówny. W Hiszpanii
do dziś przechowywane jest pióro, które
spadło ze skrzydła archanioła Gabriela podczas
zwiastowania. Katedra w Magdeburgu
posiada drabinę, na której kogut piał, kiedy
Piotr zaparł się Chrystusa. W Santiago de
Compostela przy grobie św. Jakuba Apostoła
jest ogon osła, na którym Chrystus wjeżdżał
do Jeruzalem. Na Lateranie przechowywana
jest złota urna pełna manny zebranej na
pustyni. Dwa odciski stóp pozostawione ponoć
przez Jezusa w bazaltowym kamieniu
z Via Appia znajdują się w kaplicy bazyliki
św. Wawrzyńca za Murami w Rzymie. Matka
Boska z kolei ślad swojej stopy zostawiła
w skale w miejscowości Bardo Śląskie w Polsce.
Kościół św. Krzyża Jerozolimskiego w Rzymie
ma mały palec niewiernego Tomasza, którym
ów niedowiarek dotknął ran Chrystusa.
Relikwie wcale nie muszą mieć skromnych
rozmiarów. Mogą być całkiem okazałe
– dwie największe to święty domek (bazylika
Santuario della Santa Casa) w Loreto
i święte schody w bazylice św. Jana na Lateranie.
Domek Loretański miał być, według
legendy, mieszkaniem Matki Boskiej przeniesionym
w 1295 roku z Nazaretu przez czterech
aniołów. Scala Sancta, czyli dwudziestoośmiostopniowe
marmurowe schody, po których
szedł Chrystus na spotkanie z Piłatem,
w sposób nie mniej cudowny zostały przywiezione
z Jerozolimy.
Oczywiście – muzeum „najprawdziwszych”
relikwii szybko nie powstanie; przecież Kościół
nie będzie się sam ośmieszał.
A.K.
"FAKTY I MITY" nr 50, 20.12.2007 r.
MISTYCY
CZY HOCHSZTAPLERZY?
STYGMATYCY
Ostatnie
lata Franciszka z Asyżu gubią się w legendzie i tajemnicy. Żył w odosobnieniu,
uciekając w góry, a po jednej z tych podróży na jego ciele pojawiły się
obrzmienia w kształcie blizn – tzw. stygmaty.
We wrześniu 1224 r. Franciszek miał 42 lata. Odbywał właśnie na górze Alverna, ziemi księcia Chiusi, jeszcze jeden narzucony sobie post, tym razem dla uczczenia aniołów, które darzył wielkim nabożeństwem. Czternastego dnia tego miesiąca – obchodzonego jako Dzień Krzyża Świętego – wyszedł przed świtem ze swej samotni i zatopił się w modlitwie, rozmyślając, jakie to Jezus musiał znosić cierpienia na krzyżu. „A żar pobożności – napisał sto lat później jego biograf – rósł w nim tak, że z miłości i współczucia zamienił się cały w Jezusa. Płonąc w rozpamiętywaniu, ujrzał tego samego rana schodzącego z nieba serafina o sześciu skrzydłach lśniących i ognistych, który w locie zbliżył się do świętego Franciszka tak, że ten mógł spostrzec i poznać dokładnie, iż miał postać Ukrzyżowanego (...). Kiedy po długim czasie i tajnej rozmowie znikło widzenie cudowne (...) na jego ciele pozostał cudowny obraz i ślad męki Chrystusa. Bowiem natychmiast na rękach i stopach świętego Franciszka zaczęły ukazywać się znaki gwoździ, jak widział je wówczas na ciele Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego”. Brat Leon, zwierzchnik zakonu franciszkańskiego, w liście do wszystkich prowincjałów nowego zakonu informował: „Ojciec nasz i brat (...) otrzymał na swym ciele pięć ran ukrzyżowania” – po dwie na dłoniach i stopach – oraz „niegojącą się ranę na prawym boku”. Rany te miały być widoczne jeszcze cztery lata po jego śmierci. Inny biograf, Franciszek z Celano, donosił o tym: „Cudownie było widzieć na jego dłoniach i stopach nie tylko znaki po gwoździach, lecz same gwoździe, stworzone z jego ciała i zachowujące czarny kolor żelaza”.
Pewnym światłem, które mówi o istocie zjawiska stygmatyzacji, jest szybkość, z jaką zaczęli, ni stąd, ni zowąd, pojawiać się – po wiekach, kiedy nie słyszano o podobnym zjawisku – stygmatycy, gdy tylko świat obiegła wieść o „cudzie św. Franciszka”. Stawia to całe zagadnienie w kategoriach naturalnych, czyli ludzkiej aktywności, nie zaś sił nadprzyrodzonych. W przypadku Franciszka elementem, który mógł mieć bezpośredni wpływ na powstanie niezwykłych ran na jego ciele, był praktykowany przezeń ideał całkowitego ubóstwa. Warto w tym miejscu podkreślić, że on i jego towarzysze chcieli być znakiem sprzeciwu – nieustannym wyrzutem sumienia dla duchowieństwa pogrążonego w luksusach i rozpasanym materializmie. Ideałowi ubóstwa przypisywali najskuteczniejszy sposób urzeczywistnienia ideału głoszonego przez Chrystusa. Inna sprawa, że obraz życia pierwszych chrześcijan, jaki sobie wyobraźnia Franciszka wytworzyła, był bardzo jednostronną i uproszczoną interpretacją pierwotnego chrystianizmu. Opierał się na kilku wyrwanych z kontekstu cytatach z Ewangelii. Jak wielkich wyrzeczeń żądał od siebie i swoich uczniów Franciszek, świadczy opis jego zimowego pobytu w Rivo Torto pod Asyżem: „W ciemne deszczowe dni, kiedy woda przeciekała przez dziurawy dach szopy, a klepisko z gliny było czarne, lepkie i mroziło boleśnie ich stopy, siedzieli w podartych nędznych szatach, a było ich siedmiu, może ośmiu, i nie mieli nic do jedzenia przez cały dzień. Nie było też ognia, który by ich ogrzał”. Mówiono też, że podczas Wielkiego Postu, który spędził na małej wysepce na Jeziorze Trazymeńskim, przez 40 dni zjadł ledwie pół bochenka chleba. Nietrudno wyobrazić sobie, w jak opłakanym stanie było jego zdrowie z powodu częstych i niebezpiecznie długo trwających umartwień. Przypuszczalnie cierpiał na czwartaczkę – malarię z gorączką, której ataki powtarzają się co trzy, cztery dni. Był nadwrażliwy na dźwięk, światło słoneczne, a przy tym ponoć nieczuły na ból (kiedy przypalano mu twarz gorącym żelazem, co miało wyleczyć go z choroby oka, zapewniał, że nie czuł ani bólu, ani gorąca). Wiadomo, że choroby już w 1214 r. zmusiły go do przerwania misji ewangelizacyjnej, której celem było Maroko. Sześć lat później, po powrocie z Egiptu, gdzie próbował nawracać muzułmanów, zaczął cierpieć na egipskie zapalenie oczu, powodujące uporczywe bóle. Istnieją zapisy świadczące o tym, że jeszcze w następnym roku nie wyleczył się całkowicie z zimnicy, a w 1224 r. „(...) zaczął cierpieć na różne dolegliwości, miał tylko jedną kończynę wolną od bólu. W końcu, z powodu przewlekłych i długotrwałych chorób, jego ciało zostało wyniszczone do takiego stopnia, że została z niego skóra i kości”.
Rozpatrując okoliczności pojawienia się na jego ciele stygmatów, należy również wziąć pod uwagę epokę, w której żył Franciszek. Otóż uzasadnione wydaje się podejrzenie, że nagłe pojawienie się stygmatyków, począwszy od XIII w., ma związek z fascynacją męką Chrystusa oraz nowym realistycznym sposobem jego portretowania. W minionych stuleciach kościoły w całej Europie dekorowane były wedle sztywnego kanonu bizantyjskiego. Jezusa przedstawiano zawsze w długiej szacie i z szeroko otwartymi oczami. Nie do pomyślenia było pokazywanie cierpienia, wielkich przeżyć i większej niż symboliczna ilości krwi. Dopiero około połowy XII w. nastąpił w tym względzie przełom. Na krucyfiksach było więcej krwi, a ciało Jezusa wyraźnie umęczone. Jego oczy były teraz zamknięte, zaś święte niewiasty i uczniów przedstawiano jako pogrążonych w boleści. Nowej tendencji artystycznej – silnie oddziałującej na emocje i psychikę – dawano również wyraz w literaturze i sztuce. W średniowieczu właśnie rozwinęło się zamiłowanie do wystawiania sztuk pasyjnych, jak też do ekshibicjonistycznych aktów samookaleczeń. W Anglii odnotowano ciekawy przypadek, który wydarzył się w 1222 r., a więc dwa lata przed tym, zanim Franciszek „otrzymał” swe stygmaty. Pewien młody człowiek stanął przed Radą Miejską w Oksfordzie, ponieważ – jak zapisano – „uczynił się Chrystusem i przebił sobie ręce i stopy”. Wyrokiem Rady został wtrącony do więzienia, gdzie „zamknięto go do końca życia”.
Czy stygmaty Franciszka z Asyżu także były jakąś formą samookaleczenia? Nie można tego wykluczyć.
W religijnej atmosferze, w jakiej żył – być może bez świadomego oszustwa ze swej strony – w stanie oszołomienia spowodowanego postami, sam mógł zadać sobie rany ukrzyżowania.
Na podstawie danych dotyczących stygmatyzacji zjawisko to można uznać za świadome lub nieświadome oszustwo neurotyków – głównie ze zgromadzeń zakonnych. Wedle jednego ze spisów, autorstwa dra Imbert-Gourbeyre’a, tylko w XIX stuleciu odnotowano co najmniej 31 przypadków stygmatyzacji, zaś z ponad 320 wszystkich przypadków więcej niż 2/3 stanowili ludzie w zakonnych habitach (przeważnie dominikanie i franciszkanie). Okazuje się, że zjawisko to dotyczy głównie kobiet, pomimo że najwięksi i najbardziej kontrowersyjni stygmatycy, św. Franciszek z Asyżu i ojciec Pio, byli mężczyznami. Powyższy spis podaje nazwiska tylko 41 mężczyzn wobec 280 kobiet – a więc stosunek jeden do siedmiu.
Pierwsi stygmatycy, czyli osoby, o których sądzi się bądź sądzono, że noszą rany będące repliką ran Chrystusa, pojawili się nagle w XIII w. Zaczęli się mnożyć jak grzyby po deszczu, gdy tylko rozeszła się wieść o stygmatach św. Franciszka z Asyżu. Do końca XIII w. odnotowano ich około 30.
Angela z Foligno (1250–1309), miejscowości niedaleko Asyżu, była tercjarką (Trzeci Zakon św. Franciszka). Do zakonu wstąpiła po tym, gdy owdowiała i straciła wszystkie dzieci. Pojawieniu się ran na jej ciele towarzyszyć miały ekstatyczne wizje, w których Matka Boża dawała jej... do potrzymania dzieciątko Jezus. Mówi się o niej jako o pierwszym znanym przypadku inedii – zdolności do życia przez wiele lat bez jedzenia i picia. Więcej szczegółów zachowało się na temat innej stygmatyczki – belgijskiej zakonnicy, cysterki Elżbiety z Herkenrode (zm. 1275). Co 24 godziny odgrywała całą Mękę Pańską, zadając sobie przy tym ciężkie ciosy. Zaczynała od aresztowania Chrystusa o wczesnej jutrzni, a kończyła złożeniem go do grobu podczas wieczornej komplety. Według relacji opata cystersów z Clairvaux, Filipa, „w tym samym czasie przedstawiała osobę naszego Pana, który cierpiał, i oprawcy czy kata, który go dręczył”. Zdarzało się, że dłonią zaciśniętą w pięść „zadawała sobie gwałtowny cios w szczękę, pod wpływem którego chwiała się i zataczała; stojąc zaś nieruchomo, ciągnęła samą siebie za włosy, aż głowa jej dotykała ziemi. Niekiedy, zaciskając wszystkie palce u jednej dłoni z wyjątkiem palca wskazującego, zbliżała go do oczu, jakby chciała je wydłubać”. Inna stygmatyczka-masochistka, Lukardis z Oberweimaru (ok. 1276–1309), zanim pojawiły się u niej stygmaty, miała zwyczaj wbijania sobie paznokci w dłonie i dużych palców u nóg w rany na stopach. W taki oto chałupniczy sposób – jak zauważył jej biograf – sama próbowała najpierw wywołać stygmaty. „Wielokrotnie uderzała środkowym palcem w rany na każdej dłoni, a potem, cofając rękę o jakieś dwie stopy, wymierzała jeszcze jeden bardzo mocny cios w to samo miejsce, czubek palca kierując tak, jakby to był gwóźdź (...). Kiedy tak uderzała w swoją dłoń, słychać było dźwięk młotka uderzającego o główkę gwoździa albo w kowadło (...)”.
Słynnymi stygmatyczkami, żyjącymi w XIV w. były św. Katarzyna ze Sieny oraz Elżbieta z Reute. Pierwsza z nich żyła 33 lata, mimo że (podobno) przestała jeść, gdy skończyła lat 20. Druga przeżyła ponoć jeszcze dłużej bez jedzenia, bo lat 15. Z kolei św. Ludwina ze Schiedam podobno nie jadła przez 28 lat. Oficjalnie jedzenia nie przyjmowała również hiszpańska fanciszkanka, Magdalena od Krzyża (1487–1545). Do klasztoru wstąpiła jako nastolatka i od razu zaczęła umartwiać się, głodzić i wpadać w trans. Twierdziła wszem wobec, że otrzymała stygmaty. Zdobyła przy tym taką popularność, że wielbiła ją hiszpańska arystokracja z cesarzową Izabellą na czele. Zdemaskowano ją dopiero w 1543 r. Niewątpliwie wyniesiono by tę kolejną Magdalenę na ołtarze, gdyby nie fakt, że ciężko zachorowała i – w obawie przed karami piekielnymi – sama przyznała się do własnoręcznego wykonania stygmatów.
Karierę stygmatyczki z marnym finałem próbowała również zrobić portugalska dominikanka Maria od Nawiedzenia (1556–?) – „święta zakonnica Lizbony”. Mając ledwie 26 lat, została przeoryszą klasztoru. Jej stygmaty (włącznie ze śladami korony cierniowej) stały się tak słynne, a jej błogosławieństwo tak cenne, że prosił o nie dowódca hiszpańskiej armady, markiz Santa Cruz, szykujący się do inwazji na Anglię (notabene, również papież Sykstus V obiecał wówczas, że papieski skarbiec wypłaci milion dukatów w przypadku, gdy hiszpański desant stanie na angielskiej ziemi). Już kilka miesięcy przed odpłynięciem okrętów wszczęto śledztwo w jej sprawie, bo jedna ze współtowarzyszek Marii ujrzała przez szparę w drzwiach do celi, jak maluje sobie ranę na dłoni. Jednak dopiero po klęsce armady, gdy do kraju wróciła ledwie połowa ze 130 statków – co dowodziło nieskuteczności błogosławieństwa Marii – wznowiono badanie. Gdy zaczęto trzeć rany, farba zniknęła, a pod spodem ukazała się sucha skóra. Końcowy raport głosił, że do oszustwa namówiło ją „dwóch dominikanów, braci z jej własnego zgromadzenia, aby w przyszłości można było rzec królowi, że jeżeli przekaże tron Portugalii w ręce Don Antonia, będzie na wieki potępiony i wybuchnie przeciwko niemu rebelia”. Marię od Nawiedzenia skazano na dożywotnie odosobnienie.
Godny uwagi jest też przypadek Johanna Jetzera (1483–1515) – syna chłopa z wioski k. Zurzach, w szwajcarskim kantonie Aargau. W wieku 23 lat wstąpił on do zakonu dominikanów. Zaraz po przybyciu Jetzera do klasztoru zaczęło tam straszyć: słychać było stukanie, uderzenia, a jemu samemu – jak przekonywał – ukazywał się upiór, duch byłego przeora klasztoru, który 150 lat wcześniej zrzucił habit, popadł w złe towarzystwo i został zamordowany. Teraz przebywał w czyśćcu i prosił o wstawiennictwo. Gdy w końcu ów przeor ukazał się już jako niebianin Jetzerowi, zaczęła też objawiać się Matka Boża, która naznaczyła go stygmatami. Co ciekawe, oświadczyła przy tym, że doktryna niepokalanego poczęcia, nad którą toczyła się akurat w Kościele dyskusja (dziwnym zbiegiem okoliczności zakon dominikanów był jej wówczas przeciwny), jest błędna. Przyciśnięty na sądzie kościelnym Jetzer przyznał w końcu, że wszystko to sobie wymyślił. Czterej zakonnicy z jego klasztoru poddani zostali torturom i spaleni na stosie. Główny bohater tej historii uciekł z więzienia... w kobiecym przebraniu, które przemyciła mu matka.
Artur
Cecuła
"FAKTY
I MITY" nr 28, 20.07.2006 r.
SPOWIEDŹ PO WŁOSKU
Włochy to – po
Polsce – najbardziej katolicki kraj w Europie. Aż 88,6 proc. Włochów otrzymało
w ciągu życia jeden lub więcej sakramentów świętych. Jest tu ponad 26 tys.
parafii, 36 tys. księży i 125 tys. sióstr zakonnych. Szacuje się, że jedna
osoba duchowna przypada na 290 mieszkańców, podczas gdy jeden lekarz obsługuje
234 osoby.
W przeciwieństwie
do Polski – we Włoszech o Kościele rozmawia się otwarcie, bez strachu i
zabobonu. Jednym z najlepszych tego przykładów jest książka Giordano Bruno
Guerriego „Ja cię rozgrzeszam” (Io ti assolvo, Baldini&Castoldi, Milano
1993). Ten znany i ceniony włoski dziennikarz to zdeklarowany ateista
wykształcony na Uniwersytecie Katolickim w Mediolanie. Giordano Bruno Guerri
postawił dwa poważne pytania:
1. Jaki wpływ ma
sakrament spowiedzi (w którym wierny otrzymuje rozgrzeszenie) na stosunki
społeczne regulowane przez prawo, jeżeli religia pod wieloma względami jest
sprzeczna z etyką laicką oraz antyspołeczna?
2. Czy spowiednicy
są przygotowani profesjonalnie do spełniania tak delikatnej misji? Czy można powierzać
im małe dzieci, które przed pierwszą komunią są zmuszane do pierwszej
spowiedzi?
Guerri przez kilka
miesięcy jeździł po włoskich parafiach z ukrytym dyktafonem i „spowiadał się” w
różnych konfesjonałach. Przyznawał się do grzechów wymyślonych, ale
odzwierciedlających w pełni zakazy ustanowione w „Dziesięciu przykazaniach”
oraz wszystkie inne słabości ludzkie. Przyznawał się więc do kłamstwa,
szantażu, zdrady, cudzołóstwa, kradzieży, a nawet zabójstwa. To samo robiła
dziennikarka Claudia Rocchini, która z nim współpracowała. Oboje zarejestrowali
100 różnych spowiedzi, które zostały później opublikowane w całości.
„Ja cię
rozgrzeszam” to beznamiętny sondaż włoskich konfesjonałów pokazujący, jak
szkodliwy dla jednostki oraz antyspołeczny jest sakrament spowiedzi. Kiedy
książka „Ja cię rozgrzeszam” ukazała się we Włoszech, była równie wielkim
bestsellerem jak „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. I w tym przypadku Watykan
próbował wszystkich środków, aby podważyć wiarygodność autora. Guerri na łamach
watykańskiego „L’Osservatore Romano” został oskarżony o to, że złamał tajemnicę
spowiedzi świętej. Autor bronił się: „Ja jestem dziennikarzem, a nie
spowiednikiem – mnie tajemnica nie obowiązuje. Poza tym jako ateista nie wierzę
w święty sakrament spowiedzi”.
Nie ma się co
dziwić wytykańskiemu zdenerwowaniu – konkluzje Guerriego były bardzo gorzkie:
„W normalnych
trybunałach, kiedy uniewinnia się oskarżonch, wierzy się w to, że nie popełnili
oni zbrodniczych czynów. W konfesjonałach natomiast uniewinnia się osoby, które
wyznały swoje zbrodnie, a rozgrzeszenie księdza zmywa całkowicie nawet
najgorszą winę i zastępuje państwowe trybunały”.
Kościół,
występując w roli „reprezentanta Boga Zbawiciela”, działa przede wszystkim w
sferze intymnej jednostki, próbując wywierać jak największy wpływ na jej wolny
wybór oraz ograniczając do minimum wolność osobistą. Nie przywiązuje natomiast
żadnej wagi do tego, jaką rolę jednostka powinna odgrywać w demokratycznym
społeczeństwie.
Kiedy Guerri
przyznał się jednemu ze spowiedników, że jest bogatym biznesmenem produkującym
artykuły spożywcze, ale – podobnie jak konkurencja – dodaje do nich substancje,
które mogą wywoływać raka, spowiednik rozgrzeszył go. Za to jednak, że korzysta
ze środków antykoncepcyjnych, rozgrzeszenia mu nie dał. Kiedy Guerri „przyznał
się”, że jest pracującym dla mafii kurierem i dealerem narkotykowym,
spowiednika zainteresowało to nieporównanie mniej niż jego życie w
konkubinacie, do czego też „się przyznał”. Autor książki podszył się również
pod księgowego, który oszukuje państwo, wypełniając fałszywe deklaracje
podatkowe swoich klientów. Aby uzyskać rozgrzeszenie, wystarczył fakt, że od
wyłudzonych sum (nawet bez zgody swoich mocodawców) odprowadza rzekomo 8/1000
na Kościół. Natomiast kiedy powiedział, że pracuje dla komunistycznego
dziennika „Il Manifesto”, bo nie dostał żadnej innej pracy jako dziennikarz, i
że musiał napisać tekst przeciwko lokalnemu biskupowi – rozgrzeszenia nie
otrzymał.
Sondaż
przeprowadzony we Francji potwierdził, że 83 procent grzechów wyznawanych w
konfesjonale to „grzechy seksualne” – dziedzina, w której Kościół specjalizuje
się od 2000 lat. Nie dziwi więc, że także włoscy księża spowiednicy pod tym
względem są najlepiej przygotowani. O stosunkach seksualnych, masturbacji, miesiączkach
oraz o naturalnych metodach regulacji narodzin Billingsa i Ogino-Knausa wiedzą
wszystko. Nie ulega wątpliwości, że podczas spowiedzi właśnie to rajcuje ich
najbardziej, co eksperyment Bruno Guerriego potwierdza w całej pełni. Jednym z
najczęściej zadawanych pytań jest: „Czy się masturbujesz?”. Większość
spowiedników używa tego pytania, aby rozpocząć rozmowę na tematy seksualne i
aby wywołać w spowiadającym się poczucie winy. Pytanie to jest bardzo często
stawiane dzieciom w wieku komunijnym, co nasuwa wątpliwości, czy dzieci w tak
wczesnym okresie w ogóle powinny przystępować do spowiedzi. Księża traktują
masturbację na równi ze stosowaniem środków antykoncepcyjnych, a co za tym
idzie – na równi z zabójstwem życia nienarodzonego reprezentowanego przez
plemnik. Dla większości księży (zwłaszcza starszych), u których spowiadał się
Guerri i współpracująca z nim dziennikarka – seks oralny i analny to zachowanie
zwierzęce, do którego zniżają się jedynie zachłanne na pieniądze prostytutki.
Księża są natomiast przyzwyczajeni do żon uskarżających się na zbyt częste
zachcianki mężów i do mężów narzekających na zbyt częste bóle głowy ich żon.
W pierwszym
wypadku przekonują żony do posłuszeństwa małżeńskiego, w drugim – dają
mężczyznom wolną rękę w kwestii wymuszania żoninego posłuszeństwa. Jak trzeba,
mąż może żonie nawet przylać. Przed stosunkiem zalecają „Zdrowaś Maryjo”.
Księża nie radzą
sobie zupełnie z mniej konwencjonalnymi zachowaniami. Kobieta wymagająca
większej uwagi od mężczyzny, stosunki seksualne w trójkącie, kazirodztwo,
pedofilia, gwałt – przed takimi problemami uciekają, chowają głowę w piasek i
odsyłają jak najszybciej z konfesjonału. W przypadku pedofilii rodzinnej, gdy
ojciec wykorzystuje córkę – nie namawiają do pójścia na policję, lecz do ochrony
pozorów i dobra rodziny. Kiedy dziewczyna zajdzie w ciążę na skutek gwałtu lub
kazirodztwa, dla większości spowiedników priorytetem jest oczywiście „życie
nienarodzone”, nawet gdy gwałt był szczególnie okrutny. Bardzo rzadko zdarzają
się księża, którzy udzielają rozgrzeszenia za aborcję, gdy kobieta zaszła w
ciążę na skutek gwałtu.
W konfesjonale
spowiednicy są bardziej wyrozumiali dla mężczyzn niż dla kobiet. Według
Kościoła, najważniejsza jest rodzina będąca oczywiście fundamentem wspólnoty
chrześcijańskiej. Księża, u których spowiadał się Guerri, byli w stanie
rozgrzeszyć nawet ciężkie zbrodnie oraz każdą zdradę, byle ratować małżeństwo
kościelne.
W stosunku do
homoseksualistów księża często wykazują pogardę, nazywają ich dewiantami,
wysyłają do psychiatry. Dla formalnej przykrywki ich homoseksualizmu doradzają
zawieranie małżeństw heteroseksualnych.
W konfesjonałach
dzieją się rzeczy najbardziej z pozoru nieprawdopodobne. Współpracującej z
Guerrim dziennikarce Claudii Rocchini zdarzyło się podczas „spowiedzi” zbyt
wiele dziwnych propozycji, aby żywić złudzenia, co robią spowiednicy z
niektórymi stałymi grzesznicami. O tym, że po skandalu pedofilii w Kościele
amerykańskim jest to kolejna plama na watykańskim honorze, świadczą ostatnie
seksualne skandale w Kościele włoskim.
Agnieszka Zakrzewisz, Rzym
„FAKTY I MITY” nr 44, 04.11.2004 r. LISTY
POKRĘTNY AUTORYTET
Aktem miłości nazywa JPII oddawanie
organów zmarłego do przeszczepu,
natomiast Krk naucza, że
dokonywanie wszelkich form klonowania,
w tym także przekazywania
wyhodowanych tą metodą organów
innemu człowiekowi, jest grzeszne.
Wychodzi więc na to, że także
transfuzja krwi powinna być grzechem,
a nawet – idąc tym torem rozumowania
– wszelkie leczenie jest
sprzeczne z prawem boskim (czyt.
katolickim), gdyż choroby zsyła Bóg
i to On decyduje, kiedy człowiek
powinien odejść. Leczenie jest więc
działaniem przeciw Niemu i jako
takie również powinno być prawnie
zabronione (no bo skoro zabrania
się klonowania?). Nawet przyjście
na świat noworodka powinno odbywać
się w sposób naturalny, czyli
bez jakiejkolwiek interwencji osób
trzecich.
Cóż za idealne rozwiązanie dla
naszej chorej opieki zdrowotnej... Dziwię
się, że nasz parlament nie wysunął
takich właśnie argumentów, gdy
chodziło o składkę zdrowotną dla
czarnych funkcjonariuszy Krk! I pomyśleć
tylko, co by się stało z naszym
Wielkim Autorytetem, gdyby przestano
go leczyć i pozostawiono woli
Boga...
Alan Struś
„FAKTY I MITY” nr 28, 19.07.2007 r. MROCZNE KARTY HISTORII KOŚCIOŁA (64)
GRZECH LICHWIARSTWA
Przez lichwę chrześcijańska Europa rozumiała początkowo udzielanie
pożyczki na procent.
Ów „proceder” miał się stać jedną z elementarnych cech nowoczesnej
gospodarki. Pech chciał, że ojcowie kościelni wykoncypowali, iż jest on
okrutnym grzechem, a późniejsi papieże to potwierdzili, okładając go
ekskomunikami i innymi srogimi sankcjami.
Ponieważ jednak bez pożyczania na procent trudno było się obyć już we wczesnym średniowieczu, dopuszczono, by zajmowali się tym Żydzi, których prawo nie boczyło się na „procent”. Dla Żydów sytuacja okazała się błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Z jednej bowiem strony wyspecjalizowali się i w dużej mierze zmonopolizowali operacje finansowe i bankowe, czego owoce zbierają do dziś, z drugiej jednak – skupili na sobie więcej zawiści i prześladowań. Nikt nie lubi wierzycieli. Żyd lichwiarz to już zło nazbyt duże, a zbitka ta była w przeszłości tak naturalną jak później żydokomuna czy żydomasoneria. Kiedy jednak dziwimy się nad szczególną tendencją i zdolnością Żydów do zajmowania się finansami i bankierstwem, przypomnijmy sobie, iż jest to zasługa pomysłów teologicznych ojców Kościoła i papieskiej pochopności.
W starożytnych cywilizacjach operowanie kapitałem i kredytem tudzież pobieranie procentów od pożyczek było częścią gospodarki, a mimo to Arystoteles orzekł, iż pieniądz jest środkiem nieproduktywnym. Kościół, jak wiadomo, myśl Arystotelesa twórczo w średniowieczu rozwinął, a w szczególności rozwinął wszystkie jego błędy. Kościelny zakaz lichwy to jednak dzieło niezależne, zaistniałe na długo przed tym jak Kościół uznał Arystotelesa za dysponenta odblasku Prawdy. Później się nim tylko wsparto.
Od pierwszych wieków chrześcijaństwa przeciw lichwie pomstowali święci: Bazyli, Klemens z Aleksandrii, Grzegorz z Nyssy, Jan Chryzostom, Ambroży, Hieronim i Augustyn. Pod ich wpływem sobór nicejski, a następnie św. Leon I zabronili uprawiania lichwy. Jednak tylko osobom duchownym. Z natchnienia prawa kanonicznego skorzystał jednak Karol Wielki, który dekretem z 789 r. rozciągnął ów zakaz także na sprawy świeckie. Późniejsze sobory kontynuowały już tę linię konsekwentnie, ignorując rzeczywistość i zmiany stosunków społecznych.
W swej niezłomności władze kościelne wytrwały do XIX w., z lekka tylko osłabiając jej siłę poprzez tolerowanie przeróżnych furtek, dzięki którym można było uprawiać lichwę pod inną formą i nazwą.
W pierwszych wiekach barbarzyńskiego średniowiecza nie stanowiło to jeszcze wielkiego problemu. Stosunki gospodarcze zdegenerowały się i uwsteczniły. Z czasem jednak – wskutek przyrostu kapitału i rozwoju handlu – zaczęła odżywać skomplikowana gospodarka monetarna starożytności. Teologowie nie zrewidowali jednak swych poglądów o grzeszności lichwiarzy. Tradycja ustalona, klamka zapadła. Mało tego, do wcześniejszych zakazów dodano wtedy sankcje: suspensy i ekskomuniki. Lichwiarzy najgorliwiej zaczęło zwalczać i tępić papiestwo pogregoriańskie. Od końca XII w. do tępienia ich przystąpiły sądy biskupie.
Wtedy właśnie rozpoczęła się na dobre kariera Żyda lichwiarza. Pięcioksiąg głosił: „Jeśli twój brat zubożeje, podtrzymasz go (...). Nie będziesz brał od niego odsetek ani lichwy” (Kpł 25. 35–36), jednak „od obcych możesz się domagać” odsetek (Pwt 30. 20–24). Nadto, co 7 lat w roku szabatowym wygasać miały wszelkie wierzytelności (Pwt 15. 1). Jak widać, Biblia także gromi lichwę, ale w sposób, który ułatwia i umacnia podziały społeczne. Przy tym niesie przesłanie: lichwa jest zła, ale jak łupić – to obcego.
Oprócz Żydów operacjami lichwiarskimi mogli się zajmować jedynie finansiści z Lombardii, Cahors i Florencji, których także nie kłopotano w związku z ich finansami rządowymi i papieskimi. Niemożność spłacenia długu, czy tym bardziej bankructwo w związku z długami kredytowymi, to naturalne źródła i katalizator społecznego antysemityzmu.
A jego teologicznych uzasadnień z ochotą dostarczali duchowni ze swych kazalnic, rozgrywając przy okazji swój teologiczny antysemityzm. Oskarżenia Żydów o zabijanie dzieci, profanację hostii czy szerzenie wielkiej zarazy w latach 1348–1349 znajdowały łatwy oddźwięk w skargach dłużników.
Kaznodzieje pomstujący na lichwiarzy wywodzili, iż proceder ten jest wyjątkowo perfidny. Nawet przecież rozpustnik czy złodziej nie grzeszą bez przerwy, choćby w czasie snu. Tymczasem lichwiarz grzeszy bez ustanku, pomnażając swe bezbożne zyski. A żąda ich na dodatek w sposób „przeciwny naturze” (takie kazania głoszono po tym, jak Kościół począł odkrywać „prawo naturalne”), bowiem żąda owoców z pieniądza, a pieniądz, jak wiadomo od Arystotelesa, jest bezpłodny – „nie rodzi pieniędzy”. U Dantego lichwiarze cierpią swe kaźnie obok sodomitów, a Nowy Testament jest bardziej kategoryczny niż Stary: nawet grzesznicy, mówi Jezus, pożyczają, aby odzyskać tyle samo. Wy bądźcie lepsi: pożyczajcie „niczego się za to nie spodziewając, a wasza nagroda będzie wielka” (Łk 6. 34–35).
Obronę przed wierzycielami znajdowali najłatwiej krzyżowcy. II sobór laterański w 1139 r. uznał lichwiarzy za ludzi pozbawionych czci i jako takim odmówił prawa do chrześcijańskiego pogrzebu. III sobór laterański w 1179 r. stwierdził, że „prawie wszędzie przestępstwo lichwy zakorzeniło się” wśród ludu Bożego i uchodzi za dozwolone. Niezrażeni tym dostojnicy postanowili, żeby odtąd nie dopuszczać lichwiarzy do komunii, a nawet nie przyjmować od nich ofiar. Cóż za poświęcenie!
Z czasem kościelni kazuiści w pogoni za lichwą zaczęli się wgryzać w szereg niuansów gospodarczych. W 1180 r. papież Aleksander III potępił już zastaw jako rękojmię pożyczki. IV sobór laterański (1215 r.) wezwał teologów do pieczołowitego analizowania rozmaitych rodzajów aktywności kredytowej wiernych, zaś spowiedników pouczył, że jeśli lichwiarz stawi się przy konfesjonale, to rozgrzeszenie dostanie, jeśli odda grzeszne zyski. Innocenty IV zajął się z kolei teologiczną analizą wyderkafu, czyli tzw. renty wykupnej, dającej możliwość wykupienia przez dłużnika spłaty całości sumy ciążącej na nieruchomości (w zamian za kapitał dłużnik przekazywał 5–8 proc. dochodu z zadłużonej nieruchomości). Był to swoisty długoterminowy, oprocentowany kredyt. Papież orzekł, iż jest to zgodne z Prawem Bożym wtedy i tylko wtedy, jeśli czynsz nie jest większy niż normalny dochód z ziemi wartej tyle, ile wynosiła przekazana suma.
Kler wgryzał się w owe niuanse, mając na uwadze nie tylko to, co wymyślili ich poprzednicy z pierwszych wieków, a co czas zacementował w tradycję, ale i uwzględniając swe żywotne interesy. Od końca średniowiecza uzyskiwali bowiem coraz liczniej zapisy i musieli pilnować, by przekazana kwota (na obsługę cyklicznego odmawiania pacierzy za zmarłego) nie wyczerpała się po latach. A było to możliwe dzięki obracaniu zyskami z powierzonego kapitału. Tutaj, nawet wbrew Arystotelesowi, pieniądz musiał robić pieniądz i nie było w tym nic grzesznego. Bywało i tak, że donator z braku gotówki na „cele pobożne” zapisywał Kościołowi od razu sam czynsz ze swych nieruchomości, który płacony był przez spadkobierców zmarłego. I to było, oczywiście, świetliste względem Prawa Bożego. Podobnie jak sprzedaż urzędów, bo tym zajmował się sam kler. Według Jakuba z Vitry, kiedy diabeł wydawał swe córki za mąż, nie bez kozery symonię wyswatał prałatom, obłudę mnichom, zaś lichwę mieszczanom... Niemniej tylko lichwa sprzeczna miała być z Prawem Bożym.
Z czasem myśl teologiczna poszła na kompromis z procentami, uznając, że choć lichwa jest grzeszna, to pobieranie od pożyczek odszkodowań za niemożność dysponowania swoimi pieniędzmi (lucrum cessans i damnum emergens) oraz za ryzyko kredytowe związane z transportem morskim (periculum sortis) – są neutralne dla Prawa Bożego. Większość kościelnych prawników dopuszczała też karę za nieterminowe spłacenie pożyczki.
Kościelni myśliciele poczęli szukać kolejnych furtek. I tak franciszkanin Bernardyn ze Sieny odróżnił lichwę rzeczywistą od pozornej. W oparciu o pozorną zaczął zakładać wraz ze współbraćmi tzw. banki pobożne (montes pietatis). Pożyczano w nich pod zastaw z odsetkami od 4 do 10 proc. Na franciszkanów nie omieszkali się rzucić dominikanie i augustianie, który krytykowali „pozorność” takiego lichwiarstwa. Ostatecznie jednak papież uznał banki franciszkańskie za zgodne z Prawem Boskim.
Z czasem sytuacja z kościelnym zakazem lichwy wyglądała tak, jak ujął to Jan Kracik: „Kościół, broniąc najbiedniejszych przed wyzyskiem, nazbyt długo strzegł zamkniętej w tym celu bramy, choć dostrzegał otwierające się po jej bokach furtki. Uznawał ich używanie i propagował je, by tym lepiej bronić bramy”. Z kolei A.A. Chafuen napisał: „Doktryna lichwy była piętą achillesową scholastycznej ekonomii. Zapędziła ona scholastyków i ich XVI- i XVII-wiecznych następców w nie dające się przezwyciężyć trudności, które przyczyniły się wielce do skompromitowania całej doktryny”.
Zmiany przyspieszyła reformacja. Jednak nie Luter, który uważał, że lichwę „diabeł wymyślił”, ale Kalwin, który uznał katolicką kazuistykę za obłudną i odrzucił nieufne traktowanie pieniądza oraz poglądy o jego jałowości. Dopuścił on pobieranie odsetek od pożyczki produkcyjnej (inwestycyjnej). Było w tym jeszcze wiele anachronizmu, gdyż „sprawiedliwego procentu” od pożyczek strzec miał kościelny konsystorz. Pozostawienie przy Kościele spraw moralności gospodarczej spowodowało, iż musiał on sobie radzić z szeregiem skomplikowanych sytuacji życia społecznego. Na przykład, czy nieuczciwych kupców można dopuszczać do Wieczerzy Pańskiej? Czy można handlować z nimi? Czy loterie są godziwe?
A lokowanie pieniędzy na procent przeznaczony dla ubogich?
Mimo że Kalwin pogodził doktrynę chrześcijańską z pieniądzem, otwierając wrota normalnego rozwoju stosunków gospodarczych i monetarnych, w Kościele katolickim nadal nie ustały gromy antylichwiarskie. Nawet w 1744 r., kiedy Scipio Maffei z Werony uzasadniał w swych publikacjach, że pożyczki mogą być legalnie oprocentowane w niewielkiej skali (ale nie w stosunku do ludzi ubogich), Benedykt XIV wydał bullę Vix pervenit, w której przypomniał, że wedle Kościoła pieniądz jest bezpłodny, a więc pożyczka na procent pozostaje zabroniona, a wszelkie sankcje przeciwko lichwiarzom – utrzymane w mocy. Dopiero w 1830 roku nastąpiła w tym zakresie zasadnicza zmiana kursu. Wtedy bowiem w odpowiedzi na list pewnego biskupa Święte Oficjum poradziło, by nie nękać już więcej zarabiających na procentach od kapitału.
Kościelny zakaz lichwy był poważnym hamulcem rozwoju bankowości. Nie zahamował on rozwoju gospodarczego krajów zachodnich, lecz przez wieki poważnie zatruwał stosunki gospodarcze. Nie mogąc uniknąć pożyczania na procent, przyzwyczajano do krętactwa, omijania ducha prawa przy zachowaniu jego litery. No i przede wszystkim był walnym rozsadnikiem antysemityzmu. Mariusz Agnosiewicz
"FAKTY I MITY" nr 38, 27.09.2007 r. NASI OKUPANCI
PRAWDZIWA HISTORIA KOŚCIOŁA (55)
TRUCICIELE CIAŁ I DUSZ
Przez wiele stuleci kler osiągał wielkie dochody propinacyjne. „Święta
propinacja” służyła ogłupianiu chłopów, zamroczeniu dusz poddanych i
wyzyskiwaniu dorobku ich pracy.
Narodziny propinacji w Polsce sięgają daleko w średniowiecze. Ta trucicielska instytucja przeżyła w Polsce prawie 900 lat i dotrwała do początków XX wieku. Propinacja (łac. propinatio od propinare – „częstować trunkiem”) była wyłącznym prawem właścicieli ziemskich do produkcji i sprzedaży napojów alkoholowych poddanym chłopom zamieszkującym ich dobra, a także wiązała się z obowiązkiem kupowania przez nich w określonym czasie określonej ilości trunków w pańskiej karczmie. „Święta propinacja” służyła duchowieństwu i szlachcie do ogłupiania umysłów, deprawowała charaktery chłopów i wyzyskiwała dorobek ich pracy. Była instytucją, w której zniewolonemu chłopu pozostawiono jedyną „wolność” – picia i zatruwania się alkoholem – a wolność ta leżała w interesie dochodowym szlachcica, plebana i klasztoru. Interes ten nie miał wiele wspólnego z uczciwością, lecz był mierzony kupiecką miarą.
Już Bolesław Chrobry, fundując około 1000 r. arcybiskupstwo gnieźnieńskie, uposażył je także w dziesięcinę karczm. Rozmaite starodawne spisy posiadłości klasztorów i kościołów wymieniają karczmy jako darowizny złożone od książąt lub szlachty. Często było tak, że karczma lub część jej dochodów została oddzielona od dóbr książęcych czy pańskich, aby przyczyniać się do utrzymania klasztoru lub probostwa. Jan Długosz, który w roku 1470 spisywał „Księgi uposażeń”, uwidocznił w nich, gdzie, przy jakim kościele i ile znajdowało się karczm kościelnych. Duchowni byli nie tylko producentami alkoholi, ale też szynkarzami, czyli tabernatorami. Z aktów wizytacji biskupich wynika, że proboszczowie mieli w zwyczaju, zamknąwszy po nabożeństwie tabernaculum w ołtarzu, odmykać tabernę w budynku plebańskim, w której służba piwo, miód i okowitę sprzedawała albo czynili to sami. Kupowanie alkoholu i picie w obcych karczmach zabronione było najsurowszymi karami. Plebani surowo karali wiernych za kupowanie trunków u Żydów, których uważali za morderców Chrystusa i bluźnierców. Alkohol można było kupować tylko w karczmie należącej do księdza proboszcza, choć z reguły było w niej drożej, a i trunki nie tak dobre. Jak świadczy pochodzący z XVII wieku „Lament chłopski”, piwo sporządzano z pszenicy, a dla chłopów wyrabiano je z owsa, tatarki, jeżyny. Były to piwa tak liche, że autor „Lamentu” powiada ironicznie, iż sporządzano je z sieczki. W XVI wieku pojawiła się gorzałka, zwana też „prostą”, „przepalanką”, „okowitą”, a jeszcze powszechniej „śmierdziuchą”, „szmorgawicą”. Znalazł się w Polsce propinator, który wykazywał się dokumentem, według którego nadano mu prawo palenia gorzałki jeszcze wtedy, gdy... gorzałka w ogóle nie była znana. Oszustem tym był – a jakżeby! – duchowny, proboszcz w Marcyporębie Jan Franciszek Krzeczkowski. W roku 1633 złożył on do aktów oświęcimskich podrobiony dokument z roku 1176, mający rzekomo pochodzić od Marka z Poremby herbu Radwan, fundatora kościoła i probostwa w Marcyporębie. Według tego falsyfikatu, Marek z Poremby miał już w 1176 r. uposażyć proboszcza przywilejem „do paleni horułki y wareni piwa”, a zarazem zobowiązaniem karczmarza pod kościołem do brania i sprzedaży kościelnej gorzałki. Odtąd proboszcz mógł tym śmielej narzucać parafianom swoją gorzałkę, skoro wywodził swoje prawo od tego starego przywileju, który mu sporządził jakiś fałszerz.
Uprzywilejowany stan duchowny nie tylko prowadził działalność propinacyjną, ale też sam w najlepsze uczęszczał do karczm, gdzie z chłopami, mieszczanami i szlachtą pił, grał w kości i bawił się. Nad obyczajami tymi przez długi czas bezskutecznie starały się zapanować władze kościelne. Już legat papieski Filip w roku 1279 przywiózł do Polski zakaz szynkowania na plebaniach. Synod uniejowski w roku 1326 zakazał duchownym pociągać innych własnym przykładem do pijatyk. Za picie w karczmie groziła duchownemu kara trzech grzywien albo miesięczny areszt w klasztorze. Według statutów włocławskich, wstąpienie duchownego do karczmy uwarunkowane było „słuszną przyczyną”, a za taką uchodziło na przykład zaproszenie przez poważną osobę. Łatwo więc było pijatykę usprawiedliwić. W diecezji przemyskiej wstępu do karczm dozwolił synod w 1415 r. jedynie prałatom. Duchowni wykorzystywali jednak każdą sposobność, by nawiedzić karczmę. Asystowali przy zawieraniu małżeństw w karczmach, tam też odbywały się niejednokrotnie sądy kościelne, czego surowo zakazywały synody. Gdy i to stało się niemożliwe, przenosił się kler z karczm do domów prywatnych, a okazji ku temu też nie brakowało, jak choćby tych związanych z zaopatrywaniem chorych sakramentami.
Ustawodawstwo kościelne wyparło z czasem kler z karczm i zlikwidowało jego propinacyjną działalność. Jednak jeszcze w XVIII wieku i później czerpał „oświecony” stan duchowny dochody z upijania wiernych. Obserwujące regułę św. Augustyna norbertanki ze Zwierzyńca (znane między innymi z palenia czarownic) posiadały w księstwie zatorskim wieś Mucharz, gdzie zbudowały w połowie XVIII wieku wspaniałą karczmę z łamanego kamienia, podobną do małego zamku. Lud nazwał ową karczmę Czartakiem, gdyż stanęła ona w miejscu strażnicy książęcej, a może z tej racji, że widział w niej siedlisko czartów – sprawców nieszczęść. Czart bowiem siedział w klasztornej okowicie, która niejedno życie chłopskie zrujnowała i niejednej chłopskiej rodzinie piekło zgotowała za życia. Ciekawe, że fantazja poetów i artystów malarzy przypisała ów czarci przybytek... arianom. Na wniosek konserwatorów otoczono „Czartak” opieką jako rzekomą zabytkową świątynię ariańską. I tak oto niechcący ochroniono na pewien czas przed zagładą ponure szczątki klasztornej „świętej” karczmy – niechlubny pomnik propinacyjnej działalności sióstr zakonnych św. Norberta. Podczas II wojny światowej Niemcy rozebrali „Czartak”, a kamienie zużyli do budowy fabryki amunicji w Mucharzu. Dziś po „Czartaku” nawet ślad nie pozostał.
Artur Cecuła
„FAKTY
I MITY” nr 12, 25.03.2004 r.
NASI OKUPANCI
Andrzej Rodan:
– Czy przed
pierwszą wojną
światową były czasopisma
antyklerykalne,
przeciwstawiające
się ofensywie
klerykalizmu,
który miał
niewiele wspólnego
z religią?
Tadeusz
Boy-Żeleński: – Przed
wojną było w
Polsce co najmniej kilkanaście
dużych dzienników
o zabarwieniu
antyklerykalnym;
dziś nie ma
ani jednego [Boy
mówi o latach
1918–1939 – przyp.
A.R.], mimo że
napór kleru jest
większy, nastrój zaś
inteligencji
zdecydowanie antyklerykalny.
I jestem
przekonany, że pismo,
które byłoby
wyrazem prawdziwej opinii
w tych sprawach,
miałoby zapewnione
powodzenie... Nie
chodzi tu
wcale o stawanie
przeciw religii, której
nikt i nic nie
zagraża. Chodzi
o to, aby
strząsnąć jarzmo nowej okupacji,
które grozi wolnej
Polsce. Danie
jej odporu stanowi
w obecnej chwili
jedną z
najważniejszych pozycji
w kształtowaniu
naszej przyszłości.
– Z tych
powodów i potrzeb powstał
tygodnik
antyklerykalny
„Fakty i Mity”
stworzony przez
„Jonasza”
Romana Kotlińskiego,
bowiem
ewolucja, którą nasz kraj
przeszedł,
przyniosła niespotykaną
dotąd w
historii ekspansję kleru.
Wszystkie partie,
łącznie z SLD,
kokietują
sutannowych, ich stan
posiadania
rośnie do niebotycznych
rozmiarów, a
apetyty mają
jeszcze
większe. Ongiś powiedział
pan, że kler to
nasi okupanci.
– Okupacja kraju,
o której nieraz
mówiłem,
postępuje. Dzieje się to
zwłaszcza dzięki
osobistej konfiguracji
frontów polskich.
Jeżeli Sienkiewicz
w „Potopie”
porównywał Rzeczpospolitą
do postawu
czerwonego sukna,
które sobie
wydzierają królewięta,
to dziś można by
powiedzieć, że
wszystkie bez
wyjątku partie wydzierają
sobie czarną połę
sutanny. W następstwie
tej polityki, nic
dziwnego,
że ich „stan
posiadania” rośnie. Gdyby
nasza okupacja
ziściła swoje ideały,
wszystko –
absolutnie wszystko
– byłoby poddane
władzy kleru. Mam
w ręku dokument,
który pozwala nam
przyjrzeć się
bliżej temu obliczu. Ukazała
się mianowicie
książka pt. „Co
czytać?” napisana
przez o. Mariana
Pirożyńskiego,
redemptorystę, wydana
za pozwoleniem
władzy duchownej
przez księży
jezuitów w Krakowie.
– Ta książka
bardzo mi przypomina
„Index Librorum
Prohibitorum”,
urzędowy wykaz
dzieł
zakazanych
przez Kościół katolicki,
publikowany od
roku 1559 do
1966. Na
indeksie znajdowały się
dzieła
największych myślicieli i pisarzy.
Tak więc nasz
redemptorysta
stworzył jakby
indeks książek
zakazanych, a
jednocześnie polecenie,
co może czytać
prawdziwy
katolik.
– I w ogóle,
gdy chodzi o
polecenie
„co czytać”,
ksiądz Pirożyński
jest w kłopocie.
Okazuje
się, że ten kapłan
zna przeważnie
książki...
niestosowne.
Zdumiewa
mnie zaś wręcz
oczytanie księdza
Pirożyńskiego
w „pornografii”
(daję cudzysłów,
bo u księdza
Pirożyńskiego
pojęcie
pornografii jest
bardzo obszerne)
wszystkich epok
i krajów. Ten
ojciec
redemptorysta zna
wszystkie sprośności,
bodaj najbardziej
zapomniane
i przedawnione.
Czasami ten katalog
przypomina owe
notatki w brukowych
dziennikach, które
– gromiąc
odkryty przez
policję dom schadzek
– podają jego
szczegółowy adres.
I ta obfitość
„pornograficznej” lektury
– choćby
traktowanej negatywnie
– w poradniku „Co
czytać?” nie jest
przypadkowa. U
tych ofiar celibatu
płeć wyradza się w
ów niedosycony,
ciekawy, wścibski
erotyzm, który niejedną
uczciwą kobietę na
zawsze oddalił
od konfesjonału.
To przebija
w dziełku księdza
Pirożyńskiego
z całą naiwnością.
Nawet lektura Dickensa
działa na tego
kapłana podniecająco!
Litość i zgroza.
Litość dla
człowieka, który
ma takie widzenie
świata, takie
horyzonty; dla tej naiwnej
płaskości i
ciemnoty; ale zarazem
zgroza, kiedy się
pomyśli, że to jest
przekrój kasty,
która z całą
bezwzględnością
i z
takim zuchwalstwem
wyciąga ręce
po wszystkie
władze w Polsce.
– Księża
mają niezdrową
obsesję płci
związaną z
celibatem
sprzecznym
z naturą
człowieka.
– Ci detektywi
niemoralności sami
nie zdają sobie
sprawy, do jakiego
stopnia przeżarci
są niezdrowym
erotyzmem. Czy
przeciętny ksiądz
strzeże celibatu czy
nie, sprawa płci
jest dla niego
nieustającą obsesją, zboczeniem,
chorobą.
Przesłania mu cały
świat. I to jest
zupełnie naturalne;
nie może być
inaczej. Pamiętamy okres
powojenny: ziemia
kurzyła się jeszcze
od krwi, przed
Europą otwierały się
całe kompleksy
nowych zagadnień
gospodarczych i
moralnych, a księża
nasi umieli tylko
grzmieć z ambon
przeciw krótkim
włosom, krótkim
sukniom, przeciw
gołym ramionom
pierwszych
wioślarek. Najważniejsze
dla nich zadanie
to nie dopuścić, aby
jakaś para się
pocałowała – bodaj
w książce – poza
tym wszystko jest dla
nich „moralnie
obojętne”. Życie przepływa
koło nich jak coś
obcego, niezrozumiałego,
nienawistnego;
widzą
tylko genitalia.
Chorzy ludzie!
– Jaki jest
Pana stosunek do
konkordatu?
– Biskupi szaleją.
Niedługo czekaliśmy
na skutki
konkordatu, owego
niepoczytalnego
konkordatu, dającego
biskupom
przywileje, jakich
nie mieli w
Polsce, nawet w średniowieczu,
konkordatu, który
czyni z nich
wyłącznie
przedstawicieli Rzymu, luźnie
związanych z
naszym społeczeństwem,
czujących się
ponad naszym
prawem.
– Jak długo
jeszcze Polska będzie
tak mocno
sklerykalizowana?
– Niewątpliwie,
biorąc zewnętrznie,
Polska jest
klerykalna. Kina
ani dansingu nie
otworzy nikt bez
święconej wody.
Wieś. Zapewne to
największa siła
kleru, te miliony głosów
bab wiejskich,
które można rzucić
na szalę w dniu
wyborów, te procesje,
które można
wyprowadzić
w całej Polsce.
Kler: nie ma kłamstwa,
na które nie
byliby gotowi, gdy
chodzi o
zwalczanie przeciwnika, nie
ma bredni, której
by w swoje owieczki
nie spodziewali
się wmówić. Ale
to jest broń
obosieczna. Bo, mimo
że duchowieństwo
nasze zlekceważyło
z góry wszystko,
co w Polsce
jest
wartościowego, niepodobna
przecież zapobiec
temu, że ludzie
patrzą i wyciągają
wnioski.
Rozmawiał Andrzej
Rodan
Wypowiedzi Boya
są cytatami z jego
dzieła z 1932
r. pt. „Nasi okupanci”.
Tadeusz
Żeleński, pseudonim
Boy (1874–1941).
Wybitny krytyk
literacki i
teatralny, publicysta,
tłumacz, twórca
tekstów do
„Zielonego
Balonika”, z wykształcenia
lekarz, profesor
Uniwersytetu
Lwowskiego. Boy
był moralistą,
mistrzem
sentencji, aforyzmu
i największym w
okresie
międzywojnia
antyklerykałem. Zamordowany
przez Niemców.
Warto
przypomnieć jego
słynne cykle:
„Nasi okupanci”,
„Piekło kobiet”,
„Dziewice
konsystorskie”.
Napisane w latach
1928–1934
są, niestety,
nadal aktualne. Nic
więc dziwnego, że
kler do dziś
wymyśla mu od
najgorszych.
"FAKTY I MITY" nr 44, 08.11.2007 r. CZYTELNICY DO PIÓR
Duszę się! Czyli...
KILKA PRAWD O
KOŚCIELE
Tak sobie obserwuję Kościół katolicki. Jego wiernych, kapłanów, hierarchów. Analizuję czasami jego historię i dogmaty. Obserwuję jego wyczyny – te z przeszłości i te teraźniejsze – i coraz bardziej zdumiewam się, jak to możliwe, że coś tak absurdalnego i tak mocno w sumie skierowanego przeciwko człowiekowi może w tak masowym wymiarze egzystować i przez niemal dwa tysiące lat trzymać władzę nad umysłami ogromnej rzeszy ludzi.
Przecież zawsze był, jest i chyba będzie wrogiem zapiekłym wszelkiego postępu, rozwoju nauki, oświecenia i wolnej myśli.
To Kościół katolicki przez całe wieki czynił z kobiety istotę gorszą, niższą i nieczystą.
To on ledwo narodzone i niczego nieświadome dzieci przywłaszcza sobie rytuałem zwanym chrztem.
To Kościół grzechem uczynił erotyzm i jego całe piękno. Seks, miłość wolną, piękną, pełną doznań duchowych i zmysłowych sprowadził do ohydnego podziemia ludzkiej świadomości.
To Kościół do perfekcji doprowadził sztukę fałszerstw, kłamstw, przeinaczeń.
To on przez całe wieki tworzył dogmaty i prawa, jakieś wynaturzone własne przykazania i wmawiał maluczkim boskie w tym sprawstwo.
To Kościół wymyślił celibat. Jeden z najbardziej chorych i wynaturzonych pomysłów, jaki można sobie tylko wyobrazić.
Posunął się nawet do superbzdury, wymyślając niepokalane poczęcie i wniebowzięcie, pozbawiając matkę Chrystusa człowieczeństwa.
To Kościół jeszcze do nie tak dawna prowadził krwawe krucjaty, nawracając niewiernych ogniem i mieczem na łono jedynie słusznej wiary.
To Kościół katolicki wsławił się takimi wynalazkami jak święta inkwizycja, palenie na stosach wolnomyślicieli, ludzi nauki, sztuki, oświecenia i postępu.
To Kościół katolicki zapisał się niezwykłą wręcz chciwością i pazernością, gromadząc majątki i dobra nieprzebrane i nie ustając w tej działalności do dziś.
Kościół katolicki to instytucja wciąż zaborczo aktywna. Nigdy nie spoczywa na laurach. Osobiście czuję się osaczony religią, Kościołem, wyznawcami jedynie słusznej religii. Jest wszędzie. W prasie, telewizji, radiu. Jest w szkole, w urzędach i na ulicy. Wciska się do mojego domu i łóżka. Nie mogę wysłuchać wiadomości bez informacji o poczynaniach biskupów, kardynałów, księży, papieża. Co tydzień jakieś ważne kościelne wydarzenie zajmuje łamy oficjalnych mediów. Co miesiąc jakaś ważna rocznica związana z JPII. Co pół roku następny wspaniały film o JPII. Im dalej od śmierci JPII, tym więcej cudów, których rzekomo był autorem. Wszędzie krzyże, pomniki, tablice upamiętniające, dzwony, święte relikwie, cudowne obrazy, płaczące Madonny, cuda na kominach, drzewach i na szybach w blokowych oknach. Kraj prześciga się w budowaniu coraz większych krzyży, pomników, dzwonów i świątyń. Za publiczne pieniądze odnawia się watykańskie kościoły, plebanie i kapliczki. Pielgrzymka goni pielgrzymkę. Młodzież wędruje tam i z powrotem pod szczupakiem czy też karpiem w Lednicy. Żyję w państwie wyznaniowym. Moher w triumfalnym marszu zajmuje coraz to nowe pozycje. Duszę się!!!
Czytelnik
„FAKTY I MITY” nr 33,
19.08.2004 r.
POZYTYWNIE ZAKRĘCENI
Polski
antyklerykalizm nie jest wymysłem czasów
nam
współczesnych. Już w artykule „Jonasz nie był
pierwszy”
(„FiM” 27/2004, s. 15) pisaliśmy o Andrzeju
Niemojewskim,
który 100 lat temu wydawał czasopismo
antyklerykalne.
Ale przecież niemal wszyscy polscy
wielcy
pozytywiści XIX wieku krytykowali Kościół
za obłudę,
nietolerancję, zaściankowość, obskurantyzm
i zwykłą
głupotę.
Pozytywizm to
nazwa epoki historyczno-
literackiej, która
ukształtowała
się jedynie w
kulturze polskiej
pod bezpośrednim
wpływem
skutków upadku
powstania styczniowego
(1863 r.). Młodzi
pozytywiści
przeciwstawiali
się romantykom,
a doświadczywszy
skutków
powstania, chcieli
zerwać z ideologią
walki, by zastąpić
ją ideologią
pracy. Program
pozytywistów
można zamknąć w
czterech tezach:
1. Praca
organiczna – ideolodzy pozytywizmu
twierdzili, że
społeczeństwo
jest organizmem, więc
należy
dążyć do
harmonijnego rozwoju
wszystkich jego
organów, czyli grup
społecznych; 2.
Praca u podstaw
– uważali, że
konieczna jest praca
natury oświatowej
nad podniesieniem
poziomu życia
przede wszystkim
warstw
najuboższych; 3. Asymilacja
Żydów – pragnęli
stworzyć
dla Żydów warunki
asymilacji
z narodem. Dlatego
w dziełach literackich
i artykułach
pozytywiści
zaczęli opisywać
kulturę żydowską;
4. Emancypacja
kobiet – pozytywistki
domagały się prawa
kobiet
do kształcenia,
prawa do pracy
i równego wynagrodzenia.
Ale nade
wszystko pozytywiści
byli
zdecydowanymi antyklerykałami
uważającymi
Kościół
rzymskokatolicki
za „Antychrysta
rzymskiego”,
występowali
przeciwko
fanatyzmowi religijnemu,
zwalczali
dewocję, opowiadali
się za świeckim
wychowaniem
i tolerancją
przekonań.
Niewątpliwie
poważnie podrywali
autorytet
Kościoła, przyczyniając
się w ten sposób
do upowszechnienia
racjonalistycznego
poglądu
na świat... Warto
więc zapoznać
się z fragmentami
wypowiedzi chociażby
kilku
przedstawicieli pozytywizmu,
którzy swoimi
publikacjami
zwalczali
panoszące się kołtuństwo
i religianctwo.
Byli oni prekursorami
dzisiejszych
przemyśleń zamieszczanych
w „Faktach i
Mitach”
i – podobnie jak
my – ściągali na
siebie nienawiść
religijnych fanatyków,
którzy w
materialistycznych
poglądach na świat
i życie zawsze
(i niesłusznie)
będą dopatrywać się
ataków na wiarę.
_ _ _
Feliks Bogacki już 126 lat temu
pisał w
„Przeglądzie Tygodniowym”
(nr 39 z 1878 r.):
„Nikt bardziej
nie
powstrzymywał, nie powstrzyma
i nie usiłuje
wciąż powstrzymywać
postępu myśli
ludzkiej nad
sługi boże.
Wiem także, że wielcy ludzie,
reformatorowie,
wszyscy ci, którzy
są ozdobą i
chlubą ludzkości, albo
byli
prześladowani, albo zostali
zgładzeni z
tego świata, spaleni na
stosie itp.,
inkwizycja umiała sobie
dawać radę.
Wiem, że i dziś na indeksie
książek
zabronionych katolikom
do czytania
znaleźć można
tylko
najznakomitszych uczonych,
filozofów,
wszystkich tych, myślami
których pomimo
to żyje myśląca
część
ludzkości”.
Aleksander
Świętochowski
(fot. poniżej) tak
oto pisze o grzechu
obżarstwa: „Widziałem
głodnych
chłopów,
obywateli ziemskich, mieszczan,
urzędników,
literatów, kupców,
przemysłowców,
arystokratów – ale
nie widziałem
nigdy głodnego księdza”
(„Prawda” nr 35 z
1882 r.).
A także o
wychowaniu klerykalnym:
„Ileż bolesnych
strat ponieśliśmy z wychowania
klasztornego
naszych niewiast.
Ileż jadu
przesączyło się z tych
źródeł do
naszych organizmów! My
to wszystko
widzimy, że klasztory zabierają
dzieci
rodzicom, że tysiące
ofiar pożerają
tajne a potworne operacje,
że tysiące dusz
gnije, martwieje
lub usypia w
żelaznym uścisku fanatyzmu
i ciemnoty.
Cały ten wstrętny
dramat rozgrywa
się przed naszymi
oczami” („Przegląd Tygodniowy”
nr 3 z 1872 r.).
Adam Wiślicki w „Przeglądzie
Tygodniowym” nr 15
z 1878 r., stwierdza,
że papiestwo
występuje przeciwko
„swobodzie
wiedzy, kiedy zaprzecza
zasadom i
swobodom społecznym,
które ludzkość
w krwawym
wywalczyła
pocie; kiedy jego organa
nie szanują
wolności sumienia, kiedy
partie
klerykalne w widokach »świeckiej
władzy« papieża
narzucają narodom
obce interesa;
kiedy za pośrednictwem
celibatu
niższego społeczeństwa
demoralizuje
papiestwo społeczność
(...), to we
wszystkich tych kwestiach
czujemy się w
obowiązku roztrząsać
działalność
papiestwa i nie
tylko
roztrząsać, ale i zwalczać”.
Tadeusz
Miciński (fot. obok)
nazywa papieża Piusa
X „bezwiednym
sługą szatana”, księży określa
mianem „wrogów
światła prawdy”,
natomiast Polska,
jego zdaniem,
„nie ma już
busoli moralnej
w katolicyzmie”.
Andrzej
Niemojewski pisał
o polskim klerze
(„Myśl Niepodległa”
1906), że wprost
zabobonnie:
„lęka się
myślowych zmian, że
z
najważniejszych zagadnień uczynił
nietykalne tabu
i że uważa niemal
za zdradę
narodową zastanawianie
się nad takimi
rzeczami i ideami,
jak Biblia,
religia, Bóg”.
_ _ _
Ci światli ludzi zwalczali
totalitaryzm
religijny Kościoła i jego
ideologiczną
ekspansję, których
ostoją był i jest
Watykan. Dzisiaj
polskie partie
klerykalne domagają
się wprowadzenia
do konstytucji
europejskiej
preambuły odwołującej
się do Boga, a nie
wiedzą
o tym, że nawet w
nowej konstytucji
państwa-miasta
Watykan,
wydanej w 2001
roku przez Jana
Pawła II, nie ma invocatio Dei
w takiej formie,
jaką proponują Europie
nasze kościółkowe
oszołomy.
Polscy
dziewiętnastowieczni antyklerykałowie
– myśliciele,
publicyści
i literaci –
śmieją się w grobach
z głupoty
polskiego zaściankowego
klerykalizmu. Zosia
Witkowska
„FAKTY I MITY” nr 33,
19.08.2004 r.
WYWIAD Z
NIEOBECNYM
WOJUJĄCY KLERYKALIZM
Aleksander
Świętochowski
(1849–1938)
publicysta, historyk,
filozof,
prozaik, redaktor
tygodnika
„Prawda”, a przede
wszystkim
zdeklarowany, wojujący
antyklerykał.
Najbardziej reprezentatywny
szermierz
polskiej
inteligencji
liberalnej, lider tzw.
pozytywizmu.
Atakowany z ambon
za ateizm i
rozbrat z religią.
Zosia
Witkowska: – Bezkompromisowo
atakuje Pan w
swej publicystyce klerykalny
obskurantyzm,
religijne przesądy, dogmaty
kościelne,
„moralność” papiestwa.
Dlaczego?
Przecież to już Heinrich Heine
mówił, że ataki
księży na różne dziedziny
naszego życia
nie wynikają z niskiego interesu
prywatnego, z
wrodzonego służalstwa,
lecz dla obrony
Boga i dobrych obyczajów.
Aleksander
Świętochowski: – Nie wydzierałem
religii z dusz
wierzących, walczyłem tylko
z fanatyzmem,
przesądami i nadużywającym
swego wpływu
klerem, z tym kościołem wojującym,
wyzyskującym dla
swej swobody i władzy
ciemnotę
społeczeństwa. Dość powiedzieć,
że znaleźli się
księża, którzy potępiali wydawnictwa
Elizy Orzeszkowej
i zakazywali czytania
„Pana Tadeusza”.
Szczerze wyznawana religia
zasługuje na
szacunek, ale nie zasługują na to
jej handlarze i
oszuści, fanatyczni krzewiciele,
którzy zamierzają
za pomocą niej opanowywać
życie ludzkie,
wkraczać ze swoją władzą i przywilejami
w te jego
dziedziny, które do nich nie
należą. Ksiądz z
istoty swego powołania ma duszę
zwróconą ku celom
idealnym, ale bardzo
często staje się
handlarzem rzeczy świętych, wydrwigroszem,
obłudnikiem, a
nawet bezwstydnym
oszustem.
– I tu gotowa
jestem się zgodzić. Nawet
szczerze
wierzący katolik Józef Ignacy
Kraszewski
twierdził, że „interes władzy
świeckiej
papieża zwichnął kierunek Kościoła
z drogi
koniecznych reform na przebieżone
już gościńce
wsteczne”. Wielokrotnie
był
Pan wzywany do
cenzury, aby zaniechać
ataków na
religię i księży. Jaka była linia
obrony Pana
publicystyki?
– Odpowiadałem:
woda może być czysta,
a młynarz brudny.
Ja nie zwalczam religii,
ale złych i
niegodziwych księży. Wypowiadam
się przeciwko
dewocji i religianctwu, krytykując
tych, którzy na
wszelkie dolegliwości
usiłują zalecać
modlitwę. Rozwój społeczeństwa
jest możliwy tylko
wtedy, kiedy zniknie
atmosfera
zabobonu, dewocji i powszechnego
religianctwa. Ilu
profesorów krakowskiego
uniwersytetu
codziennie modli się i leży
krzyżem dla
utrzymania się na stanowisku zajętym
i zasłużenia na
wyższe! Rak jezuicki
gangrenuje cały
organizm wymysłami i propagandą
na benefis
rzymskiej kurii. Węża,
którego narody
wszystkie wytępiły, my tuczymy
i czcimy, nie
zważając na to, że dziś nas
swoimi skrętami
oplótł, a wkrótce udusi.
– Są i tacy
pozytywiści, a należy do
nich między
innymi redaktor naczelny
„Przeglądu
Tygodniowego”, Adam Wiślicki,
którzy domagają
się likwidacji nauki
religii w
szkole. Zdaniem Wiślickiego, religia
w szkole jest
podstawą antagonizmów
między dziećmi
różnych wyznań, agnostykami
bądź ateistami.
Czy jest to żądanie
słuszne?
– Oczywiście!
Zwróćmy uwagę na nieczułą
obojętność kleru w
rzeczach nauki i, co gorsza,
na jego fanatyzm w
prześladowaniu każdej
nowszej myśli.
Ksiądz jest kosmopolitą,
jest ajentem kurii
rzymskiej. Wszędzie prawie,
gdzie ta odnoga
społeczeństwa utkwiła, tam
zawsze pod jego
cieniem wzrastał fanatyzm
i ciemnota...
Religia w rękach graczy politycznych,
wojującego
klerykalizmu, jest zawsze
kartą fałszywą i
oszukańczą.
– Nieco
wcześniej powiedziano, że niektórzy
na wszelkie
dolegliwości życia społecznego
zalecają
modlitwę. Jest Pan wrogiem
modlenia się?
– Ogół nasz używa
modlitwy jako głównego
środka w
dokonywaniu swych zamiarów,
jako głównej broni
w walce z życiem, jako
podpory dla swego
lenistwa duchowego, słowem
używa tam
modlitwy, gdzie powinien
używać pracy...
Gdybyśmy chociaż połowę
tej energii i
wytrzymałości zużyli na pracę,
którą zużywamy na
dewocję, uchronilibyśmy
się od większej
części złego. Nie o to chodzi,
aby wyrugować
modlitwę z życia, ale
o to, ażeby ją
wyprzeć stamtąd, gdzie powinna
być zastąpiona
pracą.
– Nie jest Pan
podobno również zwolennikiem
cudów?
– Rozeszła się w
Warszawie i jej okolicach
wielce popularna
pogłoska o cudzie, jaki się
pojawił pod
Kampinosem. Opowiadano sobie
w tysiącu wersji,
iż z boku Chrystusa rozpiętego
na krzyżu wycieka
krew, a wierni doznają
łask i uzdrowień.
W niższych warstwach
społeczeństwa
pogłoska ta, znajdując najzupełniejszą
wiarę, ściągnęła
na miejsce cudu
licznych
pielgrzymów. Przystąpiwszy do zbadania
cudu sprawdzono,
iż części żywiczne
i garbnikowe
drzewa, z którego został wyrobiony
wizerunek
Chrystusa, pod działaniem
ciepła słonecznego
rozpuściwszy się i przemieszawszy
z farbą, wyciekły
spod figury na
drewno krzyża,
sprawiając złudzenie plam krwistych...
Cóż, nietykalność
dogmatu jako wiary
nie może być za
jedno brana z nietykalnością
wody w Lourdes,
mniemanego cudu spod
Kampinosu lub
handlu mszami. Ci, którzy podobne
fakta chcą
zasłaniać świętością ołtarza,
sami przynoszą
krzywdę ołtarzowi.
Rozmawiała Zosia
Witkowska
(wypowiedzi
Świętochowskiego to wierne
cytaty z jego
felietonów: „Przegląd Tygodniowy”
4/1872;
16/1873; 24/1875)
„FAKTY I MITY” nr 10,
15.03.2007 r.
KOPERNIK BYŁA OSZUSTKĄ!
Polskie
wykształciuchy biadolą, boleją i są zażenowane, że z wyborów na wybory, z
kadencji na kadencję ster rządów Polski trafia w ręce coraz głupszych
osobników. No to niech się cieszą, że nie żyją w Ameryce.
Republikański kongresmen stanowy z Teksasu – Warren Chisum – przedstawia się jako kreacjonista. W odróżnieniu od innych (stan prezydenta Busha hojnie w nich obrodził) Chisum jest kreacjonistą walczącym. Rozesłał do wszystkich 149 stanowych kongresmenów memorandum przedstawiające teorię Darwina jako... żydowski spisek. „Niepodlegające dyskusji dowody – czytamy – które przez długi czas były tajone, lecz teraz stają się dostępne dla każdego, pokazują jednoznacznie, że tzw. świecka nauka ewolucyjna o tym, że Wielki Wybuch sprzed 15 miliardów lat to alternatywna teoria wobec kreacjonizmu, jest dziełem faryzejskiej religii. Ponieważ bazuje ona na »pismach rabinów«, nie może być zgodnie z prawem nauczana w szkole, bo to sprzeczne z konstytucją”.
Przy bliższych oględzinach okazuje się, że kongresmen Chisum nie jest autorem tych słów, a tylko je rekomenduje, wychwalając autora Bena Bridgesa, republikańskiego kongresmena z Georgii, za „udostępnienie informacji w tej ważnej kwestii”. Ale i Bridges nie jest ojcem owych głębokich przemyśleń. Narodziły się one w mózgownicy i wyszły spod pióra Marshalla Halla, który sprawuje zaszczytną funkcję prezesa Fair Education Founation. Z całością jego dorobku intelektualnego można zapoznać się na stronie internetowej www.fixedearth.com. Treści tam wykładane wprawiłyby w zazdrość red. Michalkiewicza i jego ideowych pobratymców z Rydzykowej stajni. Z ciągu psychopatycznych analiz można się dowiedzieć, że większość naukowych odkryć to żydowski spisek. Zdemaskowanemu i znokautowanemu Darwinowi towarzyszą „fizyk kabalista i oszust Albert Einstein” oraz Kopernik, którego też ujawniono jako kłamcę i Żyda.
Niewiara Halla w ewolucję to maleńkie piwko przy jego innych poglądach naukowych: „Biblia uczy, że Ziemia jest stacjonarnym i nieruchomym centrum małego wszechświata złożonego ze Słońca, Księżyca i gwiazd, które krążą wokół niej dzień w dzień. Wszelkie dowody pochodzące z obserwacji oraz eksperymentów, matematyki oraz innych dziedzin prawdziwej nauki potwierdzają nauczanie biblijne”.
Dopóki prawdy objawione krążyły w kręgu konserwatywnych przedstawicieli ludu Ameryki, nikt z tego afery nie robił. Ale gdy memorandum rozpowszechniane przez Chisuma wpadło w ręce żydowskiej Ligi Przeciw Zniesławieniom, sytuacja gwałtownie się odmieniła, bo Liga narobiła ogromnego rwetesu. Chisum uderzył w skruchę i przepraszał, że mógł kogoś obrazić. Bridges poszedł w wykręty i zwalał wszystko na Halla. Hall, niepomny światopoglądowej solidarności, wyjawił, że kongresmen wiedział doskonale o wszystkim, zgadzał się, a zresztą jego – Halla – żona była szefem kampanii wyborczej Bridgesa.
Tak toczy się podskórne życie moralno-intelektualne na rozległych obszarach Ameryki. Wprawdzie nikt tam jeszcze nie wpadł na pomysł koronowania Jezusa na króla USA czy powołania partii Matki Boskiej, ale i żaden z intelektualno-religijnych tytanów IV RP nie wstrzymał Ziemi, poruszywszy Słońce, oraz nie zażądał zlustrowania Kopernika i potępienia go jako wroga Biblii.
Imbecyle wszystkich krajów – łączcie się! JF
nr
6, 07.02.2003 r.
PRAWDZIWA HISTORIA
Na obszarze Śląska doszło w 1910
roku do niecodziennego zdarzenia.
W pewnym hucznym weselu
uczestniczyło kilku księży. Na przeznaczony
dla nich stół obsługa znosiła
różne smakołyki i wytrawne napoje.
Po pewnym czasie biesiadnikom
rozwiązała się mowa, zaczęli się przechwalać,
kto z nich ma naiwniejsze
„owieczki”. Dwaj z nich bardzo się
chełpili, po pewnym czasie dołączył
się trzeci: – Wątpię, koledzy, czy któryś
z was ma parafię głupszą niż moja.
Gdybym im powiedział „jedzcie
siano”, jestem pewien, że je zjedzą.
Śmiech i niedowierzanie współbraci
były impulsem do tego, by stanął
zakład o dosyć wysoką sumę. Sytuacja
miała się rozegrać w przyszłą
niedzielę w kościele u trzeciego księdza.
W następną niedzielę w kościele
zebrali się parafianie. Miejscowy
proboszcz kazał o Dzieciątku Jezus
leżącym w żłobie i nie zapomniał
wspomnieć o wielkim znaczeniu
siana. Swoje kazanie zakończył życzeniem,
żeby parafianie spożyli za ołtarzem
kawałek siana i nie zapomnieli
zasilić parafialnej kasy, która znajduje
się przy żłóbku. Wszyscy szli
w rzędach za ołtarz, brali siano i żując
je, dopełniali parafialną skarbonkę.
Koledzy proboszcza zakład
przegrali. Oczywiście, mentalność
współczesnych wierzących
jest chyba na wyższym poziomie,
ale kto wie...
Sladecek
Vladimir, Czechy
