Pole tekstowe: WOLNY ŚWIAT         

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


NR 3 [Ostatnia aktualizacja: 08.2008 r.]

ARTYKUŁY (RELIGIA A...)

CIEKAWOŚĆ TO PIERWSZY KROK DO... WIEDZY (WROGA ORGANIZACJI RELIGIJNYCH – STĄD STRASZONO PIEKŁEM...)

 

 

SPIS TEMATÓW:

 

DO PRZEMYŚLENIA

 

ORGANICZNA FORMA MATERII – PO PROSTU ŻYCIE

 

ROZWIĄZANIA NATURY

 

   absurdy

   anegdoty lub opis prawdziwych zdarzeń

      cytaty

      działania

      myśli

      pomysły

      postulaty

      powiedzenia

      inne, różne

 

 

 


DO PRZEMYŚLENIA

 

„FAKTY I MITY”:

 

"FAKTY I MITY" nr 48, 06.12.2007 r. ŻYCIE PO RELIGII

BŁOGOSŁAWIENI DOCIEKLIWI

Ludzka skłonność do zmyślania i dawania wiary w opowieści zmyślone jest tak silna, że aż fascynująca. Historia, także ta najnowsza, nie przestaje dostarczać przykładów tej specyficznej człowieczej „twórczości”.

Na łamach „FiM” wspominaliśmy już o mitach i legendach, w jakie obrosło wydarzenie stosunkowo nieodległe – słynny poznański Czerwiec’56. Sprawa jest fascynująca, bo przecież rozruchy, o których mowa, nie działy się przed wiekami i w jakimś odległym zakątku świata. Żyją wśród nas świadkowie tamtych wydarzeń, są zdjęcia i dokumenty. Tymczasem poważni badacze tamtych wydarzeń wciąż demaskują artykuły prasowe i książki pełne kłamstw o tamtych wydarzeniach, nie brak też „świadków” i „kombatantów”, których zeznania uznano za zmyślone. I jak zwykle zmyślone opowieści przenikają do świadomości zbiorowej i funkcjonują własnym życiem, jakby kompletnie niezależnym od rzeczywistych wydarzeń sprzed pół wieku.

Kilka dni temu na łamach „Przeglądu” ukazał się tekst pt. „Poznański Katyń”, którego autor, dr Łukasz Jastrząb, demaskuje niektóre kłamstwa na temat wydarzeń poznańskich, m.in. o rzekomych masowych egzekucjach, ostrzeliwaniu miasta z powietrza, zaginionych, zbuntowanych przeciw władzy żołnierzach, a nawet piersiastych, rudych Rosjankach (sic!) strzelających z okien do polskich kobiet i dzieci.

Dlaczego te sprawy miałyby interesować czytelników „Życia po religii”? Otóż skłonność do zmyślania i powielania wymyślonych opowieści ma nieodłączny związek z funkcjonowaniem mitów religijnych. Wyjaśnienie mechanizmów powstawania tego rodzaju legend miałoby kapitalne znaczenie dla oceny zjawisk religijnych, świadectw o cudach, uzdrowieniach itp.

Sprawa wymagałaby, oczywiście, badań całych zespołów naukowych, ale na potrzeby niniejszego tekstu zwróćmy uwagę na dwa elementy związane z kwestią tworzenia zmitologizowanych relacji – motyw zysku oraz – czasem z nim luźno związany, czasem niezależny – czynnik mitomański. Na przykładzie historii poznańskiego Czerwca widać, że w przypadku tego rodzaju wydarzeń zawsze pojawiają się osoby skłonne czerpać korzyści z rozpowszechniania kłamliwych opowieści. W Poznaniu np. pojawiły się osoby, które zaczęły się określać mianem „przywódców antykomunistycznego powstania”. Niektórzy z nich załapali się nawet na niezasłużoną sławę w mediach. Wykreowano nigdy nieistniejącą tajną szkołę podchorążych AK, której absolwenci rzekomo mieli brać udział w owych wydarzeniach. Ponoć absolwenci tej pochorążówki sami tłoczą medale i sami się nimi dekorują. Najbardziej „zasłużony” miał nawet otrzymać 40 (sic!) takich odznaczeń.

Sądzę także, że wiele tego typu historii zostaje puszczonych w obieg przez ludzi, którzy mają zwyczaj łączenia swoich życiorysów z ważnymi wydarzeniami lub osobami, co poprawia im znacząco samopoczucie i podnosi ocenę własną. Nie wykluczam, że część z nich szczerze wierzy w zmyślone przez siebie opowieści. Problem polega na tym, że ludzie zupełnie normalni, ale nie dość dociekliwi i krytyczni, dają wiarę takim historiom, powielają je i upowszechniają.

Można się z tego wszystkiego śmiać, gdyby nie to, że tego typu mistyfikacje są udziałem znacznej części ludzkości. Ludzie budują swoje życie na fundamencie „świadectw” spisanych przed tysiącleciami, których prawdziwości w żaden sposób nie jesteśmy w stanie udowodnić, nie wiemy też z całą pewnością, kto je spisał i ile razy przeredagował. Teksty te uważane są obecnie za „natchnione”, nieomylne i nienaruszalne. Zdumiewające zmitologizowanie wydarzeń poznańskich (mimo iż upłynęło od nich zaledwie 50 lat!), w których przecież uczestniczyło tysiące ludzi, niech będzie dla nas przestrogą, aby zbytnio nie ufać zeznaniom nawet „naocznych świadków”, jeśli istnieje podejrzenie, że mogli ulec zbiorowej histerii. Roztropny sceptycyzm jeszcze nikomu nie zaszkodził – bezgraniczna ufność natomiast pozbawiła miliony ludzi jeśli nie samego życia, to z całą pewnością wielokrotnie zawartości portfela.

Marek Krak

 

 

"FAKTY I MITY" nr 48, 06.12.2007 r. CZYTELNICY DO PIÓR

KORZENIE GŁUPOTY

„Bóg was kocha i ciągle na was patrzy. Wie o każdej waszej myśli i uczynku. Wie, co będziecie robić jutro i za miesiąc. Wie także o krzywdach, które się wam dzieją, bo w ten sposób was doświadcza, podobnie jak biblijnego Hioba. Bóg jest wszechmogący i miłosierny. Może dać, ale także zabrać. Nic na świecie nie dzieje się bez Jego wiedzy i zgody”.

Tak niewiele tych słów, a tyle w nich niedorzeczności i kłamstw! Od dzieciństwa jesteśmy karmieni taką właśnie papką. Szczególnie w szkole, o co zadbał i robi dalej watykański Kościół, wymuszając na rządzących, by religia była wliczana do średniej ocen. Kłamstwa te niezwykle łatwo udowodnić. Wystarczy bowiem odrobina zdrowego rozsądku i logicznej analizy tej papki oraz trochę odwagi, by zrezygnować z biernej postawy, którą narzuca nam Kościół.

Jeśli bowiem Bóg (którego wyobrażamy sobie jako osobę, co jest oczywistym błędem) jest „miłosierny”, to po co aż tak gnębił tego biednego Hioba?! Jeśli natomiast wszystko wie, bo jest „wszechmogący”, to przecież wiedział, co Hiob zrobi, a więc po co go sprawdzał?! Czyżby diabłu chciał zaimponować?! A może po prostu lubi znęcać się nad słabszymi od siebie istotami, które stworzył?!

Jeśli w ogóle istnieje, to albo nie interesuje się nami, albo nie jest „miłosierny”, lecz wręcz nieludzki i sadystyczny, a wszelkie zło, które w nas siedzi, pochodzi właśnie od niego, bowiem stworzył nas na swój obraz i podobieństwo – jak mówi Biblia.

Według niej, Bóg gnębił człowieka od samego początku. Najpierw wypędził go z raju, a przecież już przed zerwaniem jabłka przez Ewę musiał wiedzieć („jako wszechmogący”), że ona to zrobi. Był to więc z jego strony podstęp. To on przemawiał do niej ustami węża, bo przecież „nic się nie dzieje bez jego wiedzy i zgody”.

Potem rękami Kaina z premedytacją zabił Abla i całą winę zwalił na niego, zadając mu jeszcze dziwne pytania –„Gdzie jest twój brat, Abel?”; „Cóżeś uczynił?”.

Wymordował ludzi w Sodomie i Gomorze, a przecież byli jego dziełem. Jego dziećmi.

Powinien się więc na siebie wściekać, że stworzył takich „zboczków”.

Następnie (choć jako „wszechmogący” musiał wiedzieć, że to nic nie da) zesłał potop, mordując w ten sposób wszystkich mieszkańców ziemi oprócz Noego i jego rodziny. Cóż za wspaniałomyślność z jego strony!

Wniosek, jaki się sam narzuca, jest oczywisty – Bogiem kierowała niepohamowana wręcz żądza zabijania, którą stosuje do tej pory. Zmienił jedynie system, bowiem w Biblii często działał osobiście, a teraz wybiera sobie pełnomocników do wykonywania wyroków, a ci bardzo często z jego imieniem na ustach i napisami na sztandarach: Bóg – Honor – Ojczyzna, dokonywali (i dokonują) rzezi. Zbiera więc żniwa na wojnach, w katastrofach i wypadkach drogowych oraz siejąc różnego rodzaju epidemie, pożary i powodzie.

Tak właśnie wygląda żydowski Bóg w wersji oryginalnej, którego funkcjonariusze Kościoła rzymskokatolickiego ucywilizowali, przerabiając na własne kopyto. Stworzyli nową religię (i cały czas w niej grzebią), by zawłaszczać świat w sposób nie tylko duchowy, lecz nade wszystko materialny, czego dowody widzimy u nas na każdym kroku. Kultura chrześcijańska, o korzeniach której ciągle mówi prawica, to kultura śmierci, co wyżej udowodniłem na kilku przykładach wyjętych z Biblii, a w praktyce potwierdził to rzymski katolicyzm, będący motorem napędowym krzyżowych wojen, świętej inkwizycji, pogromu amerykańskich Indian, słynnej nocy św. Bartłomieja oraz tysięcy innych krwiożerczych epizodów.

Nic dziwnego zatem, że kraje Unii nie wyobrażają sobie w preambule konstytucji europejskiej jakiegokolwiek zapisu odwołującego się do tych krwawych korzeni. Zresztą tak naprawdę to wszelkie pozytywne wartości Europa wyniosła ze starożytnej kultury Greków i Rzymian. Ale niby skąd nasza prawica, wychowana w katolickim (za)duchu, ma to wiedzieć! Dlatego cała Europa (i nie tylko) uznała nas za ciemniaków i dewotów. Tylko my spośród 27 krajów Unii Europejskiej chcemy Boga w jej konstytucji, co wyraża się stosunkiem 26:1. Kolejna kompletna klapa świadczy o tym, że korzenie naszych wiodących prawicowców sięgają raczej do starożytnej Abdery – miasta słynącego z głupoty jego mieszkańców. Wypada zatem współczuć polskiej młodzieży, wychowującej się na takich wzorcach, gdyż wyjdzie ona z tego podobnie okaleczona, jak jej niewątpliwie zakłamane autorytety, mające wpływ na obecny kształt polskiej edukacji.

Patrząc na nasz kraj z ciągle rosnącą liczbą watykańskich meczetów, na zasoby Kościoła pęczniejące dzięki prezentom kolejnych rządów po 1989 roku, na lawinową zmianę nazw ulic, placów, budynków i prawie wszystkiego, co nas otacza; obserwując wyprzedaż niemal całego majątku narodowego (niejednokrotnie za złotówkę) Watykanowi i innemu obcemu kapitałowi, musimy dojść do wniosku, że już tylko z nazwy i koszmarnych długów jesteśmy Rzecząpospolitą Polską.

Witold Pater

 

 

"FAKTY I MITY" nr 11, 14-20, 03.2008 r. LISTY

RATUJ SIĘ, KTO MOŻE!

Średniowieczny, nawiedzony Katoland... W środku Europy, w XXI wieku... Z ciemnym motłochem, który już wkrótce rozpali stosy dla biednych, chorych psychicznie ludzi, których choroba bezczelnie jest wykorzystywana przez kler do swoich otumaniających praktyk. Zgroza... Podczas gdy w cywilizowanych krajach praktyki egzorcystów są zabronione pod karą więzienia (np. Kanada), w Polsce za aprobatą władz, polskiej inteligencji, prokuratorów i lekarzy tworzy się kościelne centra egzorcystów, gdzie pozwala się klechom znęcać nad psychicznie chorymi ludźmi. Świat się śmieje, aż wstyd się przyznać, że jest się Polakiem. Już dawno utarła się opinia, że Polakom najlepiej wychodzą modły... Czy jesteśmy społeczeństwem opętanym przez jakiegoś szatana, czy raczej przez kler, który Polską rządzi już od wieków?

Krzysia i Wojtek

 

 

"FAKTY I MITY" nr 7, 15-21.02.2008 r. CZYTELNICY PISZĄ

OTO KOŚCIÓŁ

Usłyszeliśmy w internecie krzyk.

Wsłuchajmy się weń wspólnie...

Obserwuję Kościół katolicki. Jego wiernych, kapłanów oraz hierarchów. Analizuję historię, dogmaty. Obserwuję wyczyny – te z przeszłości i teraźniejsze. I z coraz większym zdumieniem zastanawiam się, jak to możliwe, żeby coś tak absurdalnego i tak mocno – w sumie – skierowanego przeciwko człowiekowi mogło w tak masowym wymiarze egzystować i przez tysiące lat trzymać władzę nad umysłami tak ogromnej rzeszy ludzi.

Bo czymże była, jest i zapewne długo jeszcze będzie ta przedziwna instytucja? Jest jedną z największych na świecie sekt doskonale wyspecjalizowanych w praniu mózgów swoich owieczek. Jest instytucją i sektą zarazem, mroczną i tajemniczą, w jakiś ciemny sposób trzymającą władzę nad umysłami ogromnych mas ludzkich. Zawsze był, jest i chyba pozostanie zapiekłym wrogiem wszelkiego postępu, rozwoju nauki, oświecenia, wolnej myśli.

A oto „osiągnięcia” Kościoła katolickiego:

¤ Hołubiąc i broniąc swojego patriarchalnego tworu, przez całe wieki czynił kobiecie niewyobrażalną krzywdę jako istocie rzekomo gorszej i nieczystej, a ledwo narodzone i niczego nieświadome dzieci przywłaszcza sobie rytuałem zwanym chrztem;

¤ Z erotyzmu i jego całego piękna uczynił grzech. Seks, miłość wolną, piękną, pełną doznań duchowych i zmysłowych, sprowadził do ohydnego podziemia ludzkiej świadomości i trzyma tam – u swoich wyznawców – do dzisiaj;

¤ Do perfekcji doprowadził sztukę fałszerstw, kłamstw, przeinaczeń;

¤ Przez wieki sam tworzył dogmaty i wynaturzone prawa, wmawiając maluczkim boskie w tym sprawstwo;

¤ Z Boga uczynił pamiętliwego, złośliwego kata karzącego na lewo i prawo za wszystko i wszędzie, strącającego do wymyślonego przez Kościół piekła bez opamiętania wszystkich, którzy mu pod rękę wpadną;

¤ Ustanowił przymusowy celibat dla duchownych – jeden z najbardziej chorych pomysłów, jaki tylko można sobie wyobrazić – tylko po to, aby majątki zgromadzone przez księży po ich śmierci nie wpadły w ręce potomków, lecz wróciły do Kościoła. Ten posunął się nawet do superbzdury, wymyślając niepokalane poczęcie i pozbawiając matkę Chrystusa – czołowej przecież postaci Kościoła – wszystkich pięknych cech kobiecości, macierzyństwa, miłości nie tylko zmysłowo-cielesnej, ale i duchowej;

¤ Prowadził krwawe krucjaty, nawracając niewiernych ogniem i mieczem na łono „jedynie słusznej wiary”;

¤ Wsławił się takimi „wynalazkami” jak Święta Inkwizycja, palenie na stosach wolnomyślicieli, ludzi nauki, sztuki, oświecenia i postępu;

¤ Zapisał się niezwykłą wręcz chciwością, gromadząc dobra nieprzebrane i od wieków nie ustając w tej działalności.

Myślę, ja – ateista zatwardziały – że Bóg musi być istotą niezwykle dobrą, mądrą i tolerancyjną. Albo go po prostu nie ma. Inaczej nie potrafię sobie wytłumaczyć Jego milczącej zgody na wyczyny Kościoła, który przecież imieniem tego

Boga się pieczętuje. Chyba że ten Bóg rzeczywiście jest taki, jakim go Kościół katolicki przedstawia...

 

Kościół katolicki to instytucja wciąż zaborczo aktywna. Nigdy nie spoczywa na laurach, a wszędzie tam, gdzie mu na to pozwolą, zwłaszcza w Polsce i krajach Trzeciego Świata, przypuszcza totalną ofensywę. Czuję się osaczony wyznawcami jedynie słusznej religii. Jest wszędzie. W prasie, telewizji, radiu. Jest w szkole, w urzędach i na ulicy. Wciska się do mojego domu i łóżka. Nie mogę wysłuchać wiadomości bez informacji o poczynaniach papieża, kardynałów, biskupów, księży... Co tydzień jakieś ważne kościelne wydarzenie zajmuje łamy nie tylko oficjalnych mediów. Co miesiąc jakaś ważna rocznica związana z papieżem Janem Pawłem II. Co pół roku następny wspaniały o NIM film. Im dalej od śmierci Karola Wojtyły, tym więcej cudów, których rzekomo był autorem...

Wszędzie krzyże, pomniki, tablice upamiętniające, dzwony, święte relikwie, cudowne obrazy, płaczące Madonny, cuda na kominach, drzewach i na szybach w oknach. Kraj prześciga się w budowaniu coraz większych krzyży, pomników, figur, dzwonów i świątyń. Pielgrzymka goni pielgrzymkę. Młodzież wędruje tam i z powrotem pod szczupakiem czy też karpiem w Lednicy. Nawet na plaży w Międzyzdrojach pełno młodych ludzi ubranych w koszulki z napisem: „Pokolenie Jana Pawła II”. Co druga ulica to ulica Jana Pawła II. Setki (tysiące?) szkół to szkoły Jana Pawła II. Szpitale, skwery, osiedla... – Jana Pawła II lub Prymasa Tysiąclecia. Drzewa w lesie, ponoć dęby – Jana Pawła II...

Naród płaci niewyobrażalne pieniądze na budowanie coraz to wymyślniejszych i absurdalnych budowli sakralnych. Nowi władcy Polski, którzy wygrali właśnie wybory, zamierzają swojego Boga i wyznanie wprowadzić do konstytucji, prawodawstwa i ustawodawstwa. Decyzje polityczne, ekonomiczne i społeczne podejmuje się po uzyskaniu aprobaty hierarchów Kościoła...

¤ ¤ ¤

Instytucje kościelne i przykościelne stoją ponad prawem państwa polskiego. Nie płacą należnych podatków. Nie muszą się rozliczać ze swoich dochodów, przychodów

i wydatków. Decydują o kształcie

i formie oświaty i szkolnictwa,

o życiu i zdrowiu kobiety ciężarnej...

To proboszcz kształtuje kręgosłup moralny lokalnych społeczności. Zastępy dewotek i bigotów w moherowych beretach potworzyły czujki i patrolują sklepy i ulice, węsząc rozprzężenie moralne; stanowią o wartościach moralnych społeczeństwa. To, co wczoraj było po prostu śmieszne, dzisiaj staje się normą społeczną.

Żyję w państwie wyznaniowym. Moher w triumfalnym marszu zajmuje coraz to nowe pozycje. Czuję się osaczony dominującą w tym kraju religią. Jestem wystraszony szturmem Kościoła katolickiego, który wciska mi się powoli wszędzie.

Słyszałem gdzieś, że państwo polskie miało być państwem świeckim z wyraźnym rozdziałem Kościoła od państwa. Chyba mi się wydawało, że słyszałem... Zastanawiam się, kiedy na ulicach pojawią się wreszcie kościelne komanda w czarnych mundurach. Taka religijna policja. Brr... skóra mi cierpnie.

Pozdrawiam wszystkich wolnych od katolickich uzależnień.

Oprac. AT

 

 

"FAKTY I MITY" nr 1, 10.01.2008 r. ŻYCIE PO RELIGII

W CICHEJ IZDEBCE

Jestem bardzo wdzięczny mojemu redakcyjnemu koledze, panu Bolesławowi Parmie, za polemikę z działem „Życie po religii” („FiM” 48/2007), zatytułowaną „Spór o Boga”. Dobrze jest rozmawiać ze sobą, przedstawiać swoje racje i mierzyć się na argumenty, co pozwala nie tylko lepiej poznać innych, ale też jaśniej zobaczyć własne stanowisko. Dla Czytelnika jest to szansa na przewartościowanie własnej postawy i wybór opcji, która wydaje mu się słuszniejsza.

Redaktor Parma prowadzi na łamach „Faktów i Mitów” dział zatytułowany „Okiem biblisty”, przeznaczony dla tych naszych Czytelników, którzy wierzą lub poszukują wiary. Jego rozważania są pisane w duchu ewangelicznego chrześcijaństwa, które dla mnie, człowieka niereligijnego, nie jest kierunkiem myślenia i życia szczególnie bliskim. Jednak cenię autora za konsekwentną prezentację światopoglądu ewangelicznego, który jest cenną religijną alternatywą dla dominującego w naszym kraju rzymskiego katolicyzmu. Cenię go także za to, że wewnątrz własnego nurtu chrześcijaństwa potrafi prezentować śmiałe poglądy – na przykład doceniać wkład liberalnego protestantyzmu w refleksję nad Biblią. W kraju pseudoreligijnym, w którym wiara najczęściej mylona jest z bezmyślnym podążaniem za tzw. tradycją, twórcza refleksja i odwaga są w wielkiej cenie.

Mój redakcyjny kolega podkreśla w poznaniu Boga rolę indywidualnego doświadczenia poprzedzonego aktem wiary. A zatem „kto chce poznać Boga i przekonać się o jego istnieniu (...) musi w niego uwierzyć i w to, co przekazał za pośrednictwem proroków i Jezusa Chrystusa. Dopiero wówczas, zgodnie z biblijną obietnicą, każdy bez wyjątku może oczekiwać, że Bóg objawi mu siebie”. Zatem – najpierw akt wiary, a później doświadczenie jego skutków. Autor podkreśla także, że ten, kto chce poznać Boga, na pewno go znajdzie, a ten, komu na tym nie zależy, nawet gdyby widział wiele cudów, to i tak nie uwierzy.

Z punktu widzenia społecznego postawę autora traktuję jako cenną, ponieważ widać w niej podkreślenie roli indywidualnych doświadczeń i przeżyć, które raczej nie nadają się do narzucania innym. Każdy sam musi spróbować, jak to jest z tym „poznaniem” Boga. I to jest bezpieczne, bo dalekie od chęci narzucania czegokolwiek innym, dekretowania istnienia Boga w konstytucjach i prawach. W kraju na pół wyznaniowym, takim jak Polska, po stokroć bardziej wolę takie chrześcijaństwo od rzymskiego katolicyzmu próbującego narzucić wszystkim swój obraz świata w imię pseudoobiektywnych racji. Tacy chrześcijanie jak mój redakcyjny kolega z pewnością ramię w ramię ze świeckimi humanistami będą bronić świeckości państwa przed religijną czy antyreligijną dyktaturą.

Jednak z punktu widzenia światopoglądowego sporu o Boga, postawa sugerująca, że można go poznać głównie w „cichej izdebce” własnego serca, by odwołać się do tego biblijnego obrazu, nie jest w mojej ocenie przekonująca. Bowiem wymaganie uwierzenia przed doświadczeniem sprawia, że po akcie wiary wszelkie przeżycia będą oceniane i analizowane przez wierzącego z punktu widzenia przyjętej wcześniej wiary i doktryny. Poznawczo jest to stanowisko dosyć niebezpieczne, bowiem nie prowadzi do żadnej bardziej obiektywnej wiedzy. W konsekwencji każdy „w swoim sercu” może kolekcjonować wrażenia i przeżycia podobne, ale służące do usprawiedliwienia przeciwnych sobie doktryn i sprzecznych „prawd wiary”. I tak np. cudowne uzdrowienia, wzniosłe duchowe przeżycia czy wreszcie poczucie „bycia prowadzonym przez Boga” występują w każdej religii i wyznawcy każdej z nich odczytują je jako dowody prawdziwości własnego stanowiska. Nadprzyrodzone wydarzenia u religijnej konkurencji traktują bądź jako objawy działania sił ciemności (u fundamentalistów), bądź jako dowody, że wszyscy mają trochę racji (u światopoglądowych liberałów). Pierwsze stanowisko mnie, racjonaliście, wydaje się moralnie podejrzane, drugie – nic niewnoszące do poznania świata. Bo skoro Bóg prawdziwy może być jednocześnie zarówno zazdrosnym Bogiem Izraela, jak i świętą krową hinduizmu, to po co w ogóle zawracać sobie nim głowę? Nad postawy: „tylko my mamy rację” (zarozumiała) i „wszyscy mają rację” (naiwna) bezpieczniejsza i bardziej racjonalna wydaje mi się postawa: „nikt nie może mówić, że ma rację, jeśli nie potrafi jej udowodnić”.

Marek Krak

 

 

„FAKTY I MITY” nr 30, 02.08.2007 r.

CHWAŁA PANU!

Kościół ma problem w ustaleniu, czy za tragiczną śmiercią pielgrzymów stoi Bóg czy szatan. Tymczasem francuska prokuratura twierdzi, że to księża organizatorzy...

Zginęło 26 osób, a 24 odniosło obrażenia – część z nich wciąż walczy o życie. „Pojechali szukać Boga i znaleźli go...” – zapewniał podczas mszy żałobnej wikariusz generalny Biskupa Polowego WP, ksiądz pułkownik Sławomir Żarski. To nieszczególna zachęta dla następnych pielgrzymek... Obecni na tej smutnej uroczystości przedstawiciele najwyższych władz państwowych z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele usłyszeli też, że ludzie, którzy rankiem 22 lipca zginęli we francuskich Alpach koło Grenoble, wracając z pielgrzymki po sanktuariach maryjnych w Europie, „jechali po to, by spotkać Boga. I oni go znaleźli, on wyszedł im na spotkanie. Oni są w niebie i chwała Panu, że w ten czas powołał ich do siebie” – pocieszał zebranych klecha.

– To byli święci, ludzie gotowi na spotkanie z Oblubieńcem. Są już w niebie, bo Boga odnaleźli, kończąc swoją pielgrzymkę na Ziemi – powiedział o zmarłych ks. Żarski, sugerując, że ci, którzy przeżyli wypadek, byli mniej godni...

Tymczasem francuska prokuratura szuka winnych i przesłuchała jednego z kierowców (drugi z nich, prowadzący pojazd w chwili wypadku, zginął) oraz kilku lżej rannych pasażerów.

Z wstępnych zeznań świadków oraz rekonstrukcji przebiegu wypadku wynika, że:

* kierowca absolutnie nie miał prawa znaleźć się na tej drodze. Ten wyjątkowo stromy jej odcinek jest wyłączony dla transportu publicznego, o ile pojazdy nie mają specjalnego pozwolenia;

* stan techniczny autokaru wciąż jest badany, ale wiadomo już, że podczas długiego i ostrego zjazdu hamulce nie wytrzymały obciążenia;

* objazd byłby o 30 kilometrów dłuższy, ale siedzący z przodu księża wymogli na kierowcy, żeby pojechał krótszą, górską trasą, bo chcieli zobaczyć szlak, którym w 1815 roku cesarz Napoleon wracał z Elby. Kilku pielgrzymów natychmiast to podchwyciło. Zresztą parafianie wiedzą, kto rządzi, zwłaszcza na pielgrzymce...

-------------------------------------------------------------------------

Premier Jarosław Kaczyński zapowiedział, że przeznaczy po 100 tys. zł dla każdej z rodzin osób poszkodowanych w wyniku wypadku autokaru we Francji.

– Wesprzemy ich dodatkową kwotą, przekraczającą 10 tysięcy złotych – obiecuje szef gabinetu prezydenta Maciej Łopiński.

Polacy na forach internetowych zaczynają pytać:

* „Czy ofiary zawalenia się hali w Katowicach i rodziny górników z Halemby też tak zostały docenione jak pielgrzymi?”;

* „Czy rodziny ofiar wypadków na polskich drogach, matki okaleczonych dzieci i sieroty, które straciły rodziców, będą dostawać porównywalne kwoty?”.

Odpowiadamy: 2 x NIE!

* „Czy Watykan, Episkopat lub parafia organizująca wyjazd też zabezpieczą potrzeby bytowe rodzin pielgrzymów?”.

Odpowiadamy: TAK! Modlitwą.

* „Na ile ta nadzwyczajna hojność polskiego rządu jest związana z przewidywanymi, przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi?”.

Odpowiadamy: odpowiedzcie sobie sami!

------------------------------------------------------------------------

Przypomnijmy jeszcze:

* wrzesień 2005 r. – dziewięciu maturzystów z Białegostoku plus dwaj kierowcy autobusu wiozącego ich na pielgrzymkę do Częstochowy. Spłonęli żywcem. Zginął też kierowca tira, z którym zderzył się pojazd z pielgrzymami. 40 dziewcząt i chłopców zostało rannych. „Pan tak chciał” – wytłumaczyli tragedię kościelni organizatorzy;

* czerwiec 2002 r. – nieopodal węgierskiego jeziora Balaton zginęło 20 polskich pielgrzymów do Medjugorie. Ok. 30 osób doznało obrażeń. „To szatan nie chciał pozwolić, by dotarli do Medjugorie! Chciał, żeby wszyscy zginęli!” – wyjaśnił na łamach Rydzykowego „Naszego Dziennika” światowej sławy egzorcysta, ks. Gabriel Amorth.

Francuska prokuratura upiera się, że to jednak księża wymogli na kierowcy przejazd zakazaną trasą...

Dominika Nagel

 

 

"FAKTY I MITY" nr  12, 21-27.03.2008 r. ŻYCIE PO RELIGII

ZARZĄDZANIE CUDZĄ NIEWIEDZĄ

Czas świąt Wielkiej Nocy to w Polsce okres zwiększonej medialnej agresji panów w czerni, specjalistów od objawiania tajemnic oraz od nadawania sensu życiu. To żniwa menadżerów od zarządzania brakiem wiedzy.

Słowo „zarządzanie” zrobiło wielką karierę w ciągu ostatnich dwóch dekad. Obecnie można nie tylko skutecznie zarządzać firmą czy personelem tej firmy, ale czasem nawet kryzysem lub strachem. Spróbujmy to modne określenie zastosować do działu gospodarki polegającej na sprzedaży ubezpieczeń na życie wieczne, czyli do branży religijno-kościelnej.

Wielokrotnie na tych łamach dowiedliśmy, że Kościół żyje z ludzkiej niewiedzy. Kiedy wiedza naukowa była jeszcze w powijakach, religie udzielały odpowiedzi na pytania dotyczące pochodzenia świata i człowieka. Nie przez przypadek Kościół tak zapiekle zwalczał wolną myśl naukową, skoro ona wydzierała mu pole, na którym prosperował, psuła mu rynek. Odkąd przegrał tę walkę, skupił się bardziej na nadawaniu celu ludzkiemu życiu, na sprzedawaniu na przemian strachu i nadziei. Odkąd już prawie nikt nie boi się piekła, pozostało handlowanie nadzieją.

Święta Wielkiej Nocy to doskonała okazja do przypomnienia o świadczonych usługach. Kościół z wielką pewnością siebie opowiada o zmartwychwstaniu pewnego żydowskiego proroka sprzed dwóch tysięcy lat. W tamtych czasach nie wierzyli w to zmartwychwstanie nawet niektórzy z jego wyznawców, o czym święty Paweł pisze ze sporym żalem. Inni widzieli ponoć swego mistrza żywego, ale nie poznali, tak bardzo ów cud go odmienił. Ale duchowni po upływie tysiącleci wiedzą o zmartwychwstaniu z niezachwianą pewnością, choć dotąd nie udało się ustalić, gdzie właściwie przebywa owa zmartwychwstała i ponoć bardzo aktywna osoba. Nie mniej pewni okazują się redaktorzy programów telewizyjnych goszczący panów w czerni. Zmartwychwstanie to już nie tylko przedmiot wiary chrześcijan, to pewnik, fakt empirycznie stwierdzony – przynajmniej na terenie współczesnej Polski...

Skoro przedmiot wiary Kościoła „nie podlega wątpliwości”, dla lepszego efektu wypada jeszcze zakwestionować to, co już nauka potrafi w miarę obiektywnie ustalić.

I tak w jednym z tegorocznych przemówień Benedykt XVI dowodził, jak bardzo potrzebna jest wiara i teologia, skoro nauka „nie może powiedzieć, kim jest człowiek, skąd przybywa i dokąd zmierza”. Papież pięknie narysował szczelinę, w której schronił się Kościół, uciekając przed nawałem współczesnej nauki – to pytania o cel i sens człowieczeństwa. To nieważne, że nauka zna większość odpowiedzi na Benedyktowe pytania, ważne, że ludzie o tym nie wiedzą lub nie chcą wiedzieć. I właśnie tą ich niewiedzą firma papieska bardzo skutecznie zarządza.

Nauka od dawna wie, kim jest człowiek. Otóż jest on ssakiem, jednym z podgatunków istot człekokształtnych, którego historia ma najwyżej kilkaset tysięcy lat. Wiadomo też, skąd przybywa – z równin wschodniej Afryki, a uczeni są w stanie dzięki badaniom genetycznym prześledzić nawet poszczególne fale i kierunki jego migracji.

A dokąd zmierza? Tego nie wie nikt – nawet Benedykt XVI – i nie jest to pytanie, na które można oczekiwać odpowiedzi zgodnej z prawidłami logiki. Nie mamy danych, aby na nie odpowiedzieć, bo dane te znajdują się w przyszłości, czyli w czymś, czego jeszcze nie ma. Obserwując historię rozmaitych gatunków zwierząt, można jedynie domniemywać, że prędzej czy później znikniemy – za sprawą własnych działań lub w przegranym pojedynku z naturą. O sensie życia człowieka nie da się też powiedzieć niczego innego poza tym, że każdy z nas może go sam sobie nadać.

Istnieje wiele powodów ku temu, aby być rozczarowanym losem, jaki natura zgotowała człowiekowi; można się o to obrażać lub nawet gniewać. Ale zatykanie sobie uszu, by nie usłyszeć prawdy i zastępowanie jej opowieściami głoszonymi przez rozmaitych cwanych menadżerów od niewiedzy wydaje się niegodne homo sapiens – człowieka myślącego.

Marek Krak

 

 

"FAKTY I MITY" nr 10, 7-13.03.2008 r.

NAUKA NA INDEKSIE

To fragment wstępu do Indeksu ksiąg zakazanych (Index librorum prohibitorum) w ostatnim jego wydaniu z roku 1948. Instytucja ta została przez Kościół zorganizowana w roku 1559, po wynalezieniu druku oraz umocnieniu się protestantyzmu. Po wydaniu tego pierwszego generalnego spisu miało miejsce WIELKIE PALENIE. W roku 1572 papież Pius V utworzył tzw. trybunał indeksu, departament w ramach Kongregacji Świętego Oficjum, który miał za zadanie doglądanie i aktualizowanie Spisu. Oczywiście, zakazywanie i palenie ksiąg sięga prawie samych początków chrześcijaństwa. (...)

 Nigdy nie znalazły się na nim dzieła Hitlera, Rosenberga, Mussoliniego czy Franco. Dużo niebezpieczniejsza była bowiem astronomia, kosmologia, biologia, psychologia, medycyna, geografia, geologia, zoologia czy nawet optyka. Bo teologowi łatwiej się dogadać z faszystą niż z biologiem...

Mariusz Agnosiewicz

www.racjonalista.pl

 

 

„FAKTY I MITY” nr 14, 08.04.2004 r. ŻYCIE PO RELIGII

CKLIWOŚĆ

Język chrześcijańskiej propagandy

przez wszystkie przypadki odmienia

słowo „miłość”. Wszyscy wszystkich

kochają: Bóg – ludzi; Kościół

– Chrystusa; wierzący – bliźnich;

ofiary – swoich oprawców. Tyle w tym jest

odniesienia do rzeczywistości, co w partii

narodowosocjalistycznej było socjalizmu,

a w Kraju Rad – demokracji przedstawicielskiej...

Chrześcijaństwo samo siebie

nazywa religią miłości. Istotnie,

w żadnej innej religii o miłości

nie mówi się tak wiele. W żadnej

też słowa tego tak bardzo się

nie nadużywa. Odejście od religii

oznacza porzucenie językowych

nadużyć kościołów w imię szacunku

dla prawdy.

Najbardziej kuriozalna jest chyba

słynna „miłość nieprzyjaciół”, do

której wzywa swoich wyznawców Jezus

z Nazaretu. Pojęcie miłości, obok

większej lub mniejszej dozy życzliwości

okazywanej komuś, zawiera w sobie

także silny ładunek emocjonalny.

Nie ma miłości bez intensywnych

uczuć pozytywnych. Tymczasem nie

ma żadnego powodu, aby takimi

uczuciami obdarzać ludzi nas nienawidzących,

czyli wrogów. Więcej

– kochanie nieprzyjaciół jest psychologicznie

niemożliwe. Wbrew temu,

czego uczą kościoły, miłości nie można

w sobie sztucznie rozpalić albo

„wzbudzić”, jak każe Krk. Miłość raz

powstałą spontanicznie można co

najwyżej w sobie pielęgnować. Tymczasem

wobec nieprzyjaciół możemy

żywić wszelakie uczucia: strach, nienawiść,

odrazę, ale z pewnością nie

miłość! Sama idea nadstawiania drugiego

policzka jest zresztą odrażająca

i niebezpieczna. Winniśmy ludzi

traktować tak, jak na to zasługują,

bo to jest dobre zarówno dla nich,

jak i dla nas. Sprawiedliwość działa

wychowawczo, choć oczywiście nie

gwarantuje pedagogicznego sukcesu.

Sprawiedliwe postępowanie buduje

w nas poczucie własnej wartości

i przynosi poczucie bezpieczeństwa

– wróg właściwie potraktowany prawdopodobnie

nie odważy się zaatakować w przyszłości.

Sławetna „miłość bliźniego” jest

również językowym nieporozumieniem.

W rzeczywistości jesteśmy

w stanie kochać bardzo ograniczoną

liczbę osób. W stosunku do innych

powinniśmy okazywać tolerancję,

życzliwość, sympatię, współczucie,

jeśli oczywiście na nasze pozytywne

uczucia zasługują. Wskazana jest

też pewna doza nieufności, bo takie

jest życie. Tak również (w poczuciu

nieufności do obcych, a nie

ufnej miłości) powinniśmy wychowywać

nasze dzieci, chyba że nam nie

zależy na ich przyszłości. Dlaczego,

spyta ktoś, mamy być życzliwi dla

innych? A choćby dlatego, że sami

oczekujemy od innych sympatii.

W jej promieniach zdecydowanie łatwiej

żyć. Powszechne w kościelnym

żargonie nazywanie miłością

zwykłej życzliwości czy litości jest

niepotrzebnym, ckliwym mieszaniem

pojęć. Jego wynikiem jest

brak trzeźwej oceny rzeczywistości,

a to zawsze prowadzi do mniejszych

lub większych kłopotów.

Jest rzeczą doprawdy zdumiewającą,

że właśnie najwięcej zbrodni

w historii ludzkości dokonano w imię

religii, która nie przestaje mówić

o miłości. To jest jakieś niewiarygodne

szyderstwo natury wobec tych, którzy

nią pogardzili i zabrali się za

ideologiczne i nieliczące się z rzeczywistością

reformowanie ludzkiej osobowości.

Obyśmy się wszyscy mniej

„miłowali”, a bardziej byli sobie życzliwi.

Marek Krak

 

 

"FAKTY I MITY" nr 11, 14-20, 03.2008 r. ŻYCIE PO RELIGII

STRAŻACY PODPALACZE

Chyba każdy choć raz słyszał o strażakach, którzy sami podkładają ogień, aby później wykazać się bohaterstwem przy gaszeniu pożaru lub zarobić więcej pieniędzy. Analogicznie istnieją także „wrogowie grzechu”, którzy potrafią świetnie się urządzić na pobudzaniu cudzej grzeszności.

Bycie dobrym katolikiem jest trudne, by nie powiedzieć niemożliwe. Bo któż nie grzeszy codziennie „myślą, mową, uczynkiem”, a zwłaszcza „zaniedbaniem”? Któż dostatecznie czyni zadość na przykład „zaspokajaniu materialnych potrzeb Kościoła”, skoro wiadomo, że apetyt tegoż jest nienasycony, a „potrzeby” nieustannie się mnożą? Kto wie, czy wierny katolik nie powinien, zamiast kupować na przykład nowy samochód, przeznaczyć pieniędzy na dokończenie budowy jednego z niezliczonych nowych kościołów albo dokończenie remontu istniejących... Jeśli tego nie zrobi, a kupi dziecku nowy komputer, niechybnie zgrzeszy zaniedbaniem. Przykazania kościelne niczego nie mówią przecież o kupowaniu komputerów, a o zaspokajaniu kościelnych potrzeb – owszem. Na dziecko, zgodnie z powiedzeniem ludu, ma dać Bóg, który sprowadził je na świat, a na Kościół – ludzie, bo... najwidoczniej to ludzie tę instytucję wymyślili.

Jest jedna, szczególna dziedzina, która – dzięki zabiegom Kościoła – tryska nieustannym wręcz strumieniem grzeszności. Chodzi oczywiście o... seksualność. Sfera ta jest w doskonały sposób obłożona przez Kościół zakazami tak, że niemal wszystko, co się zrobi, powie, a zwłaszcza pomyśli, jest grzechem co najmniej lekkim. Dozwolony jest wyłącznie seks małżeński, i to tylko w określonych sytuacjach, a mianowicie, gdy współżycie zakłada intencję lub choćby nie wyklucza poczęcia dziecka. Chodzi, oczywiście, wyłącznie o heteroseksualne małżeństwa zawarte w kościele, bo pozostałe są z zasady „niegodziwe”.

Dzięki potępieniu wszystkiego, co nie mieści się w tych wąziutkich ramach, każdy katolik, jeśli poważnie traktuje nakazy swego Kościoła, powinien od rana do wieczora chodzić oblepiony świadomością grzechu. Bo któż zdrowy na ciele często nie „grzeszy myślą” lub „pożądliwym spojrzeniem”? Kto może przysiąc, że nie współżył z nie dość otwartą na nowe „poczęcie” intencją? Takich ubabranych grzechem delikwentów z otwartymi ramionami wita Kościół – ten sam, który ich tak skutecznie w poczuciu winy zanurzył. Nieszczęśnikom, którym bardzo współczuje, oferuje od kołyski aż po mogiłę, a nawet poza grób (czyściec!) odpuszczenie owych spreparowanych (PRZEZ SIEBIE!!!) grzechów. Oferuje spowiedź i budujące kazania, misje i rekolekcje, a wszystko po to, aby leczyć stworzonego przez siebie grzesznika z poczucia winy i strachu przed sądem boskim. Ponieważ bombardowanie poczuciem winy jest nieustanne i permanentne, terapia rozgrzeszająca nigdy nie jest wystarczająco skuteczna. Pacjent nigdy zatem nie wymknie się swoim lekarzom i sprawcom choroby jednocześnie. I tak koło się zamyka.

Duchowni geniusze tego interesu mają swoich świeckich naśladowców. I tak okazuje się, że ultrakonserwatywny katolicki dziennik „Rzeczpospolita” publikuje płatne ogłoszenia oferujące... nielegalną aborcję. Czy to nie genialne, że środowisko, które aborcję w Polsce niemal zupełnie zdelegalizowało, a nawet chce jej konstytucyjnie zakazać, czerpie zyski z czarnego rynku usług ginekologicznych?

O podziemiu aborcyjnym w „Rzepie” wiem z donosu, jaki ukazał się w zatroskanym innym konserwatywnym „Dzienniku”, który walczy z tym pierwszym tytułem o katolickich czytelników. „Dziennik” sam nie jest jednak dużo lepszy. Kilka dni temu razem z tą gazetą sprzedawany był film, słynny gejowski romans „Tajemnica Brokeback Mountain”. Ten popularny, piękny i bardzo przygnębiający film („FiM” 11/2006) opowiada o nieszczęśliwej miłości dwóch mężczyzn, ich uwikłaniu w zakłamane małżeństwa i wreszcie linczu na jednym z nich, a wszystko to w kontekście chrześcijańskiej obyczajowości amerykańskiej prowincji. Przypomnijmy – na tym filmie, który jest metaforą losu milionów ludzi uwikłanych w życiowy koszmar, zarabia gazeta codziennie walcząca na swych łamach o umocnienie „wartości chrześcijańskich” w Polsce, czyli m.in. o pomnażanie w nieskończoność tego typu tragedii. I tak będą tematy na kolejne wzruszające filmy, dołączane odpłatnie do konserwatywnych dzienników...

Marek Krak

 

 

"FAKTY I MITY" nr 6, 8-14, 2008 r. ŻYCIE PO RELIGII

DOBRE SAMOPOCZUCIE

Ledwie LiD nieśmiało się wychylił z postulatami dotyczącymi rzeczywistego rozdziału Kościoła od państwa, a natychmiast odezwała się prasa katolicka, aby wybić „komuchom” z głowy tego rodzaju pomysły. Uderz pięścią w stół, a... winni się tłumaczą.

Do LiD-u strzelał najpierw „Tygodnik Katolicki”, a później swoje dorzuciła „Niedziela”. Argumenty przeciwko państwu świeckiemu zawsze te same – obłudne i histeryczne.

Kiedy tylko lewica zająknie się na temat neutralności światopoglądowej państwa, natychmiast słyszy „wiązankę” o komunistach prześladujących Kościół, o rewolucji francuskiej i jakobinach, Stalinie, Bierucie i Karolu Marksie. Zupełnie tak, jakby postulat świeckości państwa kojarzył się ze zbrodniami systemów totalitarnych, a nie miał nic wspólnego z podstawowymi zasadami demokracji i poszanowaniem praw człowieka (państwo dla wszystkich, czyli – neutralne światopoglądowo!). W zgiełku histerycznych ataków nie dowiemy się jednak, że nowoczesne systemy totalitarne stosowały wiele metod wypracowanych i udoskonalonych w chrześcijańskiej Europie, w okresie średniowiecznego triumfu Kościoła, że wspomnę tylko postulat państwa ideologicznego, pilnującego urzędowej, jedynie słusznej ortodoksji, nawyk kontroli myśli (cenzura kościelna) czy prześladowanie opozycji pod hasłem obrony jedności i szczęścia społeczeństwa.

Szczególnie zabawnie w roli obrońcy wolności Kościoła, któremu rzekomo państwo świeckie zagraża, wypada endekoidalny tygodnik „Niedziela”. Nie przez przypadek właśnie on prowadzi wytrwałą krucjatę przeciwko książce Jana Grossa „Strach”. Ksiądz Walerian Słomka, wykładowca teologii duchowości na KUL-u, pyta retorycznie na łamach „Niedzieli”: „Komu przeszkadza krzyż?” na ścianach polskich szkół, i dowodzi za Janem Pawłem II, że „postulat, aby do życia społecznego nie dopuszczać w żaden sposób wymiaru świętości, jest postulatem ateizowania państwa i życia społecznego i niewiele ma wspólnego ze światopoglądową neutralnością”. Dodaje także, nadal za JPII, że „bardzo wielu z nas czułoby się nieswojo w państwie, z którego struktur wyrzucono by Boga, a to pod pozorem neutralności światopoglądowej”.

Cóż to jest „dopuszczanie wymiaru świętości” albo „niewyrzucanie Boga ze struktur państwa”? To oznacza Boga w strukturach państwa! Czyli dokładnie to, przed czym przestrzegał Jezus. Czy to może być czymś innym niż państwem wyznaniowym, zdominowanym przez Kościół i zorganizowanym tak, aby służyć jego korzyściom? Innymi słowy – Kościół zgodzi się na „państwo neutralne światopoglądowo”, pod warunkiem że ono zrezygnuje ze swojej neutralności i będzie wspierało postulaty jednego ze światopoglądów. No i to zmartwienie, aby katolicy nie czuli się nieswojo we własnym państwie, gdyby ono było zbyt świeckie... Już to tyle razy przerabialiśmy: segregację rasową wprowadzono, aby biały nie czuł się źle, widząc obok siebie sikającego przy pisuarze Murzyna; Żydów zamykano w gettach, aby dobrzy chrześcijanie i naziści nie cierpieli na ból głowy, widząc „parchów” szwendających się po „chrześcijańskich ulicach”. Kilka lat temu przykościelni politycy w Polsce domagali się przeganiania z ulic gejów i lesbijek, aby nie zakłócali im dobrego samopoczucia... Jak cenną rzeczą jest samopoczucie niektórych katolików!

Warto przypomnieć, że w stosunku do państwa nie istnieją katolicy, muzułmanie czy ateiści, lecz obywatele. Państwo nie powinno się interesować tym, jakie są przekonania obywatela, a obywatel nie powinien wymagać, aby było ono ukształtowane na wzór i podobieństwo wyznawanej przez niego religii. Podobnie jak dla zarządu mojej spółdzielni mieszkaniowej obojętne jest moje wyznanie, a mnie nie powinna martwić bezwyznaniowość mojej spółdzielni. Bo spółdzielnia, podobnie jak państwo, nie została założona po to, aby zajmować się sprawami mojego światopoglądu, lecz zgoła czym innym.

Ksiądz Słomka twierdzi nawet, że państwo klasycznie neutralne światopoglądowo jest nienaukowe i zacofane, i proponuje własny pogląd – „nowoczesny i naukowy”. Otóż, według niego, państwo jest po to, aby „dopełnić swoje posługiwanie człowiekowi wartościami, którym służy Kościół, i umożliwić taką obecność religijnemu posługiwaniu, by z jego owoców mogli korzystać wszyscy obywatele i samo państwo”. Ufff... A więc pod pozorem naukowości mamy powrót średniowiecza w całej krasie – państwo na usługach Kościoła, z którego „posługi” korzystają „wszyscy obywatele”, zapewne niezależnie od tego, czy sobie tego życzą, czy nie. Bo wszak to „korzystanie” polega najczęściej na przymusowym dokarmianiu kleru.

Marek Krak

 

 

"FAKTY I MITY" nr 47, 30.11.2006 r. KOMENTARZ NACZELNEGO

CO Z TYM JONASZEM?

Od sześciu lat otrzymuję listy z dwoma pytaniami. Ludzie chcą, abym się jasno określił – czy ja, były ksiądz, Roman Kotliński, jestem człowiekiem wierzącym, czy nie jestem... Drugi problem dotyczy tygodnika „Fakty i Mity” – jaka jest jego linia programowa, co to znaczy „nieklerykalny” itp. Pisałem już o tym nie raz, ale nowych Czytelników wciąż przybywa, a i pamięć ludzka jest zawodna. Zacznę od końca.

(...) Nigdy, także – nawet jako kleryk i ksiądz – nie rozumiałem ludzi, którzy „poświęcają się Bogu bez reszty”. Zamykają się w klasztorach czy pustelniach i modlą po 8 godzin na dobę. Wyciągają łapki po datki, zamiast pracować na swoje utrzymanie i dla dobra innych. Miłością do Boga nikt mnie tutaj nie przekona. Rozumiem, że ktoś może poprzez praktyki duchowe wprowadzić się w stan mistyczny, że wydaje mu się, iż kocha swego Boga bardziej od świata, ludzi i siebie samego. Ale co komu – na czele z Bogiem – po takiej platonicznej miłości?! W Biblii jest raczej zachęta do dobrych uczynków, wypełniania przykazań, pracy dla dobra innych, a nie do mamrotania tych samych modlitw przez całą szychtę. Podobnie „praca” różnej maści teologów – jest tylko biciem piany, bo i tak na końcu każdego traktatu można, a właściwie trzeba napisać: „Oto wielka tajemnica wiary”. Dla tych wszystkich, którzy mają ambicję zgłębić boską naturę, mam jedną dobrą radę: jeśli wierzycie w Boga, poprzestańcie na swojej wierze i na Biblii, bo żaden kaznodzieja nigdy nie powiedział i nie napisał nic ponad to, co jest tam napisane. Nie muszę dodawać, że dokładnie przeciwnie postępują katoliccy apologeci, zresztą zgodnie z oficjalną doktryną Kościoła, w którym Traditio (Tradycja) zawsze dominowała nad Fides (Wiarą) i Scriptura (Pismem). Zdaję sobie sprawę, że mojej rady nie posłuchają księża i inni teolodzy, którzy żyją z opowiadania bajek o swoim bogu.

Naturalnie Boga szukają także ludzie czystego serca, ze szczerych pobudek. Nigdy ich nie brakowało, także wśród katolików. Zawsze też istniały zbory wierne nauce apostołów, począwszy od arian aż po dzisiejsze chrześcijańskie kościoły ewangeliczne. Dopiero jednak Luter i protestanci spektakularnie, na masową skalę, zerwali z bogiem stworzonym przez ludzi. Z bogiem odstępczego Rzymu i Watykanu. Z bogiem, którego nie ma z całą pewnością. Dlaczego? Ponieważ ukształtowała go tradycja – z natury swej niedoskonała (znacie zabawę w głuchy telefon?) – i wymyślili omylni ludzie, przy niewielkiej pomocy ksiąg Nowego i Starego Testamentu. (...)

Jonasz

 

 

"FAKTY I MITY" nr 28, 20.07.2006 r.

SPOWIEDŹ PO WŁOSKU

Włochy to – po Polsce – najbardziej katolicki kraj w Europie. Aż 88,6 proc. Włochów otrzymało w ciągu życia jeden lub więcej sakramentów świętych. Jest tu ponad 26 tys. parafii, 36 tys. księży i 125 tys. sióstr zakonnych. Szacuje się, że jedna osoba duchowna przypada na 290 mieszkańców, podczas gdy jeden lekarz obsługuje 234 osoby.

W przeciwieństwie do Polski – we Włoszech o Kościele rozmawia się otwarcie, bez strachu i zabobonu. Jednym z najlepszych tego przykładów jest książka Giordano Bruno Guerriego „Ja cię rozgrzeszam” (Io ti assolvo, Baldini&Castoldi, Milano 1993). Ten znany i ceniony włoski dziennikarz to zdeklarowany ateista wykształcony na Uniwersytecie Katolickim w Mediolanie. Giordano Bruno Guerri postawił dwa poważne pytania:

1. Jaki wpływ ma sakrament spowiedzi (w którym wierny otrzymuje rozgrzeszenie) na stosunki społeczne regulowane przez prawo, jeżeli religia pod wieloma względami jest sprzeczna z etyką laicką oraz antyspołeczna?

2. Czy spowiednicy są przygotowani profesjonalnie do spełniania tak delikatnej misji? Czy można powierzać im małe dzieci, które przed pierwszą komunią są zmuszane do pierwszej spowiedzi?

Guerri przez kilka miesięcy jeździł po włoskich parafiach z ukrytym dyktafonem i „spowiadał się” w różnych konfesjonałach. Przyznawał się do grzechów wymyślonych, ale odzwierciedlających w pełni zakazy ustanowione w „Dziesięciu przykazaniach” oraz wszystkie inne słabości ludzkie. Przyznawał się więc do kłamstwa, szantażu, zdrady, cudzołóstwa, kradzieży, a nawet zabójstwa. To samo robiła dziennikarka Claudia Rocchini, która z nim współpracowała. Oboje zarejestrowali 100 różnych spowiedzi, które zostały później opublikowane w całości.

„Ja cię rozgrzeszam” to beznamiętny sondaż włoskich konfesjonałów pokazujący, jak szkodliwy dla jednostki oraz antyspołeczny jest sakrament spowiedzi. Kiedy książka „Ja cię rozgrzeszam” ukazała się we Włoszech, była równie wielkim bestsellerem jak „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. I w tym przypadku Watykan próbował wszystkich środków, aby podważyć wiarygodność autora. Guerri na łamach watykańskiego „L’Osservatore Romano” został oskarżony o to, że złamał tajemnicę spowiedzi świętej. Autor bronił się: „Ja jestem dziennikarzem, a nie spowiednikiem – mnie tajemnica nie obowiązuje. Poza tym jako ateista nie wierzę w święty sakrament spowiedzi”.

Nie ma się co dziwić wytykańskiemu zdenerwowaniu – konkluzje Guerriego były bardzo gorzkie:

„W normalnych trybunałach, kiedy uniewinnia się oskarżonch, wierzy się w to, że nie popełnili oni zbrodniczych czynów. W konfesjonałach natomiast uniewinnia się osoby, które wyznały swoje zbrodnie, a rozgrzeszenie księdza zmywa całkowicie nawet najgorszą winę i zastępuje państwowe trybunały”.

Kościół, występując w roli „reprezentanta Boga Zbawiciela”, działa przede wszystkim w sferze intymnej jednostki, próbując wywierać jak największy wpływ na jej wolny wybór oraz ograniczając do minimum wolność osobistą. Nie przywiązuje natomiast żadnej wagi do tego, jaką rolę jednostka powinna odgrywać w demokratycznym społeczeństwie.

Kiedy Guerri przyznał się jednemu ze spowiedników, że jest bogatym biznesmenem produkującym artykuły spożywcze, ale – podobnie jak konkurencja – dodaje do nich substancje, które mogą wywoływać raka, spowiednik rozgrzeszył go. Za to jednak, że korzysta ze środków antykoncepcyjnych, rozgrzeszenia mu nie dał. Kiedy Guerri „przyznał się”, że jest pracującym dla mafii kurierem i dealerem narkotykowym, spowiednika zainteresowało to nieporównanie mniej niż jego życie w konkubinacie, do czego też „się przyznał”. Autor książki podszył się również pod księgowego, który oszukuje państwo, wypełniając fałszywe deklaracje podatkowe swoich klientów. Aby uzyskać rozgrzeszenie, wystarczył fakt, że od wyłudzonych sum (nawet bez zgody swoich mocodawców) odprowadza rzekomo 8/1000 na Kościół. Natomiast kiedy powiedział, że pracuje dla komunistycznego dziennika „Il Manifesto”, bo nie dostał żadnej innej pracy jako dziennikarz, i że musiał napisać tekst przeciwko lokalnemu biskupowi – rozgrzeszenia nie otrzymał.

Sondaż przeprowadzony we Francji potwierdził, że 83 procent grzechów wyznawanych w konfesjonale to „grzechy seksualne” – dziedzina, w której Kościół specjalizuje się od 2000 lat. Nie dziwi więc, że także włoscy księża spowiednicy pod tym względem są najlepiej przygotowani. O stosunkach seksualnych, masturbacji, miesiączkach oraz o naturalnych metodach regulacji narodzin Billingsa i Ogino-Knausa wiedzą wszystko. Nie ulega wątpliwości, że podczas spowiedzi właśnie to rajcuje ich najbardziej, co eksperyment Bruno Guerriego potwierdza w całej pełni. Jednym z najczęściej zadawanych pytań jest: „Czy się masturbujesz?”. Większość spowiedników używa tego pytania, aby rozpocząć rozmowę na tematy seksualne i aby wywołać w spowiadającym się poczucie winy. Pytanie to jest bardzo często stawiane dzieciom w wieku komunijnym, co nasuwa wątpliwości, czy dzieci w tak wczesnym okresie w ogóle powinny przystępować do spowiedzi. Księża traktują masturbację na równi ze stosowaniem środków antykoncepcyjnych, a co za tym idzie – na równi z zabójstwem życia nienarodzonego reprezentowanego przez plemnik. Dla większości księży (zwłaszcza starszych), u których spowiadał się Guerri i współpracująca z nim dziennikarka – seks oralny i analny to zachowanie zwierzęce, do którego zniżają się jedynie zachłanne na pieniądze prostytutki. Księża są natomiast przyzwyczajeni do żon uskarżających się na zbyt częste zachcianki mężów i do mężów narzekających na zbyt częste bóle głowy ich żon.

W pierwszym wypadku przekonują żony do posłuszeństwa małżeńskiego, w drugim – dają mężczyznom wolną rękę w kwestii wymuszania żoninego posłuszeństwa. Jak trzeba, mąż może żonie nawet przylać. Przed stosunkiem zalecają „Zdrowaś Maryjo”.

Księża nie radzą sobie zupełnie z mniej konwencjonalnymi zachowaniami. Kobieta wymagająca większej uwagi od mężczyzny, stosunki seksualne w trójkącie, kazirodztwo, pedofilia, gwałt – przed takimi problemami uciekają, chowają głowę w piasek i odsyłają jak najszybciej z konfesjonału. W przypadku pedofilii rodzinnej, gdy ojciec wykorzystuje córkę – nie namawiają do pójścia na policję, lecz do ochrony pozorów i dobra rodziny. Kiedy dziewczyna zajdzie w ciążę na skutek gwałtu lub kazirodztwa, dla większości spowiedników priorytetem jest oczywiście „życie nienarodzone”, nawet gdy gwałt był szczególnie okrutny. Bardzo rzadko zdarzają się księża, którzy udzielają rozgrzeszenia za aborcję, gdy kobieta zaszła w ciążę na skutek gwałtu.

W konfesjonale spowiednicy są bardziej wyrozumiali dla mężczyzn niż dla kobiet. Według Kościoła, najważniejsza jest rodzina będąca oczywiście fundamentem wspólnoty chrześcijańskiej. Księża, u których spowiadał się Guerri, byli w stanie rozgrzeszyć nawet ciężkie zbrodnie oraz każdą zdradę, byle ratować małżeństwo kościelne.

W stosunku do homoseksualistów księża często wykazują pogardę, nazywają ich dewiantami, wysyłają do psychiatry. Dla formalnej przykrywki ich homoseksualizmu doradzają zawieranie małżeństw heteroseksualnych.

W konfesjonałach dzieją się rzeczy najbardziej z pozoru nieprawdopodobne. Współpracującej z Guerrim dziennikarce Claudii Rocchini zdarzyło się podczas „spowiedzi” zbyt wiele dziwnych propozycji, aby żywić złudzenia, co robią spowiednicy z niektórymi stałymi grzesznicami. O tym, że po skandalu pedofilii w Kościele amerykańskim jest to kolejna plama na watykańskim honorze, świadczą ostatnie seksualne skandale w Kościele włoskim.

Agnieszka Zakrzewicz

Rzym

 

 

"FAKTY I MITY" nr 28, 20.07.2006 r.

KONTROLER NIESKONTROLOWANY

Ktoś w niebiosach nie lubi arcybiskupa Cincinnati Daniela Pilarczyka. Najpierw reputacja hierarchy została srodze nadszarpnięta, kiedy wyszło na jaw, że osłaniał pedofilię swych podwładnych, później było jeszcze gorzej.

Pragnąc się zrehabilitować, Pilarczyk zatrudnił specjalistę, który miał sprawdzać akta przyszłych pracowników archidiecezji oraz to, czy figurują w kartotekach policyjnych. Miało to nie dopuścić do przyszłych afer. Tymczasem... wywołało kolejną. Biskupi spec od szperania w przeszłości, Alex Henties, okazał się bowiem pospolitym kryminalistą skazanym wcześniej dwukrotnie. Ostatni raz na tydzień przed zatrudnieniem go przez arcybiskupa, któremu jakoś nie przyszło do głowy, by sprawdzić przeszłość kontrolera moralności. W liście do księży Pilarczyk pisze: „Głęboko żałuję poważnego błędu w podejmowaniu decyzji. Do lustracji akt zatrudnianych osób – co miało zapewnić ochronę dzieciom – przyjęty został przestępca”.

Były lustrator Henties siedzi obecnie za narkotyki i oskarża Vincenta Frashera, swego przełożonego z archidiecezji, o seksualne molestowanie go w dzieciństwie.

TW

 

"FAKTY I MITY" nr 21, 01.06.2006 r. MROCZNE KARTY HISTORII KOŚCIOŁA (6)

AGONIA CIEKAWOŚCI

Od samych początków pisarze kościelni, ojcowie Kościoła i teologowie – niemal jednogłośnie i zwartym szeregiem – wystąpili z potępieniem nauki, wykształcenia, wiedzy („ludzkiej”), a nawet... ciekawości.

Podstawowa tego przyczyna była oczywista: nauka i kształcenie to dziedziny z gruntu „pogańskie” – nie było ani szkół, ani też myślicieli czy badaczy chrześcijańskich, którzy zaprzątaliby sobie głowę rozmyślaniami nad stricte świeckimi badaniami i umiejętnościami. Inne przyczyny miały głębsze źródła, rzec by można – doktrynalno-teologiczne (biblijne potępienie mądrości „tego świata”). Wreszcie nie bez znaczenia dla triumfu nowych ruchów religijnych pozostaje klimat mentalny i intelektualny. Osłabienie krytycyzmu i propaganda antynaukowa sprzyjają warunkom inkubatorowym dla rozpowszechniania nowych dogmatów. Stąd też polemiczne z gruntu pisma teologów wczesnochrześcijańskich kładą na to wyraźny nacisk.

Laktancjusz (ok. 250–330) uważa nauki przyrodnicze za oczywiste głupstwa. Św. Ambroży (ok. 339–397), biskup, ojciec i doktor Kościoła, uważał je za obrazę majestatu boskiego. „Co mają wspólnego Ateny i Jerozolima, Akademia i Kościół? Od czasu Chrystusa nie odczuwamy już żadnej ciekawości i nie potrzebujemy badań od czasu Ewangelii” – pisał Tertulian (ok. 160–230).

Pismo Święte miało dawać całościowy obraz świata lub co najmniej mówiło tyle, ile wiedzieć potrzeba: „Ilekroć zauważam, że jakiś brat chrześcijanin nie zna tych zagadnień i plącze w nich jedne rzeczy z drugimi, cierpliwie słucham jego wywodów i myślę sobie, że nic mu nie zaszkodzi taka niewiedza o układach i procesach materialnego świata, byleby tylko o Tobie, Panie, Stwórco wszechrzeczy, nie myślał rzeczy niegodnych” – pisze w swych „Wyznaniach” św. Augustyn (354–430), największy filozof i teolog chrześcijański. Ciekawość świata potępiał jednoznacznie.

W swym dziele „O państwie Bożym” dowodzi, że słowo „demon” od wiedzy się wywodzi, czyli jej pragnienie – ciekawość – diabelską ma naturę.

Najpełniej wyraził to w księdze dziesiątej „Wyznań”, gdzie dowodzi, że ciekawość jest złem najgorszym, już choćby przez to, że mąci błogość modlitwy: „A jest jeszcze inny rodzaj pokusy [poza pokusami zmysłów], kryjący w sobie rozliczne niebezpieczeństwa. Oprócz owej pożądliwości, która pociąga do napawania się wszelkimi rodzajami przyjemności zmysłowych i której hołdownicy, gdy się oddalają od Ciebie, giną – istnieje też w duszy popęd do posługiwania się tymi samymi zmysłami już nie do cielesnych przyjemności, lecz do zaspokojenia próżnej, nieuzasadnionej ciekawości, okrytej – niby płaszczem – mianem wiedzy (...). Jakąż może dać przyjemność widok rozdartych, budzących trwogę zwłok?”. Jak wiemy, dzięki Kościołowi przez całe wieki zakazane było w Europie przeprowadzanie sekcji zwłok (z tej przyczyny kłopoty z inkwizycją miał Vesalius).

Dalej czytamy u Augustyna: „Tej samej chorobie pożądliwości służą pokazywane w teatrach przedziwności różne. Stąd też wynika pęd ludzi do poznania takich tajemnic natury, które nie dotyczą naszego życia; wiedza ta nie przynosi żadnego pożytku, ludzie chcą ją zdobywać tylko dla niej samej (...). A czym to usprawiedliwić, że nieraz, kiedy siedzę w domu, nie mogę oderwać oczu od jaszczurki łowiącej muchy albo od pająka oplątującego je pajęczyną? (...). Jeśli bowiem serce nasze jest naczyniem, w którym owe rzeczy się gromadzą, jeśli jest aż tak zatłoczone niesłychanymi głupstwami, to przecież z tego powodu modlitwy nasze nieraz się przerywają albo zamącają. Kiedy, stojąc przed Twoim obliczem, wznosimy ku Tobie głos z głębi serca, nagle nie wiadomo skąd takie niedorzeczne myśli się wyłaniają – i oto tak wielkie uniesienie się roztrwania”. Dlatego też wiedza ma być posłuszna wierze, bo jeśli „jakaś teza rozumu ludzkiego zwraca się przeciwko autorytetowi pism natchnionych, to w jakikolwiek sposób byłaby ona przemyślna, zwodzi jedynie naśladownictwem prawdy, prawdą jednak być nie może”. O matematykach Augustyn pisał: „Dobry chrześcijanin powinien wystrzegać się matematyków i tych, którzy głoszą puste nauki. Istnieje niebezpieczeństwo, że matematycy zawarli ugodę z diabłem, aby zaciemnić ducha i pogrążyć człowieka w odmętach piekieł”.

Podobną pogardę wyrażał Euzebiusz z Cezarei (ok. 260–ok. 340), teolog, biskup i historyk kościelny: „Gardząc świętymi pismami Boga, zajmują się geometrią, bo są ludźmi związanymi z ziemią, mówią po ziemsku i nie znają tego, który przychodzi z góry. Pilnie studiują geometrię Euklidesa. Podziwiają Arystotelesa i Teofrasta. Niektórzy modlą się, być może, do Galena”. Claudius Galenus był sławnym medykiem starożytności, kontynuatorem dzieła Hipokratesa. Chrześcijanie przez długi czas sceptycznie odnosili się do medycyny konwencjonalnej, bo przecież Biblia mówi wyraźnie o istocie chorób, a Jezus pokazywał, jak należy je leczyć. Wedle Ewangelii choroby to złe duchy, zaś uzdrawianie polegało na przeganianiu owych czartów. Określenie „chory” stosuje Jezus zamiennie z określeniem „opętany” lub „diabelstwo mający”. Jeśli stan chorego jest ciężki, pisze się, że ma w sobie wielką liczbę czartów trapiących go. Epilepsja i lunatyzm to „duch niemy” (Mk 9. 13), niemowa to „czart niemowy” (Łk 11. 14), artretyzm to „duch niemocy” (Łk 13. 10). W przypadku chłopca chorego na epilepsję Jezus wyjaśnia: „Ten rodzaj żadnym sposobem wyniść nie może, jeno za modlitwą i postem” (zob. Mk 9. 13nn.). Jest więc zrozumiałe, że przez długi czas chrześcijanie podejrzliwie lub niechętnie traktowali medycynę.

Carl Sagan pisze: „W średniowieczu medycyna rozwijała się w świecie islamu, podczas gdy w Europie był to mroczny okres. Większość wiedzy o anatomii i chirurgii została utracona. Rozkwitała wiara w modlitwę i cudowne uzdrowienia. Zanikła działalność laickich lekarzy. Powszechnie stosowano modły, cudowne mikstury, horoskopy i amulety. Ograniczono lub całkowicie zakazano sekcji zwłok, co pozbawiło osoby trudniące się medycyną najważniejszego źródła wiedzy o ludzkim ciele. Badania medyczne zamarły”. Aż do końca XVIII wieku utrzymywano pogląd, że przyczyną obłędu jest opętanie przez demony.

Z wielką niechęcią odnoszono się również do leczenia ziołami. W ten sposób wyrażali się m.in. patriarcha Sewer z Antiochii i Eznik z Kolb. Chrześcijański apologeta Tacjan Syryjczyk (ok. 130–ok. 193), uczeń św. Justyna, uważający kulturę grecką za niemoralną, pisał, że sztuka lecznicza jest dziełem złych duchów: „Demony podstępnie odciągają ludzi od czci boskiej, nakłaniając ich, by wierzyli w moc ziół i korzeni (...). Dlaczego ludzie, którzy pokładają ufność w rzeczywistości materialnej, nie chcą zaufać Bogu? Dlaczego nie przyjdziesz do mocniejszego Pana i wolisz leczyć się jak pies ziołami (...). Sztuka lekarska i wszystko, co się z nią łączy, pochodzi z tego samego oszukańczego warsztatu”. Na marginesie warto wspomnieć, że „demony” po kilkunastu wiekach założyły w łonie Kościoła swoją agendę, bo za taką, w świetle świadectwa Tacjana, z pewnością może być uznany zakon bonifratrów, który specjalizuje się w ziołolecznictwie i do dziś oferuje w specjalnych aptekach tanie leki ziołowe „na wszystko” – o dość mizernej skuteczności.

Tacjan potępiał tych, którzy za pomocą geofizyki wyjaśniali trzęsienia ziemi. Gromił też zajmowanie się astronomią: „Jak można wierzyć komuś, kto twierdzi, że Słońce jest rozżarzoną masą, a Księżyc ciałem takim jak Ziemia? Są to sporne hipotezy i niedowiedzione fakty... Jaką korzyść przynoszą... pomiary ziemi, badania pozycji gwiazd i ruchu Słońca? Żadną”. Była to niejako antycypacja procesu Galileusza.

Utrzymywanie ignorancji w zakresie wiedzy o naturalnych czynnikach fenomenów przyrodniczych nie było powodowane czystą nienawiścią do „pogańskiej” nauki, ale miało jasno określony cel. Jak zauważyli badacze analizujący pod tym kątem pisma wczesnochrześcijańskie, zawierają one wielkie nagromadzenie odwołań do najrozmaitszych zjawisk atmosferycznych, które miały być argumentem w sporze z „pogaństwem” czy z „heretykami”. Przekonywano więc, że na przykład za pośrednictwem klęsk, powodzi, tsunami, gradów, komet czy piorunów Bóg pokazuje, po której jest stronie. Bóg złości się na pogan, stosując „boską chłostę”. Każdy większy pomór czy zaraza radowały apologetów, gdyż pracowały na rzecz „sprawy chrześcijańskiej”. Każdy deszczyk w czasie bitwy wojsk chrześcijańskich urastał w apologetyce do rangi znaku Bożego.

Tymczasem już przed naszą erą grecki historyk Polibiusz pisał: „Tam, gdzie poznanie przyczyny jest dla człowieka niemożliwe lub nazbyt trudne, możemy w naszej niewiedzy odwołać się do jakiegoś boga lub do Tyche; na przykład kiedy zdarzają się obfite i długotrwałe deszcze czy śniegi albo z drugiej strony susze czy mrozy”.

Tymczasem chrześcijanie ciskają piorunami i zarazami nie tylko w pogan, ale i między sobą. I tak – relacjonując wydarzenia związane z kształtowaniem się doktryny Trójcy Św. na soborze nicejskim – proariański historyk Filostrogios odnotowuje, że w czasie soboru, opanowanego według niego w większości przez „homouzjonistów”, wydarzyło się trzęsienie ziemi (znak od Boga), które spowodowało śmierć piętnastu biskupów, co z wyraźną satysfakcją odnotowuje autor. Inne obrady soborowe, w Nikomedii, dotyczyły tej samej materii i – według Filostrogiosa – miały być przerwane przez potężne tsunami. Aby żywioły mogły być skutecznie zaprzęgnięte do propagandy, należało tłumić wszelkie zainteresowanie ich naturalnymi przyczynami.

Istota wiary, wedle Tertuliana, implikowała konieczność pozostawienia poznania racjonalnego poza obrębem zainteresowań człowieka wierzącego. „Wierzę, bo niedorzeczne” – kwitował Tertulian. „Umarł Syn Boga – to całkiem wiarygodne, gdyż jest to niedorzeczne. Został pogrzebany i zmartwychwstał, to pewne, gdyż jest to niemożliwe”. W wyniku tego pogardliwego stosunku do wiedzy ludzkiej i uświęcenia „pobożnego głuptactwa”, rzymski filozof Celsus tak pisał o chrześcijanach około 170 roku:

„Takie są ich nauki: nikt wykształcony, mądry, roztropny nie zbliża się do nich (cechy te bowiem uważają za złe), lecz jeśli znajdzie się jakiś nieuk, szaleniec, nieokrzesaniec, głupiec, to taki ufnie przychodzi do nich. Wyznając, że tacy ludzie są godni ich Boga, sami przyznają, że chcą i mogą zjednywać sobie wyłącznie głupców, prostaków, szaleńców, niewolników, proste kobiety i małe dzieci”.

Nie wydaje się jednak słuszne twierdzenie, że antyintelektualne idee chrześcijaństwa miały jedyny wpływ na zapaść nauki i edukacji, która zaczęła postępować wraz z rozpowszechnieniem się chrześcijaństwa w Cesarstwie Rzymskim (II–IV w.). Dawny naukowy impet świata grecko-rzymskiego uległ załamaniu ok. III wieku n.e. i odtąd następował upadek tego sposobu twórczego myślenia, który możemy określić mianem naukowego. Dogmatyczne chrześcijaństwo opierające się na objawieniu bardziej na tym skorzystało.

Mariusz Agnosiewicz

www.racjonalista.pl

 

 

"PRZEGLĄD" nr 15(329), 16.04.2006 r. LISTY I E-MAILE

CZY KOŚCIÓŁ ZA COŚ ODPOWIADA

Czasami czytam „Przegląd”, uważam, że to bardzo potrzebne pismo. Szkoda, że jego dostępność jest bardzo mała. Nasunęło mi się kilka uwag dotyczących Kościoła. Jeśli ciągle słyszymy, że w Polsce około 95% społeczeństwa należy do Kościoła rzymskokatolickiego, to nie można mówić, że Kościół jako wspólnota nie ma wpływu na życie społeczne. Inaczej należałoby uznać, że wszystkie grzechy – przestępstwa, kradzieże, morderstwa itd. popełniają wyznawcy innych religii albo ateiści.

Czy zatem Kościół, którego znaczenie i rolę w Polsce uznaje się powszechnie za bardzo ważne odpowiada za grzechy, które popełniają katolicy?

Czy wpływ księży, którzy wychowują dzieci już od przedszkola, ma wpływ na zachowanie tych dzieci? Czy zachowanie uczniów w szkole poprawiło się od czasu wprowadzenia lekcji religii? Czy nauki przedmałżeńskie i śluby konkordatowe wzmocniły rodzinę, ograniczyły jej patologie?

A także czy za zakupy niedzielne w supermarketach odpowiadają ateiści?

Moim zdaniem, nic nie wskazuje na to, że zwiększenie obecności Kościoła, czyli duchowieństwa, w życiu publicznym miało dobry wpływ na zachowanie członków wspólnoty, liczba popełnianych grzechów chyba się nie zmniejszyła. Czy zatem Kościół za coś odpowiada? I jeśli tak, to za co?

I czy są podstawy, aby sądzić, że dalsze zwiększanie udziału Kościoła w życiu publicznym przyniesie zmiany na lepsze? I dlaczego państwo ze środków publicznych finansuje działania, które nie przynoszą oczekiwanych pozytywnych społecznych skutków?

Aldona Kroczkowska, e-mail

 

 

"FAKTY I MITY" nr 49, 13.12.2007 r. ŻYCIE PO RELIGII

UDRĘKI WIARY

Nadzieja, jaką niesie ze sobą wiara chrześcijańska – w zbawienie i życie wieczne – wydaje się na ogół czymś atrakcyjnym. Nawet jeśli uważana jest za nadzieję racjonalnie nieuzasadnioną. Bywa jednak także koszmarem.

Tygodnik katolicki „Gość Niedzielny” przytacza obszerne fragmenty opublikowanych w USA fragmentów korespondencji Matki Teresy z Kalkuty z jej powiernikami duchowymi. Okazuje się, że najsłynniejsza katolicka święta przeżywała duchowy i życiowy koszmar przez... 50 lat swojego życia. Zmagała się z własną niewiarą, zwątpieniami, rozterkami. Katoliccy komentatorzy oblewają te wstrząsające wyznania sosem mistycznej pobożności, piszą o znanej wielkim religijnym wizjonerom „ciemnej nocy wiary”. Ale uważny i niezmanipulowany religijnym lukrem czytelnik dostrzeże w listach Teresy zwykłe piekło życiowej udręki, a może nawet niemałe pokłady hipokryzji „świętej”...

Teresa pisała: „Ciemność jest tak ciemna – a ja jestem samotna, niechciana, opuszczona. Samotność serca, które pragnie miłości, jest nie do wytrzymania. Gdzie jest moja wiara? Nawet głęboko we mnie nie ma nic prócz pustki i ciemności. Mój Boże, jak bolesny jest ten nieznany ból. Boli nieustannie. Nie ma wiary. Nie potrafię wykrztusić słów i myśli, które kłębią mi się w głowie i zadają ból niewypowiedzianej agonii. Tak wiele pytań bez odpowiedzi żyje we mnie. Boję się je odsłonić, boję się bluźnierstwa. Jeśli jest Bóg, niech mi przebaczy...”. Ten opis walki i przejmującego cierpienia wzrusza. Wzrusza szczególnie każdego, kto – jak ja sam – był człowiekiem religijnym, dla kogo wiara była czymś najcenniejszym, godnym każdej ceny i każdego niemal wyrzeczenia. Teresa, która była wówczas już gwiazdą nie tylko swojego zgromadzenia, ale także szerokich kręgów chrześcijańskich, na niezliczonych spotkaniach i w publicznych wystąpieniach musiała – jak to się mówi – trzymać fason. Sama twierdziła, że jej miła powierzchowność i uśmiech ofiarowywany otoczeniu to zaledwie „płaszcz, którym zasłania swą pustkę i nędzę”. I tak osoba, która sama nie znajdowała pociechy religijnej, niosła tę pociechę innym. Można się i tym wzruszać, ale można też dostrzec wielką niekonsekwencję. Skoro ktoś buduje całe swoje życie na wierze, to musi mieć odwagę spuścić z tonu i wycofać się aż do uporządkowania swoich prywatnych spraw z Bogiem, skoro poddaje w wątpliwość samo jego istnienie. Inaczej jej słynne „promieniowanie wiarą”, którym fascynowały się katolickie media, nie bardzo różni się od wiary na pokaz, od efektownej sprzedaży złudzeń, kuglarstwa, w które samemu nie bardzo się już wierzy. Wiem, o czym piszę, bo sam po wielu wahaniach, pogrążony w takiej „nocy wiary”, miałem odwagę odmówić, kiedy oferowano mi kościelną karierę. Wiedziałem, że na dłuższą metę nie dam rady żyć w takim zakłamaniu.

Teresa, „Misjonarka Miłości”, pisała także: „Miłość – słowo, które nic nie mówi. Powiedziano, że Bóg mnie kocha, a tymczasem ciemność, chłód i pustka są tak wielkie. Czy popełniłam błąd, poddając się ślepo wezwaniu Najświętszego Serca?”. Teresa pisze, że kiedyś słyszała głos Chrystusa, i to kilkakrotnie. I że ów głos stoi u początku jej powołania. Przyszły jednak wielkie wątpliwości, bolesna nieobecność Boga.

Jak sądzę, niewielu z czytających te słowa było w życiu religijnym aż tak głęboko zaangażowanych, aby „słyszeć słowa Chrystusa”. Wygląda na to, że im głębsza wiara i zaangażowanie, tym większe rozczarowania przychodzi przeżywać wierzącym, tym głębsze wątpliwości, mocniejsze rozterki. Wiara, ta poważnie traktowana, zamiast źródłem pociechy, często staje się powodem nieskończonych cierpień. Do tych typowo religijnych trzeba jeszcze dodać rozczarowania z powodu „braci i sióstr”, które bolą tym mocniej, im większe oczekiwania wiązało się ze wspólnotą religijną „wybranych”, którzy, koniec końców, okazują się zupełnie zwykłymi ludźmi – pełnymi namiętności, nieciekawych pragnień, zazdrości i niezdrowych ambicji.

Marek Krak

 

[DLACZEGO JESTEM AKTYWNYM ATEISTĄ I ANTYKLERYKAŁEM

Dlatego że ponoszę materialne, intelektualne, psychiczne destrukcyjne skutki aktywności org. religijnych, osób przez nich poszkodowanych, religijności – więc się przed tym bronię; dlatego że usunięcie destrukcyjnych skutków działalności org. religijnych, religijności jest w szerokopojętym interesie wszystkich (więc i w moim). Dlatego iż domaga się tego moja naturalna, nieskażona religią  prawość; dlatego że jestem osobą aktywną, konstruktywną, twórczą; że wymienione działania takich osobników wywołują u mnie irytację, złość!

 

Nie oddałbym swoich zdolności do trzeźwego postrzegania świata ZA ŻADNE SKARBY ŚWIATA (nawet gdyby wszyscy najbogatsi ludzie na ziemi chcieli mi oddać cały swój majątek)!!! Dają mi one GŁĘBOKĄ satysfakcję i wolałbym być najbiedniejszym człowiekiem na świecie niż okaleczonym religijnie kaleką!!! – red.]

 

 

„WPROST” nr 50(1303), 2007 r.

ZEW DEKALOGU

LUDZIE MIELI POCZUCIE MORALNOŚCI, ZANIM UKSZTAŁTOWAŁ SIĘ JĘZYK I ZACZĘTO NAZYWAĆ, CO JEST DOBRE, A CO ZŁE

„Im więcej dajesz, tym więcej otrzymujesz" – te słowa św. Franciszka z Asyżu nie pojawiły się w wyniku objawienia. Są zakorzenione w naszej biologii. Dr Jordan Grafman z National Institute of Neurological Disorders and Stroke wykazał, że w mózgu osób, które stawiały dobro innych ponad własnym, stawał się aktywny tzw. układ nagrody. Czynienie czegoś dla innych, na przykład przekazanie pieniędzy na cele charytatywne, daje taką samą satysfakcję jak seks czy zaspokojenie głodu. Francuski filozof i pisarz Denis Diderot już w XVIII w. twierdził, że zasady moralne nie zostały nam narzucone przez Boga. Teraz potwierdzają to badania naukowe. „Dekalog to zew natury. Przestrzeganie zawartych w nim zasad służy przetrwaniu gatunku" – twierdzi prof. Wolfgang Wickler z Instytutu Maksa Plancka, autor książki „Biologia dziesięciu przykazań".

 

PRZYMUS MORALNOŚCI

Szympansom instynkt zabrania kraść. Prymatolog Jane Goodall zauważyła, że upragnioną zdobycz dostaje ten osobnik, któremu uda się ją upolować. Łup jest uznawany za jego własność. Eksperymenty przeprowadzane z udziałem pawianów płaszczowych dowodzą, że zwierzęta te przestrzegają zasad fair play w zdobywaniu względów partnerów. Pawiany żyją w haremach. Dorosłe samce dysponują kilkoma samicami. Gdy się z nimi połączą, żaden inny samiec nie próbuje ich odbić. Wyjątki zdarzają się jedynie w wypadku przemieszczania różnych stad. Samica lisa polarnego, która dawała dzieciom fałszywe alarmy o niebezpieczeństwie, żeby odpędzić je od pokarmu i się pożywić, zaczęła być ignorowana przez stado. To samo działo się z drozdami, które fałszywie wieściły zagrożenie, gdy ktoś zabierał im smakołyk. Zwierzęta instynktownie wyczuwają, że, gdyby takie zachowania utrwaliły się w populacji, ich skutki obróciłyby się przeciw wszystkim.

Zakaz zabijania, pożądania cudzej żony, a także poszanowanie własności innych regulowały współżycie pierwotnych wspólnot rolniczych, zanim pojawiły się wyryte na kamiennych tablicach przykazania, które Mojżesz miał otrzymać na górze Synaj. Podobne normy królowały w plemionach Masajów, zamieszkujących stepy Afryki Wschodniej. Koczujący hodowcy bydła nie mieli wśród swoich reguł jedynie przykazania świętowania, bo nie mogli sobie pozwolić, by choć na jeden dzień ustała ich praca.

„Ludzie mieli poczucie moralności, zanim ukształtował się język i zaczęto nazywać, co jest dobre, a co złe. Kierowaliśmy się wówczas emocjami. To one ukształtowały kompas moralny, którym posługują się zarówno wierzący, jak i ateiści" – twierdzi prof. Antonio Damasio z University of Southern California. Jezus w Ewangelii św. Marka na pytanie bogacza: „Co mam robić, aby zyskać życie wieczne", nie przypadkiem wymienia te spośród dziesięciu przykazań, które odnoszą się do współżycia w grupie: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę. Te prawa zawsze były wspólne dla całej ludzkości, we wszystkich religiach. Są niezbędne dla przetrwania ludzkiej społeczności. Jak podkreślał Jan Paweł II, Bóg, przekazując ludziom dekalog, jedynie potwierdził swoim autorytetem zasady wpisane w naturę człowieka. Każde ze słów kodeksu synajskiego bierze w obronę podstawowe dobro życia. Jeżeli kwestionuje się to prawo, współżycie między ludźmi staje się zagrożone.

 

Dzięki badaniom obrazowania mózgu zaobserwowano, że kiedy podejmujemy decyzje związane z moralnością, aktywują się najbardziej pierwotne obszary związane z emocjami, takimi jak wstręt, strach, złość, smutek i zadowolenie. Dr Jonathan Haidt z University of Virginia wiąże moralność z uczuciem wstrętu. To ono, zdaniem badacza, nie pozwala krzywdzić innych. To, co budzi nasz wstręt, uważamy za złe. Podobnie jest ze smutkiem, strachem i złością. Zadowolenie z kolei kojarzyło się z dobrem. Do opisywania tych uczuć ludzie nie potrzebowali języka. Rozpoznawali je po wyrazie twarzy. Było to możliwe dzięki empatii – zdolności rozpoznawania i współodczuwania tego, co przeżywają inni. Rozwinęła się ona, gdy pojawiły się pierwsze gatunki żyjące w grupach. Umożliwiała nawiązywanie relacji i współpracę.

Zdolność empatii mają i ludzie, i zwierzęta. Wśród zwierząt zdarza się nawet, że poświęcanie się dla innych wykracza poza indywidualne korzyści. Wymowne przykłady dały obserwacje szczurów. Kiedy gryzonie, które otrzymywały pokarm, widziały, jak ich sąsiadów z klatki rażono prądem, przestawały sięgać po pożywienie. Rozwój empatii mogły przyspieszyć zmiany klimatyczne. Nasi przodkowie żyjący na sawannach stali się łatwym celem dla drapieżników. Aby przetrwać, musieli się przystosować do życia w nowych warunkach, udoskonalić metody polowania, a także współpracy i dzielenia się, zwłaszcza pokarmem. Zdaniem dr Grafmana, rozwój empatii był milowym krokiem w ewolucji zachowań społecznych, które umożliwiały przetrwanie grupom.

 

ETYKA MÓZGU

Brazylijscy neurolodzy Jorge Moll i Ricardo de Olivera-Souza obserwowali działanie mózgu osób zdrowych i psychopatów podczas dokonywania wyborów moralnych. Zdrowe osoby bez namysłu właściwie wskazywały, co jest złe. W ich mózgu aktywował się obszar związany z emocjami. U osób ze zdiagnozowaną psychopatią działanie tego obszaru było zaburzone. Kiedy teoretycznie rozwiązywali dylematy moralne, świetnie odróżniali dobro od zła i podejmowali moralne decyzje. Kiedy jednak oglądali w telewizji wstrząsające sceny wojny, przemocy czy historie dzieci porzuconych przez rodziców, połączenia korowo-limbiczne w ich mózgu, związane z odczuwaniem emocji, pozostawały w spoczynku. „To dowód na to, że ich skłonność do przestępstw wynikała z zaburzeń fizjologii mózgu, tak jak niedowład kończyn po udarze mózgu czy utrata mowy" – twierdzi dr Moll. Tak było w wypadku pacjenta o imieniu Elliott, badanego przez dr Michaela Koenigsa z National Institute of Neurological Disorders and Stroke. Wzorowy mąż, ojciec i pracownik zaczął zaniedbywać pracę, przestał szanować żonę i stracił zainteresowanie własnymi dziećmi po tym, jak rosnący w jego mózgu guz osiągnął wielkość dziecięcej pięści. Guz zaczął uciskać prawy i lewy płat czołowy mózgu, niszcząc tkankę nerwową. Podobne zjawisko dr Koenigs zaobserwował u sześciu innych pacjentów z uszkodzoną korą przedczołową.

 

Obszar mózgu, w którym znajduje się kora przedczołowa, jest związany z odczuwaniem tzw. emocji społecznych, takich jak empatia, wstyd i poczucie winy. Osoby, u których działanie tego obszaru jest zaburzone, potrafią chłodno kalkulować, kto ma żyć, a kto nie. Kierują się jedynie celem. Nie dostrzegają zła w środkach, które prowadzą do jego osiągnięcia. Nie zawahałyby się wepchnąć pod pociąg przypadkowej osoby, jeśli mogłoby to uratować życie kilku innych. Dwukrotnie częściej niż zdrowi opowiadają się za podaniem trucizny komuś, kto zamierza potajemnie zarażać innych wirusem HIV.

 

GŁOS BOGA

Niektórzy teologowie przekonują, że św. Augustyn z Hippony, mówiąc o „głosie Boga w człowieku", miał na myśli wrodzony mechanizm moralności. Podobnie można interpretować słowa Emmanuela Kanta: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie". Ten mechanizm podobnie jak pionowa postawa czy język ukształtował się w procesie ewolucji naszego mózgu. „U ludzi poczucie moralności rozwinęło się najintensywniej, bo w porównaniu z innymi naczelnymi najbardziej rozwinęła się u nas kora przedczołowa" – mówi dr Haidt. Powiększenie tego obszaru mózgu stworzyło podstawę do rozwoju zdolności językowych i komunikacji w grupie. Dzięki temu potrafimy oceniać zachowania z punktu widzenia ich moralności i dokonywać wyborów. Religijność mogła być motorem przyspieszającym ten rozwój.

Zdaniem dr. Haidta, zachowania religijne są wynikiem doboru naturalnego. Ukształtowały się, kiedy grupy ludzi rywalizowały między sobą. Ten, kto potrafił nawiązać współpracę z innymi i stworzył grupę, wygrywał. Religijność stała się źródłem więzi społecznej. Dzięki tworzeniu się wspólnot religijnych ludzie zaczęli wychodzić poza związki rodzinne i rozszerzać pojęcie bliźniego poza kilkuosobową grupę krewnych.

Dr Joshua Greene z Harvard University dowiódł, że podczas podejmowania moralnych decyzji w mózgu rywalizują różne sieci neuronalne. Proste decyzje pobudzają pierwotne obszary mózgu związane z emocjami. Trudne wybory wymagają zaangażowania wielu obszarów mózgu, które walczą z sobą o pierwszeństwo. Dr Greene obserwował mózgi ochotników, którzy wyobrażali sobie, że ukrywają się w schronie przed wojskami wroga. Jeśli obce wojsko ich znajdzie, zabije wszystkich. Nagle jedno z ukrywających się dzieci zaczynało płakać. Czy je zabić, żeby nie zdradziło pozostałych? Badani odpowiadali na to pytanie dopiero po długim namyśle. Jak wykazało badanie, obszary związane z emocjami, które sygnalizowały, że zabicie dziecka jest złem, walczyły z obszarami związanymi z zimnym kalkulowaniem. Dopiero wtedy, szacując zyski i straty, możemy dojść do błędnego wniosku, że cel uświęca środki.

 

PIĘCIOKSIĄG MOJŻESZA

Dziesięć przykazań to kluczowa część Pięcioksięgu Mojżeszowego, czyli Tory – części Starego Testamentu. Naród Izraela traktował ich treść jako dokument przymierza. Nakazy te sformułowano na wzór dokumentów typowych dla starożytnego Wschodu. Żydów obowiązywało wówczas aż 613 przepisów. Spośród nich wybrano te, które regulowały współżycie w pierwotnych wspólnotach. W tradycji semickiej liczba dziesięć symbolizowała pełnię.

Monika Florek-Moskal

 

 

„FAKTY I MITY” nr 27, 10.07.2003 r.

UCIEKINIER

Ksiądz Marek S. z Częstochowy

– sprawca tragicznego

w skutkach wypadku drogowego

i śmierci pięciu osób – miał

pójść za kratki. Ale nie pójdzie,

bo... uciekł.

Marek S. (lat 40) skazany został

na pięć lat więzienia, czyli za

każdą z ofiar wypadku miał odsiedzieć

rok. Długotrwały proces potwierdził,

iż feralnego dnia

18.06.1999 r. jechał za szybko i podczas

wyprzedzania pod górkę,

w miejscu niedozwolonym, staranował

samochód jadący z przeciwka.

Krewni zabitych byli wstrząśnięci

zarówno skandalicznie niską wysokością

kary, jak i butną postawą

księdza, który nawet nie przeprosił

za swoje przestępstwo i głupotę

(o wypadku i kilkuletnim procesie

pisaliśmy wielokrotnie: „FiM” 13,

19, 47/2001, 9/2003).

Wkrótce po wyroku rozpoczęła

się zabawa w kotka i myszkę.

Ksiądz to odwoływał się od wyroku,

to znów nie pojawiał się na kolejnych

rozprawach i robił wszystko,

by uniknąć odsiadki. Nic to jednak

nie dało i w kwietniu ubiegłego

roku wyrok uprawomocnił się.

Jednak Marek S. i tym razem nie

poddał się. Najpierw złożył wniosek

o odroczenie kary na 3 miesiące,

argumentując, że właśnie

nawala mu zdróweczko, potem twierdził,

że nie może powędrować za

kratki, gdyż musi rozliczyć się z kolonii,

które organizował w swojej parafii.

Sąd cierpliwie przymykał oczy

na te bzdury i – jak to w Katolandzie

bywa – pozwalał sukienkowemu

wodzić się za nos.

Bezczelność Marka S.

nie miała granic – w kolejnym

wniosku poinformował

on Temidę, że nie może stawić się

w więzieniu, bo... potrzebuje więcej

czasu na przekazanie parafii

swojemu następcy. Tymczasem zadbał

o to, by jego wniosek o ułaskawienie

trafił do prezydenta RP.

Na szczęście sąd negatywnie zaopiniował

tę prośbę i pozytywna dlań

decyzja nie zapadła.

W końcu miarka się przebrała.

Gdy policjanci z Pabianic pojawili

się pod wskazanym adresem (miejsce

zameldowania), zastali tam tylko

jego matkę. Kobieta stwierdziła

najspokojniej, że jej syn wyjechał

z kraju i nie wiadomo, gdzie się

obecnie znajduje.

Rzecznik prasowy Sądu Okręgowego

we Włocławku Zbigniew

Siuber z rozbrajającą szczerością

oświadczył „Faktom i Mitom”, że

nie spodziewano się, iż akurat ksiądz

wywinie taki numer, dlatego nie

odebrano mu paszportu, co zawsze

w takich sytuacjach ma miejsce.

– Policja nie zaprzestanie poszukiwań

księdza – potwierdza sędzia

Siuber. – Jeśli zajdzie taka

potrzeba, zostanie wydany międzynarodowy

list gończy i wcześniej

czy później Marek S. trafi do więzienia.

O mój ty Boże! Jak Wam nie

wstyd tak polować na osobę duchowną?!   

RK, RP

 

 

nr 27, 10.07.2003 r.

RZESZÓW Prokuratura Okręgowa wniosła pozew przeciwko księdzu

Tadeuszowi N. oskarżonemu o przejechanie po rannej 8-letniej dziewczynce leżącej na jezdni, ucieczkę z miejsca wypadku i nieudzielenie jej pomocy, w wyniku czego dziecko zmarło („FiM” 20/2003). Za to wszystko może na 12 lat trafić do więzienia. Świadkowie twierdzą, że w pierwszym samochodzie, który potrącił dziewczynkę, jechał biskup...

...ale to już za wysokie progi dla polskich prokuratorów.

 

 

nr 32, 13.08.2003 r.

DOBRODZIEJ

Ksiądz z Gołdapi twierdził, że

po tragicznym wypadku

podmieniono wyniki badań krwi

(1,5 promila), bo ktoś usiłuje go

wrobić. Wątpliwości rozwiały

badania DNA.

Do wypadku doszło w maju

ubiegłego roku. Ksiądz Waldemar

Barnak, 42-

letni proboszcz

z Gołdapi, jadąc

z prędkością

ok. 140

km/godz., stracił na zakręcie panowanie

nad kierownicą, przekroczył

oś jezdni i zderzył się z nadjeżdżającym

z przeciwka pojazdem

kierowanym przez nauczycielkę

z Olecka, Annę P., która zginęła

na miejscu. Jadący z nią mężczyzna

i dziewczynka zostali ciężko

ranni. Sprawca tragedii wyszedł

z wypadku bez szwanku.

Mimo ewidentnej winy, pirat

w sutannie bronił się na wszelkie

sposoby. Nie przyznawał się do picia

alkoholu i zarzucał policjantom

i laborantom, że celowo podmienili

fiolkę z pobraną po wypadku

krwią. Sąd Rejonowy w Ełku – ze

względu na udział w wypadku księdza

i komplikacje, których w takich

przypadkach w Katolandzie nie brakuje

– wyjątkowo starannie, krok

po kroku, wyjaśniał wszystkie okoliczności

wypadku. Jedyną możliwością

wykluczenia machinacji sugerowanych

przez kapłana było zlecenie

przez sąd kosztownych badań

DNA zachowanej próbki krwi.

Wynik potwierdził

zarzuty

wobec księdza.

Po ponad

roku zapadł wyrok:

cztery lata pozbawienia wolności.

Obrońca pirata nie zgodził się

z wysokością kary – niższą od wnioskowanej

przez prokuratora (6 lat)

– i zapowiedział apelację. Wyrok nie

jest więc prawomocny, jesienią sprawa

księdza z Gołdapi znajdzie się

powtórnie na wokandzie, tym razem

Sądu Okręgowego w Olsztynie. Co

teraz wymyśli ksiądz „dobrodziej”,

żeby uniknąć pobytu za kratkami?

Kogo oszkaluje?

I jeszcze gorzka refleksja: po

śmierci Anny P. jej 12-letnią córką,

ranną w wypadku, musi opiekować

się starsza siostra. Ksiądz Barnak,

na co dzień nawołujący do miłości

bliźniego, do dziś nie zainteresował

się jej losem...

RP

 

 

PRZED SĄDEM

Kolejna afera odkryta przez „FiM” znalazła swój finał w sądzie! Katecheta ksiądz Franciszek Wróbel, który znęcał się psychicznie i fizycznie nad dziećmi („FiM” 26/2002) stanie przed sądem 4 lutego 2003 roku. Proboszczowi z Pielgrzymki koło Złotoryi grozi od 3 miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności.

 A.C.

 

 

„FAKTY I MITY”

TRUPIE PACIORKI

Wiara w cuda o mały włos doprowadziłaby

do wybuchu epidemii w Lichnowach

koło Chojnic. Krewni zmarłego 39-letniego mężczyzny

trzymali w domu jego zwłoki przez 59

dni, czyli tyle, ile jest paciorków w różańcu,

i wierzyli, że trup zmartwychwstanie.

Lichnowy to mała wieś popegeerowska,

więc bieda tutaj aż piszczy. Tym bardziej że

uciec też nie ma dokąd, bo na środkowym

Pomorzu trudniej o jakąkolwiek robotę niż,

dajmy na to, o Chińczyka w środku pobliskich

Borów Tucholskich. Czas tu leci od taniego

winka do samogonu, bo ludziska z rozpaczy

piją. Inni liczą dni od niedzieli do niedzieli,

bo kościół to jedyna „rozrywka”.

W coś w końcu w życiu wierzyć trzeba, więc

tu wierzy się w cuda.

Tadeusz Porożyński, szef chojnickiego zakładu

pogrzebowego, twierdzi, że czegoś tak

obrzydliwego on i jego ludzie to jeszcze nigdy

nie widzieli. Zwłoki 39-letniego Waldemara

C. kilkunastoosobowa rodzina umieściła w osobnym

pokoju tuż po jego śmierci 14 listopada.

Nikt obcy o zgonie mężczyzny nie wiedział, a

trup – zgodnie z prawidłami biologii – zaczął

po prostu gnić. Aby w chałupie nie czuć było

trupiego fetoru, rodzina drzwi do pokoju obłożyła

kocami i okleiła taśmą izolacyjną.

Kiedy 12 stycznia do pokoju weszły „łapiduchy”,

smród był niewyobrażalny. Na resztkach tego,

co kiedyś było Waldemarem C., zalęgły się larwy

much. Kłębiące się robactwo sprawiało wrażenie,

że zmarły... oddycha. Pracownicy „pogrzebówki”

na dzień dobry... porzygali się. Nie ulega

wątpliwości, że gdyby trup poleżał do wiosny, na

mur-beton wioskę wytrułaby jakaś zaraza czy inna

cholera.

O tym, że w domu od prawie dwóch miesięcy

leży trup Waldemara, powiadomił lichnowskiego

proboszcza Mieczysław C., brat zmarłego. Nie

potrafił racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego rodzina

nie pochowała mężczyzny tak, jak się grzebie

innych zmarłych – w trzy dni po zgonie. Z jego

niespójnych wywodów pleban zrozumiał jednak,

że w chałupie wszyscy czekali na... zmartwychwstanie.

Miało ono nastąpić 59 dni po śmierci.

Dokładnie tyle jest paciorków w różańcu. W tym

czasie z trupem w jednym domu

mieszkało kilkanaście osób,

w tym dziewięcioro dzieciaków.

Ludziska w Lichnowach

twierdzą, że przez jakiś czas

w gospodarstwie C. gnieździła się dziwaczna maryjna

sekta, którą założył pewien młody mieszkaniec

Chojnic. Członkowie sekty wierzyli, że gdy

będzie ich 59, to wszyscy będą mieli zapewnione

zbawienie. Guru zaś na prawo i lewo leczył ludzi

i ich – rzecz jasna – uzdrawiał. Tyle że, pech jakiś,

Waldemara jakoś nie uzdrowił.

Śmiercią Waldemara C. zajęła się Prokuratura

Rejonowa w Chojnicach. Wykluczono udział

osób trzecich i możliwość oskarżenia kogokolwiek

o sprofanowanie zwłok zmarłego. No bo i profanacji

przecież żadnej nie było, tylko pobożne czekanie

na cud, w który wierzy przecież każdy katolik.

Cud jednak też nie przyszedł.

A co z maryjną sektą „paciorkowców”? Wyprowadziła

się do innej wioski w okolicach Chojnic.

Wyznawcy nadal odliczają, czy jest ich już 59,

bo bardzo chcą wstąpić do maryjnego nieba.

A ich guru w dalszym ciągu leczy i uzdrawia.

Czyż to nie jest piękny kraj?              Roman Krawiecki

 

 

„FAKTY I MITY”

KOLEKCJA FAŁSZERSTW

Gdyby zgromadzić wszystkie relikwie związane z osobami Chrystusa

i Matki Boskiej, powstałoby jedyne w swoim rodzaju muzeum fałszerstw.

Oto mały przegląd „cudownych i najprawdziwszych” eksponatów.

Szczątków krzyża, na którym umarł Chrystus

doliczono się grubo ponad tysiąc.

Około 150 kościołów wciąż twierdzi, że jest

w posiadaniu przynajmniej jednego ciernia

z korony, która mogła mieć ich najwyżej 40.

Korona cierniowa, bez jednego ciernia, znajduje

się w katedrze Notre Dame w Paryżu

i pokazywana jest wiernym w Wielki Piątek.

Krople krwi Chrystusa znajdują się m.in.

w bazylice św. Marka w Wenecji, w bazylice

św. Krwi w Brugii (Belgia) oraz w rzymskich

kościołach: Santa Croce, Santa Maria Maggiore

i San Giovanni in Laterano.

Niezwykle bogata jest kolekcja gwoździ,

którymi ciało Chrystusa miało być przybite

do krzyża. Ponad trzydzieści kościołów w różnych

miejscowościach twierdzi, że ma co najmniej

jeden „oryginalny” gwóźdź. Po jednym

mają: kościół na Lateranie, św. Krzyża w Rzymie,

św. Marka w Wenecji i katedra w Mediolanie.

W Krakowie w Kaplicy Zygmuntowskiej

jest jeden cały gwóźdź, a po połówce

mają: kaplica św. Kosmy i Damiana oraz

kościół Świętej Trójcy. Jeszcze do niedawna

sporym wzięciem cieszył się kult świętego napletka.

Posiadaniem tego „autentycznego”

chwaliło się aż trzynaście świątyń, m.in. Santiago

de Compostela w Hiszpanii i bazylika

św. Jana na Lateranie w Rzymie.

W całej Europie bardzo rozpowszechnione

są kryształowe fiolki z mlekiem, którym

Matka Boska karmiła małego Jezuska. Ich

posiadaniem szczyci się wiele miast we Włoszech,

Francji i Hiszpanii. Kosmyk włosów

Dziewicy Maryi znajduje się w katedrze

w Reims we Francji oraz w bazylice św. Marka

w Wenecji. Święta tunika, czyli fragment

szaty, którą miała nosić Matka Boska podczas

narodzin Jezusa obecnie jest przechowywana

w katedrze w Chartres we Francji

oraz na Lateranie. Pieluszka, w którą po narodzeniu

został zawinięty Jezus, znajduje się

w kościele św. Dionizego w Paryżu. Strzępy

tuniki z wełny (własnoręcznie utkanej przez

Matkę Boską), w którą Jezus był ubrany

w drodze na Kalwarię, można oglądać w Trewirze

w Niemczech. Pięć fragmentów drewna

ze żłóbka, w którym leżał mały Jezusek, jest

co roku wystawianych na widok publiczny

z okazji świąt Bożego Narodzenia w Santa

Maria Maggiore w Rzymie.

Część stołu z Ostatniej Wieczerzy znalazła

schronienie w rzymskiej bazylice św. Jana

na Lateranie, a kawałek stołu z wesela

w Kanie Galilejskiej jakimś cudem zachował

się w kościele św. Franciszka w Asyżu.

Fragmenty obrusa z Ostatniej Wieczerzy są

w Lizbonie w kościele św. Rocha oraz w kościele

św. Andrzeja w Krakowie.

Absurd absurdowi nierówny. W Hiszpanii

do dziś przechowywane jest pióro, które

spadło ze skrzydła archanioła Gabriela podczas

zwiastowania. Katedra w Magdeburgu

posiada drabinę, na której kogut piał, kiedy

Piotr zaparł się Chrystusa. W Santiago de

Compostela przy grobie św. Jakuba Apostoła

jest ogon osła, na którym Chrystus wjeżdżał

do Jeruzalem. Na Lateranie przechowywana

jest złota urna pełna manny zebranej na

pustyni. Dwa odciski stóp pozostawione ponoć

przez Jezusa w bazaltowym kamieniu

z Via Appia znajdują się w kaplicy bazyliki

św. Wawrzyńca za Murami w Rzymie. Matka

Boska z kolei ślad swojej stopy zostawiła

w skale w miejscowości Bardo Śląskie w Polsce.

Kościół św. Krzyża Jerozolimskiego w Rzymie

ma mały palec niewiernego Tomasza, którym

ów niedowiarek dotknął ran Chrystusa.

Relikwie wcale nie muszą mieć skromnych

rozmiarów. Mogą być całkiem okazałe

– dwie największe to święty domek (bazylika

Santuario della Santa Casa) w Loreto

i święte schody w bazylice św. Jana na Lateranie.

Domek Loretański miał być, według

legendy, mieszkaniem Matki Boskiej przeniesionym

w 1295 roku z Nazaretu przez czterech

aniołów. Scala Sancta, czyli dwudziestoośmiostopniowe

marmurowe schody, po których

szedł Chrystus na spotkanie z Piłatem,

w sposób nie mniej cudowny zostały przywiezione

z Jerozolimy.

Oczywiście – muzeum „najprawdziwszych”

relikwii szybko nie powstanie; przecież Kościół

nie będzie się sam ośmieszał.

A.K.

 

 

"FAKTY I MITY" nr 50, 20.12.2007 r.

MISTYCY CZY HOCHSZTAPLERZY?

STYGMATYCY

Ostatnie lata Franciszka z Asyżu gubią się w legendzie i tajemnicy. Żył w odosobnieniu, uciekając w góry, a po jednej z tych podróży na jego ciele pojawiły się obrzmienia w kształcie blizn – tzw. stygmaty.

We wrześniu 1224 r. Franciszek miał 42 lata. Odbywał właśnie na górze Alverna, ziemi księcia Chiusi, jeszcze jeden narzucony sobie post, tym razem dla uczczenia aniołów, które darzył wielkim nabożeństwem. Czternastego dnia tego miesiąca – obchodzonego jako Dzień Krzyża Świętego – wyszedł przed świtem ze swej samotni i zatopił się w modlitwie, rozmyślając, jakie to Jezus musiał znosić cierpienia na krzyżu. „A żar pobożności – napisał sto lat później jego biograf – rósł w nim tak, że z miłości i współczucia zamienił się cały w Jezusa. Płonąc w rozpamiętywaniu, ujrzał tego samego rana schodzącego z nieba serafina o sześciu skrzydłach lśniących i ognistych, który w locie zbliżył się do świętego Franciszka tak, że ten mógł spostrzec i poznać dokładnie, iż miał postać Ukrzyżowanego (...). Kiedy po długim czasie i tajnej rozmowie znikło widzenie cudowne (...) na jego ciele pozostał cudowny obraz i ślad męki Chrystusa. Bowiem natychmiast na rękach i stopach świętego Franciszka zaczęły ukazywać się znaki gwoździ, jak widział je wówczas na ciele Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego”. Brat Leon, zwierzchnik zakonu franciszkańskiego, w liście do wszystkich prowincjałów nowego zakonu informował: „Ojciec nasz i brat (...) otrzymał na swym ciele pięć ran ukrzyżowania” – po dwie na dłoniach i stopach – oraz „niegojącą się ranę na prawym boku”. Rany te miały być widoczne jeszcze cztery lata po jego śmierci. Inny biograf, Franciszek z Celano, donosił o tym: „Cudownie było widzieć na jego dłoniach i stopach nie tylko znaki po gwoździach, lecz same gwoździe, stworzone z jego ciała i zachowujące czarny kolor żelaza”.

Pewnym światłem, które mówi o istocie zjawiska stygmatyzacji, jest szybkość, z jaką zaczęli, ni stąd, ni zowąd, pojawiać się – po wiekach, kiedy nie słyszano o podobnym zjawisku – stygmatycy, gdy tylko świat obiegła wieść o „cudzie św. Franciszka”. Stawia to całe zagadnienie w kategoriach naturalnych, czyli ludzkiej aktywności, nie zaś sił nadprzyrodzonych. W przypadku Franciszka elementem, który mógł mieć bezpośredni wpływ na powstanie niezwykłych ran na jego ciele, był praktykowany przezeń ideał całkowitego ubóstwa. Warto w tym miejscu podkreślić, że on i jego towarzysze chcieli być znakiem sprzeciwu – nieustannym wyrzutem sumienia dla duchowieństwa pogrążonego w luksusach i rozpasanym materializmie. Ideałowi ubóstwa przypisywali najskuteczniejszy sposób urzeczywistnienia ideału głoszonego przez Chrystusa. Inna sprawa, że obraz życia pierwszych chrześcijan, jaki sobie wyobraźnia Franciszka wytworzyła, był bardzo jednostronną i uproszczoną interpretacją pierwotnego chrystianizmu. Opierał się na kilku wyrwanych z kontekstu cytatach z Ewangelii. Jak wielkich wyrzeczeń żądał od siebie i swoich uczniów Franciszek, świadczy opis jego zimowego pobytu w Rivo Torto pod Asyżem: „W ciemne deszczowe dni, kiedy woda przeciekała przez dziurawy dach szopy, a klepisko z gliny było czarne, lepkie i mroziło boleśnie ich stopy, siedzieli w podartych nędznych szatach, a było ich siedmiu, może ośmiu, i nie mieli nic do jedzenia przez cały dzień. Nie było też ognia, który by ich ogrzał”. Mówiono też, że podczas Wielkiego Postu, który spędził na małej wysepce na Jeziorze Trazymeńskim, przez 40 dni zjadł ledwie pół bochenka chleba. Nietrudno wyobrazić sobie, w jak opłakanym stanie było jego zdrowie z powodu częstych i niebezpiecznie długo trwających umartwień. Przypuszczalnie cierpiał na czwartaczkę – malarię z gorączką, której ataki powtarzają się co trzy, cztery dni. Był nadwrażliwy na dźwięk, światło słoneczne, a przy tym ponoć nieczuły na ból (kiedy przypalano mu twarz gorącym żelazem, co miało wyleczyć go z choroby oka, zapewniał, że nie czuł ani bólu, ani gorąca). Wiadomo, że choroby już w 1214 r. zmusiły go do przerwania misji ewangelizacyjnej, której celem było Maroko. Sześć lat później, po powrocie z Egiptu, gdzie próbował nawracać muzułmanów, zaczął cierpieć na egipskie zapalenie oczu, powodujące uporczywe bóle. Istnieją zapisy świadczące o tym, że jeszcze w następnym roku nie wyleczył się całkowicie z zimnicy, a w 1224 r. „(...) zaczął cierpieć na różne dolegliwości, miał tylko jedną kończynę wolną od bólu. W końcu, z powodu przewlekłych i długotrwałych chorób, jego ciało zostało wyniszczone do takiego stopnia, że została z niego skóra i kości”.

Rozpatrując okoliczności pojawienia się na jego ciele stygmatów, należy również wziąć pod uwagę epokę, w której żył Franciszek. Otóż uzasadnione wydaje się podejrzenie, że nagłe pojawienie się stygmatyków, począwszy od XIII w., ma związek z fascynacją męką Chrystusa oraz nowym realistycznym sposobem jego portretowania. W minionych stuleciach kościoły w całej Europie dekorowane były wedle sztywnego kanonu bizantyjskiego. Jezusa przedstawiano zawsze w długiej szacie i z szeroko otwartymi oczami. Nie do pomyślenia było pokazywanie cierpienia, wielkich przeżyć i większej niż symboliczna ilości krwi. Dopiero około połowy XII w. nastąpił w tym względzie przełom. Na krucyfiksach było więcej krwi, a ciało Jezusa wyraźnie umęczone. Jego oczy były teraz zamknięte, zaś święte niewiasty i uczniów przedstawiano jako pogrążonych w boleści. Nowej tendencji artystycznej – silnie oddziałującej na emocje i psychikę – dawano również wyraz w literaturze i sztuce. W średniowieczu właśnie rozwinęło się zamiłowanie do wystawiania sztuk pasyjnych, jak też do ekshibicjonistycznych aktów samookaleczeń. W Anglii odnotowano ciekawy przypadek, który wydarzył się w 1222 r., a więc dwa lata przed tym, zanim Franciszek „otrzymał” swe stygmaty. Pewien młody człowiek stanął przed Radą Miejską w Oksfordzie, ponieważ – jak zapisano – „uczynił się Chrystusem i przebił sobie ręce i stopy”. Wyrokiem Rady został wtrącony do więzienia, gdzie „zamknięto go do końca życia”.

Czy stygmaty Franciszka z Asyżu także były jakąś formą samookaleczenia? Nie można tego wykluczyć.

W religijnej atmosferze, w jakiej żył – być może bez świadomego oszustwa ze swej strony – w stanie oszołomienia spowodowanego postami, sam mógł zadać sobie rany ukrzyżowania.

Na podstawie danych dotyczących stygmatyzacji zjawisko to można uznać za świadome lub nieświadome oszustwo neurotyków – głównie ze zgromadzeń zakonnych. Wedle jednego ze spisów, autorstwa dra Imbert-Gourbeyre’a, tylko w XIX stuleciu odnotowano co najmniej 31 przypadków stygmatyzacji, zaś z ponad 320 wszystkich przypadków więcej niż 2/3 stanowili ludzie w zakonnych habitach (przeważnie dominikanie i franciszkanie). Okazuje się, że zjawisko to dotyczy głównie kobiet, pomimo że najwięksi i najbardziej kontrowersyjni stygmatycy, św. Franciszek z Asyżu i ojciec Pio, byli mężczyznami. Powyższy spis podaje nazwiska tylko 41 mężczyzn wobec 280 kobiet – a więc stosunek jeden do siedmiu.

Pierwsi stygmatycy, czyli osoby, o których sądzi się bądź sądzono, że noszą rany będące repliką ran Chrystusa, pojawili się nagle w XIII w. Zaczęli się mnożyć jak grzyby po deszczu, gdy tylko rozeszła się wieść o stygmatach św. Franciszka z Asyżu. Do końca XIII w. odnotowano ich około 30.

Angela z Foligno (1250–1309), miejscowości niedaleko Asyżu, była tercjarką (Trzeci Zakon św. Franciszka). Do zakonu wstąpiła po tym, gdy owdowiała i straciła wszystkie dzieci. Pojawieniu się ran na jej ciele towarzyszyć miały ekstatyczne wizje, w których Matka Boża dawała jej... do potrzymania dzieciątko Jezus. Mówi się o niej jako o pierwszym znanym przypadku inedii – zdolności do życia przez wiele lat bez jedzenia i picia. Więcej szczegółów zachowało się na temat innej stygmatyczki – belgijskiej zakonnicy, cysterki Elżbiety z Herkenrode (zm. 1275). Co 24 godziny odgrywała całą Mękę Pańską, zadając sobie przy tym ciężkie ciosy. Zaczynała od aresztowania Chrystusa o wczesnej jutrzni, a kończyła złożeniem go do grobu podczas wieczornej komplety. Według relacji opata cystersów z Clairvaux, Filipa, „w tym samym czasie przedstawiała osobę naszego Pana, który cierpiał, i oprawcy czy kata, który go dręczył”. Zdarzało się, że dłonią zaciśniętą w pięść „zadawała sobie gwałtowny cios w szczękę, pod wpływem którego chwiała się i zataczała; stojąc zaś nieruchomo, ciągnęła samą siebie za włosy, aż głowa jej dotykała ziemi. Niekiedy, zaciskając wszystkie palce u jednej dłoni z wyjątkiem palca wskazującego, zbliżała go do oczu, jakby chciała je wydłubać”. Inna stygmatyczka-masochistka, Lukardis z Oberweimaru (ok. 1276–1309), zanim pojawiły się u niej stygmaty, miała zwyczaj wbijania sobie paznokci w dłonie i dużych palców u nóg w rany na stopach. W taki oto chałupniczy sposób – jak zauważył jej biograf – sama próbowała najpierw wywołać stygmaty. „Wielokrotnie uderzała środkowym palcem w rany na każdej dłoni, a potem, cofając rękę o jakieś dwie stopy, wymierzała jeszcze jeden bardzo mocny cios w to samo miejsce, czubek palca kierując tak, jakby to był gwóźdź (...). Kiedy tak uderzała w swoją dłoń, słychać było dźwięk młotka uderzającego o główkę gwoździa albo w kowadło (...)”.

Słynnymi stygmatyczkami, żyjącymi w XIV w. były św. Katarzyna ze Sieny oraz Elżbieta z Reute. Pierwsza z nich żyła 33 lata, mimo że (podobno) przestała jeść, gdy skończyła lat 20. Druga przeżyła ponoć jeszcze dłużej bez jedzenia, bo lat 15. Z kolei św. Ludwina ze Schiedam podobno nie jadła przez 28 lat. Oficjalnie jedzenia nie przyjmowała również hiszpańska fanciszkanka, Magdalena od Krzyża (1487–1545). Do klasztoru wstąpiła jako nastolatka i od razu zaczęła umartwiać się, głodzić i wpadać w trans. Twierdziła wszem wobec, że otrzymała stygmaty. Zdobyła przy tym taką popularność, że wielbiła ją hiszpańska arystokracja z cesarzową Izabellą na czele. Zdemaskowano ją dopiero w 1543 r. Niewątpliwie wyniesiono by tę kolejną Magdalenę na ołtarze, gdyby nie fakt, że ciężko zachorowała i – w obawie przed karami piekielnymi – sama przyznała się do własnoręcznego wykonania stygmatów.

Karierę stygmatyczki z marnym finałem próbowała również zrobić portugalska dominikanka Maria od Nawiedzenia (1556–?) – „święta zakonnica Lizbony”. Mając ledwie 26 lat, została przeoryszą klasztoru. Jej stygmaty (włącznie ze śladami korony cierniowej) stały się tak słynne, a jej błogosławieństwo tak cenne, że prosił o nie dowódca hiszpańskiej armady, markiz Santa Cruz, szykujący się do inwazji na Anglię (notabene, również papież Sykstus V obiecał wówczas, że papieski skarbiec wypłaci milion dukatów w przypadku, gdy hiszpański desant stanie na angielskiej ziemi). Już kilka miesięcy przed odpłynięciem okrętów wszczęto śledztwo w jej sprawie, bo jedna ze współtowarzyszek Marii ujrzała przez szparę w drzwiach do celi, jak maluje sobie ranę na dłoni. Jednak dopiero po klęsce armady, gdy do kraju wróciła ledwie połowa ze 130 statków – co dowodziło nieskuteczności błogosławieństwa Marii – wznowiono badanie. Gdy zaczęto trzeć rany, farba zniknęła, a pod spodem ukazała się sucha skóra. Końcowy raport głosił, że do oszustwa namówiło ją „dwóch dominikanów, braci z jej własnego zgromadzenia, aby w przyszłości można było rzec królowi, że jeżeli przekaże tron Portugalii w ręce Don Antonia, będzie na wieki potępiony i wybuchnie przeciwko niemu rebelia”. Marię od Nawiedzenia skazano na dożywotnie odosobnienie.

Godny uwagi jest też przypadek Johanna Jetzera (1483–1515) – syna chłopa z wioski k. Zurzach, w szwajcarskim kantonie Aargau. W wieku 23 lat wstąpił on do zakonu dominikanów. Zaraz po przybyciu Jetzera do klasztoru zaczęło tam straszyć: słychać było stukanie, uderzenia, a jemu samemu – jak przekonywał – ukazywał się upiór, duch byłego przeora klasztoru, który 150 lat wcześniej zrzucił habit, popadł w złe towarzystwo i został zamordowany. Teraz przebywał w czyśćcu i prosił o wstawiennictwo. Gdy w końcu ów przeor ukazał się już jako niebianin Jetzerowi, zaczęła też objawiać się Matka Boża, która naznaczyła go stygmatami. Co ciekawe, oświadczyła przy tym, że doktryna niepokalanego poczęcia, nad którą toczyła się akurat w Kościele dyskusja (dziwnym zbiegiem okoliczności zakon dominikanów był jej wówczas przeciwny), jest błędna. Przyciśnięty na sądzie kościelnym Jetzer przyznał w końcu, że wszystko to sobie wymyślił. Czterej zakonnicy z jego klasztoru poddani zostali torturom i spaleni na stosie. Główny bohater tej historii uciekł z więzienia... w kobiecym przebraniu, które przemyciła mu matka.

Artur Cecuła

 

 

"FAKTY I MITY" nr 28, 20.07.2006 r.

SPOWIEDŹ PO WŁOSKU

Włochy to – po Polsce – najbardziej katolicki kraj w Europie. Aż 88,6 proc. Włochów otrzymało w ciągu życia jeden lub więcej sakramentów świętych. Jest tu ponad 26 tys. parafii, 36 tys. księży i 125 tys. sióstr zakonnych. Szacuje się, że jedna osoba duchowna przypada na 290 mieszkańców, podczas gdy jeden lekarz obsługuje 234 osoby.

W przeciwieństwie do Polski – we Włoszech o Kościele rozmawia się otwarcie, bez strachu i zabobonu. Jednym z najlepszych tego przykładów jest książka Giordano Bruno Guerriego „Ja cię rozgrzeszam” (Io ti assolvo, Baldini&Castoldi, Milano 1993). Ten znany i ceniony włoski dziennikarz to zdeklarowany ateista wykształcony na Uniwersytecie Katolickim w Mediolanie. Giordano Bruno Guerri postawił dwa poważne pytania:

1. Jaki wpływ ma sakrament spowiedzi (w którym wierny otrzymuje rozgrzeszenie) na stosunki społeczne regulowane przez prawo, jeżeli religia pod wieloma względami jest sprzeczna z etyką laicką oraz antyspołeczna?

2. Czy spowiednicy są przygotowani profesjonalnie do spełniania tak delikatnej misji? Czy można powierzać im małe dzieci, które przed pierwszą komunią są zmuszane do pierwszej spowiedzi?

Guerri przez kilka miesięcy jeździł po włoskich parafiach z ukrytym dyktafonem i „spowiadał się” w różnych konfesjonałach. Przyznawał się do grzechów wymyślonych, ale odzwierciedlających w pełni zakazy ustanowione w „Dziesięciu przykazaniach” oraz wszystkie inne słabości ludzkie. Przyznawał się więc do kłamstwa, szantażu, zdrady, cudzołóstwa, kradzieży, a nawet zabójstwa. To samo robiła dziennikarka Claudia Rocchini, która z nim współpracowała. Oboje zarejestrowali 100 różnych spowiedzi, które zostały później opublikowane w całości.

„Ja cię rozgrzeszam” to beznamiętny sondaż włoskich konfesjonałów pokazujący, jak szkodliwy dla jednostki oraz antyspołeczny jest sakrament spowiedzi. Kiedy książka „Ja cię rozgrzeszam” ukazała się we Włoszech, była równie wielkim bestsellerem jak „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. I w tym przypadku Watykan próbował wszystkich środków, aby podważyć wiarygodność autora. Guerri na łamach watykańskiego „L’Osservatore Romano” został oskarżony o to, że złamał tajemnicę spowiedzi świętej. Autor bronił się: „Ja jestem dziennikarzem, a nie spowiednikiem – mnie tajemnica nie obowiązuje. Poza tym jako ateista nie wierzę w święty sakrament spowiedzi”.

Nie ma się co dziwić wytykańskiemu zdenerwowaniu – konkluzje Guerriego były bardzo gorzkie:

„W normalnych trybunałach, kiedy uniewinnia się oskarżonch, wierzy się w to, że nie popełnili oni zbrodniczych czynów. W konfesjonałach natomiast uniewinnia się osoby, które wyznały swoje zbrodnie, a rozgrzeszenie księdza zmywa całkowicie nawet najgorszą winę i zastępuje państwowe trybunały”.

Kościół, występując w roli „reprezentanta Boga Zbawiciela”, działa przede wszystkim w sferze intymnej jednostki, próbując wywierać jak największy wpływ na jej wolny wybór oraz ograniczając do minimum wolność osobistą. Nie przywiązuje natomiast żadnej wagi do tego, jaką rolę jednostka powinna odgrywać w demokratycznym społeczeństwie.

Kiedy Guerri przyznał się jednemu ze spowiedników, że jest bogatym biznesmenem produkującym artykuły spożywcze, ale – podobnie jak konkurencja – dodaje do nich substancje, które mogą wywoływać raka, spowiednik rozgrzeszył go. Za to jednak, że korzysta ze środków antykoncepcyjnych, rozgrzeszenia mu nie dał. Kiedy Guerri „przyznał się”, że jest pracującym dla mafii kurierem i dealerem narkotykowym, spowiednika zainteresowało to nieporównanie mniej niż jego życie w konkubinacie, do czego też „się przyznał”. Autor książki podszył się również pod księgowego, który oszukuje państwo, wypełniając fałszywe deklaracje podatkowe swoich klientów. Aby uzyskać rozgrzeszenie, wystarczył fakt, że od wyłudzonych sum (nawet bez zgody swoich mocodawców) odprowadza rzekomo 8/1000 na Kościół. Natomiast kiedy powiedział, że pracuje dla komunistycznego dziennika „Il Manifesto”, bo nie dostał żadnej innej pracy jako dziennikarz, i że musiał napisać tekst przeciwko lokalnemu biskupowi – rozgrzeszenia nie otrzymał.

Sondaż przeprowadzony we Francji potwierdził, że 83 procent grzechów wyznawanych w konfesjonale to „grzechy seksualne” – dziedzina, w której Kościół specjalizuje się od 2000 lat. Nie dziwi więc, że także włoscy księża spowiednicy pod tym względem są najlepiej przygotowani. O stosunkach seksualnych, masturbacji, miesiączkach oraz o naturalnych metodach regulacji narodzin Billingsa i Ogino-Knausa wiedzą wszystko. Nie ulega wątpliwości, że podczas spowiedzi właśnie to rajcuje ich najbardziej, co eksperyment Bruno Guerriego potwierdza w całej pełni. Jednym z najczęściej zadawanych pytań jest: „Czy się masturbujesz?”. Większość spowiedników używa tego pytania, aby rozpocząć rozmowę na tematy seksualne i aby wywołać w spowiadającym się poczucie winy. Pytanie to jest bardzo często stawiane dzieciom w wieku komunijnym, co nasuwa wątpliwości, czy dzieci w tak wczesnym okresie w ogóle powinny przystępować do spowiedzi. Księża traktują masturbację na równi ze stosowaniem środków antykoncepcyjnych, a co za tym idzie – na równi z zabójstwem życia nienarodzonego reprezentowanego przez plemnik. Dla większości księży (zwłaszcza starszych), u których spowiadał się Guerri i współpracująca z nim dziennikarka – seks oralny i analny to zachowanie zwierzęce, do którego zniżają się jedynie zachłanne na pieniądze prostytutki. Księża są natomiast przyzwyczajeni do żon uskarżających się na zbyt częste zachcianki mężów i do mężów narzekających na zbyt częste bóle głowy ich żon.

W pierwszym wypadku przekonują żony do posłuszeństwa małżeńskiego, w drugim – dają mężczyznom wolną rękę w kwestii wymuszania żoninego posłuszeństwa. Jak trzeba, mąż może żonie nawet przylać. Przed stosunkiem zalecają „Zdrowaś Maryjo”.

Księża nie radzą sobie zupełnie z mniej konwencjonalnymi zachowaniami. Kobieta wymagająca większej uwagi od mężczyzny, stosunki seksualne w trójkącie, kazirodztwo, pedofilia, gwałt – przed takimi problemami uciekają, chowają głowę w piasek i odsyłają jak najszybciej z konfesjonału. W przypadku pedofilii rodzinnej, gdy ojciec wykorzystuje córkę – nie namawiają do pójścia na policję, lecz do ochrony pozorów i dobra rodziny. Kiedy dziewczyna zajdzie w ciążę na skutek gwałtu lub kazirodztwa, dla większości spowiedników priorytetem jest oczywiście „życie nienarodzone”, nawet gdy gwałt był szczególnie okrutny. Bardzo rzadko zdarzają się księża, którzy udzielają rozgrzeszenia za aborcję, gdy kobieta zaszła w ciążę na skutek gwałtu.

W konfesjonale spowiednicy są bardziej wyrozumiali dla mężczyzn niż dla kobiet. Według Kościoła, najważniejsza jest rodzina będąca oczywiście fundamentem wspólnoty chrześcijańskiej. Księża, u których spowiadał się Guerri, byli w stanie rozgrzeszyć nawet ciężkie zbrodnie oraz każdą zdradę, byle ratować małżeństwo kościelne.

W stosunku do homoseksualistów księża często wykazują pogardę, nazywają ich dewiantami, wysyłają do psychiatry. Dla formalnej przykrywki ich homoseksualizmu doradzają zawieranie małżeństw heteroseksualnych.

W konfesjonałach dzieją się rzeczy najbardziej z pozoru nieprawdopodobne. Współpracującej z Guerrim dziennikarce Claudii Rocchini zdarzyło się podczas „spowiedzi” zbyt wiele dziwnych propozycji, aby żywić złudzenia, co robią spowiednicy z niektórymi stałymi grzesznicami. O tym, że po skandalu pedofilii w Kościele amerykańskim jest to kolejna plama na watykańskim honorze, świadczą ostatnie seksualne skandale w Kościele włoskim.

Agnieszka Zakrzewisz, Rzym

 

 

„FAKTY I MITY” nr 44, 04.11.2004 r. LISTY

POKRĘTNY AUTORYTET

Aktem miłości nazywa JPII oddawanie

organów zmarłego do przeszczepu,

natomiast Krk naucza, że

dokonywanie wszelkich form klonowania,

w tym także przekazywania

wyhodowanych tą metodą organów

innemu człowiekowi, jest grzeszne.

Wychodzi więc na to, że także

transfuzja krwi powinna być grzechem,

a nawet – idąc tym torem rozumowania

– wszelkie leczenie jest

sprzeczne z prawem boskim (czyt.

katolickim), gdyż choroby zsyła Bóg

i to On decyduje, kiedy człowiek

powinien odejść. Leczenie jest więc

działaniem przeciw Niemu i jako

takie również powinno być prawnie

zabronione (no bo skoro zabrania

się klonowania?). Nawet przyjście

na świat noworodka powinno odbywać

się w sposób naturalny, czyli

bez jakiejkolwiek interwencji osób

trzecich.

Cóż za idealne rozwiązanie dla

naszej chorej opieki zdrowotnej... Dziwię

się, że nasz parlament nie wysunął

takich właśnie argumentów, gdy

chodziło o składkę zdrowotną dla

czarnych funkcjonariuszy Krk! I pomyśleć

tylko, co by się stało z naszym

Wielkim Autorytetem, gdyby przestano

go leczyć i pozostawiono woli

Boga...

Alan Struś

 

 

„FAKTY I MITY” nr 28, 19.07.2007 r. MROCZNE KARTY HISTORII KOŚCIOŁA (64)

GRZECH LICHWIARSTWA

Przez lichwę chrześcijańska Europa rozumiała początkowo udzielanie pożyczki na procent.

Ów „proceder” miał się stać jedną z elementarnych cech nowoczesnej gospodarki. Pech chciał, że ojcowie kościelni wykoncypowali, iż jest on okrutnym grzechem, a późniejsi papieże to potwierdzili, okładając go ekskomunikami i innymi srogimi sankcjami.

Ponieważ jednak bez pożyczania na procent trudno było się obyć już we wczesnym średniowieczu, dopuszczono, by zajmowali się tym Żydzi, których prawo nie boczyło się na „procent”. Dla Żydów sytuacja okazała się błogosławieństwem i przekleństwem jednocześnie. Z jednej bowiem strony wyspecjalizowali się i w dużej mierze zmonopolizowali operacje finansowe i bankowe, czego owoce zbierają do dziś, z drugiej jednak – skupili na sobie więcej zawiści i prześladowań. Nikt nie lubi wierzycieli. Żyd lichwiarz to już zło nazbyt duże, a zbitka ta była w przeszłości tak naturalną jak później żydokomuna czy żydomasoneria. Kiedy jednak dziwimy się nad szczególną tendencją i zdolnością Żydów do zajmowania się finansami i bankierstwem, przypomnijmy sobie, iż jest to zasługa pomysłów teologicznych ojców Kościoła i papieskiej pochopności.

W starożytnych cywilizacjach operowanie kapitałem i kredytem tudzież pobieranie procentów od pożyczek było częścią gospodarki, a mimo to Arystoteles orzekł, iż pieniądz jest środkiem nieproduktywnym. Kościół, jak wiadomo, myśl Arystotelesa twórczo w średniowieczu rozwinął, a w szczególności rozwinął wszystkie jego błędy. Kościelny zakaz lichwy to jednak dzieło niezależne, zaistniałe na długo przed tym jak Kościół uznał Arystotelesa za dysponenta odblasku Prawdy. Później się nim tylko wsparto.

Od pierwszych wieków chrześcijaństwa przeciw lichwie pomstowali święci: Bazyli, Klemens z Aleksandrii, Grzegorz z Nyssy, Jan Chryzostom, Ambroży, Hieronim i Augustyn. Pod ich wpływem sobór nicejski, a następnie św. Leon I zabronili uprawiania lichwy. Jednak tylko osobom duchownym. Z natchnienia prawa kanonicznego skorzystał jednak Karol Wielki, który dekretem z 789 r. rozciągnął ów zakaz także na sprawy świeckie. Późniejsze sobory kontynuowały już tę linię konsekwentnie, ignorując rzeczywistość i zmiany stosunków społecznych.

W swej niezłomności władze kościelne wytrwały do XIX w., z lekka tylko osłabiając jej siłę poprzez tolerowanie przeróżnych furtek, dzięki którym można było uprawiać lichwę pod inną formą i nazwą.

W pierwszych wiekach barbarzyńskiego średniowiecza nie stanowiło to jeszcze wielkiego problemu. Stosunki gospodarcze zdegenerowały się i uwsteczniły. Z czasem jednak – wskutek przyrostu kapitału i rozwoju handlu – zaczęła odżywać skomplikowana gospodarka monetarna starożytności. Teologowie nie zrewidowali jednak swych poglądów o grzeszności lichwiarzy. Tradycja ustalona, klamka zapadła. Mało tego, do wcześniejszych zakazów dodano wtedy sankcje: suspensy i ekskomuniki. Lichwiarzy najgorliwiej zaczęło zwalczać i tępić papiestwo pogregoriańskie. Od końca XII w. do tępienia ich przystąpiły sądy biskupie.

Wtedy właśnie rozpoczęła się na dobre kariera Żyda lichwiarza. Pięcioksiąg głosił: „Jeśli twój brat zubożeje, podtrzymasz go (...). Nie będziesz brał od niego odsetek ani lichwy” (Kpł 25. 35–36), jednak „od obcych możesz się domagać” odsetek (Pwt 30. 20–24). Nadto, co 7 lat w roku szabatowym wygasać miały wszelkie wierzytelności (Pwt 15. 1). Jak widać, Biblia także gromi lichwę, ale w sposób, który ułatwia i umacnia podziały społeczne. Przy tym niesie przesłanie: lichwa jest zła, ale jak łupić – to obcego.

Oprócz Żydów operacjami lichwiarskimi mogli się zajmować jedynie finansiści z Lombardii, Cahors i Florencji, których także nie kłopotano w związku z ich finansami rządowymi i papieskimi. Niemożność spłacenia długu, czy tym bardziej bankructwo w związku z długami kredytowymi, to naturalne źródła i katalizator społecznego antysemityzmu.

A jego teologicznych uzasadnień z ochotą dostarczali duchowni ze swych kazalnic, rozgrywając przy okazji swój teologiczny antysemityzm. Oskarżenia Żydów o zabijanie dzieci, profanację hostii czy szerzenie wielkiej zarazy w latach 1348–1349 znajdowały łatwy oddźwięk w skargach dłużników.

Kaznodzieje pomstujący na lichwiarzy wywodzili, iż proceder ten jest wyjątkowo perfidny. Nawet przecież rozpustnik czy złodziej nie grzeszą bez przerwy, choćby w czasie snu. Tymczasem lichwiarz grzeszy bez ustanku, pomnażając swe bezbożne zyski. A żąda ich na dodatek w sposób „przeciwny naturze” (takie kazania głoszono po tym, jak Kościół począł odkrywać „prawo naturalne”), bowiem żąda owoców z pieniądza, a pieniądz, jak wiadomo od Arystotelesa, jest bezpłodny – „nie rodzi pieniędzy”. U Dantego lichwiarze cierpią swe kaźnie obok sodomitów, a Nowy Testament jest bardziej kategoryczny niż Stary: nawet grzesznicy, mówi Jezus, pożyczają, aby odzyskać tyle samo. Wy bądźcie lepsi: pożyczajcie „niczego się za to nie spodziewając, a wasza nagroda będzie wielka” (Łk 6. 34–35).

Obronę przed wierzycielami znajdowali najłatwiej krzyżowcy. II sobór laterański w 1139 r. uznał lichwiarzy za ludzi pozbawionych czci i jako takim odmówił prawa do chrześcijańskiego pogrzebu. III sobór laterański w 1179 r. stwierdził, że „prawie wszędzie przestępstwo lichwy zakorzeniło się” wśród ludu Bożego i uchodzi za dozwolone. Niezrażeni tym dostojnicy postanowili, żeby odtąd nie dopuszczać lichwiarzy do komunii, a nawet nie przyjmować od nich ofiar. Cóż za poświęcenie!

Z czasem kościelni kazuiści w pogoni za lichwą zaczęli się wgryzać w szereg niuansów gospodarczych. W 1180 r. papież Aleksander III potępił już zastaw jako rękojmię pożyczki. IV sobór laterański (1215 r.) wezwał teologów do pieczołowitego analizowania rozmaitych rodzajów aktywności kredytowej wiernych, zaś spowiedników pouczył, że jeśli lichwiarz stawi się przy konfesjonale, to rozgrzeszenie dostanie, jeśli odda grzeszne zyski. Innocenty IV zajął się z kolei teologiczną analizą wyderkafu, czyli tzw. renty wykupnej, dającej możliwość wykupienia przez dłużnika spłaty całości sumy ciążącej na nieruchomości (w zamian za kapitał dłużnik przekazywał 5–8 proc. dochodu z zadłużonej nieruchomości). Był to swoisty długoterminowy, oprocentowany kredyt. Papież orzekł, iż jest to zgodne z Prawem Bożym wtedy i tylko wtedy, jeśli czynsz nie jest większy niż normalny dochód z ziemi wartej tyle, ile wynosiła przekazana suma.

Kler wgryzał się w owe niuanse, mając na uwadze nie tylko to, co wymyślili ich poprzednicy z pierwszych wieków, a co czas zacementował w tradycję, ale i uwzględniając swe żywotne interesy. Od końca średniowiecza uzyskiwali bowiem coraz liczniej zapisy i musieli pilnować, by przekazana kwota (na obsługę cyklicznego odmawiania pacierzy za zmarłego) nie wyczerpała się po latach. A było to możliwe dzięki obracaniu zyskami z powierzonego kapitału. Tutaj, nawet wbrew Arystotelesowi, pieniądz musiał robić pieniądz i nie było w tym nic grzesznego. Bywało i tak, że donator z braku gotówki na „cele pobożne” zapisywał Kościołowi od razu sam czynsz ze swych nieruchomości, który płacony był przez spadkobierców zmarłego. I to było, oczywiście, świetliste względem Prawa Bożego. Podobnie jak sprzedaż urzędów, bo tym zajmował się sam kler. Według Jakuba z Vitry, kiedy diabeł wydawał swe córki za mąż, nie bez kozery symonię wyswatał prałatom, obłudę mnichom, zaś lichwę mieszczanom... Niemniej tylko lichwa sprzeczna miała być z Prawem Bożym.

Z czasem myśl teologiczna poszła na kompromis z procentami, uznając, że choć lichwa jest grzeszna, to pobieranie od pożyczek odszkodowań za niemożność dysponowania swoimi pieniędzmi (lucrum cessans i damnum emergens) oraz za ryzyko kredytowe związane z transportem morskim (periculum sortis) – są neutralne dla Prawa Bożego. Większość kościelnych prawników dopuszczała też karę za nieterminowe spłacenie pożyczki.

Kościelni myśliciele poczęli szukać kolejnych furtek. I tak franciszkanin Bernardyn ze Sieny odróżnił lichwę rzeczywistą od pozornej. W oparciu o pozorną zaczął zakładać wraz ze współbraćmi tzw. banki pobożne (montes pietatis). Pożyczano w nich pod zastaw z odsetkami od 4 do 10 proc. Na franciszkanów nie omieszkali się rzucić dominikanie i augustianie, który krytykowali „pozorność” takiego lichwiarstwa. Ostatecznie jednak papież uznał banki franciszkańskie za zgodne z Prawem Boskim.

Z czasem sytuacja z kościelnym zakazem lichwy wyglądała tak, jak ujął to Jan Kracik: „Kościół, broniąc najbiedniejszych przed wyzyskiem, nazbyt długo strzegł zamkniętej w tym celu bramy, choć dostrzegał otwierające się po jej bokach furtki. Uznawał ich używanie i propagował je, by tym lepiej bronić bramy”. Z kolei A.A. Chafuen napisał: „Doktryna lichwy była piętą achillesową scholastycznej ekonomii. Zapędziła ona scholastyków i ich XVI- i XVII-wiecznych następców w nie dające się przezwyciężyć trudności, które przyczyniły się wielce do skompromitowania całej doktryny”.

Zmiany przyspieszyła reformacja. Jednak nie Luter, który uważał, że lichwę „diabeł wymyślił”, ale Kalwin, który uznał katolicką kazuistykę za obłudną i odrzucił nieufne traktowanie pieniądza oraz poglądy o jego jałowości. Dopuścił on pobieranie odsetek od pożyczki produkcyjnej (inwestycyjnej). Było w tym jeszcze wiele anachronizmu, gdyż „sprawiedliwego procentu” od pożyczek strzec miał kościelny konsystorz. Pozostawienie przy Kościele spraw moralności gospodarczej spowodowało, iż musiał on sobie radzić z szeregiem skomplikowanych sytuacji życia społecznego. Na przykład, czy nieuczciwych kupców można dopuszczać do Wieczerzy Pańskiej? Czy można handlować z nimi? Czy loterie są godziwe?

A lokowanie pieniędzy na procent przeznaczony dla ubogich?

Mimo że Kalwin pogodził doktrynę chrześcijańską z pieniądzem, otwierając wrota normalnego rozwoju stosunków gospodarczych i monetarnych, w Kościele katolickim nadal nie ustały gromy antylichwiarskie. Nawet w 1744 r., kiedy Scipio Maffei z Werony uzasadniał w swych publikacjach, że pożyczki mogą być legalnie oprocentowane w niewielkiej skali (ale nie w stosunku do ludzi ubogich), Benedykt XIV wydał bullę Vix pervenit, w której przypomniał, że wedle Kościoła pieniądz jest bezpłodny, a więc pożyczka na procent pozostaje zabroniona, a wszelkie sankcje przeciwko lichwiarzom – utrzymane w mocy. Dopiero w 1830 roku nastąpiła w tym zakresie zasadnicza zmiana kursu. Wtedy bowiem w odpowiedzi na list pewnego biskupa Święte Oficjum poradziło, by nie nękać już więcej zarabiających na procentach od kapitału.

Kościelny zakaz lichwy był poważnym hamulcem rozwoju bankowości. Nie zahamował on rozwoju gospodarczego krajów zachodnich, lecz przez wieki poważnie zatruwał stosunki gospodarcze. Nie mogąc uniknąć pożyczania na procent, przyzwyczajano do krętactwa, omijania ducha prawa przy zachowaniu jego litery. No i przede wszystkim był walnym rozsadnikiem antysemityzmu.                        Mariusz Agnosiewicz

                                                                    www.racjonalista.pl

 

 

"FAKTY I MITY" nr 38, 27.09.2007 r. NASI OKUPANCI

PRAWDZIWA HISTORIA KOŚCIOŁA (55)

TRUCICIELE CIAŁ I DUSZ

Przez wiele stuleci kler osiągał wielkie dochody propinacyjne. „Święta propinacja” służyła ogłupianiu chłopów, zamroczeniu dusz poddanych i wyzyskiwaniu dorobku ich pracy.

Narodziny propinacji w Polsce sięgają daleko w średniowiecze. Ta trucicielska instytucja przeżyła w Polsce prawie 900 lat i dotrwała do początków XX wieku. Propinacja (łac. propinatio od propinare – „częstować trunkiem”) była wyłącznym prawem właścicieli ziemskich do produkcji i sprzedaży napojów alkoholowych poddanym chłopom zamieszkującym ich dobra, a także wiązała się z obowiązkiem kupowania przez nich w określonym czasie określonej ilości trunków w pańskiej karczmie. „Święta propinacja” służyła duchowieństwu i szlachcie do ogłupiania umysłów, deprawowała charaktery chłopów i wyzyskiwała dorobek ich pracy. Była instytucją, w której zniewolonemu chłopu pozostawiono jedyną „wolność” – picia i zatruwania się alkoholem – a wolność ta leżała w interesie dochodowym szlachcica, plebana i klasztoru. Interes ten nie miał wiele wspólnego z uczciwością, lecz był mierzony kupiecką miarą.

Już Bolesław Chrobry, fundując około 1000 r. arcybiskupstwo gnieźnieńskie, uposażył je także w dziesięcinę karczm. Rozmaite starodawne spisy posiadłości klasztorów i kościołów wymieniają karczmy jako darowizny złożone od książąt lub szlachty. Często było tak, że karczma lub część jej dochodów została oddzielona od dóbr książęcych czy pańskich, aby przyczyniać się do utrzymania klasztoru lub probostwa. Jan Długosz, który w roku 1470 spisywał „Księgi uposażeń”, uwidocznił w nich, gdzie, przy jakim kościele i ile znajdowało się karczm kościelnych. Duchowni byli nie tylko producentami alkoholi, ale też szynkarzami, czyli tabernatorami. Z aktów wizytacji biskupich wynika, że proboszczowie mieli w zwyczaju, zamknąwszy po nabożeństwie tabernaculum w ołtarzu, odmykać tabernę w budynku plebańskim, w której służba piwo, miód i okowitę sprzedawała albo czynili to sami. Kupowanie alkoholu i picie w obcych karczmach zabronione było najsurowszymi karami. Plebani surowo karali wiernych za kupowanie trunków u Żydów, których uważali za morderców Chrystusa i bluźnierców. Alkohol można było kupować tylko w karczmie należącej do księdza proboszcza, choć z reguły było w niej drożej, a i trunki nie tak dobre. Jak świadczy pochodzący z XVII wieku „Lament chłopski”, piwo sporządzano z pszenicy, a dla chłopów wyrabiano je z owsa, tatarki, jeżyny. Były to piwa tak liche, że autor „Lamentu” powiada ironicznie, iż sporządzano je z sieczki. W XVI wieku pojawiła się gorzałka, zwana też „prostą”, „przepalanką”, „okowitą”, a jeszcze powszechniej „śmierdziuchą”, „szmorgawicą”. Znalazł się w Polsce propinator, który wykazywał się dokumentem, według którego nadano mu prawo palenia gorzałki jeszcze wtedy, gdy... gorzałka w ogóle nie była znana. Oszustem tym był – a jakżeby! – duchowny, proboszcz w Marcyporębie Jan Franciszek Krzeczkowski. W roku 1633 złożył on do aktów oświęcimskich podrobiony dokument z roku 1176, mający rzekomo pochodzić od Marka z Poremby herbu Radwan, fundatora kościoła i probostwa w Marcyporębie. Według tego falsyfikatu, Marek z Poremby miał już w 1176 r. uposażyć proboszcza przywilejem „do paleni horułki y wareni piwa”, a zarazem zobowiązaniem karczmarza pod kościołem do brania i sprzedaży kościelnej gorzałki. Odtąd proboszcz mógł tym śmielej narzucać parafianom swoją gorzałkę, skoro wywodził swoje prawo od tego starego przywileju, który mu sporządził jakiś fałszerz.

Uprzywilejowany stan duchowny nie tylko prowadził działalność propinacyjną, ale też sam w najlepsze uczęszczał do karczm, gdzie z chłopami, mieszczanami i szlachtą pił, grał w kości i bawił się. Nad obyczajami tymi przez długi czas bezskutecznie starały się zapanować władze kościelne. Już legat papieski Filip w roku 1279 przywiózł do Polski zakaz szynkowania na plebaniach. Synod uniejowski w roku 1326 zakazał duchownym pociągać innych własnym przykładem do pijatyk. Za picie w karczmie groziła duchownemu kara trzech grzywien albo miesięczny areszt w klasztorze. Według statutów włocławskich, wstąpienie duchownego do karczmy uwarunkowane było „słuszną przyczyną”, a za taką uchodziło na przykład zaproszenie przez poważną osobę. Łatwo więc było pijatykę usprawiedliwić. W diecezji przemyskiej wstępu do karczm dozwolił synod w 1415 r. jedynie prałatom. Duchowni wykorzystywali jednak każdą sposobność, by nawiedzić karczmę. Asystowali przy zawieraniu małżeństw w karczmach, tam też odbywały się niejednokrotnie sądy kościelne, czego surowo zakazywały synody. Gdy i to stało się niemożliwe, przenosił się kler z karczm do domów prywatnych, a okazji ku temu też nie brakowało, jak choćby tych związanych z zaopatrywaniem chorych sakramentami.

Ustawodawstwo kościelne wyparło z czasem kler z karczm i zlikwidowało jego propinacyjną działalność. Jednak jeszcze w XVIII wieku i później czerpał „oświecony” stan duchowny dochody z upijania wiernych. Obserwujące regułę św. Augustyna norbertanki ze Zwierzyńca (znane między innymi z palenia czarownic) posiadały w księstwie zatorskim wieś Mucharz, gdzie zbudowały w połowie XVIII wieku wspaniałą karczmę z łamanego kamienia, podobną do małego zamku. Lud nazwał ową karczmę Czartakiem, gdyż stanęła ona w miejscu strażnicy książęcej, a może z tej racji, że widział w niej siedlisko czartów – sprawców nieszczęść. Czart bowiem siedział w klasztornej okowicie, która niejedno życie chłopskie zrujnowała i niejednej chłopskiej rodzinie piekło zgotowała za życia. Ciekawe, że fantazja poetów i artystów malarzy przypisała ów czarci przybytek... arianom. Na wniosek konserwatorów otoczono „Czartak” opieką jako rzekomą zabytkową świątynię ariańską. I tak oto niechcący ochroniono na pewien czas przed zagładą ponure szczątki klasztornej „świętej” karczmy – niechlubny pomnik propinacyjnej działalności sióstr zakonnych św. Norberta. Podczas II wojny światowej Niemcy rozebrali „Czartak”, a kamienie zużyli do budowy fabryki amunicji w Mucharzu. Dziś po „Czartaku” nawet ślad nie pozostał.

Artur Cecuła

 

 

„FAKTY I MITY” nr 12, 25.03.2004 r.

NASI OKUPANCI

Andrzej Rodan: – Czy przed

pierwszą wojną światową były czasopisma

antyklerykalne, przeciwstawiające

się ofensywie klerykalizmu,

który miał niewiele wspólnego

z religią?

Tadeusz Boy-Żeleński: – Przed

wojną było w Polsce co najmniej kilkanaście

dużych dzienników o zabarwieniu

antyklerykalnym; dziś nie ma

ani jednego [Boy mówi o latach

1918–1939 – przyp. A.R.], mimo że

napór kleru jest większy, nastrój zaś

inteligencji zdecydowanie antyklerykalny.

I jestem przekonany, że pismo,

które byłoby wyrazem prawdziwej opinii

w tych sprawach, miałoby zapewnione

powodzenie... Nie chodzi tu

wcale o stawanie przeciw religii, której

nikt i nic nie zagraża. Chodzi

o to, aby strząsnąć jarzmo nowej okupacji,

które grozi wolnej Polsce. Danie

jej odporu stanowi w obecnej chwili

jedną z najważniejszych pozycji

w kształtowaniu naszej przyszłości.

– Z tych powodów i potrzeb powstał

tygodnik antyklerykalny

„Fakty i Mity” stworzony przez

„Jonasza” Romana Kotlińskiego,

bowiem ewolucja, którą nasz kraj

przeszedł, przyniosła niespotykaną

dotąd w historii ekspansję kleru.

Wszystkie partie, łącznie z SLD,

kokietują sutannowych, ich stan

posiadania rośnie do niebotycznych

rozmiarów, a apetyty mają

jeszcze większe. Ongiś powiedział

pan, że kler to nasi okupanci.

– Okupacja kraju, o której nieraz

mówiłem, postępuje. Dzieje się to

zwłaszcza dzięki osobistej konfiguracji

frontów polskich. Jeżeli Sienkiewicz

w „Potopie” porównywał Rzeczpospolitą

do postawu czerwonego sukna,

które sobie wydzierają królewięta,

to dziś można by powiedzieć, że

wszystkie bez wyjątku partie wydzierają

sobie czarną połę sutanny. W następstwie

tej polityki, nic dziwnego,

że ich „stan posiadania” rośnie. Gdyby

nasza okupacja ziściła swoje ideały,

wszystko – absolutnie wszystko

– byłoby poddane władzy kleru. Mam

w ręku dokument, który pozwala nam

przyjrzeć się bliżej temu obliczu. Ukazała

się mianowicie książka pt. „Co

czytać?” napisana przez o. Mariana

Pirożyńskiego, redemptorystę, wydana

za pozwoleniem władzy duchownej

przez księży jezuitów w Krakowie.

– Ta książka bardzo mi przypomina

„Index Librorum Prohibitorum”,

urzędowy wykaz dzieł

zakazanych przez Kościół katolicki,

publikowany od roku 1559 do

1966. Na indeksie znajdowały się

dzieła największych myślicieli i pisarzy.

Tak więc nasz redemptorysta

stworzył jakby indeks książek

zakazanych, a jednocześnie polecenie,

co może czytać prawdziwy

katolik.

– I w ogóle,

gdy chodzi o polecenie

„co czytać”,

ksiądz Pirożyński

jest w kłopocie.

Okazuje

się, że ten kapłan

zna przeważnie

książki... niestosowne.

Zdumiewa

mnie zaś wręcz

oczytanie księdza

Pirożyńskiego

w „pornografii”

(daję cudzysłów,

bo u księdza Pirożyńskiego

pojęcie

pornografii jest

bardzo obszerne)

wszystkich epok

i krajów. Ten ojciec

redemptorysta zna wszystkie sprośności,

bodaj najbardziej zapomniane

i przedawnione. Czasami ten katalog

przypomina owe notatki w brukowych

dziennikach, które – gromiąc

odkryty przez policję dom schadzek

– podają jego szczegółowy adres.

I ta obfitość „pornograficznej” lektury

– choćby traktowanej negatywnie

– w poradniku „Co czytać?” nie jest

przypadkowa. U tych ofiar celibatu

płeć wyradza się w ów niedosycony,

ciekawy, wścibski erotyzm, który niejedną

uczciwą kobietę na zawsze oddalił

od konfesjonału. To przebija

w dziełku księdza Pirożyńskiego

z całą naiwnością. Nawet lektura Dickensa

działa na tego kapłana podniecająco!

Litość i zgroza. Litość dla

człowieka, który ma takie widzenie

świata, takie horyzonty; dla tej naiwnej

płaskości i ciemnoty; ale zarazem

zgroza, kiedy się pomyśli, że to jest

przekrój kasty,

która z całą bezwzględnością

i z

takim zuchwalstwem

wyciąga ręce

po wszystkie

władze w Polsce.

– Księża

mają niezdrową

obsesję płci

związaną z celibatem

sprzecznym

z naturą

człowieka.

– Ci detektywi

niemoralności sami

nie zdają sobie

sprawy, do jakiego

stopnia przeżarci

są niezdrowym

erotyzmem. Czy

przeciętny ksiądz

strzeże celibatu czy nie, sprawa płci

jest dla niego nieustającą obsesją, zboczeniem,

chorobą. Przesłania mu cały

świat. I to jest zupełnie naturalne;

nie może być inaczej. Pamiętamy okres

powojenny: ziemia kurzyła się jeszcze

od krwi, przed Europą otwierały się

całe kompleksy nowych zagadnień

gospodarczych i moralnych, a księża

nasi umieli tylko grzmieć z ambon

przeciw krótkim włosom, krótkim

sukniom, przeciw gołym ramionom

pierwszych wioślarek. Najważniejsze

dla nich zadanie to nie dopuścić, aby

jakaś para się pocałowała – bodaj

w książce – poza tym wszystko jest dla

nich „moralnie obojętne”. Życie przepływa

koło nich jak coś obcego, niezrozumiałego,

nienawistnego; widzą

tylko genitalia. Chorzy ludzie!

– Jaki jest Pana stosunek do

konkordatu?

– Biskupi szaleją. Niedługo czekaliśmy

na skutki konkordatu, owego

niepoczytalnego konkordatu, dającego

biskupom przywileje, jakich

nie mieli w Polsce, nawet w średniowieczu,

konkordatu, który czyni z nich

wyłącznie przedstawicieli Rzymu, luźnie

związanych z naszym społeczeństwem,

czujących się ponad naszym

prawem.

– Jak długo jeszcze Polska będzie

tak mocno sklerykalizowana?

– Niewątpliwie, biorąc zewnętrznie,

Polska jest klerykalna. Kina

ani dansingu nie otworzy nikt bez

święconej wody. Wieś. Zapewne to

największa siła kleru, te miliony głosów

bab wiejskich, które można rzucić

na szalę w dniu wyborów, te procesje,

które można wyprowadzić

w całej Polsce. Kler: nie ma kłamstwa,

na które nie byliby gotowi, gdy

chodzi o zwalczanie przeciwnika, nie

ma bredni, której by w swoje owieczki

nie spodziewali się wmówić. Ale

to jest broń obosieczna. Bo, mimo

że duchowieństwo nasze zlekceważyło

z góry wszystko, co w Polsce

jest wartościowego, niepodobna

przecież zapobiec temu, że ludzie

patrzą i wyciągają wnioski.

Rozmawiał Andrzej Rodan

Wypowiedzi Boya są cytatami z jego

dzieła z 1932 r. pt. „Nasi okupanci”.

 

Tadeusz Żeleński, pseudonim

Boy (1874–1941). Wybitny krytyk

literacki i teatralny, publicysta,

tłumacz, twórca tekstów do

„Zielonego Balonika”, z wykształcenia

lekarz, profesor Uniwersytetu

Lwowskiego. Boy był moralistą,

mistrzem sentencji, aforyzmu

i największym w okresie

międzywojnia antyklerykałem. Zamordowany

przez Niemców. Warto

przypomnieć jego słynne cykle:

„Nasi okupanci”, „Piekło kobiet”,

„Dziewice konsystorskie”.

Napisane w latach 1928–1934

są, niestety, nadal aktualne. Nic

więc dziwnego, że kler do dziś

wymyśla mu od najgorszych.

 

 

"FAKTY I MITY" nr 44, 08.11.2007 r. CZYTELNICY DO PIÓR

Duszę się! Czyli...

KILKA PRAWD O KOŚCIELE

Tak sobie obserwuję Kościół katolicki. Jego wiernych, kapłanów, hierarchów. Analizuję czasami jego historię i dogmaty. Obserwuję jego wyczyny – te z przeszłości i te teraźniejsze – i coraz bardziej zdumiewam się, jak to możliwe, że coś tak absurdalnego i tak mocno w sumie skierowanego przeciwko człowiekowi może w tak masowym wymiarze egzystować i przez niemal dwa tysiące lat trzymać władzę nad umysłami ogromnej rzeszy ludzi.

Przecież zawsze był, jest i chyba będzie wrogiem zapiekłym wszelkiego postępu, rozwoju nauki, oświecenia i wolnej myśli.

To Kościół katolicki przez całe wieki czynił z kobiety istotę gorszą, niższą i nieczystą.

To on ledwo narodzone i niczego nieświadome dzieci przywłaszcza sobie rytuałem zwanym chrztem.

To Kościół grzechem uczynił erotyzm i jego całe piękno. Seks, miłość wolną, piękną, pełną doznań duchowych i zmysłowych sprowadził do ohydnego podziemia ludzkiej świadomości.

To Kościół do perfekcji doprowadził sztukę fałszerstw, kłamstw, przeinaczeń.

To on przez całe wieki tworzył dogmaty i prawa, jakieś wynaturzone własne przykazania i wmawiał maluczkim boskie w tym sprawstwo.

To Kościół wymyślił celibat. Jeden z najbardziej chorych i wynaturzonych pomysłów, jaki można sobie tylko wyobrazić.

Posunął się nawet do superbzdury, wymyślając niepokalane poczęcie i wniebowzięcie, pozbawiając matkę Chrystusa człowieczeństwa.

To Kościół jeszcze do nie tak dawna prowadził krwawe krucjaty, nawracając niewiernych ogniem i mieczem na łono jedynie słusznej wiary.

To Kościół katolicki wsławił się takimi wynalazkami jak święta inkwizycja, palenie na stosach wolnomyślicieli, ludzi nauki, sztuki, oświecenia i postępu.

To Kościół katolicki zapisał się niezwykłą wręcz chciwością i pazernością, gromadząc majątki i dobra nieprzebrane i nie ustając w tej działalności do dziś.

Kościół katolicki to instytucja wciąż zaborczo aktywna. Nigdy nie spoczywa na laurach. Osobiście czuję się osaczony religią, Kościołem, wyznawcami jedynie słusznej religii. Jest wszędzie. W prasie, telewizji, radiu. Jest w szkole, w urzędach i na ulicy. Wciska się do mojego domu i łóżka. Nie mogę wysłuchać wiadomości bez informacji o poczynaniach biskupów, kardynałów, księży, papieża. Co tydzień jakieś ważne kościelne wydarzenie zajmuje łamy oficjalnych mediów. Co miesiąc jakaś ważna rocznica związana z JPII. Co pół roku następny wspaniały film o JPII. Im dalej od śmierci JPII, tym więcej cudów, których rzekomo był autorem. Wszędzie krzyże, pomniki, tablice upamiętniające, dzwony, święte relikwie, cudowne obrazy, płaczące Madonny, cuda na kominach, drzewach i na szybach w blokowych oknach. Kraj prześciga się w budowaniu coraz większych krzyży, pomników, dzwonów i świątyń. Za publiczne pieniądze odnawia się watykańskie kościoły, plebanie i kapliczki. Pielgrzymka goni pielgrzymkę. Młodzież wędruje tam i z powrotem pod szczupakiem czy też karpiem w Lednicy. Żyję w państwie wyznaniowym. Moher w triumfalnym marszu zajmuje coraz to nowe pozycje. Duszę się!!!

Czytelnik

 

 

„FAKTY I MITY” nr 33, 19.08.2004 r.

POZYTYWNIE ZAKRĘCENI

Polski antyklerykalizm nie jest wymysłem czasów

nam współczesnych. Już w artykule „Jonasz nie był

pierwszy” („FiM” 27/2004, s. 15) pisaliśmy o Andrzeju

Niemojewskim, który 100 lat temu wydawał czasopismo

antyklerykalne. Ale przecież niemal wszyscy polscy

wielcy pozytywiści XIX wieku krytykowali Kościół

za obłudę, nietolerancję, zaściankowość, obskurantyzm

i zwykłą głupotę.

Pozytywizm to nazwa epoki historyczno-

literackiej, która ukształtowała

się jedynie w kulturze polskiej

pod bezpośrednim wpływem

skutków upadku powstania styczniowego

(1863 r.). Młodzi pozytywiści

przeciwstawiali się romantykom,

a doświadczywszy skutków

powstania, chcieli zerwać z ideologią

walki, by zastąpić ją ideologią

pracy. Program pozytywistów

można zamknąć w czterech tezach:

1. Praca organiczna – ideolodzy pozytywizmu

twierdzili, że społeczeństwo

jest organizmem, więc należy

dążyć do harmonijnego rozwoju

wszystkich jego organów, czyli grup

społecznych; 2. Praca u podstaw

– uważali, że konieczna jest praca

natury oświatowej nad podniesieniem

poziomu życia przede wszystkim

warstw najuboższych; 3. Asymilacja

Żydów – pragnęli stworzyć

dla Żydów warunki asymilacji

z narodem. Dlatego w dziełach literackich

i artykułach pozytywiści

zaczęli opisywać kulturę żydowską;

4. Emancypacja kobiet – pozytywistki

domagały się prawa kobiet

do kształcenia, prawa do pracy

i równego wynagrodzenia.

Ale nade wszystko pozytywiści

byli zdecydowanymi antyklerykałami

uważającymi Kościół

rzymskokatolicki za „Antychrysta

rzymskiego”, występowali

przeciwko fanatyzmowi religijnemu,

zwalczali dewocję, opowiadali

się za świeckim wychowaniem

i tolerancją przekonań.

Niewątpliwie poważnie podrywali

autorytet Kościoła, przyczyniając

się w ten sposób do upowszechnienia

racjonalistycznego poglądu

na świat... Warto więc zapoznać

się z fragmentami wypowiedzi chociażby

kilku przedstawicieli pozytywizmu,

którzy swoimi publikacjami

zwalczali panoszące się kołtuństwo

i religianctwo. Byli oni prekursorami

dzisiejszych przemyśleń zamieszczanych

w „Faktach i Mitach”

i – podobnie jak my – ściągali na

siebie nienawiść religijnych fanatyków,

którzy w materialistycznych

poglądach na świat i życie zawsze

(i niesłusznie) będą dopatrywać się

ataków na wiarę.

_ _ _

Feliks Bogacki już 126 lat temu

pisał w „Przeglądzie Tygodniowym”

(nr 39 z 1878 r.): „Nikt bardziej

nie powstrzymywał, nie powstrzyma

i nie usiłuje wciąż powstrzymywać

postępu myśli ludzkiej nad

sługi boże. Wiem także, że wielcy ludzie,

reformatorowie, wszyscy ci, którzy

są ozdobą i chlubą ludzkości, albo

byli prześladowani, albo zostali

zgładzeni z tego świata, spaleni na

stosie itp., inkwizycja umiała sobie

dawać radę. Wiem, że i dziś na indeksie

książek zabronionych katolikom

do czytania znaleźć można

tylko najznakomitszych uczonych,

filozofów, wszystkich tych, myślami

których pomimo to żyje myśląca

część ludzkości”.

Aleksander Świętochowski

(fot. poniżej) tak oto pisze o grzechu

obżarstwa: „Widziałem głodnych

chłopów, obywateli ziemskich, mieszczan,

urzędników, literatów, kupców,

przemysłowców, arystokratów – ale

nie widziałem nigdy głodnego księdza”

(„Prawda” nr 35 z 1882 r.).

A także o wychowaniu klerykalnym:

„Ileż bolesnych strat ponieśliśmy z wychowania

klasztornego naszych niewiast.

Ileż jadu przesączyło się z tych

źródeł do naszych organizmów! My

to wszystko widzimy, że klasztory zabierają

dzieci rodzicom, że tysiące

ofiar pożerają tajne a potworne operacje,

że tysiące dusz gnije, martwieje

lub usypia w żelaznym uścisku fanatyzmu

i ciemnoty. Cały ten wstrętny

dramat rozgrywa się przed naszymi

oczami” („Przegląd Tygodniowy”

nr 3 z 1872 r.).

Adam Wiślicki w „Przeglądzie

Tygodniowym” nr 15 z 1878 r., stwierdza,

że papiestwo występuje przeciwko

„swobodzie wiedzy, kiedy zaprzecza

zasadom i swobodom społecznym,

które ludzkość w krwawym

wywalczyła pocie; kiedy jego organa

nie szanują wolności sumienia, kiedy

partie klerykalne w widokach »świeckiej

władzy« papieża narzucają narodom

obce interesa; kiedy za pośrednictwem

celibatu niższego społeczeństwa

demoralizuje papiestwo społeczność

(...), to we wszystkich tych kwestiach

czujemy się w obowiązku roztrząsać

działalność papiestwa i nie

tylko roztrząsać, ale i zwalczać”.

Tadeusz Miciński (fot. obok)

nazywa papieża Piusa X „bezwiednym

sługą szatana”, księży określa

mianem „wrogów światła prawdy”,

natomiast Polska, jego zdaniem,

„nie ma już busoli moralnej

w katolicyzmie”.

Andrzej Niemojewski pisał

o polskim klerze („Myśl Niepodległa”

1906), że wprost zabobonnie:

„lęka się myślowych zmian, że

z najważniejszych zagadnień uczynił

nietykalne tabu i że uważa niemal

za zdradę narodową zastanawianie

się nad takimi rzeczami i ideami,

jak Biblia, religia, Bóg”.

_ _ _

Ci światli ludzi zwalczali totalitaryzm

religijny Kościoła i jego

ideologiczną ekspansję, których

ostoją był i jest Watykan. Dzisiaj

polskie partie klerykalne domagają

się wprowadzenia do konstytucji

europejskiej preambuły odwołującej

się do Boga, a nie wiedzą

o tym, że nawet w nowej konstytucji

państwa-miasta Watykan,

wydanej w 2001 roku przez Jana

Pawła II, nie ma invocatio Dei

w takiej formie, jaką proponują Europie

nasze kościółkowe oszołomy.

Polscy dziewiętnastowieczni antyklerykałowie

– myśliciele, publicyści

i literaci – śmieją się w grobach

z głupoty polskiego zaściankowego

klerykalizmu. Zosia Witkowska

 

 

„FAKTY I MITY” nr 33, 19.08.2004 r.

WYWIAD Z NIEOBECNYM

WOJUJĄCY KLERYKALIZM

Aleksander Świętochowski

(1849–1938) publicysta, historyk,

filozof, prozaik, redaktor

tygodnika „Prawda”, a przede

wszystkim zdeklarowany, wojujący

antyklerykał. Najbardziej reprezentatywny

szermierz polskiej

inteligencji liberalnej, lider tzw.

pozytywizmu. Atakowany z ambon

za ateizm i rozbrat z religią.

 

Zosia Witkowska: – Bezkompromisowo

atakuje Pan w swej publicystyce klerykalny

obskurantyzm, religijne przesądy, dogmaty

kościelne, „moralność” papiestwa.

Dlaczego? Przecież to już Heinrich Heine

mówił, że ataki księży na różne dziedziny

naszego życia nie wynikają z niskiego interesu

prywatnego, z wrodzonego służalstwa,

lecz dla obrony Boga i dobrych obyczajów.

Aleksander Świętochowski: – Nie wydzierałem

religii z dusz wierzących, walczyłem tylko

z fanatyzmem, przesądami i nadużywającym

swego wpływu klerem, z tym kościołem wojującym,

wyzyskującym dla swej swobody i władzy

ciemnotę społeczeństwa. Dość powiedzieć,

że znaleźli się księża, którzy potępiali wydawnictwa

Elizy Orzeszkowej i zakazywali czytania

„Pana Tadeusza”. Szczerze wyznawana religia

zasługuje na szacunek, ale nie zasługują na to

jej handlarze i oszuści, fanatyczni krzewiciele,

którzy zamierzają za pomocą niej opanowywać

życie ludzkie, wkraczać ze swoją władzą i przywilejami

w te jego dziedziny, które do nich nie

należą. Ksiądz z istoty swego powołania ma duszę

zwróconą ku celom idealnym, ale bardzo

często staje się handlarzem rzeczy świętych, wydrwigroszem,

obłudnikiem, a nawet bezwstydnym

oszustem.

– I tu gotowa jestem się zgodzić. Nawet

szczerze wierzący katolik Józef Ignacy

Kraszewski twierdził, że „interes władzy

świeckiej papieża zwichnął kierunek Kościoła

z drogi koniecznych reform na przebieżone

już gościńce wsteczne”. Wielokrotnie był

Pan wzywany do cenzury, aby zaniechać

ataków na religię i księży. Jaka była linia

obrony Pana publicystyki?

– Odpowiadałem: woda może być czysta,

a młynarz brudny. Ja nie zwalczam religii,

ale złych i niegodziwych księży. Wypowiadam

się przeciwko dewocji i religianctwu, krytykując

tych, którzy na wszelkie dolegliwości

usiłują zalecać modlitwę. Rozwój społeczeństwa

jest możliwy tylko wtedy, kiedy zniknie

atmosfera zabobonu, dewocji i powszechnego

religianctwa. Ilu profesorów krakowskiego

uniwersytetu codziennie modli się i leży

krzyżem dla utrzymania się na stanowisku zajętym

i zasłużenia na wyższe! Rak jezuicki

gangrenuje cały organizm wymysłami i propagandą

na benefis rzymskiej kurii. Węża,

którego narody wszystkie wytępiły, my tuczymy

i czcimy, nie zważając na to, że dziś nas

swoimi skrętami oplótł, a wkrótce udusi.

– Są i tacy pozytywiści, a należy do

nich między innymi redaktor naczelny

„Przeglądu Tygodniowego”, Adam Wiślicki,

którzy domagają się likwidacji nauki

religii w szkole. Zdaniem Wiślickiego, religia

w szkole jest podstawą antagonizmów

między dziećmi różnych wyznań, agnostykami

bądź ateistami. Czy jest to żądanie

słuszne?

– Oczywiście! Zwróćmy uwagę na nieczułą

obojętność kleru w rzeczach nauki i, co gorsza,

na jego fanatyzm w prześladowaniu każdej

nowszej myśli. Ksiądz jest kosmopolitą,

jest ajentem kurii rzymskiej. Wszędzie prawie,

gdzie ta odnoga społeczeństwa utkwiła, tam

zawsze pod jego cieniem wzrastał fanatyzm

i ciemnota... Religia w rękach graczy politycznych,

wojującego klerykalizmu, jest zawsze

kartą fałszywą i oszukańczą.

– Nieco wcześniej powiedziano, że niektórzy

na wszelkie dolegliwości życia społecznego

zalecają modlitwę. Jest Pan wrogiem

modlenia się?

– Ogół nasz używa modlitwy jako głównego

środka w dokonywaniu swych zamiarów,

jako głównej broni w walce z życiem, jako

podpory dla swego lenistwa duchowego, słowem

używa tam modlitwy, gdzie powinien

używać pracy... Gdybyśmy chociaż połowę

tej energii i wytrzymałości zużyli na pracę,

którą zużywamy na dewocję, uchronilibyśmy

się od większej części złego. Nie o to chodzi,

aby wyrugować modlitwę z życia, ale

o to, ażeby ją wyprzeć stamtąd, gdzie powinna

być zastąpiona pracą.

– Nie jest Pan podobno również zwolennikiem

cudów?

– Rozeszła się w Warszawie i jej okolicach

wielce popularna pogłoska o cudzie, jaki się

pojawił pod Kampinosem. Opowiadano sobie

w tysiącu wersji, iż z boku Chrystusa rozpiętego

na krzyżu wycieka krew, a wierni doznają

łask i uzdrowień. W niższych warstwach

społeczeństwa pogłoska ta, znajdując najzupełniejszą

wiarę, ściągnęła na miejsce cudu

licznych pielgrzymów. Przystąpiwszy do zbadania

cudu sprawdzono, iż części żywiczne

i garbnikowe drzewa, z którego został wyrobiony

wizerunek Chrystusa, pod działaniem

ciepła słonecznego rozpuściwszy się i przemieszawszy

z farbą, wyciekły spod figury na

drewno krzyża, sprawiając złudzenie plam krwistych...

Cóż, nietykalność dogmatu jako wiary

nie może być za jedno brana z nietykalnością

wody w Lourdes, mniemanego cudu spod

Kampinosu lub handlu mszami. Ci, którzy podobne

fakta chcą zasłaniać świętością ołtarza,

sami przynoszą krzywdę ołtarzowi.

                              Rozmawiała Zosia Witkowska

(wypowiedzi Świętochowskiego to wierne

cytaty z jego felietonów: „Przegląd Tygodniowy”

4/1872; 16/1873; 24/1875)

 

 

„FAKTY I MITY” nr 10, 15.03.2007 r.

KOPERNIK BYŁA OSZUSTKĄ!

Polskie wykształciuchy biadolą, boleją i są zażenowane, że z wyborów na wybory, z kadencji na kadencję ster rządów Polski trafia w ręce coraz głupszych osobników. No to niech się cieszą, że nie żyją w Ameryce.

Republikański kongresmen stanowy z Teksasu – Warren Chisum – przedstawia się jako kreacjonista. W odróżnieniu od innych (stan prezydenta Busha hojnie w nich obrodził) Chisum jest kreacjonistą walczącym. Rozesłał do wszystkich 149 stanowych kongresmenów memorandum przedstawiające teorię Darwina jako... żydowski spisek. „Niepodlegające dyskusji dowody – czytamy – które przez długi czas były tajone, lecz teraz stają się dostępne dla każdego, pokazują jednoznacznie, że tzw. świecka nauka ewolucyjna o tym, że Wielki Wybuch sprzed 15 miliardów lat to alternatywna teoria wobec kreacjonizmu, jest dziełem faryzejskiej religii. Ponieważ bazuje ona na »pismach rabinów«, nie może być zgodnie z prawem nauczana w szkole, bo to sprzeczne z konstytucją”.

Przy bliższych oględzinach okazuje się, że kongresmen Chisum nie jest autorem tych słów, a tylko je rekomenduje, wychwalając autora Bena Bridgesa, republikańskiego kongresmena z Georgii, za „udostępnienie informacji w tej ważnej kwestii”. Ale i Bridges nie jest ojcem owych głębokich przemyśleń. Narodziły się one w mózgownicy i wyszły spod pióra Marshalla Halla, który sprawuje zaszczytną funkcję prezesa Fair Education Founation. Z całością jego dorobku intelektualnego można zapoznać się na stronie internetowej www.fixedearth.com. Treści tam wykładane wprawiłyby w zazdrość red. Michalkiewicza i jego ideowych pobratymców z Rydzykowej stajni. Z ciągu psychopatycznych analiz można się dowiedzieć, że większość naukowych odkryć to żydowski spisek. Zdemaskowanemu i znokautowanemu Darwinowi towarzyszą „fizyk kabalista i oszust Albert Einstein” oraz Kopernik, którego też ujawniono jako kłamcę i Żyda.

Niewiara Halla w ewolucję to maleńkie piwko przy jego innych poglądach naukowych: „Biblia uczy, że Ziemia jest stacjonarnym i nieruchomym centrum małego wszechświata złożonego ze Słońca, Księżyca i gwiazd, które krążą wokół niej dzień w dzień. Wszelkie dowody pochodzące z obserwacji oraz eksperymentów, matematyki oraz innych dziedzin prawdziwej nauki potwierdzają nauczanie biblijne”.

Dopóki prawdy objawione krążyły w kręgu konserwatywnych przedstawicieli ludu Ameryki, nikt z tego afery nie robił. Ale gdy memorandum rozpowszechniane przez Chisuma wpadło w ręce żydowskiej Ligi Przeciw Zniesławieniom, sytuacja gwałtownie się odmieniła, bo Liga narobiła ogromnego rwetesu. Chisum uderzył w skruchę i przepraszał, że mógł kogoś obrazić. Bridges poszedł w wykręty i zwalał wszystko na Halla. Hall, niepomny światopoglądowej solidarności, wyjawił, że kongresmen wiedział doskonale o wszystkim, zgadzał się, a zresztą jego – Halla – żona była szefem kampanii wyborczej Bridgesa.

Tak toczy się podskórne życie moralno-intelektualne na rozległych obszarach Ameryki. Wprawdzie nikt tam jeszcze nie wpadł na pomysł koronowania Jezusa na króla USA czy powołania partii Matki Boskiej, ale i żaden z intelektualno-religijnych tytanów IV RP nie wstrzymał Ziemi, poruszywszy Słońce, oraz nie zażądał zlustrowania Kopernika i potępienia go jako wroga Biblii.

Imbecyle wszystkich krajów – łączcie się!                          JF

 

 

nr 6, 07.02.2003 r.

PRAWDZIWA HISTORIA

Na obszarze Śląska doszło w 1910

roku do niecodziennego zdarzenia.

W pewnym hucznym weselu

uczestniczyło kilku księży. Na przeznaczony

dla nich stół obsługa znosiła

różne smakołyki i wytrawne napoje.

Po pewnym czasie biesiadnikom

rozwiązała się mowa, zaczęli się przechwalać,

kto z nich ma naiwniejsze

„owieczki”. Dwaj z nich bardzo się

chełpili, po pewnym czasie dołączył

się trzeci: – Wątpię, koledzy, czy któryś

z was ma parafię głupszą niż moja.

Gdybym im powiedział „jedzcie

siano”, jestem pewien, że je zjedzą.

Śmiech i niedowierzanie współbraci

były impulsem do tego, by stanął

zakład o dosyć wysoką sumę. Sytuacja

miała się rozegrać w przyszłą

niedzielę w kościele u trzeciego księdza.

W następną niedzielę w kościele

zebrali się parafianie. Miejscowy

proboszcz kazał o Dzieciątku Jezus

leżącym w żłobie i nie zapomniał

wspomnieć o wielkim znaczeniu

siana. Swoje kazanie zakończył życzeniem,

żeby parafianie spożyli za ołtarzem

kawałek siana i nie zapomnieli

zasilić parafialnej kasy, która znajduje

się przy żłóbku. Wszyscy szli

w rzędach za ołtarz, brali siano i żując

je, dopełniali parafialną skarbonkę.

Koledzy proboszcza zakład

przegrali. Oczywiście, mentalność

współczesnych wierzących

jest chyba na wyższym poziomie,

ale kto wie...

               Sladecek Vladimir, Czechy

 

 

Pole tekstowe: